Plus Minus

Jan Maciejewski: Społeczeństwo w maskach

W „Obcym” Alberta Camusa główny bohater za wszelką cenę chce żyć poza społeczeństwem. Camus nazwał stworzoną przez siebie postać „jedynym Chrystusem, na jakiego nas stać”. Na zdjęciu Marcello Mastroianni w ekranizacji powieści w reżyserii Luchino Viscontiego z 1967 r.
BE&W
Stoimy przed alternatywą: albo nadal będziemy żyć w społeczeństwie opartym na sprawowanej z zewnątrz kontroli, wymuszanym przez sieć nadzoru posłuszeństwie, albo spróbujemy stworzyć wspólnotę odpowiedzialności.

I aby wszystko się dopełniło, abym poczuł się mniej samotny, pozostało mi jeszcze pragnąć, by w dniu mojej egzekucji było dużo widzów i by mnie powitali okrzykami nienawiści". Tymi słowami kończy się historia Meursaulta, tytułowego „Obcego" z powieści Alberta Camusa. Człowieka obojętnego, żyjącego obok innych ludzi; niepodejmującego z nimi „gry w społeczeństwo". Pewnego dnia zabija na plaży człowieka, nie wiadomo właściwie dlaczego. W więzieniu odmawia zarówno przyjęcia kapelana, jak i wysłania pisma z prośbą o ułaskawienie. Nie chce ani przebaczenia, ani łaski. Chce tylko konsekwentnie, do samego końca, wytrwać w obcości wobec ludzi. Nie walczy ze społeczeństwem, tym bardziej nie chce go zmienić. Chce tylko nie mieć z nim i z narzucanymi przez niego normami nic wspólnego.

Camus nazwał stworzoną przez siebie postać „jedynym Chrystusem, na jakiego nas stać". Kimś, kto woli umrzeć sam z prawdą o samym sobie i swoim czynie, niż szukając zrozumienia u wspólnoty, wydać się na jej pastwę. „Obcy" stawia przed nami dwa pytania. Po pierwsze, przeciwko czemu właściwie zbuntował się Meursault i po drugie, czy można znaleźć inną, bardziej twórczą formę na wyrażenie sprzeciwu wobec stanu, w jakim znajduje się społeczeństwo?

Samotność kontrolowana

Nowoczesny człowiek – wolny, niezależny, samotny, silny, racjonalny, odpowiedzialny, odważny. Taki miał się stać, do tego za wszelką cenę dążył. Ceną tą była separacja, oddzielenie się od świata i innych ludzi. Źródło poznania, moralności i prawa bije wewnątrz człowieka. To, co jest na zewnątrz niego, przesłania, zakłóca ostrość widzenia. Dlatego stanie się on tym doskonalszy, im bardziej będzie podejrzliwy wobec tego, co przychodzi z zewnątrz niego, rzeczywistość ta jest źródłem mamiących pozorów. Doskonałość i wolność można osiągnąć jedynie w samotności, posługując się czystym rozumem.

Według Arystotelesa ten, który żyje poza wspólnotą, może być tylko zwierzęciem albo Bogiem. Klasycy nowoczesnej myśli filozoficznej przekonywali, że oddalenie się od innych ludzi jest jedyną drogą do tego, by ze zwierzęcia stać się Bogiem; stworzyć siebie na nowo, już nie według reguł, które próbowało nam się narzucić z zewnątrz, za pośrednictwem tradycji, religii czy obyczaju, ale zgodnie z nakazami najwyższego kryterium – własnego rozumu. Wolny, czysty rozum wydający moralne nakazy samotnemu, oderwanemu od świata człowiekowi – to miał być przepis na stworzenie nowej, bardziej racjonalnej, lepszej ludzkości.

W tym samym czasie zmienia się zupełnie sposób wymierzania sprawiedliwości: publicznie wykonywane wyroki zastępuje instytucja więzienia. Akt kary i przestrogi zostaje zamieniony na proces resocjalizacji. Odosobnienie ma nie tyle ukarać przestępcę, ile sprowadzić go z powrotem na dobrą drogę, odizolować go na pewien czas od społeczeństwa, by później mógł do niego wrócić. Wzrost znaczenia więzień pokazuje kierunek, w jakim zmieniała się władza.

Publiczna kaźń świeciła złowrogim blaskiem władzy suwerena. Była starannie zaplanowanym ceremoniałem, który obserwującemu go tłumowi prezentował moc władcy. Kara więzienia odseparowuje skazańca od społeczności. Jednocześnie obok więzień powstaje cały szereg innych „instytucji poprawy", w których osadzeni zostają już nie przestępcy, ale ci wszyscy, którzy odstawali od społecznej normy – sieroty, biedni, chorzy psychicznie.

W ten sposób cała wspólnota zostaje otoczona niewidzialną siecią kontroli i przymusu, resocjalizacji i wychowania. Władza stała się mniej widoczna (blask kaźni zgasł), ale za to wszechobecna. „Więzienie kontynuuje na powierzonych mu ciałach pracę rozpoczętą gdzie indziej, którą całe społeczeństwo wykonuje na każdym obywatelu za pomocą niezliczonych mechanizmów dyscyplinarnych", pisał Michel Foucault w książce „Nadzorować i karać. Narodziny więzienia". Wspólnota została ściśle opleciona siecią kontroli i nadzoru. Przybyło zakładów odosobnienia, które nie mają reedukować przestępców. Przez to rozróżnienie między winnym a niewinnym zaczyna się rozmywać, bo różnica między poszczególnymi instytucjami poprawy, a tym ostatecznym, więzieniem, staje się coraz mniej wyczuwalna.

Te dwa ruchy – idei i praktyki społecznej, oświecenia i kontroli społecznej, dokonały się równolegle ze sobą i w imię tych samych haseł: humanizmu, postępu, praw człowieka. Z czasem okazało się jednak, że człowiek nie jest w stanie ponieść brzemienia samotnej odpowiedzialności przed własnym rozumem, nie potrafi sam narzucać sobie ograniczeń, a z tych, które dyktowały mu tradycja czy religia, został już praktycznie wyzwolony. Tak powstało społeczeństwo masowe, złożone z samotnych, niezdolnych do stworzenia wspólnoty indywiduów. Natomiast szczytne idee poprawy i doskonalenia społeczeństwa przez ciągły nadzór tworzą duszną atmosferę wszechobecności władzy, najbardziej odczuwalną w ustrojach totalitarnych, ale nie tylko w nich. Samotność zewsząd kontrolowana, wspólnota utrzymywana w ryzach przez sieć nadzoru, ale nie przez więzi łączące jej członków – tym skończył się projekt stworzenia nowego człowieka i lepszego społeczeństwa.

Przeciwko temu właśnie zbuntował się bohater „Obcego", przeciwko samotności i kontroli, pozornym więziom i wierności prawu wyłącznie z lęku przed karą. Jego bunt polegał na doprowadzeniu swej samotności do jej ostatecznych konsekwencji, aż poza granice prawa, gdzie czekała go kara śmierci. Ale czy na pewno był on jedynym Chrystusem, na jakiego nas stać?

Ta, która oskarża i wzywa

Twarz – to ją trzeba przeciwstawić pustce masowego społeczeństwa i gęstej sieci nadzoru. Twarz wzywa, oskarża i zobowiązuje, ale zupełnie inaczej niż abstrakcyjne reguły czystego rozumu czy formy kontroli nowoczesnej władzy. Twarz jest konkretna, zawsze jedyna i niepowtarzalna, a przez to jakościowo zupełnie inna od ogólnych kategorii etycznych czy politycznych. Do twarzy się nie przemawia, nie poucza się jej ani nie kontroluje. Z twarzą się rozmawia, kocha ją i o nią troszczy. Tylko ona jest w stanie wywołać wstrząs (poczucie winy, tęsknotę, nadzieję), który sprawi, że będziemy chcieli odmienić swoje życie, a nie jedynie czuli się do tego zobowiązani czy przymuszeni.

„Twarz budzi myślenie, które jest myśleniem nie o czymś lub o kimś, ale myśleniem dla, a więc takim, które nie jest wiedzą, lecz poddaniem się, które stawia pod znakiem zapytania mnie samego i budzi we mnie odpowiedzialność. Twarz mnie oskarża i mnie wzywa, wobec niej tracę swoją niewinność i nie mogę pozostać obojętnym" – pisała Barbara Skarga we wstępie do „Całości i nieskończoności" Emmanuela Levinasa, który wprowadził termin „twarz" do słownika współczesnej filozofii.

Winston, główny bohater „Roku 1984" George'a Orwella, zostaje poddany najwymyślniejszym torturom. Ich celem nie jest wydobycie od niego zeznań, zarówno te prawdziwe, jak i zmyślone już dawno zresztą złożył. Jego oprawcom chodzi o to, żeby pokochał Wielkiego Brata, personifikację totalitarnego systemu. Winston nie jest na to gotowy tak długo, jak uczucie miłości wiąże go z żywą, prawdziwą osobą – Julią, jego byłą kochanką. Żeby zerwać tę więź i sprawić, by bohater powieści Orwella stał się ostatecznie oddany systemowi, przygotowano dla niego torturę, która będzie spełnieniem jego najczarniejszego koszmaru – strachu przed szczurami atakującymi jego twarz.

„Maska zamykała się wokół twarzy Winstona. Druty dotykały policzków. I wówczas zrozumiał, że na całym świecie istnieje tylko jedna osoba, na którą może przenieść tę straszliwą torturę – jedno ciało, którym może się zasłonić przed szczurami. I zaczął wrzeszczeć jak opętany, powtarzając w kółko: – Zróbcie to Julii! Nie mnie! Nie obchodzi mnie, co się z nią stanie. Niech jej zeżrą twarz, obgryzą aż do kości".

Nie tylko totalitaryzm, ale każdy inny system społeczny, który chce zmienić człowieka, dopasować go do swojej, a nie jego, prawdy, boi się twarzy jak niczego innego na świecie. Przetrwaniu jego abstrakcyjnych reguł zagraża jej konkretność. To dlatego bohater „Roku 1984" ostatecznie zdradził swoje człowieczeństwo, stracił je, stał się po prostu kolejnym dopasowanym do systemu elementem w momencie, w którym zasłonił się przed cierpieniem twarzą ukochanej. „Spojrzał na ogromną twarz. Zajęło mu czterdzieści lat, nim odkrył, jaki to uśmiech kryje się pod czarnym wąsem. Och, cóż za okrutna, niepotrzebna pomyłka. Ale wszystko było już dobrze, walka się skończyła. Odniósł zwycięstwo nad samym sobą. Kochał Wielkiego Brata".

Wspólnota winy

Czy na „logice twarzy" – szczerości, spotkaniu, bezpośredniej więzi, można zbudować społeczny system? Czy może ona skutecznie zastąpić dyscyplinującą sieć nadzoru? „Wspólnota twarzy" musiałaby zostać oparta na gotowości osobistego ponoszenia odpowiedzialności za własne czyny, na przekonaniu, że wszystkie decyzje, akty podejmowane w państwie mają swoich autorów.

W Cesarstwie Rzymskim budowniczy mostu musiał znajdować się pod nim w trakcie próby obciążeniowej, w Wielkiej Brytanii, jeszcze kilka wieków temu, obowiązek ten dotyczył również jego rodziny. Wspólnota twarzy jest tą, w której jej członkowie nie ukrywają się za bezosobową siatką zależności i procesów, tylko ryzykują własną skórą – są gotowi do przyznania się do winy, a co za tym idzie, również uzyskania przebaczenia. Meursault z powieści Camus nie chciał rozgrzeszenia od Kościoła ani aktu łaski od państwa, bo żył we wspólnocie bez twarzy, gdzie przebaczenie nie było w stanie przynieść oczyszczenia. Nie miał z kim stanąć twarzą w twarz, nikogo, komu mógłby wyznać swoje winy, bo społeczeństwo, w którym żył, zbudowane było nie na zasadzie osobistej odpowiedzialności, tylko posłuszeństwa, uległości wobec z zewnątrz narzucanych reguł.

Przełom, jakim jest przejście od społeczeństwa posłuszeństwa do wspólnoty odpowiedzialności, widać było najwyraźniej w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. To o tym przełomie w „Etyce Solidarności" ks. Józef Tischner pisał: „Ludzie odrzucają maski z twarzy, wychodzą z kryjówek, ukazują prawdziwe twarze".

O tym samym zjawisku, ale z innej perspektywy, pisała Jadwiga Staniszkis jako o odbudowywaniu wspólnoty. Polegało ono na powszechnym poczuciu, że „coś się zmienia", dokonuje się jakiś przełom. Ale nie tylko obiektywnie – w społeczeństwie, państwie czy prawie, ale przede wszystkim subiektywnie – poszczególni uczestnicy protestu doświadczali wewnętrznej, radykalnej przemiany, a jednocześnie mieli poczucie, że ci, którzy są obok nich, przeżywają coś bardzo podobnego. To doświadczenie konkretyzowało się w formach religijnych, przede wszystkim w odbywających się w Stoczni na masową skalę spowiedziach. Żeby przemiana była całościowa, integralna, musi sięgać najgłębiej, aż do samego sumienia. Jedna z najbardziej intymnych czynności, jaką jest spowiedź, wyznanie win i prośba o przebaczenie, odbywająca się w Stoczni niemal wszędzie i stale, tworzyła krajobraz rodzącej się wspólnoty odpowiedzialności.

Nie tylko robotnicy poddawali się temu nastrojowi. „Bez przerwy na mównicę wychodzili jacyś ludzie z zewnątrz, np. dziennikarze przysłani do Stoczni przez swoje redakcje, zwykle partyjni i... spowiadali się przed tymi robotnikami. Mówili, jakimi to byli świniami i jak teraz doznają oczyszczenia" – opowiadała w jednym z wywiadów Staniszkis, która spędziła niemal cały okres strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina.

Społeczeństwo oparte na sprawowanej z zewnątrz kontroli, wymuszanym przez sieć nadzoru posłuszeństwie, albo wspólnota odpowiedzialności. Taka jest alternatywa, przed jaką stoimy. Meursault nie jest jedynym Chrystusem, na jakiego nas stać. Przynajmniej dopóki mamy twarze.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL