Plus Minus

Kiedy Chiny zostaną mistrzem świata w piłce nożnej?

Kibice Shanghai Greenland Shenhua mają kogo dopingować. Chiński klub wydał ponad 42 mln dol. na ściągnięcie trzech gwiazd: Argentyńczyka Carlosa Teveza, Senegalczyka Dembę Ba i Kolumbijczyka Fredy'ego Guarina.
AFP, Chandan Khanna
Miliony dolarów pompowane w piłkę nożną nie przekładają się na sukcesy reprezentacji Chin. Władze chcą to zmienić.

To dziwne, że tak wielkie państwo, gdy już w końcu uznało wyczynowy sport za sprawę ważną, wychowało mistrzów olimpijskich i rekordzistów świata i regularnie rzuca wyzwanie Amerykanom podczas igrzysk olimpijskich, nie potrafi zbudować przyzwoitej reprezentacji piłkarskiej. Udało się do pewnego stopnia z koszykarzami, bo Yao Ming oraz Yi Jianlan zrobili kariery w najtrudniejszej lidze świata, czyli NBA, a ten pierwszy stał się jej niekwestionowaną gwiazdą. Udało się wychować świetną tenisistkę Li Na, wyszkolić płotkarza Liu Xianga. Z piłkarzami ciągle się nie udaje i chociaż od kilku lat w tamtejszy futbol pompowane są grube pieniądze, reprezentacja Chin po raz kolejny odpadła w eliminacjach do mistrzostw świata.

Ta porażka musi boleć, tym bardziej że lepsze wyniki osiągnęła m.in. drużyna syryjska – bez dachu nad głową, bez wielkich pieniędzy, z kraju szarpanego wojną. Jeśli Włoch Marcello Lippi, jeden z najlepszych trenerów ostatnich lat (mistrz świata, zwycięzca Ligi Mistrzów), nie dał rady dźwignąć chińskiej kadry, to źle się dzieje.

– Największa trauma przyszła przed mundialem 2010, kiedy Chiny okazały się gorsze m.in. od Iraku czy Kataru i nawet nie awansowały do finałowej fazy azjatyckich eliminacji. Liga była słaba, skorumpowana. Prezydent Xi Jinping wybrał futbol, bo chciał pokazać, że tutaj też można osiągnąć sukcesy – mówi „Plusowi Minusowi" Radosław Pyffel, przedstawiciel Polski w Radzie Dyrektorów Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, a prywatnie miłośnik futbolu i przed podjęciem pracy w banku zawodnik reprezentacji dziennikarzy w piłce nożnej.

Chińczycy umieją przeprowadzać wielkie projekty, potrafią ciężko pracować i nikt nie powie, że brakuje im talentu do sportu. Chyba największym problemem jest to, że zamiast uzdrowić podstawy swojego futbolu, zaczęli od nałożenia grubej warstwy pudru. Liga jest opakowana bardzo dobrze i sprawia wrażenie potężnej, ale jednocześnie zaciemnia obraz tamtejszego futbolu.

– Nikt w Chinach, łącznie z prezydentem Xi Jinpingiem, nie oczekiwał natychmiastowych efektów. Futbol to długofalowy plan, a że nie jest łatwo taki realizować, pokazuje przykład USA, które w latach 90. stworzyły program mający doprowadzić Amerykę do tytułu mistrza świata, a tymczasem reprezentacja nie zakwalifikowała się do turnieju w Rosji – mówi „Pyffel.

W Chinach problemów jest kilka. Korupcja, która zżerała chiński futbol przez lata, spowodowała nie tylko wielkie straty finansowe, ale także obniżenie poziomu rozgrywek. Całe pokolenie piłkarzy nie mogło się normalnie rozwijać, skoro grało w ustawionych meczach. Ten proceder kontrolowały chińskie gangi. Zanim władze na serio zabrały się do walki z patologią, sprzedanych zostało wiele spotkań. Przed meczami zabierano piłkarzom telefony z obawy przed niemoralnymi propozycjami.

– Korupcja w dalszym ciągu jest problemem, chociaż nie tak dużym jak jeszcze dziesięć lat temu. W 2010 roku władze centralne przeprowadziły wielką akcję, aresztowały bardzo dużo osób zamieszanych w ten proceder. Warto dodać, że walka z korupcją w Chinach jest jednym z naczelnych zadań rządu po objęciu władzy przez prezydenta Xi Jinpinga – mówi „Rz" Simon Chadwick z Uniwersytetu w Salford (Anglia), znawca chińskiego futbolu.

Sądy skazały na surowe wyroki wielu działaczy, sędziów i zawodników, ale straty ciężko odrobić. Piłkarze byli bardzo podatni na takie propozycje, bo nie zarabiali wiele.

Grają gwiazdy

Na razie Chińczycy rzucili wyzwanie na rynku transferowym najbogatszym europejskim drużynom. Wyszło im to znakomicie. Kiedyś uczyć Chińczyków futbolu jechał Andrzej Strejlau, ostatnio robią to byli mistrzowie świata: Lippi i Brazylijczyk Luiz Felipe Scolari, czy świetny Portugalczyk Andre Villas-Boas. Płaci się im ogromne pieniądze i, jak twierdzi Radosław Pyffel, widać w tym konfucjonistyczny szacunek dla nauczycieli.

Oczywiście tacy fachowcy nie przyjadą pracować za darmo i nie będą się męczyć z przypadkowymi piłkarzami. Zmianę jakościową widać w pieniądzach przeznaczanych na zakupy i pensje dla zawodników. Wydać kilkadziesiąt milionów euro na Carlosa Teveza albo reprezentanta Brazylii Oscara? Nie ma problemu! Kupić Jacksona Martineza z Atletico Madryt albo zabrać Alexa Teixeirę z Szachtara Donieck? Proszę bardzo, możemy się ścigać na transferowe rekordy.

Chińskie kluby przestały być miejscem, w którym podstarzałe gwiazdy mogą zarobić tuż przed końcem kariery, kiedy kolana zginają się już tylko siłą woli, a telefon z propozycjami złowrogo milczy. Kiedy jechali tam Didier Drogba albo Nicolas Anelka, można było ze zrozumieniem pokiwać głową, bo niemal wszystko co najlepsze w futbolu mieli już za sobą.

Teraz do chińskiej ligi przyjeżdżają gwiazdy w najlepszym momencie swojej kariery: Oscar miał 25 lat, gdy z Premier League przeniósł się za Wielki Mur (jego rodak Teixeira był o rok starszy i miał poważną propozycję z Liverpoolu). Paulinho zamienił Tottenham Hotspur na Guangzhou Evergrande, a stamtąd przeniósł się do Barcelony i dopiero niedawno skończył 29 lat.

Tego nie byłoby, gdyby nie wielki biznes. Skąd nagle taki zapał do inwestowania w futbol? – W Chinach to działa inaczej niż w Europie. Kiedy przywódca ogłasza plan, wszyscy się zastanawiają, jak go zrealizować. Chcą przy tym również zyskać, bo taki plan jest gwarancją, że przez 20 lat to będzie dobry biznes. Jeśli jesteś przedsiębiorcą, w ciemno możesz inwestować, a dodatkowo każdy chce być bohaterem – mówi Radosław Pyffel.

Czemu pieniądze dotychczas szczęścia nie dały? Czy będzie podobnie jak z koszykówką? Do Chin przyjeżdżały i przyjeżdżają byłe gwiazdy NBA grać w tamtejszej lidze. Przed igrzyskami w Pekinie kadrę na nogi miał postawić Litwin Jonas Kazlauskas, a skończyło się dotkliwą porażką w ćwierćfinale. Od tego czasu znaczącej poprawy wyników reprezentacji nie zanotowano, chociaż do tamtejszej ligi ciągle trafiają gracze z doświadczeniem w NBA.

Wszystko zależy od tego, gdzie ten strumień pieniędzy płynie i kto tak naprawdę nadstawia kieszeń, a silna i bogata liga wcale nie gwarantuje, że reprezentacja będzie grała świetnie. Wystarczy spojrzeć na polską ekstraklasę, która do potentatów europejskiego futbolu nie należy, a kibice od kilku lat mogą się cieszyć z dobrej gry i wyników biało-czerwonych. Przykłady świadczące o czymś przeciwnym jeszcze mocniej kłują w oczy. Anglicy mają (chyba) najlepszą oraz najbardziej (na pewno) widowiskową i wymagającą ligę na świecie, a ich reprezentacja rozczarowuje w każdym turnieju. Ostatnim liczącym się osiągnięciem był półfinał mistrzostw Europy rozgrywanych na własnej ziemi w 1996 roku.

Od tego czasu panuje na Wyspach reprezentacyjna susza, chociaż kluby wygrywają Ligę Mistrzów i bogacą się wręcz nieprzyzwoicie. Może sukcesy przyniesie młoda fala w angielskiej piłce, która kolekcjonuje medale z młodzieżowych mistrzostw Europy i świata. Na razie pocieszeniem pozostaje fakt, że Manchester United – chwilowo bez wielkich sukcesów międzynarodowych – zepchnął z pierwszego miejsca w rankingu najbogatszych klubów hiszpański duet Real – Barcelona, który od kilku lat rywalizował o prymat.

Oczywiście chińscy kibice z radością zamieniliby się z angielskimi na osiągnięcia drużyn narodowych (Chińczycy tylko raz zagrali w mundialu, w 2002 roku), ale wszystko to jest kwestia skali. Anglicy obstają przy tym, że wymyślili futbol, mają piękne tradycje i długą listę sukcesów, więc sama gra w wielkim turnieju ich nie zadowala, raczej przygnębia – tak jak Chińczyków porażki z Katarem. W Anglii z pieniędzy ligowych korzystają głównie zagraniczne gwiazdy. Bywały mecze, w których w składzie Chelsea ciężko było znaleźć Anglika, zwłaszcza jeśli nie mogli zagrać John Terry albo Frank Lampard.

To prawda, że chińskie kluby ostatnio regularnie wygrywały Azjatycką Ligę Mistrzów, ale dla tamtejszego futbolu to droga donikąd. Potrzeba młodych talentów, które podniosą reprezentację na wyższy poziom. Trudno je wychować przy zalewie obcych piłkarzy. Nic dziwnego, że władze chińskiej federacji postanowiły coś z tym problemem zrobić, a że nie wiążą ich żadne zewnętrzne regulacje, takie jak swoboda przepływu pracowników, to mogły swobodnie kształtować przepisy. Twarde regulacje mają zmusić kluby do promowania rodzimych zawodników, którzy mają się stać siłą reprezentacji za kilka lat.

– Już wprowadzono korekty do planu, bo napompowana został bańka zakupów zagranicznych piłkarzy. Widać to było zwłaszcza w okolicach lutego, kiedy w Chinach świętuje się Nowy Rok , czemu towarzyszy wzmożona konsumpcja – mówi Pyffel.

Jeszcze do niedawna w meczu ligi chińskiej mogło zagrać czterech obcokrajowców, ale od nowego sezonu już tylko trzech. Automatycznie oznacza to więcej Chińczyków na boisku, ale może spowodować, że kluby będą sobie wyrywać weteranów, a przecież nie o to władzom chodzi.

Ograniczenia poszły więc dalej i w wyjściowym składzie obowiązkowo musi się znaleźć co najmniej jeden miejscowy zawodnik w wieku poniżej 23 lat. Drugi piłkarz w tym przedziale wiekowym musi mieć miejsce na ławce rezerwowych. W takiej sytuacji klub potrzebuje, dla bezpieczeństwa, przynajmniej czterech młodzieżowców – na wypadek kontuzji lub przymusowego odpoczynku za żółte lub czerwone kartki.

Na każde prawo znajdzie się jednak sposób jego obejścia. Przepis wyraźnie mówił, że taki zawodnik musi rozpocząć mecz, ale nikt nie powiedział, ile czasu na boisku musi spędzić.

Dlatego niektórzy, nie wierząc w umiejętności młodych Chińczyków, ściągali ich z boiska ledwie po kilkunastu minutach od pierwszego gwizdka sędziego. Tak robił m.in. szkoleniowiec SIPG Andre Villas-Boas. Młody piłkarz, zamiast zdobywać doświadczenie, jeszcze bardziej tracił pewność siebie, bo dostawał jasny sygnał, że nic nie potrafi, występuje tylko dlatego, że wymuszają to przepisy, a tak w ogóle to lepiej niech nie przeszkadza, tylko pozwoli grać lepszym od siebie.

Ręczne sterowanie

Pojawiły się obawy, że przepis zostanie zamieniony w farsę i zamiast pomóc, zaszkodzi chińskiej piłce nożnej. Może wyjściem byłoby wprowadzenie przepisu o obowiązku gry młodego zawodnika przez całe spotkanie? W takiej sytuacji, jeśli zostałby zmieniony, musiałby go zastąpić inny młodzieżowiec.

Wprowadzono również zasadę, według której za transfery zagranicznych piłkarzy trzeba płacić podatek od luksusu na specjalny fundusz z przeznaczeniem na szkolenie młodych piłkarzy. Efekty można było zobaczyć natychmiast. Chińskie kluby przestały szaleć na rynku transferowym. Kupowano i sprzedawano miejscowych, popyt na obcokrajowców spadł.

Wreszcie można powiedzieć, że Chińczycy budują prawdziwą siłę swojego futbolu. Wszak, zgodnie z planem nakreślonym przez prezydenta Xi Jinpinga, w przyszłości mieliby zostać gospodarzem piłkarskich mistrzostw świata i najlepiej wygrać turniej na własnej ziemi. Jest coraz powszechniejsza świadomość, że na dłuższą metę futbol nie powinien żyć na kredyt, i to można jasno wyczytać z 50-punktowego prezydenckiego planu: „Kluby piłkarskie mają być zarządzane jak przedsiębiorstwa", który zakłada ograniczenie płacenia pod stołem części należnego wynagrodzenia i optymalizację struktury właścicielskiej. Brzmi to jak podręcznik młodego menedżera, ale jeśli się na to nałoży niedawno wprowadzone ograniczenia transferowe, widać wyraźnie, że chińskie władze czasu nie tracą. Może jest to ręczne sterowanie, ale kto wie, czy nie okaże się skuteczne.

Chińczycy nie są gorsi od reszty świata – po prostu w sporcie gonitwa za zwycięstwem często odbiera rozum. W końcu UEFA wprowadziła podobne w duchu regulacje, czyli tzw. finansowe fair play, według którego klub piłkarski nie może wydać więcej, niż zarobi. W koszykarskiej lidze NBA jest podatek od luksusu za każdego dolara wydanego ponad limit zarobków zawodników.

Teraz przed Chińczykami drugie, być może jeszcze ważniejsze, zadanie: wychowanie piłkarzy, którzy wreszcie spełnią ambicje tego wielkiego narodu. Tutaj nie da się iść na skróty i rolę organizatora oraz inicjatora też bierze na siebie rząd. Piłka nożna ma się stać sportem masowym, a z tym zawsze był problem.

Wolą badminton

Futbol nigdy nie był mocno zakorzeniony w chińskiej kulturze. Zamiast grać w piłkę nożną, młodzi Chińczycy trenują badmintona albo tenis stołowy. Co więcej, futbol jest postrzegany jako sport przeżarty korupcją, fascynujący głównie niewykształconą część społeczeństwa. To powodowało, że nigdy nie stał się dyscypliną naprawdę masową – mówi prof. Chadwick.

Jak przekonać Chińczyków, żeby pozwolili dzieciom trenować futbol? – Nie ma archetypu kulturowego, według którego przez piłkę osiąga się sukces. To jest sport plebejski albo dla utracjuszy. W Ameryce Południowej można się wybić, każdy zna Rivaldo, który jeździł na bosaka autobusem na treningi. W Chinach rodzice chcą, żeby dziecko było bankierem, prawnikiem albo dziennikarzem. Twórcy potęgi chińskiego futbolu będą mieli problem, jak przekonać rodziców, że poprzez piłkę można zarobić. Może kluczem będzie stworzenie szansy dla ludzi z chińskiej prowincji? – zastanawia się Radosław Pyffel.

W Europie biorą to na siebie kluby, zainteresowane, żeby nie stracić z pola widzenia żadnego talentu. Śledzi się rozgrywki szkolne, ogłasza nabory, chodzi na mecze amatorskich drużyn w soboty i niedziele. Jeśli ktoś ma dziesięć lat i nie trenuje futbolu, to albo zdecydowanie nie chce, albo nie ma do tego predyspozycji.

Talenty na pewno można też znaleźć w Chinach, tylko trzeba umiejętnie szukać. Skoro tamtejsze kluby jeszcze tego nie zrobiły, to pomoże rząd. I zrobi to z rozmachem.

– Do 2020 roku ma zostać otwartych 20 tysięcy piłkarskich akademii, a dziesięć lat później ma ich już być 50 tysięcy. To ma spowodować, że od 30 do nawet 50 milionów dzieci w różnym wieku zacznie regularnie trenować piłkę nożną. Dodatkowo ma zostać wybudowanych 70 tysięcy boisk, bo przecież trzeba mieć gdzie grać – mówi profesor Chadwick.

Ważne jest też pozyskanie odpowiedniej wiedzy, bo jakość szkolenia może być kluczem do sukcesu. Chińska federacja piłkarska szuka wsparcia w najlepszym możliwym miejscu, czyli w barcelońskiej La Masii. Na wyspie Hainan powstanie wzorowana na niej akademia z internatem i siedmioma boiskami. Ma się tam uczyć około tysiąca młodych adeptów piłki nożnej. Władze Barcelony chwalą pomysł i obiecują przysłać swoich ekspertów. Plany na przyszłość obejmują rozbudowę kompleksu, tak by mógł konkurować z akademią klubu Evergrande (48 boisk). Smaczku wewnątrzchińskiej rywalizacji dodaje fakt, że Evergrande współpracuje z Realem Madryt.

Chińczycy nawiązali też współpracę z Niemieckim Związkiem Piłkarskim i wysłali drużynę narodową do lat 20, żeby występowała w regionalnej lidze południowo-zachodniej. Młodzi Chińczycy co tydzień grają sparing z jedną z drużyn (jest ich w tabeli 19), a kluby dostają za to po 15 tysięcy euro. Nie wszyscy się jednak na to zgodzili – odmówili m.in. Stuttgarter Kickers.

Plany wyglądają pięknie, a kiedy można się spodziewać efektów? Za jakiś czas wybrani zostaną gospodarze mistrzostw świata 2026 i 2030 roku. Chińczycy podobno przymierzają się do tego drugiego turnieju.

– Otrzymanie organizacji turnieju w 2026 roku jest niemożliwe. Cztery lata wcześniej mundial odbędzie się w Katarze, a FIFA przyjęła zasadę rotacji kontynentów. Nawet gdyby to było możliwe, do tego czasu nie uda się stworzyć silnej reprezentacji, a nikt nie chce wstydu. Rok 2030 jest bardziej prawdopodobny, bo wtedy kończy się kontrakt FIFA z chińskim koncernem Wanda i to może być forma podziękowania. Niektórzy wskazują jednak, że może to być nawet rok 2034, biorąc pod uwagę, ile czasu trzeba na stworzenie silnej reprezentacji – mówi prof. Chadwick.

Czy to się uda? Zhou Enlai, premier Chin, zapytany kiedyś przez prezydenta Richarda Nixona o skutki rewolucji francuskiej, odpowiedział, że minęło jeszcze zbyt mało czasu, by to oceniać. Czy podobnie będzie z chińskim futbolem?

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL