Plus Minus

PiS ma wroga i program społeczny. Potrzeba jej jeszcze sztandardowej inwestycji

shutterstock
Każda władza potrzebuje ideologicznej legitymizacji swoich poczynań. Jeśli nie natychmiast, to na pewno przed wyborami. Trudno w tej sytuacji realizować wielkie, przyszłościowe inwestycje. Bo oprócz pieniędzy wymagają one czasu.

Sukces w polityce wymaga zdobycia przychylności wyborców. Przepis na tę potrawę jest dość prosty i zazwyczaj składa się z trzech elementów. Podstawą jest polityka publiczna, której realizacja ma doprowadzić do szybkiej poprawy życia obywateli. Przyprawą nadającą wyrazistość tej potrawie jest jasno sprecyzowany wróg polityczny, którego działania uniemożliwiają wprowadzenie zmian. Wreszcie każda potrawa musi być dobrze podana, czyli niezbędna jest wisienka na torcie. Taki status ma zazwyczaj sztandarowa inwestycja, której realizacja jest symbolem wszystkich innych zmian wprowadzanych przez konkretną ekipę. Te trzy elementy powinny tworzyć harmonijną całość.

W okresie rządów PO–PSL ten pierwszy czynnik sprowadzał się do absorbcji środków europejskich, gdyż ideologia „ciepłej wody w kranie" była obliczona na szybkie zmiany odczuwalne przez wszystkich. Wrogiem w tej wizji świata była oczywiście „moherowa koalicja", czyli część społeczeństwa obawiająca się zmian płynących z Zachodu, której emanacją polityczną było PiS. Wreszcie symbolem śmiałości reformatorskiej tamtej ekipy miało stać się Euro 2012 nazwane przez jednego z publicystów „nowym planem pięcioletnim", gdyż dzięki ówczesnym inwestycjom Polska miał przejść suchą stopą przez kryzys gospodarczy. Wszystkie trzy elementy ideologicznej legitymizacji PO opierały się zatem na zaufaniu do Unii Europejskiej i jej instrumentów jako gwaranta modernizacji kraju. Nieprzypadkowo zatem pogłębiający się kryzys w UE stał się jedną z przyczyn kryzysu w samej Platformie.

Potrawa ? la PiS

W przypadku obecnego rządu nie jest trudno wskazać dwa pierwsze elementy tej układanki. Podstawowym składnikiem politycznej potrawy a la PiS są reformy mające poprawić życie zwyczajnych obywateli, takie jak 500+ czy Mieszkanie+, co wpisuje się w wizję Polski solidarnej. Wrogiem jest oczywiście „totalna opozycja", która, realizując strategię „ulicy i zagranicy", angażuje w walkę z rządem nie tylko rodzime elity, ale również coraz wyraźniej elity europejskie. Jednocześnie obecny rząd długo nie ogłaszał naczelnej inwestycji, która miałaby wyrażać reformatorskie ambicje partii rządzącej. Jaka jest przyczyna takiego stanu rzeczy?

Ogromne znaczenie odegrały wnioski wyciągnięte z realizacji poprzedniego unijnego budżetu, gdy okazało się, że inwestycje w infrastrukturę mają jedynie ograniczone znaczenie, gdy nie wiążą się z adekwatną inwestycją w know-how. Budżet ten, przypadający na rządy PO–PSL, kładł nacisk na budowę i modernizację infrastruktury technicznej, w co znakomicie wpisała się modernizacja stadionów czy budowa autostrad przed Euro 2012. Szybko jednak przyszło nam się przekonać, że rację mają tacy ekonomiści, jak Larry Elliott i Dan Atkinson, którzy w kontekście londyńskich igrzysk olimpijskich przekonywali, że bardzo drogie inwestycje w obiekty publiczne nie pomagają dogonić liderów światowej gospodarki, ale są raczej klasycznym modernizacyjnym krokiem w tył („Going South: Why Britain will have a Third World Economy by 2014"). Nie tylko zwiększają one dług publiczny, bo aby zagwarantować wkład własny, trzeba zwykle się zadłużać, ale generują również gigantyczne koszty związane z utrzymaniem wybudowanych obiektów w kolejnych latach. Zwłaszcza gdy nie są one dostosowane do realiów danego kraju.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o stadiony, które trudno zapełnić kompletem widzów, jeśli akurat nie gra na nich narodowa reprezentacja. Chodzi również o miliardy wydane na przykład na infrastrukturę badawczą, która cierpi na brak zamówień ze strony przemysłu, gdyż nie została dostosowana do jego potrzeb. Znakomitym przykładem jest tu Wrocławskie Centrum Badań EIT+, które jeszcze niedawno otwierano pod hasłem „najbardziej kompleksowej infrastruktury badawczej w Europie Środkowo-Wschodniej wyposażonej w najnowszy sprzęt laboratoryjny". W czerwcu 2017 r. miasto Wrocław oraz miejscowe uczelnie przekazały rządowi za darmo tę „najbardziej kompleksową infrastrukturę", gdyż nie były w stanie jej utrzymać. Nie ma bowiem zbyt wielu firm na Dolnym Śląsku mających potrzebę korzystania z tak wyspecjalizowanego sprzętu laboratoryjnego. Dlatego dziś przecięcie wstęgi na otwarciu kolejnego pięknego budynku, który następnie będzie świecił pustkami, nie wystarczy, aby przekonać społeczeństwo do jego sensowności. Sztandarowa inwestycja PiS musi tym samym wykraczać poza kolejny stadion, odcinek autostrady czy nowe centrum badawcze.

Na ten problem nakłada się wyraźna różnica pokoleniowa w samym rządzie. Swego czasu szeroko komentowany był odcinek „Ucha Prezesa", w którym bohater upozorowany na Mateusza Morawieckiego opowiada o roli dronów we współczesnej gospodarce, podczas gdy alter ego Jarosława Kaczyńskiego argumentował raczej za inwestycjami w tradycyjny ciężki przemysł. W ostatnim numerze kwartalnika „Pressje" Jan Filip Staniłko, dyrektor w Ministerstwie Rozwoju oraz jeden z współtwórców planu Morawieckiego, opowiada, że dla niego „to nie jest scenka kabaretowa, ale obrazek żywcem wyjęty z wielu rozmów wewnątrz obecnej administracji". Kreśli następnie podział pomiędzy politykami, których młodość przypadła na lata 60. i 70., gdy otwierano w Polsce kolejne kopalnie, huty, petrochemię czy energetykę, oraz tych z młodszego pokolenia, którzy szansy upatrują raczej w czwartej rewolucji przemysłowej.

Wyrokowanie dziś, która z tych dwóch perspektyw zwycięży, jest niezwykle trudne. Ostatni raport OECD „The Next Production Revolution" nie pozostawia wątpliwości, że przyszłość należy do inwestycji w zaawansowaną robotykę, internet rzeczy, druk 3D, nanotechnologię czy analizę big data. Jednocześnie te tendencje nie spotykają się z aprobatą społeczną. Jak słusznie zauważył Staniłko, „mentalny problem Polaków, w tym także decydentów, polega na tym, że chcemy wydawać pieniądze przede wszystkim na kapitał fizyczny. Tzw. aktywa nieuchwytne (wiedza, know-how, technologia, dane itp.) są społecznie nisko cenione. Innymi słowy, za program sztucznej inteligencji nikt u nas nie dostanie nagrody w wyborach". Tym samym poszukiwanie sztandarowej inwestycji PiS rozpięte jest pomiędzy „niewyobrażalną" przyszłością a oswojoną przeszłością. Pomiędzy rzeczywiście rewolucyjnym programem sztucznej inteligencji, który wywołuje w wyborcach raczej strach, niż entuzjazm, a kolejnymi inwestycjami w przemysł petrochemiczny czy tradycyjnie rozumianą infrastrukturę.

Próbą wyjścia poza tę dychotomię „mury vs ludzie", czy mówiąc inaczej „infrastruktura vs know-how" może być głośny ostatnio projekt Centralnego Portu Komunikacyjny w Baranowie koło Grodziska Mazowieckiego. Wpisuje się on w dość konserwatywną wyobraźnię wyborców, gdyż znaczenie gigantycznego portu lotniczego jest czytelne dla każdego obywatela. Jednocześnie jest próbą nowego otwarcia geopolitycznego dla naszego regionu, co związane jest z planami stworzenia przez Chińczyków Jedwabnego Szlaku 2.0. Nie ma to być zatem kolejna inwestycja „w mury", ale próba zmiany przebiegu globalnych szlaków handlowych w taki sposób, by Polska stała się ważnym handlowym hubem Europy Środkowej. Oczywiście rentowność tego przedsięwzięcia będzie zależała od globalnej koniunktury, ale bezsprzecznie założenia leżące u podstaw budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego to coś znacznie więcej niż budowa kolejnego stadionu.

Z Berlinem, czyli przeciw Berlinowi

Ścierające się wizje wewnątrz obozu rządowego jeszcze bardziej uwypukla niejednoznaczna polityka względem europejskich elit. Z jednej strony, obecny rząd w dalszym ciągu traktuje środki europejskie jako podstawę finansową dla swoich śmiałych inwestycji. Powstanie wspomnianego CPK ma kosztować w ciągu najbliższych dziesięciu lat ponad 30 mld zł, a do tego należy dodać kolejne miliardy wydane na inwestycje w połączenia drogowe i kolejowe. Duża część z tych środków ma pochodzić z budżetu unijnego. Podobnie rzecz ma się w obszarze elektromobilności, której rozwój został wpisany w kolejne programy operacyjne.

Z drugiej strony, Kaczyński mówiąc o CPK w wywiadzie dla Radia Białystok nie ukrywa, że ten ogromny hub ma konkurować z największymi lotniskami Europy. „Nie możemy zgodzić się na to, że my jesteśmy tylko krajem, w którym lotniska są początkiem drogi do innych wielkich lotnisk, np. do Frankfurtu czy teraz, jak często nam proponują, do Berlina". Obecny rząd prowadzi zatem niezwykle trudną grę polegającą na wykorzystaniu środków europejskich w kluczowej inwestycji, która ma konkurować z istniejącymi projektami europejskimi. Jak pamiętamy, ideologiczna legitymizacja PO była spójna i opierała się na zaufaniu do UE jako gwaranta modernizacji kraju. Problem z wyartykułowaniem sztandarowej inwestycji PiS polega również na tym, że polityka tej partii jest rozdarta pomiędzy konfrontacyjną postawą wobec Berlina i Brukseli a traktowaniem pieniędzy z unijnego budżetu jako podstawowego źródła finansowania inwestycji.

Pytanie o sztandarową inwestycję PiS ujawnia istotne napięcia wewnątrz tej formacji. Dwa najciekawsze z nich to napięcie pomiędzy kapitałem „fizycznym" a kapitałem intelektualnym i rolą każdego z nich w kreowaniu przewagi konkurencyjnej w przyszłości; oraz napięcie pomiędzy marzeniem o śmiałym projekcie modernizacyjnym na poziomie państwa narodowego a wyraźnymi ograniczeniami wynikającymi z naszej obecności w UE. Na tych dwóch osiach rozgrywa się spór o reformatorskie oblicze obecnego rządu.

Od peryferii do mocarstwa

Oderwijmy się jednak na moment od rodzimego kontekstu. Warto poszukać w historii przykładów państw, które, pomimo swojej peryferyjnej pozycji, umiały sformułować i zrealizować śmiałą inwestycję, która nie była po prostu kolejną autostradą, stadionem czy portem lotniczym, ale pchnęła państwo na inne ścieżki rozwoju. Takim przykładem jest bez wątpienia Izrael.

Dziś przywykło się mówić o współczesnych Żydach jako o „narodzie startupów". Tymczasem Ari Shavit, lewicowy pisarz i dziennikarz, w swojej książce „Moja Ziemia Obiecana. Triumf i tragedia Izraela" przypomina, że cały współczesny boom gospodarczy nie byłby możliwy bez powstania kompleksu Dimony. To w tym pustynnym miejscu w połowie lat 50. dopiero rodzący się naród polityczny liczący wówczas ok. 1,8 mln ludzi postanowił zbudować broń jądrową. Była to decyzja o tyle zrozumiała, że właśnie przestawał działać parasol ochronny stworzony przez Brytyjczyków i dalsze istnienie Państwa Izrael w bardzo nieprzychylnych warunkach geopolitycznych było zagrożone. Była to zarazem decyzja o tyle szalona, że w tym czasie tylko trzy kraje – Stany Zjednoczone, Związek Radziecki i Wielka Brytania – dysponowały bronią jądrową, a młode państwo Izrael nie miało nawet potencjału technologicznego, by budować własne radioodbiorniki tranzystorowe. Jak doszło do tego, że w ciągu dziesięciu lat stało się mocarstwem atomowym?

Za wszystkim stał premier Ben Gurion, który pomimo sprzeciwu części polityków, intelektualistów, a nawet wojskowych wysłał Szymona Peresa (wówczas ważngo urzędnika resortu obrony) do Paryża, by ten w 1956 roku podpisał strategiczne porozumienie z Francuzami finalizującymi właśnie swój program nuklearny. Ten „zręcznie manipulował antyarabskimi nastrojami zrodzonymi w okresie kryzysu sueskiego i nastrojami prożydowskimi, które ujawniły się w dekadzie po Vichy, odwoływał się do patriotycznego ego Francji zranionego w Algierii, końca kolonializmu i słabnącej pozycji Europy". W efekcie przekonał elity francuskie, że mają wobec Izraela dług wdzięczności ze względu na „wkład myśli naukowej młodego kraju, otrzymane od niego materiały wywiadowcze na temat Algierii oraz ze względu na Holokaust".

Avner Cohen w książce „Izrael i bomba" relacjonuje kolejne wydarzenia. Ich tempo było niezwykłe, gdyż już w 1967 roku Izrael był gotowy do wyprodukowania pierwszego samodzielnego pocisku nuklearnego. Oznaczało to gigantyczny wysiłek całego zespołu naukowców, inżynierów i techników. Jednocześnie cały program atomowy musiał być realizowany w taki sposób, by maskować jego główny cel przed amerykańskimi sojusznikami. Stany Zjednoczone bowiem stanowczo sprzeciwiały się powstaniu kolejnego mocarstwa atomowego, gdyż uderzałoby to w ich hegemoniczną pozycję. Dlatego od 1960 roku Izraelczycy byli zmuszeni zgodzić się na regularne amerykańskie wizytacje swojego kompleksu, co pchnęło ich w kierunku swoistej gry pozorów. „Aby osiągnąć ten cel – pisze Shavit – według źródeł spoza Izraela, budowano atrapy dyspozytorni, zamurowywano wejścia do podziemnych poziomów, a wokół budynków, w których mieściły się nielegalne instalacje, rozrzucano ptasie odchody, aby stworzyć wrażenie, że nikt z nich nie korzysta".

Ta strategia przyniosła skutek. Zmieniono ją dopiero pod koniec lat 60. XX wieku, gdy Izrael dysponował już swoją bronią atomową. Wówczas Golda Meir zdecydowała się na szczery dialog z Amerykanami, w wyniku którego Richard Nixon zawarł z nią niepisane porozumienie: „reaktor na płaskowyżu Rotem stał się fait accompli (fakt dokonany – red.), a społeczność międzynarodowa zaakceptowała stosowaną przez Izrael politykę nieujawniania jego istnienia". Ten układ obowiązuje do dziś. W ten oto sposób małe państewko skazane na nierówną walkę z sąsiadami stało się samowystarczalnym mocarstwem atomowym.

Trudna droga do celu

Nie jest moją intencją, by przekonywać, że Polska powinna rozpocząć swój program nuklearny. Jednak zdecydowanie powinniśmy przemyśleć strategię Izraela, gdyż można z niej wyciągnąć wiele inspirujących wniosków. Po pierwsze, sztandarowa inwestycja powinna być pochodną trzeźwej oceny długofalowych potrzeb kraju, a nie wynikać z chwilowej koniunktury zewnętrznej związanej na przykład z dostępnością środków europejskich. W wyznaczeniu tych celów centralne znaczenie powinny mieć potrzeby związane z bezpieczeństwem.

Po drugie, cel powinien być postawiony w sposób zero-jedynkowy lub, mówiąc inaczej, weryfikowalny. Przewagą projektów sformułowanych w taki sposób jest możliwość wyraźnego określenia, na ile osiągnęliśmy założone efekty. Tymczasem przy wielu rodzimych inwestycjach publicznych bierze się wyłącznie pod uwagę, ile środków pochłonie dana inwestycja, pomijając kryterium efektywnościowe. W ten oto sposób budowa stadionu czy tworzenie kolejnego centrum badawczo-rozwojowego stało się celem samym w sobie. Prawdziwą rewolucją w administracji publicznej byłoby formułowanie kolejnych inwestycji publicznych poprzez kryterium celu.

Po trzecie, przykład Izraela pokazuje, że ambitne inwestycje wymagają konsekwentnej realizacji przez minimum dekadę. Trudno o taką ciągłość, gdy we współczesnej demokracji co cztery lata dochodzi do wyborów, a kolejne ekipy rządowe mają tendencję do przekreślania działań podjętych przez poprzedników. Jeśli chcemy zrealizować naprawdę ambitne projekty, to muszą one mieć zatem legitymizację ponadpartyjną oraz gwarancje kontynuacji również po ewentualnej zmianie rządów.

Po czwarte, trudno zrealizować naprawdę ambitną inwestycję bez transferu know-how z zagranicy, którego zazwyczaj nie da się łatwo kupić. Natura pewnych technologii jest bowiem taka, że trzeba wykonać bardzo dużo prób, aby zrozumieć jak coś działa lub opanować problem jakości. Dlatego śmiała wizja modernizacyjna jest zawsze funkcją mądrej polityki zagranicznej, która pozwala definiować partnerów gotowych sprzedać nam swoje technologie i know-how oraz wrogów blokujących taki transfer. W przypadku izraelskim tę pierwszą rolę odegrali Francuzi, a drugą Amerykanie, choć to ci drudzy uchodzili za głównych sojuszników państwa Izrael. Drogą zatem do większej niezależności państw peryferyjnych nie może być frontalna wojna z wszystkimi mocarstwami, ale umiejętne lawirowanie pomiędzy nimi.

Po piąte, dobrze zdefiniowana sztandarowa inwestycja powinna mieć duży potencjał systemowy. Oznacza to, że wraz z jej realizacją następuje kumulacja wiedzy w ważnym dla gospodarki obszarze, którą następnie można wykorzystać przy mniejszych projektach „odpryskowych". Tak było w przypadku wielu amerykańskich projektów militarnych i kosmicznych, których „skutkiem ubocznym" było powstanie internetu, systemu GPS czy ekranu dotykowego. Efektem modernizacji stadionów może być ewentualnie zarobek dla kilku firm budowlanych. Skutkiem ubocznym ambitnych projektów opartych na realnych badaniach zawsze jest powstanie unikalnego know-how.

Po szóste, okazuje się, że najbardziej cenne i dalekosiężne projekty infrastrukturalne lubią ciszę. Dlatego nie zawsze rząd najważniejsze realizowane obecnie projekty musi brać od razu „na sztandary". Czasem należy je ogłaszać dopiero wówczas, gdy nie ma zagrożenia dla ich realizacji. I to być może jest największa pokusa czyhająca przed wszystkimi ambitniejszymi projektami modernizacyjnymi. Każda władza potrzebuje ideologicznej legitymizacji swoich poczynań. Jeśli nie natychmiast, to na pewno przed kolejnymi wyborami.

Oczywiście zawsze można argumentować, że bezzasadne jest porównywanie sytuacji współczesnej Polski ze strategiami takich krajów, jak Izrael czy Korea Południowa. Funkcjonowanie w ramach wspólnego europejskiego rynku nie pozwala naśladować protekcjonistycznej polityki przemysłowej tych krajów. Nieporównywalna jest również sprawność administracyjna tych państw, stopień uzależnienia od środków zagranicznych czy wymuszona na nas transparentność, która zawsze utrudnia prowadzenie projektów wysokiego ryzyka. Nasz świat przeżywa jednak okres gwałtownych przemian paradygmatów i przetasowań geopolitycznych. Najbliższa przyszłość może zatem przynieść możliwości, o którym dziś nawet nie pomyślimy. Dlatego już dziś trzeba angażować się w ambitne projekty, by być gotowym na to, co będzie możliwe w przyszłości.

Krzysztof Mazur jest doktorem nauk politycznych, prezesem Klubu Jagiellońskiego i członkiem redakcji kwartalnika „Pressje"

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL