Polityka

Rosjanie ćwiczą przy polskiej granicy

Jno [CC BY-SA 1.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/1.0)], via Wikimedia Commons
ROL
50 km od Polski Rosjanie demonstracyjnie testowali rakiety zdolne do przenoszenia głowic jądrowych.

Od początku kwietnia Kreml przeprowadził przy swojej zachodniej granicy 15 ćwiczeń wojskowych. Z podanych przez resort obrony informacji wynika, że udział w nich w sumie wzięło ponad 9 tys. żołnierzy i co najmniej 2 tys. pojazdów. A od początku roku oddziały Zachodniego Okręgu Wojskowego zdążyły przeprowadzić ponad 50 różnego rodzaju ćwiczeń i manewrów, nie licząc setki.

W innych regionach kraju rosyjska armia już nie jest aż tak aktywna. Dla porównania w graniczącym z Chinami Wschodnim Okręgu Wojskowym od początku kwietnia odbyło się jedynie pięć ćwiczeń. Większość z nich była związana z działaniami antyterrorystów. Na zachodzie Rosji sytuacja jest zupełnie inna. Moskwa sprawdza gotowość wszystkich rodzajów sił zbrojnych, zaczynając od piechoty kończąc na rakietach, które można wyposażyć w broń nuklearną.

Straszenie i presja

– Rosyjskie okręty wojskowe przestraszyły marynarkę NATO – podała finansowana przez resort obrony telewizja Zwiezda. Auto reportażu stwierdził, że na widok rosyjskich okrętów polscy i szwedzcy marynarze postanowili się „oddalić na bezpieczną odległość". Chodzi o ćwiczenia rosyjskiej Floty Bałtyckiej, które odbyły się na początku kwietnia. Były to chyba jedne z najbardziej pokazowych manewrów, które Rosja przeprowadzała na Bałtyku w ostatnich latach. Uczestniczyło w nich około dziesięciu okrętów i korwet, które przećwiczyły odparcie ataku floty wroga. Ale chodziło nie tylko o działania obronne.

W trakcie manewrów Rosjanie przetestowali rakiety Kalibr, które są przeznaczone do niszczenia celów naziemnych na odległości do 2 tys. kilometrów. W latach 2015–2017 Rosja użyła około stu takich rakiet w Syrii. Władimir Putin nawet sugerował, że w razie potrzeby można je wyposażyć w głowice jądrowe. Z lądu Flotę Bałtycką wspierały rakiety Bastion, przeznaczone do zwalczania okrętów. W tym czasie w całym obwodzie kaliningradzkim trwały ćwiczenia jednostek rakietowych.

– Ćwiczenia na Morzu Bałtyckim, które odbywały się 50 km od naszej granicy i nieco ponad 20 kilometrów od szwedzkiej, są legalne. To wszystko mieści się w granicach prawa, ale nie mieści się w granicach norm zwyczajowych, które do tej pory były przestrzegane przez obydwie strony. Rzeczywiście Rosja w sposób zbyt częsty prowadzi ćwiczenia w naszej europejskiej strefie. W swojej strategii wojennej Rosja określiła, że jej przeciwnikiem jest NATO, więc każdy członek sojuszu musi się mieć na baczności – mówi „Rzeczpospolitej" gen. Bogusław Pacek, naukowiec i ekspert od wojen hybrydowych. – Najlepszym sposobem, z punktu widzenia wojskowego, jest ćwiczyć wojska tam, gdzie przewiduje się ich użycie. Jest to element rosyjskiego zastraszania, prowadzenia polityki nacisku i presji na inne państwa czy organizacje. Obecnie trwa nowa zimna wojna pomiędzy światem Zachodu a Rosją – dodaje.

Kto jest wrogiem

O tym, że zimna wojna trwa nie od dziś, świadczy chociażby nazwa największych rosyjskich manewrów Zapad. Za czasów ZSRR geografia tych manewrów sięgała NRD, od kilkunastu lat odbywają się przy zachodniej granicy Rosji oraz na terenie Białorusi, która jest najbliższym sojusznikiem militarnym Kremla. Z czterech okręgów wojskowych pod względem liczby żołnierzy i uzbrojenia największy jest właśnie zachodni. Liczy około 400 tys. żołnierzy (około 40 proc. rosyjskiej armii). – W ostatnich latach w Zachodnim Okręgu Wojskowym utworzono cztery nowe dywizje wojsk lądowych. Oprócz tego powstała tam niedawno 1. Gwardyjska Armia Pancerna. To nowa zimna wojna. Na linii frontu tej wojny nie znajdują się już Niemcy, lecz Polska i kraje bałtyckie – mówi „Rzeczpospolitej" Aleksandr Golc, znany rosyjski analityk wojskowy.

Na początku kwietnia Biały Dom oświadczył, że USA wesprą armie państw bałtyckich 170 mln dolarów. Decyzję, która ma służyć „powstrzymywaniu Rosji", podjął prezydent Donald Trump po spotkaniu z przywódcami Litwy, Łotwy i Estonii. Kilka dni temu rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu stwierdził, że to NATO „wywiera presję na Rosję". Wymienił w tym kontekście również Polskę. – Na terenie państw bałtyckich i Polski rozmieszczono 10-tysięczny kontyngent, są tam wszystkie rodzaje broni ofensywnej. Aktywniejsza jest flota USA oraz innych państw NATO na Morzu Czarnym i Morzu Bałtyckim – mówił Szojgu.

Sympatyzujący z Kremlem analitycy coraz częściej mówią o tym, że trwająca obecnie zimna wojna w każdej chwili może się przekształcić w gorącą. – Sytuacja robi się coraz bardziej napięta i wszystko idzie w kierunku otwartej konfrontacji zbrojnej. Mówię tu przede wszystkim o Ukrainie, Polsce i państwach bałtyckich. Wojnę tę prowokuje Ameryka – mówi prof. Aleksiej Podbieriozkin, szef rosyjskiego Centrum Badań Wojskowo-Politycznych, działającego przy prestiżowym Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych (MGIMO). – Gdybyśmy chcieli zrobić porządek w państwach bałtyckich, potrzebowalibyśmy bardzo niewielkich sił. Tam nie ma komu walczyć, połowa ludzi stamtąd wyjechała. Według mnie Rosjan jest tam więcej niż rdzennych mieszkańców tych krajów – twierdzi. Zapewnia jednak, że „Rosja nie jest zagrożeniem" i nie ma zamiaru nikogo atakować. – Gdybyśmy bardzo chcieli, nie dopuścilibyśmy do rozpadu Układu Warszawskiego. Nie wypuścilibyśmy na wolność państw bałtyckich – mówi.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL