Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Chrabota: 30 grudnia: ewolucja duchowa stulecia

Saddam Husajn zwęglony in effigie: koniec chwały dyktatora.
AFP, Roger-Viollet
W tyglu XX wieku wypaliły się do końca iluzje indywidualne i zbiorowe dawnego typu: nie wierzymy już w hochsztaplerów ani wodzów. A skoro tak, to jaka wiara zawiaduje dziœ kierunkiem cywilizacji?

101 lat temu grupa szlachciców zamordowała Grigorija Rasputina. W rocznicę tego wydarzenia przypominamy tekst sprzed roku.

30 grudnia 1916 roku w pałacu księcia Jusupowa w Piotrogrodzie został zamordowany enfant terrible końca epoki Romanowów Grigorij Rasputin; hochsztapler, samozwańczy prorok, domniemany chłyst, ale w pierwszym rzędzie faworyt rodziny carskiej i jeden z najbardziej wpływowych Rosjan poczštku XX wieku.

W zbrodni uczestniczyli arystokraci, a jej tajemnica nigdy nie została do końca wyjaœniona. O ile bowiem o jej przebiegu wiadomo niemal wszystko, o tyle mgła tajemnicy kryje realnych inspiratorów (wywiad brytyjski?). Powszechnie wiadomo natomiast o uczuciach, jakie wyzwalała osoba Rasputina. O odrazie, jakš budziła jego postać w petersburskiej elicie. Także o nienawiœci, która szła œladem roli, jakš odgrywał na carskim dworze.

Rasputin tak bardzo wkradł się w łaski rodziny Mikołaja II, że niemal monopolizował do niej dostęp. W czasie całkiem długiego epizodu osobistych rzšdów carycy Aleksandry (Mikołaj II przebywał w tym czasie na froncie) osobiœcie rozstrzygał o składzie gabinetu i stał na czele zbudowanego wokół siebie układu korupcyjnego. Gdyby to były inne czasy, w roli faworyta mógłby trwać przez długie lata. Na jego nieszczęœcie Rosja uginała się pod ciężarem wojny œwiatowej. Zżerała jš bieda, głód i potworny chaos. Niekompetentne rzšdy podsycały tylko mocno rozgrzane już zarzewie rewolucji socjalnej. Dom, który od stuleci Europa znała jako samodzierżawne imperium Romanowów, chwiał się w swoich podstawach. Dlatego arystokratyczny spisek tak łatwo dosięgnšł Rasputina.

Mimo oczywistych dowodów zabójstwo nie zostało osšdzone, a jego sprawcy zapłacili za nie jedynie odosobnieniem. Do końca życia pytani o tamtš petersburskš rzeŸ opowiadali o swoich patriotycznych motywacjach, chęci ocalenia ojczyzny przed wcielonym złem, rozmontowaniem systemu, który miał œcišgnšć na imperium boski gniew. Czy się udało? Z historii wiemy, że zmarznięty trup najpierw otrutego, a potem rozstrzelanego Rasputina pod zalegajšcš na Newie krš nie ocalił Rosji przed największš w historii hekatombš. Niecały rok po jego œmierci rewolucja, którš przepowiadał i której tak bardzo się bał, zniosła tron i dynastię, a kraj pogršżyła w morzu krwi i œmierci.

30 grudnia 2006 roku, równo 90 lat po morderstwie Rasputina, w Bagdadzie dokonano innego, równie legendarnego morderstwa. W przeciwieństwie jednak do okolicznoœci, w jakich ginšł samozwańczy prorok domu Romanowów, Saddama Husajna zamordowano w sposób, który można nazwać morderstwem lege artis. Został osšdzony przez trybunał wyzwolonego od krwawej dyktatury kraju i legalnie wysłany na szafot.

Powieszony w irackiej bazie wojskowej Camp Justice w północnej dzielnicy Bagdadu Kazimija, musiał wysłuchać obelg, jakie krzyczeli pod jego adresem szyici: „IdŸ do piekła", „Niech bóg cię przeklnie", „W imię Mohamada i Alego". Zanim pocišgnięto za zwalniajšcš szubienicę dŸwignię, zdšżył zresztš odszczekać się swoim oprawcom. Co mówił? Też wzywał Boga, ale przede wszystkim kwestionował legalnoœć egzekucji. Do końca uważał się bowiem za prezydenta i głównodowodzšcego. Co musiało dziwić obserwatorów, na jego twarzy do ostatniej chwili nie było widać strachu. Umierał więc, choć to może tylko sugestia, godnie.

Tak kończyła się kariera następcy dawnych kalifów, zdolnego polityka i przywódcy, który miał ambicje stanšć na czele œwiata arabskiego. Rzšdził z wyjštkowš brutalnoœciš. Wcišgał swój kraj w krwawe wojny. Nie wzdrygał się nawet przez użyciem wobec własnych poddanych œrodków z arsenału ludobójstwa. Œwiat, a zwłaszcza Kurdowie, nigdy nie zapomnš mu masakry w Halabdży.

A jednak, co widać dopiero po latach, był gwarantem stabilnoœci Iraku. Krwiš niewinnych ludzi i tysišcami ofiar opłacał tak ukochany przez współczesny œwiat globalnej polityki porzšdek. Czy mielibyœmy wojnę w Iraku, sukcesy następców Al-Kaidy albo wojujšcy dżihadyzm Daeszu, gdyby żył Saddam Husajn? Trudno to sobie wyobrazić. Husajn zapobiegał takim ekscesom ze sprawnoœciš synoptyka. Jeœli wiedział, że zanosi się na deszcz, nie wychodził bez parasola. Potencjalnych wrogów likwidował z całš bezwzględnoœciš chwilę po tym, jak w ich głowach rodziły się ryzykowne pomysły. Albo jeszcze wczeœniej.

Był niewštpliwie skuteczny. Ale zaryzykował i sprzeciwił się Amerykanom. Grzechem głównym Saddama Husajna nie była więc Halabdża. Zabił go grzech pychy.

30 grudnia 1916 i 2006. Cóż wišże te dwie daty? Na pozór oba trupy kompletnie do siebie nie pasujš. Łšczy je tylko kalendarz. Jedna feralna data i dziewięć dekad historii.

A jednak jest coœ więcej między nimi. Historia ewoluujšcej iluzji, która jak u Marksa rozwój sił wytwórczych determinuje historię. Zacznijmy od epoki Rasputina. Cóż to za czas? Fin de siecle, cokolwiek by przez to rozumieć. Oto więc kończy się XIX wieku, epoka postępu, jakiego nie zafundowało ludzkoœci żadne dotšd stulecie. Rozwijajšca się niebywale szybko technika daje rzšdzšcym krajami Zachodu wielkš przewagę nad wszystkim i wszystkimi. Dzięki wynalazkom i bogactwu materialnemu wydłuża się ludzkie życia i w œlad za nim wygrywa demografia.

Relatywny odpoczynek od wojen, który dał Europie po napoleońskich masakrach kongres wiedeński, powoduje, że konserwatywne imperia pasš się na dzikim kapitalizmie jak krowy na pokrytym bujnš trawš pastwisku. Roœnie imperium brytyjskie, by sięgnšć rozmiarów, co do których prawdš jest powiedzenie, że nad jego domenami nigdy nie zachodzi słońce.

Bogaci się mieszczańska Francja. Unowoczeœnia się i demokratyzuje państwo Habsburgów. Rodzi nowa potęga, czyli aspirujšce i sięgajšce po koronę cesarskš Prusy. Na koniec Rosja. Kolos, potęga niezmierzona, a zarazem państwo tylu przeciwnoœci, że można by na ten temat napisać encyklopedię. Z jednej więc strony samodzierżawie, z drugiej bomby i rewolwery narodowolców, tak piekielnie skuteczne, że carskie rodziny (zwłaszcza po œmierci Aleksandra II) stajš się niemal więŸniami stanu.

Cóż to za władza absolutna, wolno spytać, która nie jest w stanie ochronić nawet siebie samej? OdpowiedŸ jest prosta. Nie potrafi. Zamachowcy sš tak bezczelni, że udaje im się wysadzić w powietrze nawet carskš jadalnię w Pałacu Zimowym. A więc zwierzęca nienawiœć z jednej strony i paniczny strach z drugiej. Narastajšca kwadratura koła, gdzie jedni bojš się i nienawidzš drugich, gdzie bezradnoœć sięga zenitu. Po obu stronach. A podejmowane œrodki zaradcze skutkujš skrajnš izolacjš. Jednych i drugich. Rodzina carska zamyka się w swoich pałacach, a spiskowcy w piwnicach. Nie ma już szans na żadne otwarcie, żadne reformy. Kraj żyje strachem i przekonaniem, że zbliża się apokaliptyczny koniec.

Pięknie go widzieli poeci. Andriej Bieły zechciał wróżyć: „Wielki będzie bój – bój niebywały na œwiecie: żółte hordy Azjatów... sczerwieniš pola Europy oceanami krwi". A Andriej Błok dodawał: „I widzę nad Rosjš skroœ nocy, blask cichych rozległych pożarów".

W istocie pożary wybuchały co chwila. Najpierw nieszczęsna wojna z Japoniš, upadek Port Artur i klęska pod Cuszimš. Potem bezpoœredni efekt wojny – rewolta 1905 roku, która sparaliżowała imperium na dobre. Niedługo póŸniej wojna bałkańska i w końcu konflikt zbrojny, który miał przejœć od historii jako wojna œwiatowa. Apokaliptyczna „omnia bella erga omnes", w której tylko na poczštku fronty były rysowane liniami prostymi. Szybko miały podzielić mapę œwiata jak szachownicę i wywrócić go do góry nogami.

Nic więc specjalnie dziwnego, że w takim klimacie ludzie zahipnotyzowani strachem, nieradzšcy sobie z rozumowym ogarnięciem rzeczywistoœci, szukali jakiœ pozaracjonalnych pewników. Królowała dekadencja. Łagodne terapie opium i heroinš. Wirujšce stoliki, okultyzm i tani prorocy. Czepiano się wszystkiego, w co można wierzyć, a za czym stała jakakolwiek empirycznie weryfikowalna siła. A osobiste nieszczęœcia tylko podsycały takš potrzebę. W rodzinie Romanowów takim nieszczęœciem był najpierw brak syna – dziedzica, a potem, kiedy już się urodził, jego œmiertelna choroba, hemofilia. Szukano więc cudotwórców. Pierwszym był epileptyk Mit'ka Kolaba. Drugim francuski hochsztapler Nizier Anthelme Philippe, prosty chłop spod Lyonu, który ogłosił się hierofantem. Grigorij Rasputin z Syberii był trzeci z kolei, a kluczem do jego sukcesu był iœcie tabloidalny wizerunek proroka, który udało mu się wykreować, i cudowna umiejętnoœć tamowania krwi chorego na hemofilię syna cara Aleksego.

Rasputin był arcymistrzem kreacji. Na mistycznych przesšdach petersburskiego towarzystwa żerował z wdziękiem baletmistrza, a psychikę carycy zdominował do tego stopnia, że wierzyła, iż jest prawdziwym „adiutantem Wszechmogšcego" (tak zwykł się nazywać). Rzšdził swoimi wyznawcami niepodzielnie. Doœć powiedzieć, że nawet w przededniu swojej egzekucji i długo po jego œmierci kobiety z rodziny carskiej (Aleksandra i córki) nosiły na szyi medaliony z jego wizerunkiem.

A jednak sczezł. A z nim ostatnia w carskiej Rosji iluzja spersonalizowana w osobie mistyka i hierofanty, uzdrowiciela i cudotwórcy, jasnowidza, egzorcysty i kaznodziei. Rasputin był każdym z nich i to całkiem nie po trosze. Jego wyrazistoœć i siła wyczerpywały znamiona wszystkich tych ról, a bliskoœć i zaufanie władców tylko potęgowały œwiatło jego aureoli. Cudownie zresztš odbijała się na tle jaœniejšcego mesjanizmu Romanowów, którzy jak jeden wierzyli, że ich bożym powołaniem jest panowanie nad Rosjš i chrzeœcijańskim œwiatem. To ostatnie, ucieleœniona iluzja samodzierżawia, zostało ostatecznie utopione w krwi w domu Ipatiewa w Jekaterynburgu 17 lipca 1918 roku.

Tak się kończył œwiat okultyzmu i hierofanii, mistycyzmu i mesjanizmu, poetyckich proroctw i taniego wieszczenia, które tak bardzo napiętnowały epokę fin de siecle. Z bolszewizmem i jego wygranš w wojnie domowej maiła nastać epoka iluzji systemowej, czyli czas wielkich wyrzeczeń i wysiłku, czas materializmu dialektycznego i stalinowskich czystek. Pokrótce, czas Zwišzku Radzieckiego.

I tu zgrabnym ruchem konika szachowego dochodzimy do drugiego kresu epoki i drugiego trupa. Otóż nie byłoby Saddama Husajna, gdyby nie było partii BAAS („Odrodzenie" – skrót od Hizb al-Baas al-Arabi al-Isztiraki – Partia Socjalistycznego Odrodzenia Arabskiego), a ta nie miałaby większych szans, gdyby nie jej patroni i przyjaciele w Moskwie. Zwišzek Radziecki wspierał jš i jej wizję. A jej wizja jakże blisko była wizji społeczeństwa radzieckiego. Dla baasistów państwa narodowe, a nawet odrębne byty polityczne w œwiecie arabskim były czystym przesšdem. Głosili jednoœć państwowš wolnego i socjalistycznego œwiata arabskiego od Adenu do Anatolii, od granic Sahary po granice Iranu. Coœ na kształt Zwišzku Zjednoczonych Republik Arabskich.

Moskwie imponowała ta wizja i mimo że nigdy nie udało jej się zrealizować, dziedzice morderców Romanowów wspierali każdego z arabskich liderów, który dawał dowody, że jest niš zauroczony. Byli między nimi Naser, syryjski klan Asadów, Kaddafi i na koniec Husajn, dziedzic całej linii przywódców baasistowskich w Iraku. Sowieci wspierali ich ideologicznie i materialnie. Budowali drogi i elektrownie. Cementowanie i koksownie. Dostarczali żywnoœć i technologie petrochemiczne. Inwestycje łšczyły się z wpływami politycznymi. Wizja œwiata BAAS była więc po częœci sowiecka.

Podobnie jak uzbrojenie. I choć rychło okazało się, że Arabowie sš mniej lojalni, niż chciałaby tego Moskwa, że kiedy im to pasuje – flirtujš z CIA, nacišgajš na co tylko można Amerykanów i cały zgniły, demokratyczny Zachód, barwy i estetyka baasistowskiego Bliskiego Wschodu wcišż była niemal integralnie sowieckie. Kto tam bywał, doskonale pamięta ów poststalinowski kult jednostki, pomniki i portrety ukochanego przywódcy za każdym rogiem.

Butne murale z triumfujšcym i wiecznie szczęœliwym ludem w tle, łany zbóż i traktory, promienie słońca i promiennie uœmiechnięte dzieci. A na pierwszym planie tej zbiorowej iluzji œniada twarz przywódcy, zwykle z wšsem, czasami uzupełniona uroczym detalem, jak ciemne okulary zasłaniajšce oczy. Swojš drogš długo się zastanawiałem, jakie jest ich przesłanie metafizyczne, zanim pojšłem, że to asocjacja z dawnych czasów, kiedy było jasne, że zwykły œmiertelnik nie może spojrzeć w oczy bóstwa.

Kaddafi przedstawiał to najdoskonalej. Saddam i Asadowie mniej konsekwentnie. Wszystko ma jednak swój koniec. W latach 80. runšł blok sowiecki. Brutalnie wyrwała się z objęć imperium najpierw Warszawa, potem Budapeszt, Praga, Sofia, Berlin i Bukareszt. Potem zaczšł trzeszczeć sam Zwišzek Radziecki, by dać sobie w końcu amputować to i owo, całkiem zresztš sporo, od Bałtyku po Morze Czarne, Kaspijskie i Aralskie (właœnie wysychało). Liderzy zbiorowej, postmarksistowskiej iluzji na Bliskim Wschodzie zostali sami.

Czy zaczynali się powoli domyœlać, że ich œwiat się kończy? Niestety, nie. Nie dokonali rewizji politycznego samookreœlenia. Kto mšdrzejszy, szybował pod skrzydła Amerykanów. Kto głupszy, a wielka władza rzadko idzie w parze z wielkš mšdroœciš, nadal pływał po oceanie politycznej megalomanii. W końcu przyszedł kres. Jankesi wylšdowali w Iraku i Afganistanie. Saddam Husajn uciekł z Bagdadu, by ukryć się w jakiejœ dziurze niedaleko rodzinnego Tikritu. Złapany, upokorzony (okładki wszystkich pism na œwiecie) trafił w końcu w ręce swoich oprawców. A proces, który mu zafundowano, był równoznaczny z morderstwem. Niedługo po nim padli jego koledzy. Hosni Mubarak, Ben Ali, Kaddafi. To był już koniec epoki. Czkawka po klęsce systemu Husajna. Dlatego właœnie jego œmierć, a nie brutalne zarżnięcie Kaddafiego uważam za koniec stulecia.

Krótkie to stulecie. Niepełne, bo bez jednej dekady. Zaczyna się 30 grudnia 1916, a kończy 90 lat póŸniej. Poczštek to ostateczny finał fin de siecle, kiedy na grobie uœwięconej przez autokratów, podważonej przez Nietzschego, a skompromitowanej przez Rasputina starej wiary rosnš już tylko banalne kwiatki hierofantów, paranoików i mistyków, a na niebie nad cmentarzem tłoczš się groŸne chmury totalitaryzmów.

Lenin jeszcze za granicš, ale już oczyma wyobraŸni buduje dzięki wysiłkowi tysięcy bolszewickich niewolników Biełomorkanał. Adolf Hitler jeszcze niewinny. Fanatycznymi błękitnymi oczętami karci żydokomunę i przemyœliwuje o triumfie nowej rasy. Mussolini traci pierwsze włosy i trenuje na potęgę wiecowš retorykę. Piłsudski marzy o wolnej Polsce, Churchill po klęsce pod Gallipoli rychtuje dla brytyjskiej armii uzbrojenie. Œwiat jeszcze nie wie, co się zbliża. A zbliża się najgorszych kilka lat w historii œwiata, które zaoferujš komunizm, faszyzm, narodowy socjalizm, Holokaust, Auschwitz-Birkenau i Treblinkę. Wojna domowa w Rosji i archipelag Gułag. Hołodomor i Wołyń.

W istocie przestanš się liczyć hierofanci i hierofanie. Iluzja indywidualna ustšpiš na dłuższy czas zbiorowej. Najpierw będziemy niš owładnięci bez przerwy. Będzie żerowała na naszych słaboœciach i strachu. Potem przyjmiemy ja za pewnik. Na koniec za dobrodziejstwo inwentarza epoki. Zaczniemy się z niš oswajać jak z bliznami po ospie na twarzy. Ani to piękne, ani dobre, ale żyć z tym trzeba, bo liczy się życie, nie blizny. Ale z czasem zacznie nas to znamię uwierać. Iluzja systemowa zacznie się wyczerpywać. Straci na œwieżoœci i sile. Skończy się strach, a zacznie rodzić odwaga. Przyjdzie czas na jej kapłanów. Breżniewa, Honeckera, Żiwkowa, Ceausescu. A po nich Husajna i Kaddafiego. Tylko jeden, lis z nich najsprytniejszy, Jaruzelski uchroni się w licznych korytarzach demokracji. Przyjdzie coœ nowego. Nowa epoka i jej nowe iluzje.

Pierwsza iluzja jest już nieważna. Opisał jš zgrabnie pewien Japończyk z Ameryki o nazwisku Fukuyama. Otóż koniec historii, co sugerował, się nie wydarzył (biedak nie wiedział, że po epoce jednej iluzji przychodzi epoka następnej). Liberalna demokracja all over the world nie zaistniała nawet przez chwilę. Zamiast niej objawił się nowy terroryzm, separatyzmy, instynkt samobójczy ludzkoœci zakodowany gdzie w trzewiach globalizacji i konsumpcjonizmu i szał przejadania wszystkiego na ziemi.

Zastanawiam się nad spektrum dzisiejszej iluzji. A może lepiej powiedzieć w liczbie mnogiej: dzisiejszych iluzji. W co wierzymy? Jaka wiara zawiaduje kierunkiem cywilizacji? Czy bardziej wierzymy w szczęœcie, w komfort przeżycia, spokojnš konsumpcję? Czy może boimy się starych strachów? Te raczej przeminęły z Rasputinem, Husajnem i im podobnymi. Czego chcemy od œwiata? Wiary w Boga? Ten raczej także ustępuje w pojedynku z Gogiem i Magogiem czy raczej Google'em i Macintoshem.

Iluzja przeżycia? Doœwiadczenia? Bezpieczeństwa? Co na tym się zrodzi? Jaka nowa zbiorowa czy indywidualna iluzja, która pokieruje oœmioma miliardami istot, które okreœlamy jako ludzkoœć. Nie mam pojęcia. Wiem jedno. Urodziłem się 30 grudnia 1964 roku, niemal poœrodku między œmierciš Rasputina i Husajna. Dokładnie co do dnia, 48 lat po œmierci pierwszego i 42 lata przed egzekucjš drugiego. Just in the middle. Może dlatego takim ciężarem jest dla mnie najgorsza w historii zbiorowa iluzja, za którš uważam totalitaryzm. Ale to już przeszłoœć. To minęło. Dziœ przeczuwam nowš epokę i czekam, by jakoœ jš nazwać słowami. Czekam jak tysišce moich rówieœników i nawet nie wiem, jakie zadać pytania.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL