Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Skolimowski: Kino to 24 kłamstwa na sekundę

Jerzy Skolimowski
Reporter/Maksymilian Rigamonti
- Stšpamy po cienkim lodzie. Chodzimy po krawędzi przepaœci. Za każdym rogiem czai się nieprzewidywalne, niewyobrażalne. Przyszłoœć żyje tylko w naszej wyobraŸni. Nic nie jest pewne: następny dzień, następna godzina, nawet następna minuta. Wszystko może się skończyć gwałtownie. W najmniej oczekiwany sposób - mówi reżyser Jerzy Skolimowski.

Plus Minus: Zrobił pan film o tym, że każde 11 minut może być ostatnie. Chciał nam pan przypomnieć, że trzeba cenić czas, który jest nam dany? Żyć rozważniej?

Chciałem, żeby ten film był zarówno memento mori, ale też i carpe diem. Miejmy œwiadomoœć, że nie ma gwarancji naszego trwania, więc korzystajmy z chwili.

Myœlałam o pana filmie podczas festiwalu w Gdyni, gdy się dowiedzieliœmy, że nie żyje Marcin Wrona. Poprzedniego dnia rozmawialiœmy z nim, mijaliœmy na ulicy, dostawaliœmy od niego e-maile i esemesy. Te 11 minut, jakie z Marcinem przeżyliœmy, były jego minutami ostatnimi.

Dopiero kiedy się wydarzy katastrofa, zdajemy sobie sprawę, jak krucha jest nasza egzystencja i stabilizacja. Dociera do nas, że jedno niespodziewane wydarzenie może zburzyć wszystko, co do tej pory sobie budowaliœmy.

„11 minut" to też opowieœć o roli przypadku w życiu człowieka. Kilkanaœcie osób, bardzo różnych, połšczy tragedia, która się wydarzy. Fatum dosięga pana bohaterów tylko dlatego, że w okreœlonym momencie znaleŸli się w okreœlonym miejscu.

Zgiełk i bałagan współczesnego œwiata, atakujšce nas ze wszystkich stron informacje, ogromne tempo, które zmusza nas do coraz szybszego podejmowania decyzji – to wszystko zwiększa dziœ rolę przypadku w naszym życiu. Nie jesteœmy w stanie skupić się na tym, co nas dotyczy, zostawiamy więcej przestrzeni dla tego, co gwałtowne i nieprzewidywalne.

Oglšdajšc „11 minut", czuje się, że w tym filmie próbował pan odreagować tragedię, która pana dotknęła.

Po œmierci syna byłem w fatalnym stanie psychicznym i fizycznym, więc to była desperacka próba postawienia się na nogi. Zmusiłem się do pracy. Zaaplikowałem sobie surowy reżim. Postanowiłem, że każdego dnia będę pisał cztery strony, niezależnie od tego, ile mi to zajmie. Czasami siedziałem przy biurku kilkanaœcie godzin, żeby wypełnić dziennš normę. Ale po 20 dniach miałem 80 stron scenariusza. To właœnie „11 minut".

Sztuka stała się rodzajem terapii?

Chyba tak działa instynkt samozachowawczy.

Kiedy pan oglšda się za siebie, do jakich momentów własnego życia wraca pan najczęœciej?

Niechętnie patrzę wstecz, bo moja przeszłoœć skażona jest œwiadomoœciš popełnionych błędów. Żyłem zbyt lekkomyœlnie, co odbiło się na mojej rodzinie. To nie do wybaczenia. Jeœli na jednej szali położę wszystkie swoje zawodowe sukcesy, to ta przeciwległa szala, na której sš moje winy, niestety, przeważa.

Jako młody artysta napisał pan wiersz o człowieku, który chce poprawić swoje życie, a poprawia krawat.

Tak. „Człowiek na dworcu, który mówi: Nie wiem, po co tu przyszedłem. Aż po wielu latach, albo po czymœ takim jak młodoœć albo miłoœć, z rękš na gardle chce wszystko naprawić. I poprawia krawat". Nadal aktualne.

Ale patrzšc na pana życie z boku, trzeba powiedzieć, że jest ono niezwykle ciekawe i barwne. Poczšwszy od młodoœci. Był pan wtedy – jak pan sam okreœla – bikiniarzem usiłujšcym uciec od szaroœci socjalizmu. A na ekranie w „Rysopisie", „Walkowerze", „Rękach do góry" kreœlił pan portret polskiego inteligenta.

Spotkało się to z krytykš z ust samego towarzysza Gomułki, który na którymœ z plenów PZPR grzmiał, że powstajš u nas filmy ukazujšce wrogów społeczeństwa, jednostki niepożšdane.

„Ręce do góry" trafiły na półkę. Podobno ambasadora ZSRR rozsierdziła scena ze Ÿle zmontowanym banerem, na której Stalin miał dwie pary oczu. A potem Zenon Kliszko kazał panu wyjeżdżać z kraju.

Próbowałem o ten film walczyć i udało mi się uzyskać audiencję u towarzysza Kliszki, w KC, o ósmej rano. Ponurymi korytarzami zaprowadzono mnie do jego gabinetu i powiedziano, że mam pięć minut. Zaczšłem przemowę, że to nie tylko mój głos, ale wszystkich aktorów zaangażowanych w ten film, m.in. Adama Hanuszkiewicza czy Tadeusza Łomnickiego, który był działaczem partyjnym. I że jeœli nasza szczera wypowiedŸ zostanie dopuszczona na ekrany, stanie się œwiadectwem powiewu wolnoœci. Towarzysz Kliszko spojrzał na zegarek, dajšc mi do zrozumienia, że moje pięć minut mija. I wtedy, wiedzšc, że to moje ostatnie słowa, rzuciłem: „Jeżeli ťRęce do góryŤ nie mogš trafić do kin, nie widzę dla siebie sensu robienia filmów w Polsce". A on odpowiedział: „Szerokiej drogi".

Mówimy o przypadku. Muszę więc spytać, czy myœli pan czasem, co by było, gdyby pan wtedy nie wyjechał?

Na pewno nie mógłbym robić filmów takich jak „Ręce do góry". Byłbym skazany na kręcenie komedyjek czy obyczajówek. Nie miałem na to ochoty.

Ale na Zachodzie też się pan męczył jako artysta. Miał pan za sobš wielki sukces – berlińskiego Złotego NiedŸwiedzia za „Start" – ale już z „Przygodami Gerarda" nie poszło gładko.

Wyjechaliœmy z żonš i kilkumiesięcznym dzieckiem, a nie miałem żadnych zasobów finansowych. Musiałem przyjšć jakškolwiek propozycję, żeby przeżyć. „Przygody Gerarda" z Claudiš Cardinale w roli głównej były wówczas największym hollywoodzkim filmem kręconym w Europie. Ale nie miałem pojęcia, jak się robi wielki, zawodowy film. Byłem reżyserem Nowej Fali, staraliœmy się burzyć wszystkie reguły, jakie dotšd w kinie obowišzywały. I nagle zetknšłem się z gigantycznš machinš: ogromny budżet, sto kilkadziesišt osób ekipy, znane gwiazdy. Bardzo szybko producenci chcieli się mnie pozbyć. Przetrwałem tylko dlatego, że wstawiła się za mnš Claudia. Ale filmu nie dało się uratować.

Jednak odnosił pan też w tamtym czasie wielkie sukcesy: do Złotego NiedŸwiedzia doszły nagrody w Wenecji za „Latarniowca" i w Cannes za „Krzyk" i „Fuchę". Ten ostatni film był ważnš opowieœciš o Polsce – o stanie wojennym, o emigrantach. Więc jednak pan tęsknił?

13 grudnia 1981 roku mieszkałem w Londynie, w dzielnicy Kensington. Kiedy wyszedłem z domu, na ulicy zobaczyłem dużš grupę ludzi z walizkami. To byli Polacy, usłyszałem strzępki ich rozmów. Tak dowiedziałem się o ogłoszeniu w Polsce stanu wojennego. Mieli wracać do kraju, ale odwołano loty do Warszawy. Z hotelu ich wyrzucono, nie mieli grosza. Zaprosiłem trzydzieœci kilka osób do domu i zaczšłem dzwonić do znajomych Polaków. Prawie każdy zgodził się przyjšć u siebie jednš czy dwie osoby. Kiedy wyczerpała się lista moich znajomoœci, sięgnšłem po ksišżkę telefonicznš i zaczšłem wykręcać numery abonentów o polskich nazwiskach. Ostatni goœć został u mnie. To był Gienio Haczkiewicz, który potem zagrał w „Fusze". Rzuciliœmy się do telewizora. Gienio, który nie znał angielskiego, płakał i cišgle pytał: „Co oni mówiš?". Oszczędzałem go, nie mówiłem mu całej prawdy. Tak było przez kilka dni. I zdałem sobie sprawę, że to temat na film. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. W przeddzień Wigilii miałem gotowy szkic scenariusza, namówiłem na współpracę Jeremy'ego Ironsa, znalazłem producentów. Trudno w to uwierzyć, ale 19 stycznia byliœmy po zdjęciach, a w maju film był pokazany w Cannes.

Po przeniesieniu się z Europy do Stanów, po kilku innych produkcjach znów sięgnšł pan po polski temat, ekranizujšc „Ferdydurke".

Zrobiłem film wykoncypowany, międzynarodowy pudding. Ksišżka Gombrowicza, ekranizowana po angielsku, dwie aktoreczki francuskie, kilku aktorów z Anglii, producent i gwiazda ze Stanów. To był błšd.

Mam wrażenie, że więcej pan mówi o swoich porażkach niż o sukcesach.

O sukcesach niech mówiš inni. Opowiadajšc o nich, stałbym się samochwałš. Kilka filmów wyszło mi nieŸle, mam nadzieję, że ludzie o nich pamiętajš.

„Ferdydurke" nazywa pan błędem, ale film został przyjęty do konkursu weneckiego. A pan zamilkł na 17 lat. Wiem, był fantastyczny dom w Malibu, wielki ogród, malarstwo. Ale czy dzisiaj nigdy pan nie myœli, że może szkoda tych 17 lat spędzonych bez kina?

Wtedy musiałem od kina uciec. Malowałem całe życie, ale nigdy nie miałem na to dostatecznie dużo czasu. Kiedy robi się film, nie sposób malować, bo to wymaga innego stanu umysłu. W cišgu tych 17 lat udało mi się zrobić ogromne postępy jako malarzowi. Niedawno zostałem nawet doktorem honoris causa łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych. Tak jak dawnymi czasy pasowano na rycerza, tak ja zostałem „pasowany" na artystę malarza. W łódzkiej galerii miejskiej pokazywano 60 moich prac. Więc tych 17 lat nie było czasem zmarnowanym. Poza tym musiałem nabrać dystansu do kina, do siebie. Kiedy poczułem, że znów jako reżyser mogę być w swojej pracy szczery, że mogę tworzyć z chęciš i z pełnym przekonaniem, wróciłem do kina.

Pamiętam pana powrót z „Czterema nocami z Annš". Idšc w Cannes na pokaz tego filmu otwierajšcy Tydzień Krytyki, myœlałam: Kto jeszcze na œwiecie będzie Skolimowskiego pamiętał? A pod kinem był tłum. Kolejka, w której tłoczyło się wielu znaczšcych krytyków.

Byłem miło zaskoczony, że o mnie nie zapomniano. Widocznie niektóre z moich filmów musiały jakoœ zaistnieć w historii kina.

Ale powrót do Gdyni był gorzki. Za bardzo wybitny film nie dostał pan wtedy żadnej liczšcej się nagrody.

Zdaję sobie sprawę, że wiele osób nie darzy mnie sympatiš. I może zasłużyłem na to jakimœ rodzajem arogancji, odżegnywaniem się od bycia wœród ludzi. Staniem z boku. To nie jest popularna postawa. Domyœlam się, że niektórych może drażnić.

Po „Essential Killing" wyjechał pan już z Gdyni ze Złotymi Lwami.

Czasami film jest tak dobry, że nie sposób go zlekceważyć.

„Cztery noce z Annš" to był powrót do kina, ale i do Polski. Dlaczego zdecydował się pan wrócić tu na stałe?

Zmęczyła mnie „amerykańskoœć". Żyłem w centrum przemysłu filmowego, miałem znakomitych przyjaciół, byłem zapraszany do domów wielkich gwiazd, przez tych 17 lat miałem wiele okazji, żeby coœ w Stanach zrobić. Ale wszystko to wydawało mi się niewarte zachodu. Nie chciałem dać się wcišgnšć w grę, którš tam prowadzi się w sposób ostentacyjny. Handlować sobš, przyjmować propozycje z ciężarem kompromisów. Czułem, że to nie dla mnie i, w pewnym momencie postanowiłem od tego uciec.

W Polsce zaszył się pan na Mazurach.

Trudno było zastšpić piękny dom w Malibu. Wielki ogród, widok na ocean – niczym niezakłócony: przed oczami tylko palmy i woda. Dlatego postanowiliœmy z Ewš, że poszukamy leœniczówki, gdzieœ zupełnie na uboczu. I znaleŸliœmy takie miejsce. Gęsty las, z dala od ludzi, zwierzęta, które każdego dnia podchodzš pod dom. Sarny, dziki. To było coœ, co dało mi możliwoœć odrodzenia się. W końcu chciałem uciec przed medialnym szumem i amerykańskš płyciznš. W tym lesie moim ulubionym zajęciem sš wielogodzinne spacery z psem. Nie spotykam ludzi, bo to głęboko w puszczy.

W młodoœci był pan niebieskim ptakiem, a dziœ – jak sam przyznaje – jest pan oustiderem?

Z biegiem lat coraz bardziej oddalałem się od gwaru œwiata, aż wreszcie znalazłem się zupełnie na marginesie. Nie udzielam się publicznie, rzadko gdzieœ wychodzę. To mój œwiadomy wybór. Takie mam widać mizantropiczne skłonnoœci.

Ale od niedawna ma pan też swoje lokum w Warszawie.

Znalazłem mieszkanie, w którym dobrze się czuję. Dzielę więc czas. Filmy robię w Warszawie, na Mazurach maluję.

Jakiœ czas temu powiedział mi pan: „Tułajšc się po œwiecie, nie czułem się z niczym zwišzany. W Polsce jestem współodpowiedzialny".

Bo co mnie obchodzi Ameryka? Co mnie obchodzi Anglia? Spędziłem tam wiele lat, kompletnie w nic się nie angażujšc. Na Polskę reaguję. Obchodzi mnie, co się dzieje w mojej kamienicy, na mojej ulicy, w moim mieœcie, w moim kraju. Polska to jedyny kraj, gdzie mnie wiele rzeczy drażni i boli. Ale też cieszy. Proszę zwrócić uwagę, jak pokazana jest w „11 minutach" Warszawa. Jako piękne, nowoczesne miasto. Na ogół moi koledzy, jeœli skupiajš się na lokalnych smaczkach, to na ekranie podkreœlajš ciemne strony miasta. W „11 minutach" Warszawa wyglšda jak Manhattan. Nowoczesne budynki, ruch. To wielka satysfakcja, że można dzisiaj sfilmować jš w taki sposób. Polska się szalenie zmienia i obserwowanie tego jest interesujšce.

A co pana drażni?

Niska ogólna kultura naszego społeczeństwa. Drażni mnie, że na ulicy na każdym kroku słyszy się przekleństwa. Że wszędzie porozrzucane sš œmiecie i puste butelki po piwie. Może to nie jest najważniejsze, ale mnie ten obraz codzienny bardzo przeszkadza.

W ogóle nie mówi pan o polityce.

Ona mnie mierzi. Nie mam telewizora, bo nie jestem w stanie znieœć nieustajšcych dyskusji politycznych. Tak samo pozbawionych kultury ludzi, którzy używajš argumentów poniżej pasa, przerywajš sobie nawzajem, podnoszš głos, sš agresywni. Język nienawiœci, jaki pojawia się na małym ekranie, zaniża potem normy społeczne.

Może to też jest temat dla artystów? Zwłaszcza takich jak pan. Wyczulonych na problemy i rytm dnia dzisiejszego. W „Essential Killing" dotykał pan terroryzmu, w „11 minutach" pokazuje pan poœpiech i zadyszkę naszej codziennoœci.

Za próbę wtršcenia się w historię kraju w „Rękach do góry" zapłaciłem emigracjš.

Bez telewizora, w tej swojej samotni wœród lasów, widzi pan wszystko bardzo ostro. Pana filmy sš jak przestrogi.

Sygnały do mnie docierajš. Widocznie nie trzeba aż tak bardzo w œwiecie partycypować, żeby dostrzec, co się dzieje, próbować to zinterpretować i zrozumieć.

W polskim kinie pojawiło się ostatnio dużo filmów o œmierci, odchodzeniu.

Œmierć nas dzisiaj zalewa. Ja czerpię wiadomoœci o œwiecie z tabletu. I widzę, co się dzieje. Połowa informacji to relacje o nieszczęœliwych wypadkach, pożarach, ofiarach wojen. Jesteœmy œwiadkami traumy. W cišgu ostatnich tygodni zdarzyły się takie potwornoœci: tu stratowani pštnicy, gdzie indziej 900 uchodŸców, którzy utopili się jednego dnia. Œmierć dominuje nad wszystkimi innymi wiadomoœciami. Nowe stulecie też zaczęło się od straszliwej tragedii. Gdybym miał wybrać najbardziej symptomatyczny obraz XXI wieku, wskazałbym właœnie samoloty wbijajšce się w dwie wieże World Trade Center. Takie sš nasze czasy.

Jest pan rozczarowany œwiatem?

Nie wiem, czy to można nazwać rozczarowaniem. Œwiat idzie własnš drogš. A ja go przyjmuję tak, jak umiem. Staram się robić coœ pożytecznego. Kręcšc filmy, mam nadzieję, że one realizujš jakšœ potrzebę społecznš. Że może docierajš do pewnej liczby widzów i coœ im mówiš. Stajš się usprawiedliwieniem mojej egzystencji.

Dla mnie „11 minut" jest ważne. I pewnie nie tylko dla mnie. Podczas festiwalu w Wenecji pierwszy raz zobaczyłam dziennikarzy, którzy wstali i klaskali reżyserowi na stojšco.

To było niebywałe zaskoczenie. Nie wiem, ile czasu te brawa trwały. Trzy? Cztery minuty? Stałem za stołem i starałem się je jakoœ uciszyć. A potem słynny włoski krytyk Enrico Ghezzi spytał, czy pamiętam, że wiele lat temu powiedziałem mu w wywiadzie, iż kino to 24 kłamstwa na sekundę. Nie pamiętałem. Ale to trafna konstatacja na temat filmu fabularnego. Przecież to, co usiłujemy sprzedać jako prawdę, jest fałszywe, zainscenizowane w wybranej scenerii. Aktorzy sš poinstruowani, co majš robić, mówiš wyuczonym tekstem. Zaplanowany jest ruch kamery, który też przecież interpretuje rzeczywistoœć. W każdej klatce filmu zamykamy kłamstwo. 24 razy na sekundę. Wierzymy, że przekazujemy jakšœ prawdę, ale to jest prawda w cudzysłowie. Nasza prawda. I artysta może czuć się szczęœliwy, jeœli staje się też prawdš widza.

A jak pan ocenia dotychczasowe przyjęcie „11 minut"?

W Toronto mieliœmy bardzo dobre reakcje i œwietne rozmowy po projekcjach. Padały pytania inteligentne, dociekliwe. Kilka dni temu wróciłem z Londynu, gdzie film został przyjęty więcej niż życzliwie. A w Polsce – zobaczymy, jak będzie. Myœlę, że na odbiorze filmu w Gdyni zacišżył brak nagrody dla „11 minut" w Wenecji. Myœmy tam do ostatniej chwili byli traktowani jak faworyci, ale jury wszystkie główne trofea dało Ameryce Południowej. I to chyba sprawiło, że gdyńska festiwalowa publicznoœć zareagowała na film nieŸle, ale słabiej niż ta w Wenecji, Toronto czy Londynie. Teraz film wchodzi na ekrany i czekam na opinie widzów.

Po obejrzeniu „11 minut" muszę pana spytać: Co się naprawdę w życiu liczy?

W moim przypadku błędy, które popełniłem w życiu rodzinnym, przeważajš nad wszystkim innym. Stale byłem czymœ zajęty i bliskie relacje z synami odkładałem na póŸniej. A to „póŸniej" może nam zostać odebrane znienacka i bezpowrotnie. Więc myœlę, że najważniejsze jest zdanie sobie sprawy z hierarchii ważnoœci różnych spraw. I więŸ z bliskimi powinna tu zostać szczególnie doceniona.

A twórczoœć? Pójdzie pan teraz za ciosem?

Mam pustkę w głowie. Nie mam żadnego pomysłu ani chęci, by szybko stanšć za kamerš. Wydaje mi się, że jakiœ czas poœwięcę na malowanie.

Znowu pan ucieka. A ja chciałabym zobaczyć na ekranie bohatera pana młodoœci z „Bariery", „Walkoweru", „Ršk do góry". Zastanawiam się, kim ten polski inteligent Andrzej Leszczyc byłby dzisiaj?

Pewnie człowiekiem błšdzšcym po lesie z psem.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL