Plus Minus

Skolimowski: Kino to 24 kłamstwa na sekundę

Jerzy Skolimowski
Reporter/Maksymilian Rigamonti
- Stąpamy po cienkim lodzie. Chodzimy po krawędzi przepaści. Za każdym rogiem czai się nieprzewidywalne, niewyobrażalne. Przyszłość żyje tylko w naszej wyobraźni. Nic nie jest pewne: następny dzień, następna godzina, nawet następna minuta. Wszystko może się skończyć gwałtownie. W najmniej oczekiwany sposób - mówi reżyser Jerzy Skolimowski.

Plus Minus: Zrobił pan film o tym, że każde 11 minut może być ostatnie. Chciał nam pan przypomnieć, że trzeba cenić czas, który jest nam dany? Żyć rozważniej?

Chciałem, żeby ten film był zarówno memento mori, ale też i carpe diem. Miejmy świadomość, że nie ma gwarancji naszego trwania, więc korzystajmy z chwili.

Myślałam o pana filmie podczas festiwalu w Gdyni, gdy się dowiedzieliśmy, że nie żyje Marcin Wrona. Poprzedniego dnia rozmawialiśmy z nim, mijaliśmy na ulicy, dostawaliśmy od niego e-maile i esemesy. Te 11 minut, jakie z Marcinem przeżyliśmy, były jego minutami ostatnimi.

Dopiero kiedy się wydarzy katastrofa, zdajemy sobie sprawę, jak krucha jest nasza egzystencja i stabilizacja. Dociera do nas, że jedno niespodziewane wydarzenie może zburzyć wszystko, co do tej pory sobie budowaliśmy.

„11 minut" to też opowieść o roli przypadku w życiu człowieka. Kilkanaście osób, bardzo różnych, połączy tragedia, która się wydarzy. Fatum dosięga pana bohaterów tylko dlatego, że w określonym momencie znaleźli się w określonym miejscu.

Zgiełk i bałagan współczesnego świata, atakujące nas ze wszystkich stron informacje, ogromne tempo, które zmusza nas do coraz szybszego podejmowania decyzji – to wszystko zwiększa dziś rolę przypadku w naszym życiu. Nie jesteśmy w stanie skupić się na tym, co nas dotyczy, zostawiamy więcej przestrzeni dla tego, co gwałtowne i nieprzewidywalne.

Oglądając „11 minut", czuje się, że w tym filmie próbował pan odreagować tragedię, która pana dotknęła.

Po śmierci syna byłem w fatalnym stanie psychicznym i fizycznym, więc to była desperacka próba postawienia się na nogi. Zmusiłem się do pracy. Zaaplikowałem sobie surowy reżim. Postanowiłem, że każdego dnia będę pisał cztery strony, niezależnie od tego, ile mi to zajmie. Czasami siedziałem przy biurku kilkanaście godzin, żeby wypełnić dzienną normę. Ale po 20 dniach miałem 80 stron scenariusza. To właśnie „11 minut".

Sztuka stała się rodzajem terapii?

Chyba tak działa instynkt samozachowawczy.

Kiedy pan ogląda się za siebie, do jakich momentów własnego życia wraca pan najczęściej?

Niechętnie patrzę wstecz, bo moja przeszłość skażona jest świadomością popełnionych błędów. Żyłem zbyt lekkomyślnie, co odbiło się na mojej rodzinie. To nie do wybaczenia. Jeśli na jednej szali położę wszystkie swoje zawodowe sukcesy, to ta przeciwległa szala, na której są moje winy, niestety, przeważa.

Jako młody artysta napisał pan wiersz o człowieku, który chce poprawić swoje życie, a poprawia krawat.

Tak. „Człowiek na dworcu, który mówi: Nie wiem, po co tu przyszedłem. Aż po wielu latach, albo po czymś takim jak młodość albo miłość, z ręką na gardle chce wszystko naprawić. I poprawia krawat". Nadal aktualne.

Ale patrząc na pana życie z boku, trzeba powiedzieć, że jest ono niezwykle ciekawe i barwne. Począwszy od młodości. Był pan wtedy – jak pan sam określa – bikiniarzem usiłującym uciec od szarości socjalizmu. A na ekranie w „Rysopisie", „Walkowerze", „Rękach do góry" kreślił pan portret polskiego inteligenta.

Spotkało się to z krytyką z ust samego towarzysza Gomułki, który na którymś z plenów PZPR grzmiał, że powstają u nas filmy ukazujące wrogów społeczeństwa, jednostki niepożądane.

„Ręce do góry" trafiły na półkę. Podobno ambasadora ZSRR rozsierdziła scena ze źle zmontowanym banerem, na której Stalin miał dwie pary oczu. A potem Zenon Kliszko kazał panu wyjeżdżać z kraju.

Próbowałem o ten film walczyć i udało mi się uzyskać audiencję u towarzysza Kliszki, w KC, o ósmej rano. Ponurymi korytarzami zaprowadzono mnie do jego gabinetu i powiedziano, że mam pięć minut. Zacząłem przemowę, że to nie tylko mój głos, ale wszystkich aktorów zaangażowanych w ten film, m.in. Adama Hanuszkiewicza czy Tadeusza Łomnickiego, który był działaczem partyjnym. I że jeśli nasza szczera wypowiedź zostanie dopuszczona na ekrany, stanie się świadectwem powiewu wolności. Towarzysz Kliszko spojrzał na zegarek, dając mi do zrozumienia, że moje pięć minut mija. I wtedy, wiedząc, że to moje ostatnie słowa, rzuciłem: „Jeżeli »Ręce do góry« nie mogą trafić do kin, nie widzę dla siebie sensu robienia filmów w Polsce". A on odpowiedział: „Szerokiej drogi".

Mówimy o przypadku. Muszę więc spytać, czy myśli pan czasem, co by było, gdyby pan wtedy nie wyjechał?

Na pewno nie mógłbym robić filmów takich jak „Ręce do góry". Byłbym skazany na kręcenie komedyjek czy obyczajówek. Nie miałem na to ochoty.

Ale na Zachodzie też się pan męczył jako artysta. Miał pan za sobą wielki sukces – berlińskiego Złotego Niedźwiedzia za „Start" – ale już z „Przygodami Gerarda" nie poszło gładko.

Wyjechaliśmy z żoną i kilkumiesięcznym dzieckiem, a nie miałem żadnych zasobów finansowych. Musiałem przyjąć jakąkolwiek propozycję, żeby przeżyć. „Przygody Gerarda" z Claudią Cardinale w roli głównej były wówczas największym hollywoodzkim filmem kręconym w Europie. Ale nie miałem pojęcia, jak się robi wielki, zawodowy film. Byłem reżyserem Nowej Fali, staraliśmy się burzyć wszystkie reguły, jakie dotąd w kinie obowiązywały. I nagle zetknąłem się z gigantyczną machiną: ogromny budżet, sto kilkadziesiąt osób ekipy, znane gwiazdy. Bardzo szybko producenci chcieli się mnie pozbyć. Przetrwałem tylko dlatego, że wstawiła się za mną Claudia. Ale filmu nie dało się uratować.

Jednak odnosił pan też w tamtym czasie wielkie sukcesy: do Złotego Niedźwiedzia doszły nagrody w Wenecji za „Latarniowca" i w Cannes za „Krzyk" i „Fuchę". Ten ostatni film był ważną opowieścią o Polsce – o stanie wojennym, o emigrantach. Więc jednak pan tęsknił?

13 grudnia 1981 roku mieszkałem w Londynie, w dzielnicy Kensington. Kiedy wyszedłem z domu, na ulicy zobaczyłem dużą grupę ludzi z walizkami. To byli Polacy, usłyszałem strzępki ich rozmów. Tak dowiedziałem się o ogłoszeniu w Polsce stanu wojennego. Mieli wracać do kraju, ale odwołano loty do Warszawy. Z hotelu ich wyrzucono, nie mieli grosza. Zaprosiłem trzydzieści kilka osób do domu i zacząłem dzwonić do znajomych Polaków. Prawie każdy zgodził się przyjąć u siebie jedną czy dwie osoby. Kiedy wyczerpała się lista moich znajomości, sięgnąłem po książkę telefoniczną i zacząłem wykręcać numery abonentów o polskich nazwiskach. Ostatni gość został u mnie. To był Gienio Haczkiewicz, który potem zagrał w „Fusze". Rzuciliśmy się do telewizora. Gienio, który nie znał angielskiego, płakał i ciągle pytał: „Co oni mówią?". Oszczędzałem go, nie mówiłem mu całej prawdy. Tak było przez kilka dni. I zdałem sobie sprawę, że to temat na film. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. W przeddzień Wigilii miałem gotowy szkic scenariusza, namówiłem na współpracę Jeremy'ego Ironsa, znalazłem producentów. Trudno w to uwierzyć, ale 19 stycznia byliśmy po zdjęciach, a w maju film był pokazany w Cannes.

Po przeniesieniu się z Europy do Stanów, po kilku innych produkcjach znów sięgnął pan po polski temat, ekranizując „Ferdydurke".

Zrobiłem film wykoncypowany, międzynarodowy pudding. Książka Gombrowicza, ekranizowana po angielsku, dwie aktoreczki francuskie, kilku aktorów z Anglii, producent i gwiazda ze Stanów. To był błąd.

Mam wrażenie, że więcej pan mówi o swoich porażkach niż o sukcesach.

O sukcesach niech mówią inni. Opowiadając o nich, stałbym się samochwałą. Kilka filmów wyszło mi nieźle, mam nadzieję, że ludzie o nich pamiętają.

„Ferdydurke" nazywa pan błędem, ale film został przyjęty do konkursu weneckiego. A pan zamilkł na 17 lat. Wiem, był fantastyczny dom w Malibu, wielki ogród, malarstwo. Ale czy dzisiaj nigdy pan nie myśli, że może szkoda tych 17 lat spędzonych bez kina?

Wtedy musiałem od kina uciec. Malowałem całe życie, ale nigdy nie miałem na to dostatecznie dużo czasu. Kiedy robi się film, nie sposób malować, bo to wymaga innego stanu umysłu. W ciągu tych 17 lat udało mi się zrobić ogromne postępy jako malarzowi. Niedawno zostałem nawet doktorem honoris causa łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych. Tak jak dawnymi czasy pasowano na rycerza, tak ja zostałem „pasowany" na artystę malarza. W łódzkiej galerii miejskiej pokazywano 60 moich prac. Więc tych 17 lat nie było czasem zmarnowanym. Poza tym musiałem nabrać dystansu do kina, do siebie. Kiedy poczułem, że znów jako reżyser mogę być w swojej pracy szczery, że mogę tworzyć z chęcią i z pełnym przekonaniem, wróciłem do kina.

Pamiętam pana powrót z „Czterema nocami z Anną". Idąc w Cannes na pokaz tego filmu otwierający Tydzień Krytyki, myślałam: Kto jeszcze na świecie będzie Skolimowskiego pamiętał? A pod kinem był tłum. Kolejka, w której tłoczyło się wielu znaczących krytyków.

Byłem miło zaskoczony, że o mnie nie zapomniano. Widocznie niektóre z moich filmów musiały jakoś zaistnieć w historii kina.

Ale powrót do Gdyni był gorzki. Za bardzo wybitny film nie dostał pan wtedy żadnej liczącej się nagrody.

Zdaję sobie sprawę, że wiele osób nie darzy mnie sympatią. I może zasłużyłem na to jakimś rodzajem arogancji, odżegnywaniem się od bycia wśród ludzi. Staniem z boku. To nie jest popularna postawa. Domyślam się, że niektórych może drażnić.

Po „Essential Killing" wyjechał pan już z Gdyni ze Złotymi Lwami.

Czasami film jest tak dobry, że nie sposób go zlekceważyć.

„Cztery noce z Anną" to był powrót do kina, ale i do Polski. Dlaczego zdecydował się pan wrócić tu na stałe?

Zmęczyła mnie „amerykańskość". Żyłem w centrum przemysłu filmowego, miałem znakomitych przyjaciół, byłem zapraszany do domów wielkich gwiazd, przez tych 17 lat miałem wiele okazji, żeby coś w Stanach zrobić. Ale wszystko to wydawało mi się niewarte zachodu. Nie chciałem dać się wciągnąć w grę, którą tam prowadzi się w sposób ostentacyjny. Handlować sobą, przyjmować propozycje z ciężarem kompromisów. Czułem, że to nie dla mnie i, w pewnym momencie postanowiłem od tego uciec.

W Polsce zaszył się pan na Mazurach.

Trudno było zastąpić piękny dom w Malibu. Wielki ogród, widok na ocean – niczym niezakłócony: przed oczami tylko palmy i woda. Dlatego postanowiliśmy z Ewą, że poszukamy leśniczówki, gdzieś zupełnie na uboczu. I znaleźliśmy takie miejsce. Gęsty las, z dala od ludzi, zwierzęta, które każdego dnia podchodzą pod dom. Sarny, dziki. To było coś, co dało mi możliwość odrodzenia się. W końcu chciałem uciec przed medialnym szumem i amerykańską płycizną. W tym lesie moim ulubionym zajęciem są wielogodzinne spacery z psem. Nie spotykam ludzi, bo to głęboko w puszczy.

W młodości był pan niebieskim ptakiem, a dziś – jak sam przyznaje – jest pan oustiderem?

Z biegiem lat coraz bardziej oddalałem się od gwaru świata, aż wreszcie znalazłem się zupełnie na marginesie. Nie udzielam się publicznie, rzadko gdzieś wychodzę. To mój świadomy wybór. Takie mam widać mizantropiczne skłonności.

Ale od niedawna ma pan też swoje lokum w Warszawie.

Znalazłem mieszkanie, w którym dobrze się czuję. Dzielę więc czas. Filmy robię w Warszawie, na Mazurach maluję.

Jakiś czas temu powiedział mi pan: „Tułając się po świecie, nie czułem się z niczym związany. W Polsce jestem współodpowiedzialny".

Bo co mnie obchodzi Ameryka? Co mnie obchodzi Anglia? Spędziłem tam wiele lat, kompletnie w nic się nie angażując. Na Polskę reaguję. Obchodzi mnie, co się dzieje w mojej kamienicy, na mojej ulicy, w moim mieście, w moim kraju. Polska to jedyny kraj, gdzie mnie wiele rzeczy drażni i boli. Ale też cieszy. Proszę zwrócić uwagę, jak pokazana jest w „11 minutach" Warszawa. Jako piękne, nowoczesne miasto. Na ogół moi koledzy, jeśli skupiają się na lokalnych smaczkach, to na ekranie podkreślają ciemne strony miasta. W „11 minutach" Warszawa wygląda jak Manhattan. Nowoczesne budynki, ruch. To wielka satysfakcja, że można dzisiaj sfilmować ją w taki sposób. Polska się szalenie zmienia i obserwowanie tego jest interesujące.

A co pana drażni?

Niska ogólna kultura naszego społeczeństwa. Drażni mnie, że na ulicy na każdym kroku słyszy się przekleństwa. Że wszędzie porozrzucane są śmiecie i puste butelki po piwie. Może to nie jest najważniejsze, ale mnie ten obraz codzienny bardzo przeszkadza.

W ogóle nie mówi pan o polityce.

Ona mnie mierzi. Nie mam telewizora, bo nie jestem w stanie znieść nieustających dyskusji politycznych. Tak samo pozbawionych kultury ludzi, którzy używają argumentów poniżej pasa, przerywają sobie nawzajem, podnoszą głos, są agresywni. Język nienawiści, jaki pojawia się na małym ekranie, zaniża potem normy społeczne.

Może to też jest temat dla artystów? Zwłaszcza takich jak pan. Wyczulonych na problemy i rytm dnia dzisiejszego. W „Essential Killing" dotykał pan terroryzmu, w „11 minutach" pokazuje pan pośpiech i zadyszkę naszej codzienności.

Za próbę wtrącenia się w historię kraju w „Rękach do góry" zapłaciłem emigracją.

Bez telewizora, w tej swojej samotni wśród lasów, widzi pan wszystko bardzo ostro. Pana filmy są jak przestrogi.

Sygnały do mnie docierają. Widocznie nie trzeba aż tak bardzo w świecie partycypować, żeby dostrzec, co się dzieje, próbować to zinterpretować i zrozumieć.

W polskim kinie pojawiło się ostatnio dużo filmów o śmierci, odchodzeniu.

Śmierć nas dzisiaj zalewa. Ja czerpię wiadomości o świecie z tabletu. I widzę, co się dzieje. Połowa informacji to relacje o nieszczęśliwych wypadkach, pożarach, ofiarach wojen. Jesteśmy świadkami traumy. W ciągu ostatnich tygodni zdarzyły się takie potworności: tu stratowani pątnicy, gdzie indziej 900 uchodźców, którzy utopili się jednego dnia. Śmierć dominuje nad wszystkimi innymi wiadomościami. Nowe stulecie też zaczęło się od straszliwej tragedii. Gdybym miał wybrać najbardziej symptomatyczny obraz XXI wieku, wskazałbym właśnie samoloty wbijające się w dwie wieże World Trade Center. Takie są nasze czasy.

Jest pan rozczarowany światem?

Nie wiem, czy to można nazwać rozczarowaniem. Świat idzie własną drogą. A ja go przyjmuję tak, jak umiem. Staram się robić coś pożytecznego. Kręcąc filmy, mam nadzieję, że one realizują jakąś potrzebę społeczną. Że może docierają do pewnej liczby widzów i coś im mówią. Stają się usprawiedliwieniem mojej egzystencji.

Dla mnie „11 minut" jest ważne. I pewnie nie tylko dla mnie. Podczas festiwalu w Wenecji pierwszy raz zobaczyłam dziennikarzy, którzy wstali i klaskali reżyserowi na stojąco.

To było niebywałe zaskoczenie. Nie wiem, ile czasu te brawa trwały. Trzy? Cztery minuty? Stałem za stołem i starałem się je jakoś uciszyć. A potem słynny włoski krytyk Enrico Ghezzi spytał, czy pamiętam, że wiele lat temu powiedziałem mu w wywiadzie, iż kino to 24 kłamstwa na sekundę. Nie pamiętałem. Ale to trafna konstatacja na temat filmu fabularnego. Przecież to, co usiłujemy sprzedać jako prawdę, jest fałszywe, zainscenizowane w wybranej scenerii. Aktorzy są poinstruowani, co mają robić, mówią wyuczonym tekstem. Zaplanowany jest ruch kamery, który też przecież interpretuje rzeczywistość. W każdej klatce filmu zamykamy kłamstwo. 24 razy na sekundę. Wierzymy, że przekazujemy jakąś prawdę, ale to jest prawda w cudzysłowie. Nasza prawda. I artysta może czuć się szczęśliwy, jeśli staje się też prawdą widza.

A jak pan ocenia dotychczasowe przyjęcie „11 minut"?

W Toronto mieliśmy bardzo dobre reakcje i świetne rozmowy po projekcjach. Padały pytania inteligentne, dociekliwe. Kilka dni temu wróciłem z Londynu, gdzie film został przyjęty więcej niż życzliwie. A w Polsce – zobaczymy, jak będzie. Myślę, że na odbiorze filmu w Gdyni zaciążył brak nagrody dla „11 minut" w Wenecji. Myśmy tam do ostatniej chwili byli traktowani jak faworyci, ale jury wszystkie główne trofea dało Ameryce Południowej. I to chyba sprawiło, że gdyńska festiwalowa publiczność zareagowała na film nieźle, ale słabiej niż ta w Wenecji, Toronto czy Londynie. Teraz film wchodzi na ekrany i czekam na opinie widzów.

Po obejrzeniu „11 minut" muszę pana spytać: Co się naprawdę w życiu liczy?

W moim przypadku błędy, które popełniłem w życiu rodzinnym, przeważają nad wszystkim innym. Stale byłem czymś zajęty i bliskie relacje z synami odkładałem na później. A to „później" może nam zostać odebrane znienacka i bezpowrotnie. Więc myślę, że najważniejsze jest zdanie sobie sprawy z hierarchii ważności różnych spraw. I więź z bliskimi powinna tu zostać szczególnie doceniona.

A twórczość? Pójdzie pan teraz za ciosem?

Mam pustkę w głowie. Nie mam żadnego pomysłu ani chęci, by szybko stanąć za kamerą. Wydaje mi się, że jakiś czas poświęcę na malowanie.

Znowu pan ucieka. A ja chciałabym zobaczyć na ekranie bohatera pana młodości z „Bariery", „Walkoweru", „Rąk do góry". Zastanawiam się, kim ten polski inteligent Andrzej Leszczyc byłby dzisiaj?

Pewnie człowiekiem błądzącym po lesie z psem.

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL