Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Orliki. Czy wielka inwestycja Platformy Obywatelskiej coś daje polskiemu społeczeństwu

Orlik na stołecznym Mokotowie jest w remoncie. Przydałoby się to wielu innym, ale brakuje pieniędzy
Fotorzepa, Magda Starowieyska
Gdy lubišcy haratać w gałę premier z Gdańska ogłaszał narodowš inwestycję w budowę boisk, sam się chyba nie spodziewał, że powstanie ich aż tyle. Dziœ niektóre œwiecš pustkami, inne podupadły, ale nawet ich krytycy nie chcš, by je zamykano.

Dzisiejsi 30-latkowie z sentymentem wspominajš dzieciństwo: po dzwonku kończšcym lekcje szybka przebierka, kanapka przeżuta w poœpiechu, sfatygowane tenisówki albo trampki na nogi, piłka pod pachę i wio, na boisko. Na betonie czy asfalcie (co kończyło się pozdzieranymi do krwi kolanami i łokciami), nieraz też na kawałku trawy (tu bardziej cierpiały matki, użerajšc się z zielonymi plamami na koszulkach i spodenkach), póŸniej na tartanie. Ale się w nogę grało!

Rafał: – W moich rejonach były tylko boiska przy szkołach albo jakieœ trawiaste klepiska, na które trzeba było przyjœć w co najmniej dwudziestu. Dobrych boisk w odpowiednim rozmiarze, dla 10–16 osób, było dużo mniej, więc trudno było na nie się dostać.

Piotr: – Wychowałem się na wiosce, 100 kilometrów od Warszawy. W piłkę grałem od dziecka, codziennie, nie tylko na wuefie.

Maciek, który kolana œcierał na asfaltowych boiskach Gdyni, a kostki na polnych boiska Rumii i Malborka, wspomina: – Wejœcie kolegów w tak zwanš dorosłoœć wraz z tym, co się z niš łšczy, czyli z rodzinš, karierš i mniej lub bardziej (w owym czasie raczej mniej) planowanymi dziećmi spowodowało, że nagle nie było z kim grać. Dosłownie. Nikomu nie chciało się kopać na betonie, z wolna wkradał się szacunek do własnych ciał. W efekcie, nie liczšc jakichœ rozgrywek ligi halowej od 2002 do 2007 r., kopałem piłkę sporadycznie, i to też tylko w hali, w towarzystwie nieco starszych panów (zapewne gdzieœ w moim dzisiejszym wieku), którzy jednakowoż mieli czym za tę halę zapłacić. No i wówczas pojawiły się Orliki.

Nie tylko do nogi

Dla rzšdu PO–PSL to była inwestycja przez duże „I", flagowy projekt. W exposé z 23 listopada 2007 r. Donald Tusk z sejmowej mównicy złożył obietnicę: 2012 boisk na 2012 rok, przyobleczonš póŸniej w hasło: „Zdrowe i uœmiechnięte dzieci – najważniejsze!". Cel był szczytny: „aby wszystkie polskie dzieci mogły oprócz domu i szkoły znaleŸć miejsce, które będzie budowało także poczucie wspólnoty, będzie skutecznie dbało o zdrowie naszych najmłodszych, będzie budowało umiejętnoœć kooperowania, będzie w przyszłoœci przygotowywało najmłodszych do dorosłego życia. Będzie dawało szansę na sprostanie konkurencji, nie tylko sportowej".

Między 1 czerwca 2008 r. a 9 maja 2013 r., czyli między oddaniem do użytku pierwszego Orlika we wsi Izdebki w województwie podkarpackim i ostatniego w Jedlni-Letnisku pod Radomiem, boiska z rzšdowego programu pochłaniały kolejne sumy z budżetu (łšcznie miliard złotych) i wyrastały w całej Polsce jak grzyby po deszczu. No, może nie całej – choć Tusk w exposé z emfazš mówił o „każdej polskiej gminie", ostatecznie program ominšł co trzeciš z nich. Może lokalnym włodarzom zabrakło cierpliwoœci do papierologii. Może ugięli się pod naporem warunków i obostrzeń, w końcu w „typowym projekcie architektoniczno-budowlanym", jaki Ministerstwo Sportu i Turystyki przekazało gminom celem „adaptacji do warunków miejscowych", parametry techniczne zostały wyraŸnie okreœlone.

Bo Orlik to nie tyle boisko do futbolu, jak się nieraz uważa, tylko cały kompleks z jednym boiskiem piłkarskim, jednym wielofunkcyjnym, jednym budynkiem sanitarno-szatniowym. I to nie byle jakimi, wszystko zostało dokładnie obliczone, wymierzone, zaprojektowane. Boisko piłkarskie: 30 x 62 m, z nawierzchniš ze sztucznej trawy (wysokoœć minimum 5 cm) i ogrodzeniem z siatki powlekanej, do wysokoœci 4 m i wyższymi o metr piłkochwytami, a także bramkami 2 x 5 m. Boisko wielofunkcyjne: 19,1 x 32,1 m, nawierzchnia syntetyczna, poliuretanowa, na podbudowie dynamicznej, plus stalowe kosze o regulowanej wysokoœci, ogrodzenie jak wyżej. Budynek sanitarno-szatniowy: zaprojektowany w technologii prefabrykowanej i montowany na placu budowy lub dostarczany w całoœci, na życzenie może być większy (to znaczy z większš liczbš segmentów), ale absolutne minimum to pomieszczenie na ok. 60 mkw. magazynu sprzętu gospodarczo-sportowego, oddzielnych szatni dla każdej płci lub drużyny, zespołu higieniczno-sanitarnego, pomieszczenia gospodarczego, pomieszczenia dla gospodarza obiektu i animatora. Wedle uznania (i możliwoœci finansowych) pozostawiono właœciwie tylko na Orlikach ulokowanie placu zabaw.

Może o te możliwoœci finansowe sprawa się w mniejszych i/lub biedniejszych gminach rozbiła – chociaż urzšd marszałkowski i ministerstwo miały wyłożyć po jednej trzeciej kosztów inwestycji (ale nie więcej niż po 333 tys. zł, póŸniej kwotę tę zwiększono do 500 tys.), dla wielu gmin wydatek rzędu 300–500 tys. zł stanowił próg zaporowy, bo statystyczny Orlik kosztował milion złotych.

A może po prostu idea była słuszna, tylko coœ zgrzytnęło po drodze.

Przyjemnoœć gry się podniosła

W cišgu pięciu lat cel został osišgnięty, nawet ze sporš nadwyżkš. Z „minimum 2012 boisk" zrobiło się ostatecznie 2604, rzšd mógł przyklasnšć sobie z uznaniem, wyrobił 130 proc. normy. Orlikom wielu przyklaskuje do dziœ. Na forum zamkniętej grupy facebookowej „Złote Nogi Warszawa – piłka nożna" (prawie 3300 członków) Rafał ocenia krótko i konkretnie: – Graliœmy, gramy i grać będziemy.

Jego wypowiedŸ w rozmowach na forum, w wiadomoœciach prywatnych i na spotkaniach w cztery oczy rozwijajš inni zainteresowani.

Michał: – Przyjemnoœć gry zdecydowanie się podniosła. Jeszcze 15 lat temu każdy chłopak był podekscytowany, gdy mógł pograć na boisku, gdzie było błoto, ale i siatki w bramkach. Potem weszły boiska tartanowe, też było super. Potem dywanowe. A teraz ze sztucznš trawš. To trochę jakby przechodzić z poloneza przez opla do mercedesa.

Adam: – Orliki piękna sprawa, choć gdzieniegdzie już murawa zryta.

Kamil: – Gram na Orlikach za darmo kilka razy w tygodniu. W dzieciństwie można było pomarzyć o takich boiskach.

Michał M.: – Gram od ósmego roku życia, wczeœniej na pełnowymiarowym boisku, hali albo na łšce. Odkšd sš Orliki, jest lepiej, wygodniej, łatwiej. Bo bliżej, boiska w lepszym stanie, bramki również. Można grać praktycznie cały rok. No i bezpłatnie. Orliki wprowadziły też nowš jakoœć do amatorskiej piłki nożnej, sš organizowane turnieje i ligi na profesjonalnym poziomie.

Aleksander: – Ja gram dosyć często, raz w tygodniu. Korzystam z Orlików na Mokotowie i nie mogę powiedzieć złego słowa. Co prawda nawierzchnia nie jest w doskonałym stanie, ale raczej nie stanowi niebezpieczeństwa dla zdrowia. Z organizacjš też nie ma problemu, z tego co pamiętam, to raz się zdarzyło jakieœ zamieszanie w rezerwacjach i przyszły dwie ekipy. Nie widzę lepszej alternatywy dla darmowego grania w Warszawie.

Maciek z kolei zauważa, że wielu orlikowych kopaczy to „ekonomiczno-edukacyjni uchodŸcy z innych miast". Takie wrażenie odniósł już w rodzinnym Gdańsku, kiedy w weekendy często wsiadał na rower albo w auto i kršżył po okolicznych boiskach, by zobaczyć, „czy ktoœ gdzieœ nie harata", a jak harata, to się po prostu przyłšczyć. Z pogawędek między jednš rozgrywkš a drugš wychodziło, że na przykład na Żabiance grały chłopaki z Grudzišdza, na Hallera – z Elblšga i Olsztyna. Maciek: – Zwykle młode chłopaki, studia zaoczne plus pierwsza praca. Orliki, jako darmowe miejsce spotkań, były trochę ich œwietlicš. Myœlę, że podobnie integrujšcš funkcję spełniajš bezpłatne boiska w innych miastach.

Podobne obserwacje poczynił Dawid, administrator grupy „Złote Nogi..." i jeden z twórców serwisu playoo.pl, który gromadzi i udostępnia informacje, gdzie, kiedy, z kim i za ile można w pograć w nogę w całej Polsce. – Na Orlikach gra dużo Ukraińców, wielu też korzysta z playoo.pl czy dołšcza do grup na Facebooku. Dla nich jest to œwietna opcja, bo przyjeżdżajš, nikogo nie znajš, a chcš dalej grać w piłkę, aktywnie spędzać wolny czas, poznawać nowych ludzi, integrować się – mówi.

W litanii plusów Orlików wymieniane sš ponadto: „superjakoœć boiska" (Adrian), „moda na grę w nogę" (Bartek i Michał), „łatwiejsze zebranie 12 osób do gry niż 22, jak na pełnowymiarowym boisku" (znów Adrian), „pojawienie się prawie natychmiast amatorskich lig szóstek", które reaktywowały do gry w piłkę nożnš zapaleńców z dzieciństwa, którzy w dorosłoœci już nie bardzo mieli z kim pokopać (Maciek).

A gdyby zbudować coœ innego?

Plusy wyliczone, przejdŸmy do minusów. – Fajnie, że te Orliki powstały, tylko potencjał nie został w pełni wykorzystany – pod tymi słowami 28-letniego Bartka, założyciela amatorskiej ligi piłkarskiej, wielu obeznanych z tematem może się podpisać. Wœród nich Dawid. Ale zanim przejdzie do konkretów, przypomina koncepcję czterech sposobów wydawania pieniędzy twórcy monetaryzmu Miltona Friedmana. Dawid: – Najlepszy jest ten, kiedy wydajesz swoje pienišdze na siebie, wtedy wiesz, jaka jest wartoœć pieniędzy, bo je zarobiłaœ, i doskonale znasz swoje potrzeby. Trochę gorzej jest, gdy komuœ kupujesz prezent, owszem, liczysz się z pieniędzmi, ale najczęœciej nie znasz potrzeb tej osoby. Mamy trzeci sposób, gdy wydajesz czyjeœ pienišdze na swoje potrzeby. I czwarty, najgorszy: wydajesz nie swoje pienišdze, nie wiesz, ile potu ludzie wylali, żeby je zarobić, i nie znasz ich potrzeb. To się tyczy właœnie finansów publicznych.

Po tym wprowadzeniu Dawid przyznaje, że „Orliki to fajna sprawa, dobrze się na nich gra, co do tego nie ma wštpliwoœci". – Tylko ja zawsze zadaję sobie pytanie o koszty alternatywne, co można było za te same pienišdze innego zrobić. Boisko wielofunkcyjne, szatnia, toaleta – to wszystko koszty pomnaża. W wielu miejscach jest to niepotrzebne, Orliki sš przecież często zlokalizowane przy szkołach, a szkoły szatnie i toalety już majš. Poza tym niektóre szkoły czekały, aż ktoœ im zeœle Orlika z samej góry, a inne nie chciały czekać i postawiły boisko takie samo, a może i lepsze trzy albo cztery razy taniej, za 300 tys. – wyjaœnia Dawid.

W tym kontekœcie krytycznie ocenia realizację projektu w swoich rodzinnych stronach. – Orlik, który kosztował 1,2 mln zł, stoi odłogiem, nic się tam nie dzieje, czasami, odwiedzajšc rodziców, spotykamy się z kolegami i idziemy pograć. A bywa i tak, że boisko jest zamknięte – bo jest jeden administrator, który też ma akurat wolne, chce sobie odpoczšć, mieć œwięto. I ma do tego pełne prawo – mówi. Porównuje Orliki do luksusowego szklanego wieżowca poœrodku wsi: – Ludzie mogš w nim mieszkać, majš piękne widoki. Ale gdyby dostali pienišdze do ręki i mogli nimi dysponować, to czy na pewno by postawili wieżowiec? Podejrzewam, że nie.

Arek natomiast pyta, „kto w firmie państwowej ma pojęcie o biznesie?". Wychodzi na to, że czysto retorycznie, bo zaraz sam odpowiada: – Nikt, to banda nieuków i kmiotów z układami, bez doœwiadczenia. Specjaliœci sš wtedy, kiedy sš pienišdze, jak pieniędzy nie ma, to i specjalistów brak. Dlatego sš takie słabe projekty – ocenia. Na Orliki jego zdaniem przekłada się to tak: – Jakby rzšd przeznaczył 25 proc. tej kasy i zrobił o kilka Orlików mniej, ale przeprowadził wczeœniej badania marketingowe i połšczył to z kampaniš w stylu „stop smartfonom, konsolom itp.", to na pewno efekt byłby lepszy.

Również zdaniem Bartka można, a wręcz trzeba było rozdysponować finanse inaczej. – Ja już sam nie wiem, które boiska to sš Orliki, a które nie, po prostu tyle ich w ostatnich latach się pojawiło, że każde, które jest pokryte sztucznš murawš, w mowie potocznej funkcjonuje właœnie jako Orlik – wyjaœnia, stwierdzajšc, że to akurat jest sukces programu, że się tak ludziom nazwa wgryzła, wżarła wręcz w œwiadomoœć, ryjšc prostš analogię: boisko = Orlik. – Sęk w tym, że tylko na Ursynowie, gdzie mieszkam, pracuję i gram, jest z dziesięć boisk, a tylko jeden Orlik. Właœciwie więc nie był w ogóle potrzebny. Raczej trzeba było dofinansować Orliki w małych miejscowoœciach, w biednych gminach, nawet sfinansować je w całoœci, pozatrudniać ogarniętych trenerów, którzy będš prowadzić dzieciaki i wyłapywać młode talenty. Tam mogłoby to z automatu zadziałać, dzieciaki zaczęłyby wychodzić na boisko, bo alternatywy często po prostu nie ma.

Dawid uważa z kolei: – WeŸmy miejscowoœć, gdzie jest 5 tys. ludzi, ile tam może być dzieci? Zamiast budować Orlik, który œwieci pustkami, można było za dużo mniejsze pienišdze rozdać karnety na siłownię czy basen albo wynajšć na godziny już istniejšcy obiekt, żeby wstęp był otwarty, bezpłatny. I też by się dzieci usportowiły.

Gówniarzeria nadal kopie

Dyskusja na temat Orlików prędzej czy póŸniej skręca też w kierunku opowieœci z cyklu „ech, ta dzisiejsza młodzież". Pierwszy kamień rzuca Bartek: – Patrz, ja się tutaj wychowałem, na boiskach dokładnie w tym miejscu, gdzie jesteœmy, od dziecka grałem. Był tłum dzieciaków, kilkadziesišt osób, każdy czekał, żeby chwilę pograć. A teraz? Jest niedziela wieczór i raptem czterech chłopaczków sobie piłkę kopie. A to i tak dobrze.

Kolejny dodaje Michał: – Jak miałem siedem–dziesięć lat, to się i trenowało, i grało na podwórku, ojciec ze mnš nie chodził na boisko, szło się samemu. To było miejsce, gdzie się poznawało nowych kolegów i koleżanki. Teraz najmłodsi grajš w ramach szkółek prywatnych, na Orlikach widzę głównie osoby w wieku studenckim, ewentualnie starsze.

Mieszanka nostalgii i rozgoryczenia udziela się też Arkowi: – Orlików, i wszystkich innych boisk, jest bardzo dużo, niektóre sš wykonane ze œredniej czy nawet słabej jakoœci materiałów i bardzo szybko trzeba zmieniać nawierzchnię. Ale to i tak nie ma znaczenia, bo dzieciaki grajš dziœ tylko na wuefach albo treningach jakiejœ sekcji.

Ostatnio parokrotnie odwiedzał między godzinš 17 a 18 wszystkie boiska w swojej okolicy. – I nic nie zastałem, zero żywej duszy. Teraz jest moda na puszczanie dzieci do szkółek, klubów. Reszta siedzi w internecie. Boiska się starzejš i niszczejš, a dzieci nie korzystajš.

Zdaniem Dawida owa moda to symptom naszych czasów – i to wcale niezły. – Czasy, kiedy się chodziło na boisko czy trzepak, już minęły. Teraz jest totalna profesjonalizacja, zwłaszcza jeœli chodzi o piłkę, jest mnóstwo szkółek, klubów, lig – wyjaœnia.

– A co do komputerów – œmieje się – u mnie też bywały takie czasy, że wolałem siedzieć przy komputerze, a wyszedłem na ludzi (œmiech). Dzieciaki takie po prostu sš, zawsze coœ sobie znajdš do roboty, coœ wymyœlš. Ale i tak przychodzš na Orliki, tylko że w cišgu dnia albo w wakacje w godzinach, kiedy starsi sš w pracy albo im się po prostu nie chce.

Arek wspomina z kolei, jak jeszcze w czasach przed Orlikami (2006–2009), na boisku przy pobliskim gimnazjum odbywały się zajęcia: siatka i kosz dwa razy w tygodniu, noga pięć razy, od 16.30 do 19. – To zdało egzamin, rodziców się poinformowało, żeby dzieci przychodziły i nawet największa „patola" zamiast kraœć i pić szła pograć w piłkę. No, ale wtedy dzieci same chodziły po ulicach, a teraz kto ważniejszy, to dzieci trzyma na smyczy, tysišce zajęć z kalendarzem, harmonogramem, żeby dziecko przypadkiem nie było kreatywne i samo sobš się nie zajęło.

Zdaniem Maćka to „typowo starcze argumenty, jakoby onegdaj dzieci nie schodziły z boisk i podwórek, a dziœ wychuchane, wydmuchane żyły jakimœ uwiędłym symulakrum życia". – Coœ z pewnoœciš jest na rzeczy, ale myœlę sobie jedno: ci wszyscy, którzy twierdzš że owych dzieci nie widać na Orlikach, to ludzie, którzy po pracy idš coœ zjeœć i potem biegnš na boisko. Rezerwujš je na godzinę 18, 19, a nawet póŸniej i ze słusznš dozš melancholii konkludujš, że owe boiska tak piękne, a nie biega po nich 30 młodych Lewandowskich. No i tu mam w sobie niezgodę: raz, że dziœ dzieci częœciej biegajš w ramach szkółek i klubów (które przecież też wykorzystujš Orliki), dwa, że jeœli biegajš same, to w nieco innych jednak godzinach. Niech ci sami narzekacze wsišdš na rower ok. 14, zaraz po lekcjach, to zobaczš, że gówniarzeria nadal kopie (i inne rzeczy robi) na boiskach.

Bartek akurat w rzeczonych godzinach kręci się po boiskach na warszawskim Ursynowie, prowadzi ligę amatorskš dla młodzieży. – Ja tu jestem prawie codziennie, od 14, 15 do wieczora. I widzę, że może parę osób przyjdzie w cišgu dnia, czasami dzieciaki, czasami doroœli, czasem rodzice z dzieciakami. Ale generalnie jest pusto – zauważa.

Strzelanie sportem narodowym

Od czasu startu programu Orliki wzbudzały wiele emocji – i kontrowersji. Od 2010 r. lokalne serwisy i prasa co rusz donosiły (i wcišż donoszš), że w założeniu ogólnodostępne boiska wcale dostępne nie sš – bo zima, bo administrator się nie zjawił, bo prace konserwacyjne, bo oœwietlenie zepsute, bo sšsiadom krzyki grajšcych przeszkadzajš w oglšdaniu telewizji. W paŸdzierniku ubiegłego roku z kolei gruchnęła wieœć, że „Orliki to (być może) œmietniki". Bo w składzie granulatu używanego tonami do ich budowy znajdować się mogš m.in. ołów, sadza, arszenik, kadm i silnie rakotwórczy benzopiren – tak przynajmniej donosił wówczas serwis sport.pl.

Na poczštku sierpnia z kolei w œwiat poszła informacja, że „rzšd PiS nie będzie inwestował w sztandarowy projekt Tuska". W rozmowie z „Dziennikiem Gazeta Prawna" minister sportu Witold Bańka stwierdził, że niektóre Orliki „nie nadajš się do użytku", bo „projektowano na kolanie, budowano za szybko". Wypadałoby więc je naprawić, ale „wydawanie milionów złotych z Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej na ogólnopolski program modernizacji byłoby absurdem". Raz, że tych pieniędzy po prostu nie ma – w Orliki trzeba by wpakować ok. 500 mln zł, do dyspozycji na 2017 r. jest natomiast ponad 10 razy mniej pieniędzy. Dwa, pytał Bańka, „dlaczego resort właœnie teraz miałby odpowiadać za błędy popełnione przy budowie Orlików?".

W wystosowanym przez ministerstwo sprostowaniu redaktorzy „DGP" zostali z kolei posšdzeni o manipulację, sam resort zaœ podkreœlił, że nie jest jego intencjš „wywieranie negatywnego wpływu na funkcjonowanie Orlików czy dšżenie do ich likwidacji", jednak zastrzegł, że „znajdujš się (one) we władaniu konkretnych właœcicieli i to na nich spoczywa odpowiedzialnoœć za stan i utrzymanie obiektu". Powtórzył też, że „modernizacje tych kompleksów sš możliwe w ramach istniejšcych ministerialnych programów, m.in. w programie modernizacji infrastruktury sportowej".

Przy czym wyglšda na to, że politycy – pomimo różnic ideologicznych, œwiatopoglšdowych, politycznych – w jednej kwestii sš zgodni: naszym sportem narodowym ma być strzelanie. Wszystko jedno, czy do bramki, czy do tarczy. Oto bowiem w ministerstwie wykluwa się koncepcja nowego programu, okrzykniętego już „Orlikiem dobrej zmiany". Tym razem rzšd ma inwestować w budowę i rozbudowę strzelnic.

Grajšcy na Orlikach, a nawet ich krytycy, sš zgodni: ich „zaoranie byłoby strasznš sprawš", jak ujmuje to Mateusz. – Wiadomo, że to projekt PO, ale bez przesady – dodaje.

Dawid zastanawia się, czy Orlików istniejšcych przy szkołach nie oddać właœnie w ich ręce. Wtedy trzeba byłoby ustalić m.in., kiedy boisko jest otwarte dla wszystkich za darmo, a za częœć zajęć wprowadzić odpłatnoœć. – Bo to, że Orliki sš bezpłatne, to moim zdaniem ich największy problem – dodaje.

Michał: – Strzelnica? Jeœli byłaby profesjonalna, to czemu nie, ja się zajmuję także rekonstrukcjš historycznš, więc wiem, co to broń. Ale Orliki niech zostanš.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL