Plus Minus

Prof. Szahaj: Fundamentalny błąd libertarian

Getty Images, Ricky Carioti
Co łączy niechęć do szczepień z postulatami większej dostępności broni? Nienawiść do podatków z dążeniami do sprywatyzowania lasów i jezior? Miłość do Ubera z niechęcią do związków zawodowych? Libertarianizm.

Zrozumienie doktryny libertariańskiej pozwala na uchwycenie wielu pozornie niezwiązanych ze sobą fenomenów naszego życia społecznego. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć, jaki będzie stosunek danej osoby do zjawiska Y, wiedząc, jaki jest jej stosunek do zjawiska X. Libertarianizm jest spójną koncepcją filozoficzną, społeczną i ekonomiczną, która pozwala na stosunkowo jednoznaczne odnoszenie się do wielu zagadnień naszego życia.

Owa jednoznaczność i prostota to jej główny walor, a zarazem przekleństwo. Walor, ponieważ w czasach pozbawionych moralnych i światopoglądowych drogowskazów bez trudu ich dostarcza, przekleństwo, albowiem czyni to w sposób tak prosty, że prowadzi na manowce, z których trudno powrócić. Jej korzenie sięgają XIX wieku i jak zwykle w przypadku doktryn światopoglądowych i politycznych mają charakter filozoficzny.

Podatki to kradzież

Szukać ich trzeba w twórczości niemieckiego filozofa Maxa Stirnera, autora pracy o wymownym tytule „Jedyny i jego własność". To nie ona jednak wpłynęła na ogromną popularność, jaką zdobył libertarianizm w kraju, który do dziś jest jego bastionem, Stanach Zjednoczonych. Tutaj ważniejsza była działalność filozofa, pisarza i publicysty Henry'ego Davida Thoreau, który stwierdził, „że najlepszy jest ten rząd, który najmniej rządzi", oraz szeregu innych myślicieli o nieco niższej randze, jak Benjamin Tucker czy Lysander Spooner. Ogromny wpływ na ustanowienie libertarianizmu jako odrębnej doktryny filozoficznej, społecznej i ekonomicznej wywarł angielski ultraliberał Herbert Spencer.

Wiek XX wydał wielu filozofów libertariańskich, z których bodaj najsławniejsi to Ayn Rand, Murray Rothbard i Robert Nozick. Nie ma tu miejsca, aby wchodzić w subtelne rozważania nad różnymi odmianami libertarianizmu oraz różnicami pomiędzy poglądami najważniejszych reprezentantów tego nurtu. Wystarczy, jeśli powiemy, upraszczając nieco cały problem, że typowe było dla nich doprowadzenie idei liberalnych do skrajności. W tym sensie można powiedzieć, że libertarianizm to ultraliberalizm, który dzieli przepaść od umiarkowanego liberalizmu reprezentowanego np. przez Johna Stuarta Milla. Charakteryzuje go nienawiść do państwa upodabniająca myśl libertariańską do myśli anarchistycznej.

Nie przypadkiem pewną istotną odmianę doktryny libertariańskiej określa się mianem anarchokapitalizmu. Różnica jest jednak zasadnicza. Anarchizm miał bowiem charakter kolektywistyczny, gdy tymczasem anarchokapitalizm i sam libertarianizm to doktryny o charakterze skrajnie indywidualistycznym. To właśnie mieszanka antyetatyzmu (niechęci do państwa) i hiperindywidualizmu jest cechą charakterystyczną libertarianizmu. Być może ważniejsze jest jednak co innego. Chodzi o kult wolności pojmowanej jako niezależność od innych.

Konsekwencją owego absolutyzowania wolności jest niechęć libertarian do wszelkich instancji, które ową wolność próbują ograniczać lub regulować. Najważniejszą z nich jest państwo, stąd też libertarianie, tak jak anarchiści, negują wartość państwa i marzą o życiu bez niego. Jeśli jednak neguje się rolę państwa, to unieważnia się także rolę jakichkolwiek regulacji, które wprowadza państwo po to m.in. aby chronić swych obywateli albo dokonywać redystrybucji bogactwa (naczelne hasło libertarian „podatki to kradzież" jest wynikiem błędnego uznawania, iż jednostka nie ma żadnych niedobrowolnych obowiązków wobec innych, albowiem jest ona wyłącznym autorem swojego życia, co upoważnia ją do egoizmu). W tym sensie zanegowany zostaje tzw. paternalizm państwa, czyli sąd, zgodnie z którym wie ono lepiej od obywateli, co leży w ich interesie.

Nikt nie jest samotną wyspą

Stąd bierze się opór libertarian wobec przepisów dotyczących szczepienia dzieci, zakładania kasków motocyklowych czy też zapinania pasów w samochodzie, a w pewnej wersji – także wszelkich zakazów dotyczących zażywania narkotyków czy rozpowszechniania pornografii. Przepisy te są interpretowane jako ograniczenie wolności jednostek. Libertarianie uważają, że tego typu sprawy powinny zostać pozostawione w gestii decyzji poszczególnych jednostek. Jeśli chcą one ponosić wszelkie skutki swych działań (np. cierpieć wskutek nadużywania narkotyków), to ich sprawa, nikt nie ma prawa się w to wtrącać.

W podejściu tym widać nie tylko kult wolności, o którym wspominałem wcześniej, ale także przekonanie, że należy patrzeć na wszelkie zagadnienia życia wyłącznie w perspektywie jednostek, albowiem wszelkie inne byty ponadjednostkowe, takie jak społeczeństwo czy wspólnota, są fikcją. Podejście to znalazło wyraz w słynnych słowach Margaret Thatcher, że „nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo, są tylko jednostki i ich rodziny". To głębokie założenie światopoglądowe leży u podłoża wszelkich libertariańskich idei. W moim, i nie tylko moim, przekonaniu jest ono błędne. Już XVI-wieczny angielski poeta metafizyczny John Donne pisał: „nikt nie jest samotną wyspą". Nasze życie jest zależne od innych ludzi, i to od samych jego początków. Nie stajemy się ludźmi jedynie w wyniku narodzin.

Być człowiekiem to podlegać procesowi enkulturacji, czyli świadomego i nieświadomego nabywania przekonań typowych dla określonej kultury, oraz procesowi socjalizacji, czyli stawania się członkiem określonej wspólnoty społecznej w wyniku pewnego treningu społecznego. Są to rzeczy, które zostały w nauce już dawno udowodnione i dziś stanowią pewną oczywistość. W tym sensie oczywiste jest także to, że nie ma ucieczki od wspólnoty, społeczeństwa czy kultury, a zatem i od innych ludzi. Są oni w nas obecni od samego początku i stąd też nigdy nie jesteśmy bytami w pełni suwerennymi, jak to się mówi w filozofii – autonomicznymi. Czy się to nam zatem podoba czy nie, nosimy wspólnotę w sobie. To pierwszy, filozoficzny aspekt naszej z konieczności wspólnotowej natury, rozpoznany już ponad 2 tysiące lat temu przez wielkiego filozofa greckiego Arystotelesa, który mówił, że człowiek jest „zoon politikon", czyli istotą wspólnotową (dla Greków polityczność była tożsama ze wspólnotowością, stąd słowo „politikon").

Aspekt drugi odnosi się do naszej współzależności pojmowanej na płaszczyźnie praktycznej. Idzie o to, że fakt, czy moje dziecko zostaje zaszczepione czy nie, jest tylko pozornie moją własną sprawą. Oto bowiem konsekwencje nieszczepienia niektórych dzieci dotykają innych najmłodszych. Mogą się one zarazić od nieszczepionego dziecka, w ostateczności konsekwencją może być nawet epidemia. Podobnie to, czy zapinam pasy w samochodzie lub wkładam kask motocyklowy, nie jest jedynie moją prywatną sprawą, ponieważ ewentualny wypadek z moim udziałem nie będzie dotyczył tylko mojej osoby. Angażuje on siłą rzeczy innych ludzi, którzy chcą mi pomóc. W grę wejdzie ich wysiłek, emocje oraz koszty psychiczne i materialne pomocy.

Nieodzowność państwa

W podejściu libertariańskim kryje się fundamentalny błąd. Polega on na postrzeganiu jednostek jako niezależnych od siebie atomów, które krążą swobodnie we wspólnej przestrzeni, wchodząc jedynie w te relacje, których sobie życzą. Takie postrzeganie życia ludzkiego to niebezpieczna fikcja. Nasze działania mają bowiem skutki znacznie szersze, niż to sobie wyobrażamy, i – czy tego chcemy czy nie – angażują innych ludzi. Jesteśmy od siebie zależni, wpływamy na siebie i z konieczności tworzymy sieć relacji, z których jedynie niektóre znajdują się pod naszą kontrolą. Dlatego potrzebna jest instancja, która owe relacje będzie regulować. Także i dlatego, że bez tych regulacji grozi nam dominacja silniejszego, który bez pardonu wykorzystywać będzie swoją pozycję, aby podporządkować sobie innych ludzi.

Instancja ta musi mieć prawo ingerowania w ludzkie stosunki, po to, aby nie dopuszczać do sytuacji, w których wolność pewnych ludzi, realizacja ich pragnień i interesów odbywa się kosztem innych. Nieograniczona wolność jednostek szybko bowiem przekształca się w samowolę, której ofiarą pada wolność i życie innych ludzi. W tym sensie wolność albo jest uregulowana, albo nie ma jej wcale. Można domniemywać, że ludzie wiedzieli o tym od początku tworzenia jakichkolwiek więzi społecznych czy wspólnotowych, a pełną świadomość tej konieczności uzyskali kilka tysięcy lat temu, gdy pojawiły się pierwsze kodeksy prawne i spisane zasady wspólnego życia (np. kodeks Hammurabiego). Ów proces regulowania wspólnego życia przez prawo, bo o to de facto chodzi, znakomicie widać w starożytnej Grecji, a później Rzymie. Jakkolwiek daleko sięgalibyśmy w przeszłość, pojawi się tam coś na kształt państwa, bo gdy rodzi się prawo, z konieczności musi powstać jakaś instancja, która będzie pilnowała jego przestrzegania.

W filozofii tę rolę państwa rozpoznano już dawno. Wskazywali na nią m.in. Platon, Arystoteles czy św. Tomasz z Akwinu. Również nowożytna filozofia zajmowała się koniecznością istnienia państwa. Wspomnę tu tylko o bodaj najsławniejszej próbie filozoficznego uzasadnienia nieodzowności istnienia organizmu państwowego, czyli traktacie XVII-wiecznego filozofa angielskiego Thomasa Hobbesa – „Lewiatanie". Hobbes uzasadniał konieczność istnienia państwa obawą, że bez niego ludzie popadliby w coś, co nazwał on stanem natury, a co charakteryzować się miało walką wszystkich ze wszystkimi, w której zwycięża silniejszy. Analizy Hobbesa nie straciły nic na swojej aktualności. Wciąż możemy się obawiać, że życie ludzkie pozbawione parasola ochronnego państwa szybko zamieni się w koszmar, i dlatego warto zrezygnować z cząstki wolności w zamian za bezpieczeństwo. Można oczywiście polemizować z Hobbesem, twierdząc, że jego postrzeganie natury ludzkiej było zbyt pesymistyczne („człowiek człowiekowi wilkiem"), doświadczenia historii pokazują jednak, że wtedy, gdy załamuje się porządek państwa i prawa, z ludzi wychodzą najgorsze cechy. To m.in. lekcja wszelkich wojen, przewrotów i rewolucji.

W tym także sensie oczekiwania libertarian, że bez państwa życie ludzkie pozbawione będzie agresji i uzyska cechy w pełni humanitarne, można określić mianem pobożnych życzeń. Wydaje się, że znacznie bardziej prawdopodobny jest ponury scenariusz, w którym jest walka wszystkich ze wszystkimi, dominacja silniejszego, upadek wszelkiej moralności i tryumf czystej woli. Nie można wykluczyć powszechności przemocy i gwałtu. W tym też sensie typowo libertarianistyczna tendencja do przyznania ludziom szerszego prawa do posiadania broni, mająca na celu odebranie państwu jednej z jego fundamentalnych cech, a mianowicie monopolu na stosowanie przemocy, to nic innego jak tylko antycypowanie owej sytuacji walki każdego z każdym i dominacji nagiej siły, skrywane pod frazesem „troski o ludzkie bezpieczeństwo". Aby zobaczyć, jak kończy się owa libertariańska troska, wystarczy uważnie śledzić raporty na temat użycia broni w Stanach Zjednoczonych, kraju przesiąkniętym ideologią libertariańską, w którym nieokiełznana przemoc jest obecna od samego początku jego istnienia.

Mrzonki wolności absolutnej

O naiwnym złudzeniu można także mówić w przypadku anarchokapitalizmu. Idealizuje on i absolutyzuje nie tylko wolność, ale także własność prywatną. Tworzy „kapitalizmu model liryczny", wedle którego na w pełni doskonałym, wolnym rynku spotykają się podmioty dobrowolnie wchodzące ze sobą w relacje wymiany, dla wszystkich tak samo korzystne. Naiwność i utopijność anarchokapitalizmu jest oczywista. Rynek kapitalistyczny nie mógł powstać bez pomocy państwa i bez jego udziału nie może także trwać. Musi istnieć prawo chroniące własność prywatną oraz instancja, która będzie zapewniać bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, a także przeciwdziałać tworzeniu się monopoli, które powstają w wyniku połykania przez silniejsze podmioty gospodarcze słabszych. Kapitalizm jest bowiem ciągłą walką, a nie tylko owocną dla wszystkich współpracą; szkoda, że nie zdają sobie z tego sprawy młodzi zwolennicy libertarianizmu, których w Polsce jest tak wielu. Naiwnie sadzą, że w walce tej na pewno wygrają, bo są młodzi, zdrowi i wierzą w swoje siły.

Podobnie błędne jest przekonanie, że własność prywatna jest święta i nic nigdy nie ma prawa jej podważać. Tymczasem stanowi ona pewien wynalazek społeczny, który ma swoje walory, ale także wady. Do tych ostatnich należy m.in. możliwość korzystania z niej w sposób, który zagraża życiu i dobru innych ludzi. Wtedy np., gdy na czyjejś ziemi składowane są szkodliwe dla zdrowia odpady. W tym sensie tak jak nie można absolutyzować wolności, nie można też absolutyzować wartości, jaką stanowi własność prywatna. Chodzi raczej o to, jak zachowując te wartości, zharmonizować je z innymi, takimi jak równość, sprawiedliwość, braterstwo czy dobro wspólne.

Jak chronić prawa i interesy jednostek, nie pozwalając zarazem, aby były one wykorzystywane w imię dominacji silniejszego? Jak zachować równowagę pomiędzy państwem traktowanym jako dobro wspólne a wolnym rynkiem, jak dopuszczać w imię owego dobra wspólnego pewną dawkę paternalizmu państwa, nie pozwalając mu na całkowite kierowanie naszym życiem (gorsze od państwa minimalnego może być bowiem jedynie państwo wszędobylskie)? Są to kwestie, o które faktycznie warto się spierać, odrzucając jednocześnie libertarianistyczne mrzonki o życiu wolnym od państwa, w doskonałym ustroju powszechnej szczęśliwości opierającej się na w pełni wolnych i dobrowolnych umowach międzyludzkich. Mrzonki niebezpieczne, bo ukrywające faktyczny charakter życia w warunkach nieuregulowanej konkurencji, walki o przetrwanie i całkowitego utowarowienia wszystkich aspektów ludzkiej egzystencji jako koniecznego skutku rozciągnięcia logiki działania kapitalizmu na całe życie.

Autor jest filozofem, historykiem myśli społecznej i kulturoznawcą, pracuje w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. W latach 2005–2016 był dziekanem Wydziału Humanistycznego UMK. Jest członkiem Komitetu Nauk Filozoficznych i Komitetu Nauk o Kulturze Polskiej Akademii Nauk.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL