Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

PiS ma wroga i program społeczny. Potrzeba jej jeszcze sztandardowej inwestycji

shutterstock
Każda władza potrzebuje ideologicznej legitymizacji swoich poczynań. Jeœli nie natychmiast, to na pewno przed wyborami. Trudno w tej sytuacji realizować wielkie, przyszłoœciowe inwestycje. Bo oprócz pieniędzy wymagajš one czasu.

Sukces w polityce wymaga zdobycia przychylnoœci wyborców. Przepis na tę potrawę jest doœć prosty i zazwyczaj składa się z trzech elementów. Podstawš jest polityka publiczna, której realizacja ma doprowadzić do szybkiej poprawy życia obywateli. Przyprawš nadajšcš wyrazistoœć tej potrawie jest jasno sprecyzowany wróg polityczny, którego działania uniemożliwiajš wprowadzenie zmian. Wreszcie każda potrawa musi być dobrze podana, czyli niezbędna jest wisienka na torcie. Taki status ma zazwyczaj sztandarowa inwestycja, której realizacja jest symbolem wszystkich innych zmian wprowadzanych przez konkretnš ekipę. Te trzy elementy powinny tworzyć harmonijnš całoœć.

W okresie rzšdów PO–PSL ten pierwszy czynnik sprowadzał się do absorbcji œrodków europejskich, gdyż ideologia „ciepłej wody w kranie" była obliczona na szybkie zmiany odczuwalne przez wszystkich. Wrogiem w tej wizji œwiata była oczywiœcie „moherowa koalicja", czyli częœć społeczeństwa obawiajšca się zmian płynšcych z Zachodu, której emanacjš politycznš było PiS. Wreszcie symbolem œmiałoœci reformatorskiej tamtej ekipy miało stać się Euro 2012 nazwane przez jednego z publicystów „nowym planem pięcioletnim", gdyż dzięki ówczesnym inwestycjom Polska miał przejœć suchš stopš przez kryzys gospodarczy. Wszystkie trzy elementy ideologicznej legitymizacji PO opierały się zatem na zaufaniu do Unii Europejskiej i jej instrumentów jako gwaranta modernizacji kraju. Nieprzypadkowo zatem pogłębiajšcy się kryzys w UE stał się jednš z przyczyn kryzysu w samej Platformie.

Potrawa ? la PiS

W przypadku obecnego rzšdu nie jest trudno wskazać dwa pierwsze elementy tej układanki. Podstawowym składnikiem politycznej potrawy a la PiS sš reformy majšce poprawić życie zwyczajnych obywateli, takie jak 500+ czy Mieszkanie+, co wpisuje się w wizję Polski solidarnej. Wrogiem jest oczywiœcie „totalna opozycja", która, realizujšc strategię „ulicy i zagranicy", angażuje w walkę z rzšdem nie tylko rodzime elity, ale również coraz wyraŸniej elity europejskie. Jednoczeœnie obecny rzšd długo nie ogłaszał naczelnej inwestycji, która miałaby wyrażać reformatorskie ambicje partii rzšdzšcej. Jaka jest przyczyna takiego stanu rzeczy?

Ogromne znaczenie odegrały wnioski wycišgnięte z realizacji poprzedniego unijnego budżetu, gdy okazało się, że inwestycje w infrastrukturę majš jedynie ograniczone znaczenie, gdy nie wišżš się z adekwatnš inwestycjš w know-how. Budżet ten, przypadajšcy na rzšdy PO–PSL, kładł nacisk na budowę i modernizację infrastruktury technicznej, w co znakomicie wpisała się modernizacja stadionów czy budowa autostrad przed Euro 2012. Szybko jednak przyszło nam się przekonać, że rację majš tacy ekonomiœci, jak Larry Elliott i Dan Atkinson, którzy w kontekœcie londyńskich igrzysk olimpijskich przekonywali, że bardzo drogie inwestycje w obiekty publiczne nie pomagajš dogonić liderów œwiatowej gospodarki, ale sš raczej klasycznym modernizacyjnym krokiem w tył („Going South: Why Britain will have a Third World Economy by 2014"). Nie tylko zwiększajš one dług publiczny, bo aby zagwarantować wkład własny, trzeba zwykle się zadłużać, ale generujš również gigantyczne koszty zwišzane z utrzymaniem wybudowanych obiektów w kolejnych latach. Zwłaszcza gdy nie sš one dostosowane do realiów danego kraju.

Nie chodzi przy tym wyłšcznie o stadiony, które trudno zapełnić kompletem widzów, jeœli akurat nie gra na nich narodowa reprezentacja. Chodzi również o miliardy wydane na przykład na infrastrukturę badawczš, która cierpi na brak zamówień ze strony przemysłu, gdyż nie została dostosowana do jego potrzeb. Znakomitym przykładem jest tu Wrocławskie Centrum Badań EIT+, które jeszcze niedawno otwierano pod hasłem „najbardziej kompleksowej infrastruktury badawczej w Europie Œrodkowo-Wschodniej wyposażonej w najnowszy sprzęt laboratoryjny". W czerwcu 2017 r. miasto Wrocław oraz miejscowe uczelnie przekazały rzšdowi za darmo tę „najbardziej kompleksowš infrastrukturę", gdyż nie były w stanie jej utrzymać. Nie ma bowiem zbyt wielu firm na Dolnym Œlšsku majšcych potrzebę korzystania z tak wyspecjalizowanego sprzętu laboratoryjnego. Dlatego dziœ przecięcie wstęgi na otwarciu kolejnego pięknego budynku, który następnie będzie œwiecił pustkami, nie wystarczy, aby przekonać społeczeństwo do jego sensownoœci. Sztandarowa inwestycja PiS musi tym samym wykraczać poza kolejny stadion, odcinek autostrady czy nowe centrum badawcze.

Na ten problem nakłada się wyraŸna różnica pokoleniowa w samym rzšdzie. Swego czasu szeroko komentowany był odcinek „Ucha Prezesa", w którym bohater upozorowany na Mateusza Morawieckiego opowiada o roli dronów we współczesnej gospodarce, podczas gdy alter ego Jarosława Kaczyńskiego argumentował raczej za inwestycjami w tradycyjny ciężki przemysł. W ostatnim numerze kwartalnika „Pressje" Jan Filip Staniłko, dyrektor w Ministerstwie Rozwoju oraz jeden z współtwórców planu Morawieckiego, opowiada, że dla niego „to nie jest scenka kabaretowa, ale obrazek żywcem wyjęty z wielu rozmów wewnštrz obecnej administracji". Kreœli następnie podział pomiędzy politykami, których młodoœć przypadła na lata 60. i 70., gdy otwierano w Polsce kolejne kopalnie, huty, petrochemię czy energetykę, oraz tych z młodszego pokolenia, którzy szansy upatrujš raczej w czwartej rewolucji przemysłowej.

Wyrokowanie dziœ, która z tych dwóch perspektyw zwycięży, jest niezwykle trudne. Ostatni raport OECD „The Next Production Revolution" nie pozostawia wštpliwoœci, że przyszłoœć należy do inwestycji w zaawansowanš robotykę, internet rzeczy, druk 3D, nanotechnologię czy analizę big data. Jednoczeœnie te tendencje nie spotykajš się z aprobatš społecznš. Jak słusznie zauważył Staniłko, „mentalny problem Polaków, w tym także decydentów, polega na tym, że chcemy wydawać pienišdze przede wszystkim na kapitał fizyczny. Tzw. aktywa nieuchwytne (wiedza, know-how, technologia, dane itp.) sš społecznie nisko cenione. Innymi słowy, za program sztucznej inteligencji nikt u nas nie dostanie nagrody w wyborach". Tym samym poszukiwanie sztandarowej inwestycji PiS rozpięte jest pomiędzy „niewyobrażalnš" przyszłoœciš a oswojonš przeszłoœciš. Pomiędzy rzeczywiœcie rewolucyjnym programem sztucznej inteligencji, który wywołuje w wyborcach raczej strach, niż entuzjazm, a kolejnymi inwestycjami w przemysł petrochemiczny czy tradycyjnie rozumianš infrastrukturę.

Próbš wyjœcia poza tę dychotomię „mury vs ludzie", czy mówišc inaczej „infrastruktura vs know-how" może być głoœny ostatnio projekt Centralnego Portu Komunikacyjny w Baranowie koło Grodziska Mazowieckiego. Wpisuje się on w doœć konserwatywnš wyobraŸnię wyborców, gdyż znaczenie gigantycznego portu lotniczego jest czytelne dla każdego obywatela. Jednoczeœnie jest próbš nowego otwarcia geopolitycznego dla naszego regionu, co zwišzane jest z planami stworzenia przez Chińczyków Jedwabnego Szlaku 2.0. Nie ma to być zatem kolejna inwestycja „w mury", ale próba zmiany przebiegu globalnych szlaków handlowych w taki sposób, by Polska stała się ważnym handlowym hubem Europy Œrodkowej. Oczywiœcie rentownoœć tego przedsięwzięcia będzie zależała od globalnej koniunktury, ale bezsprzecznie założenia leżšce u podstaw budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego to coœ znacznie więcej niż budowa kolejnego stadionu.

Z Berlinem, czyli przeciw Berlinowi

Œcierajšce się wizje wewnštrz obozu rzšdowego jeszcze bardziej uwypukla niejednoznaczna polityka względem europejskich elit. Z jednej strony, obecny rzšd w dalszym cišgu traktuje œrodki europejskie jako podstawę finansowš dla swoich œmiałych inwestycji. Powstanie wspomnianego CPK ma kosztować w cišgu najbliższych dziesięciu lat ponad 30 mld zł, a do tego należy dodać kolejne miliardy wydane na inwestycje w połšczenia drogowe i kolejowe. Duża częœć z tych œrodków ma pochodzić z budżetu unijnego. Podobnie rzecz ma się w obszarze elektromobilnoœci, której rozwój został wpisany w kolejne programy operacyjne.

Z drugiej strony, Kaczyński mówišc o CPK w wywiadzie dla Radia Białystok nie ukrywa, że ten ogromny hub ma konkurować z największymi lotniskami Europy. „Nie możemy zgodzić się na to, że my jesteœmy tylko krajem, w którym lotniska sš poczštkiem drogi do innych wielkich lotnisk, np. do Frankfurtu czy teraz, jak często nam proponujš, do Berlina". Obecny rzšd prowadzi zatem niezwykle trudnš grę polegajšcš na wykorzystaniu œrodków europejskich w kluczowej inwestycji, która ma konkurować z istniejšcymi projektami europejskimi. Jak pamiętamy, ideologiczna legitymizacja PO była spójna i opierała się na zaufaniu do UE jako gwaranta modernizacji kraju. Problem z wyartykułowaniem sztandarowej inwestycji PiS polega również na tym, że polityka tej partii jest rozdarta pomiędzy konfrontacyjnš postawš wobec Berlina i Brukseli a traktowaniem pieniędzy z unijnego budżetu jako podstawowego Ÿródła finansowania inwestycji.

Pytanie o sztandarowš inwestycję PiS ujawnia istotne napięcia wewnštrz tej formacji. Dwa najciekawsze z nich to napięcie pomiędzy kapitałem „fizycznym" a kapitałem intelektualnym i rolš każdego z nich w kreowaniu przewagi konkurencyjnej w przyszłoœci; oraz napięcie pomiędzy marzeniem o œmiałym projekcie modernizacyjnym na poziomie państwa narodowego a wyraŸnymi ograniczeniami wynikajšcymi z naszej obecnoœci w UE. Na tych dwóch osiach rozgrywa się spór o reformatorskie oblicze obecnego rzšdu.

Od peryferii do mocarstwa

Oderwijmy się jednak na moment od rodzimego kontekstu. Warto poszukać w historii przykładów państw, które, pomimo swojej peryferyjnej pozycji, umiały sformułować i zrealizować œmiałš inwestycję, która nie była po prostu kolejnš autostradš, stadionem czy portem lotniczym, ale pchnęła państwo na inne œcieżki rozwoju. Takim przykładem jest bez wštpienia Izrael.

Dziœ przywykło się mówić o współczesnych Żydach jako o „narodzie startupów". Tymczasem Ari Shavit, lewicowy pisarz i dziennikarz, w swojej ksišżce „Moja Ziemia Obiecana. Triumf i tragedia Izraela" przypomina, że cały współczesny boom gospodarczy nie byłby możliwy bez powstania kompleksu Dimony. To w tym pustynnym miejscu w połowie lat 50. dopiero rodzšcy się naród polityczny liczšcy wówczas ok. 1,8 mln ludzi postanowił zbudować broń jšdrowš. Była to decyzja o tyle zrozumiała, że właœnie przestawał działać parasol ochronny stworzony przez Brytyjczyków i dalsze istnienie Państwa Izrael w bardzo nieprzychylnych warunkach geopolitycznych było zagrożone. Była to zarazem decyzja o tyle szalona, że w tym czasie tylko trzy kraje – Stany Zjednoczone, Zwišzek Radziecki i Wielka Brytania – dysponowały broniš jšdrowš, a młode państwo Izrael nie miało nawet potencjału technologicznego, by budować własne radioodbiorniki tranzystorowe. Jak doszło do tego, że w cišgu dziesięciu lat stało się mocarstwem atomowym?

Za wszystkim stał premier Ben Gurion, który pomimo sprzeciwu częœci polityków, intelektualistów, a nawet wojskowych wysłał Szymona Peresa (wówczas ważngo urzędnika resortu obrony) do Paryża, by ten w 1956 roku podpisał strategiczne porozumienie z Francuzami finalizujšcymi właœnie swój program nuklearny. Ten „zręcznie manipulował antyarabskimi nastrojami zrodzonymi w okresie kryzysu sueskiego i nastrojami prożydowskimi, które ujawniły się w dekadzie po Vichy, odwoływał się do patriotycznego ego Francji zranionego w Algierii, końca kolonializmu i słabnšcej pozycji Europy". W efekcie przekonał elity francuskie, że majš wobec Izraela dług wdzięcznoœci ze względu na „wkład myœli naukowej młodego kraju, otrzymane od niego materiały wywiadowcze na temat Algierii oraz ze względu na Holokaust".

Avner Cohen w ksišżce „Izrael i bomba" relacjonuje kolejne wydarzenia. Ich tempo było niezwykłe, gdyż już w 1967 roku Izrael był gotowy do wyprodukowania pierwszego samodzielnego pocisku nuklearnego. Oznaczało to gigantyczny wysiłek całego zespołu naukowców, inżynierów i techników. Jednoczeœnie cały program atomowy musiał być realizowany w taki sposób, by maskować jego główny cel przed amerykańskimi sojusznikami. Stany Zjednoczone bowiem stanowczo sprzeciwiały się powstaniu kolejnego mocarstwa atomowego, gdyż uderzałoby to w ich hegemonicznš pozycję. Dlatego od 1960 roku Izraelczycy byli zmuszeni zgodzić się na regularne amerykańskie wizytacje swojego kompleksu, co pchnęło ich w kierunku swoistej gry pozorów. „Aby osišgnšć ten cel – pisze Shavit – według Ÿródeł spoza Izraela, budowano atrapy dyspozytorni, zamurowywano wejœcia do podziemnych poziomów, a wokół budynków, w których mieœciły się nielegalne instalacje, rozrzucano ptasie odchody, aby stworzyć wrażenie, że nikt z nich nie korzysta".

Ta strategia przyniosła skutek. Zmieniono jš dopiero pod koniec lat 60. XX wieku, gdy Izrael dysponował już swojš broniš atomowš. Wówczas Golda Meir zdecydowała się na szczery dialog z Amerykanami, w wyniku którego Richard Nixon zawarł z niš niepisane porozumienie: „reaktor na płaskowyżu Rotem stał się fait accompli (fakt dokonany – red.), a społecznoœć międzynarodowa zaakceptowała stosowanš przez Izrael politykę nieujawniania jego istnienia". Ten układ obowišzuje do dziœ. W ten oto sposób małe państewko skazane na nierównš walkę z sšsiadami stało się samowystarczalnym mocarstwem atomowym.

Trudna droga do celu

Nie jest mojš intencjš, by przekonywać, że Polska powinna rozpoczšć swój program nuklearny. Jednak zdecydowanie powinniœmy przemyœleć strategię Izraela, gdyż można z niej wycišgnšć wiele inspirujšcych wniosków. Po pierwsze, sztandarowa inwestycja powinna być pochodnš trzeŸwej oceny długofalowych potrzeb kraju, a nie wynikać z chwilowej koniunktury zewnętrznej zwišzanej na przykład z dostępnoœciš œrodków europejskich. W wyznaczeniu tych celów centralne znaczenie powinny mieć potrzeby zwišzane z bezpieczeństwem.

Po drugie, cel powinien być postawiony w sposób zero-jedynkowy lub, mówišc inaczej, weryfikowalny. Przewagš projektów sformułowanych w taki sposób jest możliwoœć wyraŸnego okreœlenia, na ile osišgnęliœmy założone efekty. Tymczasem przy wielu rodzimych inwestycjach publicznych bierze się wyłšcznie pod uwagę, ile œrodków pochłonie dana inwestycja, pomijajšc kryterium efektywnoœciowe. W ten oto sposób budowa stadionu czy tworzenie kolejnego centrum badawczo-rozwojowego stało się celem samym w sobie. Prawdziwš rewolucjš w administracji publicznej byłoby formułowanie kolejnych inwestycji publicznych poprzez kryterium celu.

Po trzecie, przykład Izraela pokazuje, że ambitne inwestycje wymagajš konsekwentnej realizacji przez minimum dekadę. Trudno o takš cišgłoœć, gdy we współczesnej demokracji co cztery lata dochodzi do wyborów, a kolejne ekipy rzšdowe majš tendencję do przekreœlania działań podjętych przez poprzedników. Jeœli chcemy zrealizować naprawdę ambitne projekty, to muszš one mieć zatem legitymizację ponadpartyjnš oraz gwarancje kontynuacji również po ewentualnej zmianie rzšdów.

Po czwarte, trudno zrealizować naprawdę ambitnš inwestycję bez transferu know-how z zagranicy, którego zazwyczaj nie da się łatwo kupić. Natura pewnych technologii jest bowiem taka, że trzeba wykonać bardzo dużo prób, aby zrozumieć jak coœ działa lub opanować problem jakoœci. Dlatego œmiała wizja modernizacyjna jest zawsze funkcjš mšdrej polityki zagranicznej, która pozwala definiować partnerów gotowych sprzedać nam swoje technologie i know-how oraz wrogów blokujšcych taki transfer. W przypadku izraelskim tę pierwszš rolę odegrali Francuzi, a drugš Amerykanie, choć to ci drudzy uchodzili za głównych sojuszników państwa Izrael. Drogš zatem do większej niezależnoœci państw peryferyjnych nie może być frontalna wojna z wszystkimi mocarstwami, ale umiejętne lawirowanie pomiędzy nimi.

Po pište, dobrze zdefiniowana sztandarowa inwestycja powinna mieć duży potencjał systemowy. Oznacza to, że wraz z jej realizacjš następuje kumulacja wiedzy w ważnym dla gospodarki obszarze, którš następnie można wykorzystać przy mniejszych projektach „odpryskowych". Tak było w przypadku wielu amerykańskich projektów militarnych i kosmicznych, których „skutkiem ubocznym" było powstanie internetu, systemu GPS czy ekranu dotykowego. Efektem modernizacji stadionów może być ewentualnie zarobek dla kilku firm budowlanych. Skutkiem ubocznym ambitnych projektów opartych na realnych badaniach zawsze jest powstanie unikalnego know-how.

Po szóste, okazuje się, że najbardziej cenne i dalekosiężne projekty infrastrukturalne lubiš ciszę. Dlatego nie zawsze rzšd najważniejsze realizowane obecnie projekty musi brać od razu „na sztandary". Czasem należy je ogłaszać dopiero wówczas, gdy nie ma zagrożenia dla ich realizacji. I to być może jest największa pokusa czyhajšca przed wszystkimi ambitniejszymi projektami modernizacyjnymi. Każda władza potrzebuje ideologicznej legitymizacji swoich poczynań. Jeœli nie natychmiast, to na pewno przed kolejnymi wyborami.

Oczywiœcie zawsze można argumentować, że bezzasadne jest porównywanie sytuacji współczesnej Polski ze strategiami takich krajów, jak Izrael czy Korea Południowa. Funkcjonowanie w ramach wspólnego europejskiego rynku nie pozwala naœladować protekcjonistycznej polityki przemysłowej tych krajów. Nieporównywalna jest również sprawnoœć administracyjna tych państw, stopień uzależnienia od œrodków zagranicznych czy wymuszona na nas transparentnoœć, która zawsze utrudnia prowadzenie projektów wysokiego ryzyka. Nasz œwiat przeżywa jednak okres gwałtownych przemian paradygmatów i przetasowań geopolitycznych. Najbliższa przyszłoœć może zatem przynieœć możliwoœci, o którym dziœ nawet nie pomyœlimy. Dlatego już dziœ trzeba angażować się w ambitne projekty, by być gotowym na to, co będzie możliwe w przyszłoœci.

Krzysztof Mazur jest doktorem nauk politycznych, prezesem Klubu Jagiellońskiego i członkiem redakcji kwartalnika „Pressje"

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL