Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Piotr Małachowski: Kiedy Ciechanów jest Nowym Jorkiem

Fotoreporter.pl, Andrzej Iwańczuk
Kiedy się pojawiły pienišdze, telewizja i ludzie zaczęli mnie zaczepiać na ulicach, to pojawił się też pierwszy bankiet, potem drugi i trzeci. A u mnie jest problem z asertywnoœciš – opowiada Michałowi Kołodziejczykowi Piotr Małachowski, dwukrotny wicemistrz olimpijski w rzucie dyskiem.

Plus Minus: „Nie podobał mi się. Był niski i jakiœ taki nieforemny" – powiedział Witold Suski, trener, który póŸniej poprowadził pana po medale na igrzyskach. Niezłe osišgnięcia jak na nieforemnego.

Pewnie był na mnie zły, bo wygrałem z jego zawodnikami. Przyjechałem z jakiegoœ Bieżunia, z jakiejœ wioski, rzuciłem dyskiem, a Suski mi ten rzut postanowił uznać, chociaż był minimalnie spalony. Okazało się, że to był najdalszy rzut zawodów. No i trener mnie przygarnšł. I zostałem.

Spodziewał się pan, że to będzie droga tak bogata w sukcesy?

W Bieżuniu mieszkało z półtora tysišca osób, a 90 procent młodych spakowało się i wyjechało pracować do Anglii. To był szczyt marzeń, granica wyobraŸni. Chciałem być sportowcem, ale myœlałem o tym raczej, jak o jakiejœ przygodzie. Miałem 13 lat, sšdziłem, że może będę piłkarzem i pogram w niezłej drużynie. A póŸniej zadziałał schemat, jak u wielu sportowców u nas.

Jaki schemat?

Od poniedziałku do pištku praca w gospodarstwie, w pištek wieczorem bomba w barze, w sobotę powtórka, a w niedzielę leczenie kaca. Wygrałem jakieœ zawody i niby było fajnie, bo otwierała się jakaœ furtka, ale wtedy zmarł mój tata.

Musiał pan zostać w domu?

Zaproponowano mi wyjazd do Ciechanowa, żeby potrenować w innych warunkach, ale mama nie miała pieniędzy. Wakacje minęły i nic. To nie tak, że biedowaliœmy, nie byłem zdany sam na siebie, mamę zajmowało jednak raczej wychowywanie siostry. W końcu klub WMKS Płońsk zobowišzał się do ponoszenia opłat za mojš bursę, ale to trwało dwa, trzy miesišce i się skończyło. Jeœli chodzi o polskie kluby, to od tamtego czasu nic się nie zmieniło. To szkoła przetrwania. Finansowo się udało, ale były inne problemy.

Jakie?

Ciechanów był dla mnie jak Nowy Jork i zachłysnšłem się nowymi rzeczami. Trafiłem w złe towarzystwo. Mama interesowała się tym, co u mnie na tyle, na ile mogła. A mogła niewiele.

Bo pan się buntował?

Bo miała do mnie szeœćdziesišt kilometrów i bez samochodu nie miała jak się dostać. Nie miała kontroli nade mnš, zostałem rzucony na głębokš wodę. Trafiłem w miejsce pełne nowych znajomoœci, pełne pokus. To otoczenie było dla mnie niebezpieczne.

Jakie to były pokusy? Że piwo po szkole?

Albo przed.

Często?

Nie byliœmy grupš pijaków, ale alkohol był obecny. Narkotyki też. Nie że twarde – marihuana raczej. Spróbowałem, bo jakbym nie spróbował, to padłoby hasło, że donoszę. A chciałem należeć do grupy, nie chciałem wykluczenia. Kombinowaliœmy, jak iœć na wagary, jak wyjœć z bursy po 22, wrócić nad ranem, a póŸniej pójœć do szkoły.

To było takie szybkie dojrzewanie bez ojca?

Na wsi wyglšda to trochę inaczej. Oczywiœcie, że byłem z tatš zwišzany, ale te więzi nie były specjalnie mocne. Tata miał swoje problemy. Ostatnie dni jego życia nie były dla nas fajne, pokłóciliœmy się i w ogóle się nie odzywaliœmy. Ale tata zawsze był osobš, do której można było się zwrócić po pomoc, liczyć na poradę. Jego odejœcie było ciosem dla 15-letniego chłopaka, jednak tak naprawdę mnie i siostrę wychowywali dziadkowie. Tata pracował, mama zajmowała się do tego jeszcze domem. Chciałem jak najszybciej zaczšć zarabiać, żeby starczało chociaż na moje zachcianki. Zawsze jakoœ dawałem radę.

Znajomi mówiš o panu: „Piotrek wie, co to bieda".

To był ciężki okres, jedliœmy chleb z pasztetem i byliœmy szczęœliwi. Dziœ potrafimy wybrzydzać w restauracjach. Kiedyœ z Tomkiem Majewskiem (dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulš – przyp. red.) jak mieliœmy dychę na dwóch, to kupowaliœmy arbuza, żeby jednoczeœnie się najeœć, napić i żeby starczyło na piwo po treningu. Nie mieliœmy pieniędzy, ale byliœmy szczęœliwi.

Kiedy zaczšł pan pracować na bramce w dyskotekach?

Jak już przyjechałem do Warszawy i poznałem kilka osób. Wielu studentów dorabiało sobie w ten sposób. To fajna praca, pod warunkiem że możesz wrócić do domu i się wyspać. Ja miałem gorzej, bo wracałem o szóstej nad ranem, a o dziesištej musiałem być na treningu. Tragedia, ale nie miałem wyjœcia – chciałem mieszkać w Warszawie, żyć, mieć na odżywki, jedzenie, kino czy imprezę. Chciałem być normalnym człowiekiem, a za stanie na bramce płacili naprawdę dobrze. W czwartek był klub Relaks na AWF, w weekend coœ w centrum, jeŸdziłem też pod Warszawę. To nie było przyjemne zajęcie, trzeba mieć do tego powołanie.

Jak to powołanie?

Wielu chłopaków leczyło tš pracš kompleksy. Brali sterydy, rozrastali się, a póŸniej maltretowali ludzi.

Szukali zaczepki?

Pracowałem z wieloma osobami, które tylko po to się zatrudniały, żeby komuœ wpieprzyć. Oczywiœcie – były czasami także awantury, kiedy po prostu trzeba było się bić. Atakowali jedni drugich, było odbijanie bramek, stara ekipa próbowała odbić dyskotekę młodym.

Pan też lubił przyłożyć?

Nie widziałem w tym sensu. Zresztš, kiedyœ wstawiłem się w słusznej sprawie i miałem nieprzyjemnoœci. Wychodziłem z knajpy i zobaczyłem, jak facet bije żonę. Dałem mu kilka razy po twarzy, nie za mocno, bo już duży byłem i wiedziałem, że mogę zrobić krzywdę. Kobieta jednak zaczęła wyzywać mnie od bandytów i zadzwoniła po policję. Nie miałem sprawy, ale dostałem nauczkę. Najlepiej się nie mieszać.

To prawda, że na bramce spotkał pan sztangistę Marcina Dołęgę?

Tak, gdzieœ pod Warszawš. Przyjechałem i nie wierzyłem. Zapytałem, czy to na pewno on. Przecież to był medalista mistrzostw œwiata, rekordzista. To był on. Musiał przetrwać zawieszenie za doping.

Na bramkach kontroli antydopingowych nie było.

Tam to jest dozwolone.

Miał pan kontakt ze œwiatem przestępczym?

Nie poznałem żadnych szefów półœwiatka, ale ludzi, którzy dla nich pracowali już tak. Taki biznes. Otarłem się, słyszałem propozycje, że jeœli ktoœ czymœ pohandluje, to uda się coœ załatwić, ale nie próbowałem sprawdzać, jak to działa. Te czasy się skończyły, policja jest już na szczęœcie sprawniejsza.

Majewski powiedział, że mistrzem trzeba się urodzić, a praca to tylko mała częœć sukcesu. Ale jak się patrzy na wasze losy prowadzšce do medali, trzeba zapytać – skšd braliœcie siłę?

Tomek na pewno ma trochę racji, bo jeœli nie masz predyspozycji do sportu, to możesz być dobry, ale nigdy najlepszy. Majewski zdobył złote medale na igrzyskach, ja widocznie urodziłem się wicemistrzem. Talent jest ważny, praca na treningach też, a sport czasami jest ucieczkš, ratunkiem. My po prostu nie mieliœmy innej drogi. Na jednym z pierwszych treningów uderzyłem dyskiem w drzwi Fiata Uno, który prowadziła moja nauczycielka matematyki. Przeraziła się, puœciła kierownicę. Sam bym się przestraszył. Nie był to 50-metrowy rzut, ale ze 30 metrów to żelastwo jednak leciało. Nie zniechęciłem się jednak. Mogłem każdego dnia wstawać po szesnastej i pić wódkę w barze, Tomek mógł wrócić na gospodarkę i doić krowy. Sport dawał nam szansę na coœ innego.

Wojsko pomogło panu w karierze, czy było barierš do przeskoczenia?

Powiedziałem do mamy, żeby nie odbierała biletu. Ale przyszedł listonosz, zostawił przesyłkę, mama podpisała i dzwoni do mnie, że coœ z wojska przyszło. Wiedziałem, o co chodzi. Nie byłem dobrym uczniem, nie poszedłem na studia, więc czekała mnie armia. Trafiłem jednak do zespołu sportowego, gdzie majorem był jeden z wczeœniejszych trenerów kadry ciężarowców. Dostałem dużš pomoc. Nie chciałem siedzieć dziewięć miesięcy w jednostce, kiedy za chwilę czekały mnie mistrzostwa Europy w Erfurcie, gdzie miałem rozpoczšć trwajšcš kilkanaœcie lat walkę z Niemcem Robertem Hartingiem. Unitarkę zaliczyłem w miesišc, a póŸniej mogłem trenować i robić wszystko, by odpowiednio przygotować się do zawodów. Minęło 13 lat i nadal jestem w wojsku.

Bez problemu udało się wszystko łšczyć?

To był dobry okres, byłem młody i nie miałem pieniędzy nawet na bilety pocišgowe. A jeŸdzić trzeba było między Warszawš i Wrocławiem co miesišc. Po dziewięciu miesišcach w wojsku zaproponowali mi żebym został i bardzo mi pomogli. Zostałem zatrudniony. Nie była to duża pensja, może dwa tysišce złotych, ale miałem też za darmo mieszkanie i jedzenie, a na swoje przyjemnoœci dorabiałem na dyskotekach. To akurat przed wojskiem musiałem ukrywać, nikt nie mógł się dowiedzieć. Wymagano ode mnie tylko, żebym jako sportowiec nosił godnie mundur, a potem pojawiły się dobre wyniki z igrzysk wojskowych czy kolejnych mistrzostw. Zdobywaliœmy medale.

Nie było żadnych wymagań zwišzanych bezpoœrednio z wojskiem?

Oczywiœcie były szkolenia, musztry, nauka przepisów. Ale nie byłem normalnym żołnierzem na służbie. Karabin potrafię obsługiwać, zapisałem się nawet do klubu strzeleckiego Sokół w Sokołowie Podlaskim. Jeżdżę na strzelnicę, biorę udział w zawodach. Krzywdy broniš sobie nie zrobię.

Był taki moment, kiedy poczuł pan, że pieniędzy starcza już na coœ więcej niż arbuza?

Kiedy zdobyłem medal olimpijski, to wiedziałem, że będę miał z czego żyć, że ta emerytura wystarczy mi na jakšœ egzystencję. Przełomem było jednak podpisanie pierwszego kontraktu z Orlenem, zresztš to mój pierwszy i jedyny sponsor. Poczułem się bezpiecznie, nie musiałem martwić się o jutro, o przyszłoœć. Dotarło do mnie, że to moment, kiedy mogę już w 100 procentach skupić się na sporcie. Bo wie pan, jak to jest – jak sportowiec zakłada rodzinę, ma żonę, dziecko i nagle przestaje mu wystarczać kasy, to rzuca to wszystko i szuka innego zajęcia. Miałem w końcu wolnš głowę i myœlałem tylko o treningach.

Powiedział pan kiedyœ, że jeœli sportowiec nie ma wszystkiego poukładanego w domu, to o dobry wynik może być ciężko. Pan zawsze miał wszystko poukładane?

Oczywiœcie, że nie. Nie jestem grzecznym chłopcem, a zarówno ja, jak i moja Kaœka, mamy trudne charaktery. Jestem samcem alfa, ona chce być samicš alfa. Sš spinki i nie jest łatwo. W domu nie mówię nic o sporcie, no, chyba że przyjdš Majewscy, to wtedy nie da się od tego uciec.

Dlaczego nie mówi pan o sporcie?

Bo Kaœka się na nim nie zna. Prowadzi dwa salony urody i żyje pracš od rana do wieczora. Ona pasjonuje się tym, co robi, rozkręciła biznes, dobra renoma rozeszła się pocztš pantoflowš. A ja sport zostawiam na treningach, póŸniej wolę mieć czystš głowę, wrócić do domu i bawić się z synem. Nie mamy problemu z podziałem obowišzków, z rozdzieleniem sportu od codziennoœci. Wiadomo, że chcšc odnosić sukcesy, musiałem skupić się na pracy w 100 procentach, na dom brakowało czasu, ale przecież jest nas dwoje i jakoœ udało się wszystko podzielić. Nigdy nie było tak, że kiedy po jakiejœ kłótni w domu jechałem na zawody, to myœlałem o tym, że Kaœka mnie właœnie zdradza albo obgaduje z koleżankami.

O swoich wczeœniejszych zwišzkach powiedział pan: „To były eliminacje".

No tak, ale co to mogły być za eliminacje, jak miałem 26 lat. Mechanizm był prosty – pochodzę z wioski, zdobyłem medal i popularnoœć wzrosła. Dostawałem wiadomoœci na komórkę, jakieœ e-maile, zdjęcia. Listy do domu przychodziły, bo jak ktoœ zadzwonił do Polskiego Zwišzku Lekkiej Atletyki z proœbš o mój autograf, to mu ochoczo dawali mój domowy adres. Przychodziły nawet rozbierane sesje, propozycje matrymonialne i to już była przesada. Jestem normalnym człowiekiem, nienawidzę jak ktoœ mnie wpuszcza w sklepie bez kolejki do kasy, mówišc: „Proszę, mistrzu". Głupio się z tym czuję, to nie jest fajne.

Mówi pan o schematach: mała wioska, jedyna droga. Schematem jest też sodówka po sukcesie.

No i mnie też odbiło. To nie jest piłka nożna, nie zarabiamy kilku milionów rocznie, ale w mojej skali oszalałem. Przyjaciele kazali mi przystopować z pewnymi rzeczami i się udało. Już jest w porzšdku.

Z czym kazali panu przystopować?

Z imprezami. Zdobywasz medal, wszyscy cię lubiš, pojawia się zainteresowanie mediów. Oczywiœcie jak ma się 26 lat, to jest już i własny rozum, ale gdy pojawiły się pienišdze, stypendia, telewizja i ludzie zaczęli zaczepiać na ulicach, to pojawił się też pierwszy bankiet, potem drugi i trzeci. A u mnie jest generalnie problem z asertywnoœciš. Trwało to kilka miesięcy. Ale sport szybko sprowadza na ziemię. Był medal, ale potem byłem pišty albo szósty. I trzeba było przystopować, żeby chociaż wrócić do punktu wyjœcia.

Powiedział pan: „Nie jesteœmy, jak piłkarze". Zazdroœci im pan?

Ani trochę. Nie mam nic przeciwko piłkarzom. Super, że majš tak opakowany i sprzedany produkt. Zbigniewa Bońka powinno się zmusić, żeby zrobił szkolenia wszystkim zwišzkom z marketingu. W lekkiej atletyce w ostatnich latach mamy kosmiczne osišgnięcia, a tak naprawdę jest bieda.

Pana syn Henio ma cztery lata. Jego narodziny pomogły panu zejœć na ziemię?

W roli ojca spisuję się pewnie kiepsko. Oczywiœcie fajnie, że mogę synowi pokazać sport. Kocha ruch – jeŸdzić na rowerze, na hulajnodze. Sam mnie wycišga na dwór, żeby grać w piłkę, próbuje innych dyscyplin. Ale nie wiem, czy mogę siebie traktować jako wychowawcę.

Dlaczego?

Jeżeli mnie nie ma w domu przez szeœć, siedem miesięcy w roku, albo wprost – byłem w nim goœciem, to jak widziałem syna, zajmowałem się głównie jego rozpieszczaniem. Teraz, gdy siedzę drugi miesišc w domu, widzę tego skutki. Okazuje się, że to nie jest takie fajne, że tata wpadał na chwilę i rozpieszczał, a póŸniej zostawiał wszystko matce i babci.

Dużo strachu mieliœcie, kiedy Henio się urodził.

Był blisko œmierci. Miał podejrzenie urosepsy, pobierano mu płyn rdzeniowo-mózgowy, przechodził mnóstwo badań.

Był pan twardy?

Sport uczy wielu rzeczy, a charakteru na pewno. Pojechaliœmy do szpitala, Henio miał problem z nerkami, ale jak zobaczyłem wyniki jego badań i wpisałem w internet, to zastanawiałem się, dlaczego jeszcze żyje. Odradzam rodzicom doktora Google'a. Naczytałem się, że „moja córeczka zmarła", „mój syn odszedł", a te dzieci miały takie same wyniki jak mój Henio. Został mi koœciół, poszedłem się modlić o czwartej nad ranem. Ktoœ zadzwonił po straż miejskš, bo przecież duży, łysy facet w œrodku nocy nie pojawia się raczej w koœciele. Przeszedłem swoje piekło, ale trafiliœmy na superlekarzy.

Teraz jest już wszystko w porzšdku?

Nie jest, bo jedna nerka jest zniszczona i mišższ nie przyjmuje tyle mocy, co powinien. Nerka ma jednak zachowane podstawowe funkcje, a Henio biega, skacze i krzyczy. Jakby ktoœ zobaczył go, jak miał półtora roku i porównał z tym, jak wyglšda teraz, to by nie uwierzył, że to jest to samo dziecko. Chorował, a teraz zdecydowanie na chorego nie wyglšda.

Przez to, że pan szybko stracił ojca, próbuje pan dać coœ synowi, czego sam nie dostał?

Czasy się zmieniły, okolicznoœci także. Jesteœmy innymi rodzicami. Więcej jest miłoœci, mówienia o niej, więcej tego, czego nie miałem będšc dzieckiem. Uważam, że póŸniej gdzieœ w dorosłym życiu taki emocjonalny deficyt wyszedł u mnie na wierzch. Nie, że mama nie mówiła mi, że mnie kocha, jednak mam problem z bliskoœciš. Oczywiœcie powiem Heniowi, że go kocham, ale to tylko słowa, a powinno chyba być więcej jej okazywania, więcej głaskania i przytulania. Kiedy wróciłem po kilku miesišcach do domu, poczułem niesamowite ciepło, cieszę się, że mam z młodym taki kontakt, bo przecież wiem, że jak będzie miał 15 lat, to już nie będzie potrzebował tyle czułoœci, a może powie „do widzenia" i się wyprowadzi do jakiegoœ internatu, wyjedzie do szkoły.

O jakim deficycie emocjonalnym pan mówi?

Pewnie moje kłótnie z Kaœkš wynikajš z tego, że po prostu ja czegoœ nie miałem. Nie potrafiłem okazywać miłoœci, miałem problem z przytulaniem. To przecież nie jest tak, że duży łysy facet musi być twardzielem i bić żonę, ale odnosiłem wrażenie, że ja po prostu przytulania nie potrzebuję. I nie potrafiłem postawić się na jej miejscu, a ona akurat ma odwrotnie. Mówiłem: „No już, dobra, daj spokój".

Ale przecież mówiš o panu: „olbrzym o gołębim sercu". Medale wystawia pan na aukcje charytatywne.

Tak zostałem nauczony przez babcię. Mama też zawsze mówiła mi, żebym był dobry i uczciwy. Zawsze taki byłem. W ósmej klasie wychowawca chciał, żebym został przewodniczšcym klasy. Nie chciałem, bo jakoœ nikt w klasie mnie nie lubił. Było trzech kandydatów i nie dostałem żadnego głosu. Wychowawca nie wierzył, że nawet sam na siebie nie zagłosowałem. Nie chciałem, mieli mnie wybrać koledzy i koleżanki. Zostałem pochwalony za dobrš postawę.

Pana medal z Rio kupili Dominika i Sebastian Kulczykowie.

Tak. Dałem na licytację także statuetki za wygranie Diamentowej Ligi, ale pierwszš sam wylicytowałem, bo żal mi było, żeby szła za tak małe pienišdze. Pozbywałem się też koszulek, innych trofeów – nie jestem gadżeciarzem, co miałem zrobić, to zrobiłem, już to osišgnšłem. Zdobyłem medale, a skoro efekt mojej ciężkiej pracy mógł pomóc jeszcze komuœ innemu, robiłem to z przyjemnoœciš. Dzieci sš bezbronne.

Problemy ze zdrowiem Henia przyspieszały takie decyzje?

Historia jego choroby zmusiła mnie nawet do deklaracji, że jeœli zdobędę medal w Rio, to natychmiast się go pozbędę. Zbyt często bywałem w szpitalach i się napatrzyłem.

Na co?

Na rodziców tych dzieciaków. To były mocne przeżycia. Do szpitala wpada ekipa, jeden lekarz trzyma dziecko za nogi, drugi za ręce, a pani doktor wkłada mu rurki do nosa, gardła. Wszędzie jest krew. Ciężko było nawet na to patrzeć. A co mogli zrobić rodzice? Pienišdze z mojego medalu komuœ pomogły, ale nie jestem w stanie pomóc wszystkim, odpowiedzieć na e-maile, zwłaszcza że większoœć to oszuœci. Pienišdze też przelewam na konkretne przypadki, a nie na fundacje. Kiedy fundacja chce zebrać milion, a zbierze sto milionów, to 99 zostawia dla siebie. Cieszę się, kiedy widzę, że dzieci, którym pomogłem, normalnie żyjš. Że choć gałka oczna została usunięta, ale nowotwór nie poszedł dalej, do mózgu. Rozmawiam z rodzicami tych dzieciaków, którzy opowiadajš, jak sš szczęœliwi. To też jest dla mnie ważne – radoœć rodziców. Widok uœmiechniętego ojca, matki, która chce się wreszcie umalować.

Pewnie pan dobrze sypia.

Właœnie nie. Materac mam słaby. Poza tym żona i dziecko zajmujš tyle łóżka, że ledwo się mieszczę. Henio œpi z nami, bo muszę mu teraz wykończyć pokój. Poza tym, jak łapał bezdech i chrapał, to przeszedł operację wycięcia migdałków. I zrobiło się tak cicho, że kilka razy w nocy chodziłem sprawdzać, czy w ogóle oddycha. Teraz mam go przy sobie.

Myœli pan o tym, że skoro za dużš kwotę udało się sprzedać srebrny medal olimpijski, to złoty kosztowałby jeszcze więcej?

Nie odbieram drugiego miejsca jako porażki. Oczywiœcie fajnie jest wygrać i być najlepszym na œwiecie, ale jako dzieciak miałem mniejsze marzenia. Założyć dres z orzełkiem – założyłem, wysłuchać Mazurka Dšbrowskiego – też zdarzyło się parę razy. Kiedy zdobywam srebrny medal na igrzyskach, to nadal przecież jestem reprezentantem Polski – kraju, który pewnie zmieœciłby się w jednym stanie Stanów Zjednoczonych, a ich reprezentanci ukończyli zawody z gorszymi wynikami. Jakbym był czwarty, to byłbym wœciekły, pewnie dziewište czy trzynaste miejsce by mnie bolały, bo nie dawały by awansu do kolejnej rundy, ale gniewać się na medal? Nie rozumiem.

Ale olimpijskie złoto się panu marzy...

Patrzę na to trochę inaczej. Mam wielu znajomych, którzy złapali króliczka, czyli spełnili swoje marzenia. I jak to w życiu bywa – stracili sens, nie wiedzieli, co dalej. Może tak miało być, że w Rio złota jeszcze nie wywalczyłem. Może ze złotem powiedziałbym już „do widzenia", a pisane mi było co innego. Na igrzyskach w Tokio będę miał 37 lat, a rzut dyskiem to konkurencja, gdzie liczy się doœwiadczenie. Igrzyska to stres, trzeba się z nim oswoić. Wygrywajš najsilniejsi.

Pan z presjš nigdy nie miał problemów?

Radziłem sobie, ale mojego sposobu pan ze mnie nie wycišgnie. Zdradzę dopiero po zakończeniu kariery. Przed samym startem zawsze jest jednak burza myœli. Jak się było zdrowym przez cały rok i przygotowania przebiegały normalnie, to łatwiej się uspokoić. Gorzej, jak na dwa tygodnie przez zawodami leczy się kontuzję. Czasami los potrafi jednak zaskakiwać, bo według mnie najsłabszy w karierze byłem właœnie podczas igrzysk w Rio, a zakończyło się to medalem. Mówišc delikatnie – nie byłem tytanem, słabo się czułem, także motorycznie. Ważne okazało się nastawienie psychiczne, nakręcała mnie ta akcja z wystawieniem medalu na aukcję. Nie chciałem nikogo zawieœć, nie rzucałem tylko dla siebie.

To tak naprawdę nakładanie na siebie jeszcze większej presji.

Właœnie nie. Nie myœlałem, co będzie, jak nie zdobędę medalu, tylko jak będzie fantastycznie, jak mi się to uda.

Majewski już podobno kilka razy mówił do pana: „Bez złota nie wracaj do pokoju".

Z „Długim" jesteœmy przyjaciółmi od poczštku naszej przygody ze sportem. Wie, że marzę o złotym medalu i próbuje mnie nieudolnie zmobilizować. Tomek odprowadzał mnie na PKS w Ciechanowie, kiedy jechałem na pierwszy mecz międzynarodowy, dał mi bransoletkę na szczęœcie. Od tamtego czasu przed każdymi zawodami coœ od niego pożyczałem. Kiedyœ go nie było i skończyło się kontuzjš. Nasz klimat trzeba czuć, możemy rozmawiać na różne tematy, zawsze mamy swoje zdanie, kłócimy się, œmiejemy, zawsze będziemy przyjaciółmi.

Wielu sportowców przyjeżdża na igrzyska jak na dobrš imprezę.

Taka jest prawda. Nie tylko Polacy to robiš, ale cały œwiat. Ktoœ wyrabia minimum, orientuje się, jakie sš standardy w czołówce i od samego poczštku wie, że na podium nie ma szans. Czasami w wiosce zawišzujš się jednak prawdziwe przyjaŸnie i nie chodzi mi o moment po zdobyciu medalu, bo wtedy wszyscy sš twoimi przyjaciółmi. PóŸniej życie weryfikuje, ile warte były te znajomoœci. Wioska olimpijska to bardzo klimatyczne miejsce – pamiętam, że w Pekinie byłem zafascynowany tym miejscem, wszyscy mieszkaliœmy w jednym budynku. Spotykaliœmy się na dole z siatkarzami, piłkarzami ręcznymi i dużo rozmawialiœmy. Rodzina to może za dużo słowo, żeby opisać nasze relacje, ale czułem się jak w gronie przyjaciół, z którymi być może widuję się raz na cztery lata, ale doskonale wiedzš, o co mi chodzi. W Londynie było już inaczej. Za blisko, każdy mógł zaplanować swój pobyt zaledwie na kilka dni. A o Rio nie ma co wspominać.

Dlaczego?

Nastšpiła zmiana pokolenia. Wszyscy gapili się w telefony komórkowe. Facebook, Instagram. Ja też korzystam z mediów społecznoœciowych, ale dużo rzadziej. Ostatnio poprosiłem szczęœliwego znalazcę o zwrot mojego portfela. Znalazł się, pomogło.

O sportowcach często się mówi, że sš jak dzieci. Wszystko dostarcza im się pod nos. Czytałem ostatniš długš listę piłkarzy, którzy zarabiali ponad milion funtów rocznie, a teraz sš bankrutami.

Chciałbym przez całš karierę zarobić milion funtów. Z tymi dziećmi to prawda – może nie od samego poczštku, ale od momentu, kiedy okazuje się, że mamy talent, wszystko jest podane na tacy. Kiedyœ musiałem sam sobie uprać ciuchy, rozwiesić, wyprasować, sam iœć na zakupy i zrobić wszystko wokół siebie. Dziœ na zgrupowaniu mam podane œniadanie, a w zeszycie trenera jest dokładnie rozpisany trening. Za pralnię płacę dwie dychy.

A kiedy sport się skończy i trzeba będzie znowu samemu dbać o wszystko?

Boje się tylko tego, że słabo zniosę odstawienie od adrenaliny. To na pewno będzie jakieœ zagrożenie. Kupiłem sobie ostatnio quada, ale na żaden Dakar nie będę się zapisywał. Jestem za słabym kierowcš. Najwyżej zrobię rajd po Bieżuniu i pokażę wszystkim, jak wyglšda moja rodzinna miejscowoœć. Brakować też będzie ustalonego rytmu dnia, bardzo się do tego przyzwyczaiłem. Ale dostałem już propozycje, żeby zostać trenerem, wyjechać za granicę. Rozważę po igrzyskach w Tokio.

To prawda, że kiedy mówi pan, że nic pana nie boli, znajomi martwiš się, że coœ jest nie tak?

Jak pytajš o zdrowie, i odpowiadam „spoko", albo „ok", to znaczy, że pewnie jest œrednio, albo że nie mam formy. Ale jak mówię, że coœ nacišgnšłem i że od pięciu dni nie rzucam, to wiedzš, że na pewno start będzie udany. Jakoœ tak dziwnie mi to wychodzi – jak mam drobny uraz, to może bardziej się przykładam. Martwię się tylko o plecy, reszta może mnie boleć.

Mówi pan: „Jest Ÿle, jak włšcza mi się tryb nieœmiertelnoœć".

Kiedyœ byłem nieœmiertelny. W porównaniu z poczštkiem kariery trenuję teraz o połowę mniej, bo już wiem, jak to się robi. Moje mięœnie, moje nerwy zapamiętały pewne schematy. Musiałem to wypracować. Teraz 63, 64 metry to miesišc treningu, kiedyœ – dziewięć. Kiedyœ na treningu robiłem wszystko, jak szalony, a trzeba się uspokoić, skupić na szczegółach, o których inni nie majš pojęcia.

Polacy nie znajš się na lekkiej atletyce?

Pchnięcie kulš czy rzut dyskiem trwa chwilę i trudno ocenić wszystko w okamgnieniu. Komentatorzy mówiš po udanym rzucie: „Ale gracja!", a po identycznym, ale z gorszym rezultatem chrzaniš coœ o złym ustawieniu. Te rzuty tak naprawdę wszystkie sš takie same, tylko ja czuję, co zrobiłem Ÿle. Tak samo jest z życiem. Tylko my sami wiemy, co w nas siedzi.

rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL