Polityka

Rzecznik rządu Suchockiej: Nie mieliśmy racji w sprawie lustracji

Pracę z panią Hanią uważam za najważniejszą w moim życiu. Zdobysław Milewski i Hanna Suchocka, 15 lipca 1993 roku.
Fotorzepa, Jacek Domiński
Zdobysław Milewski, rzecznik rządu Hanny Suchockiej: Nasza drużyna nie miała racji w sprawie kampanii Wałęsy w 1990 roku. Podobnie jak nie mieliśmy racji w sprawie lustracji.

26 lat temu, 11 lipca 1992 roku Sejm powołał rząd Hanny Suchockiej - przypominamy tekst z marca 2017 roku

Kto pana wciągnął do polityki?

Edward Gierek i jego koledzy. Od 1977 roku bawiłem się w policjantów i złodziei z SB. Ale do profesjonalnej polityki przystąpiłem z Jankiem Rokitą. Byłem pod jego ogromnym wpływem.

Kiedy to się stało?

Byłem asystentem na Uniwersytecie Jagiellońskim. W kwietniu 1989 roku na sześć–siedem tygodni odłożyłem mój prawie gotowy doktorat z filozofii po to, żeby pracować przy kampanii wyborczej 1989 roku. Do doktoratu nigdy nie wróciłem. W 1989 roku odpowiadałem za kampanię wyborczą w podkrakowskich gminach. Jeździłem po regionie z moimi studentami albo z kandydatami Komitetów Obywatelskich na parlamentarzystów. Wygranie wyborów uważaliśmy za najważniejszą rzecz na świecie. A gdy kampania się skończyła, zacząłem pracować jako pracownik biura poselsko-senatorskiego OKP. Należałem wówczas do takiej zabawnej partii Forum Prawicy Demokratycznej, której przewodniczącym był Olek Hall.

Dlaczego to była zabawna partia?

Bo miała 90 generałów, ze 100 pułkowników, w tej grupie byłem ja, i może ze dwóch szeregowych. Ale jako pracownicy OKP mieliśmy niewiarygodną władzę. Przykładowo, przychodziła do nas kobieta, która skarżyła się, że jest w bardzo trudnej sytuacji, nie ma gdzie mieszkać, i nasza koleżanka dzwoniła do służb mieszkaniowych z pytaniem, czy nie dałoby się czegoś zrobić. O dziwo, ta pani dostawała mieszkanie.

Jak to możliwe?

PRL był systemem na telefon z Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Na telefon załatwiano większość spraw. A po wyborach w 1989 roku telefony z KW zamilkły. Urzędnicy nie bardzo wiedzieli, co robić, i dlatego, gdy dzwonił ktoś od nas, to uznali, że trzeba robić tak samo jak w PRL, czyli załatwiać sprawy. Ten okres trwał bardzo krótko, kilka tygodni, ale mogliśmy załatwić wszystko. I robiliśmy to, nie zawsze rozsądnie, choć zawsze w przekonaniu, że komuś dzieje się krzywda, którą trzeba naprawić.

Skoro był pan związany z Forum Prawicy Demokratycznej, a później z Unią Demokratyczną, to w kampanii prezydenckiej 1990 roku stanął pan po stronie Tadeusza Mazowieckiego.

Oczywiście byłem rzecznikiem tej kampanii w Krakowie. Pamiętam wizytę Tadeusza Mazowieckiego, w którą wszyscy byliśmy zaangażowani. Mieliśmy taki PR-owski pomysł, że on ma przyjechać do Krakowa ekspresem i przyjść do naszego biura, gdzie będą już czekały nasze żony z poczęstunkiem. Moja żona, która prawie zemdlała na widok pana Tadeusza, łamiącym się głosem spytała, czy napije się kawy czy herbaty. Poprosił o herbatę, bo kawę pił w pociągu. A myśmy mieli tylko kawę. (śmiech)

Jak pan wspomina tamtą kampanię?

Pracowaliśmy żarliwie i byliśmy gotowi robić wszystko za darmo. Uważam, że należę do najszczęśliwszego pokolenia Polaków od 250 lat, bo moi rodzice, dziadkowie czy pradziadkowie płacili ogromną cenę za dołożenie choćby małej cegiełki do budowy niepodległej Polski, a w zamian nie dostali nic. Natomiast moje pokolenie własnymi rękami przesunęło Polskę ze Wschodu na Zachód niewielkim kosztem, bo przykrości z bezpieką to była nieduża cena. W zamian za to mogliśmy robić wszystko, co chcieliśmy. Podczas kampanii prezydenckiej 1990 roku myślałem, że za pięć lat zostanę rzecznikiem rządu. I to się stało, tylko znacznie szybciej. Dzisiaj takie kariery są już niemożliwe.

Zapewne pracował pan też przy kampanii parlamentarnej 1991 roku?

Oczywiście. Ta kampania to była prawdziwa osobliwość. Brały w niej udział dziesiątki komitetów. Unia Demokratyczna miała sześćdziesiąty któryś numer. Komitety miały prawo do bezpłatnych reklamówek telewizyjnych i to było dopiero kuriozum. Na ekranach skakały delfiny. Ktoś wychodził przed kamerę, a za plecami miał narysowanego takiego wisielca jak ze szkolnej gry i hasło „plan Balcerowicza, dla rolników szubienica". A jednak Polacy wykazali się mądrością polityczną i z tych ponad 90 komitetów wybrali około 20, które były najsensowniejsze. Z tego powstał rząd Jana Olszewskiego, a później rząd Hanny Suchockiej. Prezydentem był Lech Wałęsa, którego uważam za polskiego bohatera narodowego i bardzo zasmuca mnie to, co się z nim teraz wyprawia.

Chodzi panu o zarzuty dotyczące współpracy z SB? Nie powinno się o tym mówić?

Proszę mi pokazać takiego bohatera narodowego, który nie miałby ciemnej strony. Nie ma takiego. Lech Wałęsa został bohaterem, gdy był internowany w Arłamowie i przez kilka tygodni opierał się presji sztabów psychologów i socjologów z całego obozu socjalistycznego, którzy chcieli go złamać. Nie udało im się to i dzięki temu historia potoczyła się tak, jak się potoczyła.

Wałęsa jest naszym skarbem, z którym powinniśmy się obchodzić ostrożnie, żeby go nie zniszczyć.

Skoro tak pan ceni Wałęsę, to dlaczego nie stanął pan po jego stronie w wyborach prezydenckich 1990 roku?

Z głupoty. Mnie i mojemu obozowi politycznemu zdarzyło się kilka poważnych błędów myślowych. Jednym z nich było wystawienie do walki z Lechem Wałęsą Tadeusza Mazowieckiego, człowieka wybitnego, świetnego premiera, który jednak nie miał z Wałęsą żadnych szans. Gdybyśmy się nad tym zastanowili, toby to do nas dotarło. Dużo lepiej byłoby się ułożyć z Wałęsą, niż iść na wojnę.

Tak pan uważa dzisiaj, ale w 1990 roku musiały pana przekonać jakieś argumenty?

Wtedy znałem swoje miejsce w szeregu i miałem ogromne zaufanie dla moich liderów politycznych. Poza tym wydawało mi się, że Wałęsa proponuje drogę na skróty. Uwierzyłem, że tak jak obiecywał w kampanii, naprawdę będzie rozdawał ludziom po 100 mln zł, co zniszczyłoby nasze szanse rozwojowe. Ale nic takiego się nie stało. Nasza drużyna nie miała racji. Podobnie jak nie mieliśmy racji w sprawie lustracji.

Środowisko Unii Demokratycznej mocno oponowało przeciwko lustracji.

Dla mnie problem braku lustracji był poważny. Dwie rozmowy przekonały mnie jednak, że lustracja może przynieść więcej szkody niż pożytku. Pierwszą odbyłem z Krzysztofem Kozłowskim, szefem MSW w rządzie Mazowieckiego. On przestrzegał, że jeżeli pójdziemy na taką lustrację, jaką proponowało Porozumienie Centrum, to spory lustracyjne w sądach będą rozstrzygali esbecy. A drugą bardzo ważną rozmowę odbyłem z moim ówczesnym przyjacielem Lesławem Maleszką. Nie wiedziałem, że Maleszka był tajnym współpracownikiem SB „Ketmanem", że nas sypał. To on skutecznie mnie przekonał, że lustracja to zły pomysł.

Kiedy się pan dowiedział, że był „Ketmanem"?

Akurat byłem na placówce dyplomatycznej w Grecji. Przez trzy dni chodziłem chory, bo Leszek Maleszka był ostatnim człowiekiem, którego podejrzewałbym o współpracę z SB. Wszyscy myśleli, że żyje w skrajnej biedzie, bo nie zależy mu na pieniądzach. Że wszystkie czyny, myśli i działania podporządkowuje niepodległości Polski. Teraz wiemy, że było inaczej. To było dla mnie jedno z największych rozczarowań, jakie przyniosła wolna Polska.

Wtedy zmienił pan zdanie na temat lustracji?

Nie. Już wcześniej zrozumiałem, że moja opinia o lustracji nie była słuszna. Trudno było nie zauważyć, że jej brak przynosi realne szkody. Myśmy zresztą głosowali za lustracją w kadencji 1993–1997. To były dwa błędy, które moje środowisko popełniło, przy czym wojna z Wałęsą miała własną dynamikę, w pewnym sensie sama się dokonała. Ale co do lustracji, to my ją zatrzymaliśmy. Swoją drogą, paradoksalny jest fakt, że Wałęsa, który jest dla mnie bohaterem, dwukrotnie dostał ode mnie głos w wyborach prezydenckich dopiero w drugiej turze.

Wróćmy do rządu Hanny Suchockiej: jak wyglądała pana praca rzecznika?

Pracę z panią Hanią uważam za najważniejszą w moim życiu. Tylko snu było mało. Jasiek Rokita, szef URM, urzędował do 2–3 w nocy, a ja często z nim. Tyle że on przychodził do pracy na 10, a ja byłem już o 8.15. Dlatego zdarzało mi się spać na zapleczu gabinetu rzecznika. Stała tam taka skórzana kanapa po Jerzym Urbanie i gdy się zasiedziałem np. do 2 w nocy, to już nie wracałem do domu, tylko na niej spałem. Jeden raz podałem się do dymisji

Z jakiego powodu?

Namówiłem panią premier, żeby z okazji wyprowadzenia wojsk radzieckich z Polski zorganizować małą uroczystość. Generał Zdzisław Ostrowski, który odpowiadał za tę operację, miał złożyć pani premier meldunek, że ostatni żołnierz radziecki opuścił terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Ona nie chciała się zgodzić, ja nalegałem i w końcu ustąpiła. Przećwiczyliśmy z generałem całą sytuację, ja byłem panią premier, on podchodził, trzaskał obcasami, salutował, składał mi meldunek i wszystko było pięknie. Doszło do uroczystości, na sali było pełno dziennikarzy, generał Ostrowski podszedł do pani premier, trzasnął obcasami, zasalutował i powiedział: „Pani premier, melduję, że ostatni żołnierz radziecki opuścił terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej". I cały efekt diabli wzięli, bo wyszło na to, że wszyscy tkwimy jeszcze w PRL. Ale to był świetny czas, choć w niektórych sytuacjach dziś postąpiłbym inaczej.

W jakich?

Żyłem w poczuciu triumfu moralnego, który był przesadny. Pamiętam wielką demonstrację związkowców, którzy szli pod URM, krzycząc: „Złodzieje, złodzieje". A ponieważ byłem pewien, że niczego nie ukradłem i że to, co robię, wynika z poczucia misji, odczuwałem wyższość moralną nad tymi związkowcami. Uważałem, że nie rozumieją, że my wszyscy pracowaliśmy w interesie kraju, a więc i tych związkowców. Przypisywałem im złą wolę. Dziś wiem, że powinienem był myśleć w kategoriach racji podzielonych, wczuć się w ich intencje.

Nie wiedział pan o społecznych kosztach transformacji?

Zdawałem sobie sprawę, że transformacja niesie złe rzeczy dla wielu ludzi. Wiedziałem, że padają zakłady pracy oraz pegeery i że żyje się tam bardzo trudno. Ale myślałem: gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, i że to, co robiliśmy, obiektywnie zwiększało szanse wszystkich, również tych poszkodowanych. Być może wszyscy powinniśmy byli postawić się w sytuacji tych ludzi. Jacek Kuroń miał dla nich zrozumienie, tyle że to się słabo przekładało na praktykę rządu. Być może za mało mieliśmy pokory, choć gdybyśmy mieli jej więcej, to zrobilibyśmy mniej. Takie spóźnione wyrzuty sumienia od czasu do czasu mnie dopadają. Choć jestem pewien, że w latach 90. ogromna większość ludzi angażujących się w politykę robiła to z potrzeby pracy dla kraju, a nie dla siebie, i dotyczy to mojego obozu, naszych przeciwników, a nawet większości SLD. To był okres polityki romantycznej i jestem zadowolony, że mogłem w niej uczestniczyć.

W rządzie Hanny Suchockiej dochodziło do silnych konfliktów między koalicjantami. Na koniec Solidarność złożyła swój parasol ochronny i rząd upadł.

Tych konfliktów było bardzo dużo. Pani premier w jednym z wywiadów powiedziała, że ściska w ręku siedem wyrywających się piskorzy i tak to rzeczywiście wyglądało. Pamiętam głosowanie nad wotum nieufności dla rządu. Zwykle w Sejmie nie siadałem w tzw. tramwaju, czyli w ławach rządowych, tylko na galerii, razem z dziennikarzami. Tego dnia usiadłem jednak w tramwaju i gdy wyświetlił się wynik głosowania, odniosłem wrażenie, że pani premier zrozumiała go opacznie. Że wydało jej się, iż jednym głosem wygrała.

Czy upadek rządu Suchockiej uważał pan za niesprawiedliwość dziejową?

Nie. Wiedzieliśmy, że po wyjściu „Solidarności" prędzej czy później rząd może upaść. Szokiem było to, że Wałęsa rozwiązał parlament. Później odbywały się spotkania koalicyjne, na których mowa była o wspólnych listach przynajmniej części ugrupowań tworzących rząd Suchockiej. Wszyscy siadali do tych rozmów bez wiary w sukces. Jednocześnie nikt nie chciał być odpowiedzialny za to, że do porozumienia nie dojdzie. A ja musiałem chodzić do dziennikarzy i przekazywać im informacje o ustaleniach, których nie było. Któregoś dnia w przypływie rozpaczy założyłem się publicznie z Kasią Kolendą o szampana, że koalicja powstanie. I nigdy się z tego szampana nie wypłaciłem.

Niektóry politycy solidarnościowi uważają, że gdyby Wałęsa nie rozwiązał Sejmu, a przy władzy do końca kadencji utrzymałyby się formacje solidarnościowe, to gospodarka w odczuwalny sposób by się poprawiła i SLD nie wygrałby wyborów.

Nie podzielam tej opinii. Polacy byli szalenie rozczarowani rządami solidarnościowymi. Liczyli, że skoro wchodzimy na ścieżkę zachodnich gospodarek, to wkrótce będziemy mieli ich pomyślność materialną. A ponieważ tak się nie stało, był to ogromny zawód dla milionów Polaków, który musiał się przełożyć na decyzje polityczne.

Głośną decyzją rządu Hanny Suchockiej było podpisanie konkordatu już w okresie dymisji.

Pamiętam kontrowersje wokół tej sprawy. Osobiście, choć w tym czasie uważałem się za ateistę, byłem pewien, że przyjęcie konkordatu jest słuszne. Był to symboliczny powrót na ścieżkę niepodległej Rzeczypospolitej, z której zostaliśmy wyrwani w czasach PRL.

Przeciwnicy konkordatu uważali, że rząd Suchockiej pozbawiony kontroli parlamentu nie miał moralnego prawa podejmować takiej decyzji.

Nie zgadzam się z tym. Konkordat był już wynegocjowany. Jego podpisanie było tylko kwestią czasu. Później nikt nie był na tyle mocnym krytykiem konkordatu, żeby próbować go podważyć. Konkordat nigdy później nie stał się też żywym tematem debaty politycznej. Najwidoczniej nikomu nie przeszkadzał.

Był żywym tematem kampanii 1993 roku i być może przyczynił się do przegranej UD w tamtych wyborach.

Jeżeli to był powód naszej przegranej, to jeden z wielu i raczej mały.

Jak przyjęliście przegraną w 1993 roku?

Dopuszczaliśmy przegraną w wyborach, ale nie na taką skalę i nie na rzecz postkomunistów. UD pod względem liczebności klubu była prawie taka sama jak w poprzedniej kadencji, ale Kongres Liberalno-Demokratyczny nie wszedł do Sejmu, przepadła koalicja Ojczyzna z dominującym ZChN, śmieszny wynik osiągnęło PC. Nastąpiła zapaść całej strony solidarnościowej i to był prawdziwy szok. Ten wynik oznaczał, że nie wykonaliśmy zadania. Nie zrobiliśmy tego, czego obywatele od nas oczekiwali. Czuliśmy się jak zbite psy.

Dla Unii Demokratycznej to był też łabędzi śpiew. Wkrótce połączyła się z KLD i powstała Unia Wolności.

Byłem żarliwym unitą. To była ostatnia partia polskiej inteligencji i jestem dumny, że do niej należałem. Ale zdawałem sobie sprawę, co się z tą partią stało. Unia, gdy powstawała po wyborach prezydenckich 1990 roku, opowiadała się za demokracją parlamentarną, za kursem w stronę Zachodu, za wolnym rynkiem. Pięć lat później w Sejmie wszystkie partie się za tym opowiadały. UD straciła rację bytu, za to w środku była dramatycznie rozległa – byli w niej ludzie od Tadeusza Syryjczyka, który pod względem gospodarczym stał na skrajnie prawym skrzydle, po Andrzeja Celińskiego, radykalnego socjalistę. Trudno wymyślić wspólny projekt polityczny dla takiej partii. Dlatego skończyłem tę kadencję nie jako członek Unii Wolności, która po drodze powstała, tylko jako poseł nowej formacji SKL. To była ostatnia partia, do której należałem, a Artur Balazs twierdzi, że ciągle jestem w SKL. (śmiech)

Wróćmy do połączenia UD z KLD. Popierał pan Leszka Balcerowicza jako lidera UW?

Nie. Głosowałem przeciwko niemu, choć uważam, że jest naszym bohaterem. Jego plan, choć pewnie miał swoje złe strony, to jednak spowodował, że polska gospodarka poszła do przodu jak wystrzelona z katapulty. Ale na przywódcę partii Balcerowicz się nie nadawał. Nie był wybitnym liderem.

A jak pan wspomina kampanię prezydencką 1995 roku?

Mój przyjaciel Wojtek Modelski wymyślił Inicjatywę Trzy Czwarte, którą podręczniki historii przypisują Jankowi Rokicie, choć on ją tyko pobłogosławił. Wydawało mi się, że ta inicjatywa skutecznie zablokuje wybór Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta, dlatego od początku aktywnie w niej działałem.

Pana ówczesna partia miała własnego kandydata na prezydenta, Jacka Kuronia.

Byłem przeciwny jego kandydowaniu, choć uważam go za kolejnego bohatera.

Bohaterowie są u pana w niełasce. Dlaczego był pan przeciwny?

Nie wierzyłem w jego zwycięstwo. Poza tym uważałem, że był kandydatem zbyt skrajnym dla wielu Polaków. Dlatego podczas wewnętrznych wyborów wspierałem Janusza Onyszkiewicza. Wielu moich przyjaciół miało mi to za złe, choć lojalnie zagłosowałem na Jacka w pierwszej turze wyborów. Ale ważniejsza była Inicjatywa Trzy Czwarte, a w drugiej turze kampania Wałęsy. Uważałem, że za wszelką cenę trzeba zatrzymać Kwaśniewskiego, choć dziś oceniam jego prezydenturę jako niezłą.

Czy działanie na rzecz innych kandydatów na prezydenta nie było nielojalnością?

Nie uważałem tak. Działając w Inicjatywie Trzy Czwarte, nie umniejszałem szans Jacka Kuronia na wybór.

Czego pan żałuje w życiu?

Moim wyrzutem sumienia było to, że wyczerpała mi się bateria w budziku i zaspałem na głosowanie nad budżetem. Żałuję błędnych diagnoz, o których już mówiłem. Żałuję, że nie zostałem profesorem filozofii, bo moja żona jest profesorem orientalistyki.

Kogo uważał pan za najwybitniejszego polityka po 1989 roku?

Jestem pod ogromnym wpływem Jana Rokity. Mówiłem nieraz, że jestem rokitczykiem. Tylko nie wiem, czy on jeszcze nim jest. Jego myślenie bardzo się zmieniło. Spotykamy się czasami i rozmawiamy. To jest najinteligentniejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałem.

Wspominacie, jak to było w rządzie Suchockiej?

Nigdy. Ostatnio kłóciliśmy się o Zygmunta III Wazę.

Magazyn Plus Minus

Zdobysław Milewski jest pracownikiem samorządowym, byłym dyplomatą. W latach 1992–1993 był rzecznikiem rządu Hanny Suchockiej

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL