Plus Minus

Bogusław Chrabota: Jak wykupiłem panną młodą od plemienia Luo

shutterstock
Ubóstwiliście czas. On jest waszym bogiem, nie Chrystus. Chrystus się nie liczy. To taka inkrustacja. Bogiem jest czas. Boicie się czasu, uciekacie przed nim, jakby był wcielonym złem. A to tylko czas.

Kenia przywitała nas bogactwem czystego światła, które garściami spadało na nasze głowy jak kłębki słodkiego ciasta. Pierwszy kontakt z wnętrzem Afryki zawsze przynosi podobne wrażenia, zwłaszcza jeśli odkrywa się ją w miesiącach kalendarzowej zimy. W Europie trupioszaro, tu przyroda eksploduje szaleństwem bujnej wegetacji. Zewsząd słońce i ptasi wigor, polifonia dźwięków i barw, zapachów i wibracji. Właściwie dopiero na tym tle widać, że zima na północy nie jest wcale snem, tylko śmiercią i harmonią ciszy. W Afryce jest odwrotnie. W nawykłe do dźwiękowej pustki uszy wdziera się świat dźwięków, w przyzwyczajone do szarości oczy świat barw, w przywykłe do mrozu nozdrza świat wyrafinowanych zapachów. I ludzie, jakże inni, jakże odmienni w swoim kolorycie, sposobie poruszania, mowy, ekspresji.

Jechaliśmy szeroką drogą do naszej kwatery w Nairobi. Wokół niekończące się korki, wycie klaksonów, kłęby unoszących się do góry jak błękitna mgła spalin. Pośrodku obszernego ronda na gałęziach wysokich drzew siedziały olbrzymie nieruchome ptaki. Zdawało się, że skupione liczą samochody. Ich spokój wydawał się urojony.

– Cyrus – spytałem kierowcę. – Co to za ptaki?

– Gdzie?

– Na drzewach?

– To marabuty.

– Nie przeszkadza im miasto, zgiełk, spaliny?

– Ani trochę. To ich życie.

Życie marabutów.

Miejskich marabutów.

***

Dom doktora George'a Kono, którego córkę przyjechaliśmy wykupić, znajdował się na terenie zamkniętego osiedla w dobrej dzielnicy niedaleko lotniska. Nie była to żadna wielka rezydencja, ale skromny bliźniak z niewielkim ogródkiem. Od ulicy oddzielały go pnącza krzewu passiflory. Od sąsiadów – najeżony kawałkami tłuczonego szkła płot. We wciśniętym w kąt posiadłości ogródku wegetowało kilka łodyg skumałyki, rośliny przypominającej nasz jarmuż. Wszystko w cieniu wraku starego srebrnego mercedesa, w którego wypatroszonym wnętrzu mieszkali nocni zarządcy podwórka, czyli dwa małe, ale niezwykle zajadłe psiaki.

Kono był w swoim kraju personą. Lekarz, z doktoratem ze Stanfordu, intelektualista zawsze bliski kręgom rządowym. Przed laty założył szpital nad Jeziorem Wiktorii i leczył ludzi za rządowe pieniądze. Potem zostawił leczenie i rozpoczął podróże. Pracował jako doradca rządów Zambii, Tanzanii i Sudanu Południowego. Stanford robił swoje, podobnie jak jego spokojna, nieco leniwa afrykańska inteligencja.

Nie byłby z pewnością ani sobą, ani człowiekiem sukcesu, gdyby nie Roma, jego żona, mówiąca szeptem kobieta w trudnym do określenia wieku, która była w świecie Kono i jego rodziny więcej niż imperatorem. Roma, w przeciwieństwie do George'a, pełnokrwistego Luo, była półkrwi Masajką i półkrwi Kikujuską. Ich przypadkowy związek (doktor Kono uwiódł pielęgniarkę Romę) plemiennie był teoretycznie niemożliwy. Nie ma w kosmosie większej odległości niż między Luo a Masajami. Mimo że oba plemiona to Niloci, dzieli je wszystko, wraz z językiem. Ojcem Romy był słynny masajski lekarz i szaman. Matką prosta kikujuska gospodyni. Masaj bywał u niej raz do roku, by spełnić obowiązki męża, zaś dzieci wychowywała sama. Jednak legenda ojca była tak silna, że matka czekała na jego wizyty w nabożnym skupieniu. Przyjeżdżał, spędzał z nią noc i wracał do swoich masajskich kobiet. A ona jednak po dziewięciu miesiącach rodziła kolejne dziecko.

Roma miała to w sobie. Z jednej strony silną bliskość z duchami, co odziedziczyła po ojcu. Z drugiej nieprawdopodobną zapobiegliwość i zmysł praktycznego myślenia, dziedzictwo kikujuskiej matki. Nikt inny, tylko Roma rządziła rodziną i wykształconym mężem, licznym potomstwem i krewnymi. Gdziekolwiek pojawiała się wśród ludzi, natychmiast stawała się ośrodkiem dowodzenia i ostatecznym autorytetem. Kono, dumny Luo, był przy niej jak dzieciak. Niemal bez autorytetu. Mrówka przy słoniu. Chłopiec przy mężczyźnie.

W ich nairobijskim domu mieszkało mnóstwo dzieci. Weronika, szczupła kobieta o krągłych piersiach i krótkiej szyi. Wanda i Helena, dwie smagłe bliźniaczki o słodkich pociągłych twarzach. Wilson, cichy i skupiony chłopiec. Achienne, pulchna dziewczyna z sześcioletnią córką Miyą. Andrew i Quasi, bliźniacy, studenci medycyny, opuścili rodzinny dom kilka miesięcy wcześniej.

Całe to towarzystwo przyjęło nas w środku nocy prosto z lotniska. Byliśmy zmęczeni, lecz spragnieni Afryki. To oni byli Afryką.

– Roma, dużo dzieci urodziłaś.

– Nie wszyscy są moimi dziećmi – Roma podeszła bliżej, podając przegotowane skumałyki.

– A czyje to dzieci?

– Moje – to Achienne i Wilson. Reszta to krewni.

– Krewni?

– Tak. Moi i George'a. Weronika jest Luo. Jej rodzice byli krewnymi George'a, ale nie żyją. Luo powiedzieli, żeby George wziął ją na wychowanie.

– Wanda i Helena?

– To Masajki. Moje krewne. Ich rodzice umarli i George wziął je na wychowanie.

– Andrew i Quasi?

– Luo, krewni George'a. Wychowywał ich od małego.

– Rodzice nie żyją?

– Nie żyją.

– Jak oni wszyscy się dogadują?

– Nie mają wyboru.

– Nie jest pewnie łatwo?

– Ostatnio była wojna o rybę. Dla Masajów nie ma nic obrzydliwszego. Masajowie jedzą tylko mleko, ser i krowie mięso. Dla nich zjedzenie kury to jakiś skandal. A co dopiero ryba. Ryba jest śliska, mokra i obrzydliwa. Nie można przekonać Masaja, że to nadaje się do zjedzenia... To gorsze niż kanibalizm... Luo odwrotnie. Żywią się głównie rybami z Jeziora Wiktorii. Od Anglików dowiedzieli się, że ryby mają fosfor i to rozwija mózg. Dlatego Luo mają się za mądrzejszych.

– Jedliście wszyscy rybę?

– Tak. Luo i Masajowie.

Wyszedłem do ogrodu z żołądkiem ciężkim od kaszy i skumałyki.

Ryba w domu Masajów i Luo.

Kulinarne kuriozum. A może komunia pojednania?

– A Stella?

– Stella jest wyjątkowa.

– W jakim sensie?

– Stella jest aniołem, który łączył nas wszystkich. Odkąd wyjechała, wszystko jest inaczej.

– Przyjechaliśmy ją wykupić.

– Wiem.

– Ojciec i Luo są bardzo źli, że wyjechała i ich zostawiła.

– Przeprosimy.

– Mogą jej nie puścić z powrotem. Mogą ją zatrzymać. Zniewolić. Oni są bardzo okrutni.

– Zrobimy wszystko, by ją ocalić. Ważne są dzieci. One nigdy już nie będą Afrykanami. To Europejczycy.

– Luo nie wiedzą, kim są Europejczycy.

Kończyła się noc.

Księżyc schował się za pachnący krzew passiflory.

Nadchodził krótki szary świt.

Stella

Stella była najstarszą córką George'a i Romy. Podobnie jak Achienne i Wilson miała w sobie krew Masajów, Kikuju i Luo. Kenijczyk nie uwierzyłby, że to możliwe. To jakby połączyć ogień i wodę. Miłość i nienawiść. O ile jednak między Masajami i Kikuju panował względny spokój, o tyle Luo, których główne siedziby mieszczą się nad Jeziorem Wiktorii, byli tradycyjnie wrodzy wobec Masajów i Kikuju. Owa wrogość miała swoje korzenie w przeszłości na tyle odległej, że dawno utonęła w mgle pokoleń. Zarazem emanowała taką siłą, że regularnie przechodziła w krwawe konflikty. Ile ich było w historii? Nikt nie wie. Natomiast doskonale pamiętano ostatnie walki i pogromy. To nieodległa przeszłość. Po raz ostatni krew zwaśnionych plemion lała się strugami po wyborach prezydenckich w 2007 roku, w których Kikujus Kibagi nie do końca uczciwie wygrał z Luo Odingą. W powyborczych pogromach zamordowano pięćset osób, a ponad pół miliona musiało uciekać.

Taka na mniejszą skalę powtórka z Ruandy, tym bardziej zauważona przez świat, że doszło do niej w kraju, który uchodził za ostoję bezpieczeństwa.

W rodzinie nieco patetycznie mówi się, że Stella mogłaby być symbolem pojednania. Połączyć zwaśnionych i nienawistnych. Jej krew, jak nic dotąd w nowoczesnej historii Kenii, mogłaby być zaczynem nowego patriotyzmu.

– To brzmi jak wezwanie do jakiejś epokowej misji – zauważam. – Czy rzeczywiście młoda dziewczyna mogłaby temu podołać?

Odpowiadają mi uśmiechy. Afrykańskie ciepłe uśmiechy, w których czuje się, że są podszyte smutkiem.

Mogłaby, nie mogła? Nie wiemy. Wyjechała. Opuściła kraj, gdy osiągnęła dorosłość.

Zmieszana krew nieprzyjaciół to mało. George i Roma wymyślili, że trzeba dać jej więcej. Z niemal inżynierskim zamysłem wzięli się do próby stworzenia nowego człowieka.

Chodziła do szkół chrześcijańskich i muzułmańskich. Uczyła się w Nairobi i w małej szkółce na Wzgórzach Ngong, u kikujuskiej babki. Dużo czasu spędzała w Seme, u Luo, w krainie ptaków i motyli. Uczyła się mowy plemion. Masajski był jej równie bliski jak kikujuski, Luo jak angielski czy suahili. Dorastała w świecie wszystkich otaczających ją kultur, nasiąkała nimi jak gąbka, w oczach rodziców stawała się nowoczesną Kenijką, jedną z matek przyszłego uniwersalnego narodu. Tyle było wokół niej skondensowanych nadziei, że nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby ich udźwignąć. Kiedy skończyła dziewiętnaście lat, zdziwionym ojcu i matce, George'owi i Romie, powiedziała pewnego dnia, że wyjeżdża. Gdzie? – spytali rodzice. Do Europy. A konkretnie? Nie wiedziała. Musiała się zastanowić. Siąść nad atlasem i poważnie pomyśleć.

Chciała być aktorką albo reżyserem. To dziedzictwo magicznych wieczorów w lokalnym kinie. Chłonęła świat. Kochała sławnych aktorów i aktorki. Chciała być jak oni.

– Będę studiowała kino! – tego była pewna. Ktoś jej pomógł znaleźć adresy europejskich szkół filmowych. Ktoś inny ceny. Wybierała powoli i dokładnie. W końcu podjęła decyzję. – Wyjeżdżam – powiedziała rodzicom.

– Gdzie? – spytała matka.

– Daleko.

Nie była w tym nowym kraju pierwszą kobietą ze swojej rodziny. Wcześniej wyjechała ciotka. Po studiach nie tylko została lekarką, ale również zamieszkała w nowej ojczyźnie. Czy Stella chciała zostać? Trudno powiedzieć. Od pierwszych chwil w nowym kraju przede wszystkim liczyła się młodzieńcza przygoda, entuzjastyczne poczucie zetknięcia z Zachodem, w końcu magiczna wiedza, z którą miała do czynienia na uczelni.

Pewnie chciała wrócić, zwłaszcza na początku. Jednak ów nowy, niesłychany świat ludzi, zdarzeń, nowe fascynacje i wyzwania pochłonęły ją tak bardzo, że myśl o powrocie do leniwej Afryki wydała jej się niedorzeczna. W szkole spotkała się z dobrym przyjęciem i szybko znalazła przyjaciół. Naturalny talent do języków spowodował, że lokalną mową władała już po kilku miesiącach, i to bez śladu akcentu. Pilnie uczestniczyła w zajęciach, zadawała masę pytań. Jej żywa inteligencja szokowała profesorów.

Potem zaczęła się muzyka. Słynny zespół rockowy szukał wokalistki. Zgłosiła się na casting i ze swoją egzotyczną urodą została przyjęta. Zaczęły się próby. Śpiewała w obu językach, lokalnym i angielskim. Wydawała się świetnym materiałem na gwiazdę. Na koncertach czuła się jak podczas ceremonialnych tańców w wiosce Luo. Bez najmniejszego skrępowania oddawała się w pełni atmosferze i emocjom. Miała wrażenie, że drzwi do nieba stoją otworem.

I nagle otrzeźwienie. Podziękowano jej. Lider zespołu nawet nie wyjaśnił dlaczego.

Pocieszył ją Paweł, jeden z muzyków.

– Jesteś dobra, ale ten kraj nie jest jeszcze gotowy na taką egzotykę. Gdybyś śpiewała jazz albo bluesa, jakieś niszówki, byłoby OK. Ale nie mainstream. Za wcześnie.

Byłaby się załamała, wpadła w depresję, może nawet wróciła do kraju – gdyby nie ów nowy przyjaciel, którego zdobyła. Paweł był bystrym, mądrym człowiekiem, zarazem niebywale jak na swój wiek odpowiedzialnym. Pomógł je wrócić do równowagi, przekonał, że zaniedbane studia warto zmienić na inne, odzyskać pewność i wiarę w siebie. Nie zauważyła momentu, kiedy przyjaźń przerodziła się w miłość. Stali się nierozłączni. W jego ramionach odnajdywała nie tylko spokój, ale i pewność, że ma partnera na całe życie.

Niedługo później przyszła na świat córeczka. Potem druga.

Kiedy dzieliła się tymi nowinami z rodzicami, zauważyła w coraz krótszych rozmowach telefonicznych pewną nerwowość. Mądra matka była smutna, ale akceptowała jej wybory. Ojciec w mniejszym stopniu. Zapewne miał poczucie, że nie tylko traci dziecko, ale i ponosi osobistą klęską. Przecież los Stelli miał być inny. Miała być pierwszym pokoleniem nowoczesnych Kenijczyków, przyszłą matką nowego narodu. Przypadek, a może opatrzność mocno zakpiły z jego planów i nadziei.

George i Roma nie wytrzymali. Wsiedli do samolotu i pewnego popołudnia wylądowali na chłodnym od jesiennych wiatrów lotnisku w jednej z europejskich stolic. Niedługo później pukali do drzwi garsoniery, w której mieszkali Stella i Paweł.

Jakie było to spotkanie? Przede wszystkim pełne napięcia. Zarówno z jednej, jak i drugiej strony. George i Roma nie mieli pojęcia, kogo spotkają. Stella bała się reakcji rodziców. Paweł mógł się spodziewać nowych wrażeń, jakich dostarczą mu starzy Afrykanie.

– Mamo, tato – przede wszystkim zapraszamy na ślub.

Z drugiej strony milczenie.

– Ślub już jutro w małym urzędzie na przedmieściu stolicy.

– I myślisz, że wszystko będzie załatwione.

– My się kochamy.

– Ale ty nie jesteś stąd. Ty jesteś z Afryki. Nie wiesz, co cię tu czeka. Pomyśl jeszcze.

Ojciec był nieodgadniony. Milczał. Wpatrywał się z zimną powagą w oczy córki.

– Podjęłam decyzję.

– Skoro podjęłaś...

– Nie tak miało być...

– Nie tak...

– Czas biegnie za szybko, za szybko...

Nad jeziorem

Zielone wzgórza Afryki. Wszędzie wokół roztańczone, wibrujące powietrze, błękitne, wszechogarniające niebo. Szczyty gór przykryte zielonymi kędziorami buszu. Brązowe skały jak niekończące się stada skamieniałych zwierząt. Wysypane szutrem drogi, z których, widząc nadjeżdżający samochód, pryskają na pobocza stada guźców i pawianów. Czasem jak smuga błękitnego światła drogę przetnie szybująca w powietrzu antylopa. Czasami przemknie cień geparda. Tak cicho, że nie zostanie po nim nawet drżenie liści. Nad głowami i wszędzie wokół krzyk podnieconych ptaków.

Nieco rozklekotana toyota wiozła nas przez wyżynę nairobijską w stronę Wielkiego Rowu, by tam, odbiwszy się jak tenisowa piłka w okolicy jeziora Neivasha, podjąć znów wspinaczkę i koło Hell's Gate ponownie utonąć w bezdrożach. Asfaltowa droga zaczynała się nagle i nagle kończyła, jakby jej pojawieniem się rządził jakiś kapryśny czarownik.

W górach koło Kericho, w kraju plemienia Kalenjin, mijaliśmy olbrzymie dywany upraw herbaty. Wysoko w górach magicznie przywoływała gęsta dżungla.

Jechaliśmy z poczuciem, że za chwilę wydarzy się coś ważnego. Stella uśmiechała się wprawdzie dyskretnie, ale dało się wyczuć, że jest podenerwowana i niepewna. Mimo pozorów radości z powrotu do domu pod owym wymuszonym grymasem czaiła się obawa. Paweł rozglądał się wesoło, komentował widoki, sypał jak z rękawa dowcipami, ale i on momentami marszczył czoło i zapadał się głęboko w czarne myśli.

Cóż mogą zrobić? To małżeństwo jest już dawno skonsumowane. Stella ma swój dom, swoje sprawy, odnalazła się w innym języku i cywilizacji.

Zatrzymają? Przeklną? Będą się domagali czegoś nadzwyczajnego? To niewyobrażalne.

Po co w ogóle tu przyjechali, skoro wiedzieli, że za tą podróżą ciągnął się będzie cień jakiegoś ryzyka. Mogli przecież zostać. Zerwać z przeszłością, obowiązkami wobec plemion, ojczyzny Stelli, odnaleźć się w innej teraźniejszości. Wielu tak zrobiło. Tysiące, miliony ludzi, którzy zdecydowali się opuścić ojczyznę. Wybrali nowy dom, ale czy się w nim odnaleźli? Czy zamiast nowej tożsamości nie mają poczucia wykorzenienia? Zamiast wewnętrznego spokoju gorzki smak tymczasowości podszytej smutkiem, żalem i alienacją? Pełną naiwnej nostalgii tęsknotą za porzuconym domem i świadomością odrzucenia w nowym świecie? Tak żyją wygnańcy na całym świecie. Mówi się, że to problem pierwszego pokolenia, ale myśli się inaczej. Urodziłeś się i pewnie zostaniesz w getcie. Wyrwać się z niego – to wyzwanie, któremu sprostać może niewielu. Czy taka miała być jej przyszłość? Nie, z pewnością nie. Może nawet takie myśli nie przychodziły jej do głowy. Była zbyt otwarta. Żyła w innym środowisku, innym otoczeniu, ale przecież miała oczy, uszy, bystrą inteligencję. Świat wokół namiętnie wciskał się w oczy. Trudno więc było unikać takich refleksji.

Nie być obcym, ale nie odcinać korzeni. Mieć ciągle dom i pewne ścieżki własnej tożsamości. Mieć dokąd wracać, by czerpać pełnymi garściami z dziedzictwa przodków. I ofiarować to nowemu światu. Jako wartość. Wielką wartość. Musiała wrócić i pokazać bliskim swoje strony. Swoje kamienie, ptaki, motyle.

Wilgotny busz przechodził powoli w tereny rolnicze. Samochód zjeżdżał rozkopanymi drogami na wielką wyżynę, pośrodku której rozlewały się brzegi Jeziora Wiktorii. Powietrze stawało się wilgotniejsze, a pogoda bardziej przewidywalna. Na poboczach drogi wędrowały w każdą ze stron tysiące ludzi. Z ciągnącymi wózki osłami, na rowerach i terkoczących chińskich motorach, piechotą najczęściej w grupach, rzadziej pojedynczo. Kobiety niosły na plecach zawinięte w chusty niemowlęta, na głowach pakunki z towarem lub bukłaki z wodą. Między nimi tysiące dzieci. Najczęściej w barwnych mundurkach. Dziewczynki w białych podkolanówkach i czarnych spódniczkach, chłopcy w krótkich spodenkach. Marynarki lub sweterki mieli w różnych kolorach i z różnymi emblematami, w zależności od szkół, do których chodzili. Wszyscy piechotą. Zwykle w biegu. Rozgadani i krzykliwi.

Afryka pełna wigoru. Afryka ruchu. Afryka eksplodująca radosną i nieokiełznaną demografią. Pełna życia, optymizmu. Afryka nieco naiwnie uśmiechnięta w stronę przyszłości.

Było późne popołudnie. Dzieci wracały ze szkół, a krowy z pastwisk. Nasz samochód jechał pagórkowatym bezdrożem z Kisumu do Seme, by nagle zanurkować w wąską glinianą przecinkę i z trudem dotoczyć się do olbrzymiego ogrodu. Wokół wysokie drzewa, kilka chatek, plantacja bananów, a dalej kilka kamiennych domów.

– Jesteśmy na miejscu – wyszeptała Stella.

Samochód natychmiast otoczyło kilku mężczyzn, którzy sprawnie przenieśli bagaże do domu.

Pierwsza wyszła z samochodu Roma. Na twarzach mężczyzn pojawiło się poruszenie. Roma spokojnym głosem wydawała polecenia.

– Gdzie mój mąż? – spytała.

– W pokoju rady, mama – odpowiedział jeden z mężczyzn.

Roma skinęła na nas dłonią.

– Chodźmy...

Poszliśmy za nią.

Dom, w którym czekał George, był niską willą na kamiennej podmurówce, zbudowaną z lokalnych materiałów. Z jednej strony wielka sypialnia, pośrodku olbrzymia rotunda salonu ze stojącymi pod ścianami hebanowymi tronami z Konga i kuchnia przygotowana pewnie do karmienia połowy plemienia Luo.

Weszliśmy do pogrążonej w ciemności rotundy. W domu paliło się tylko kilka lamp naftowych, dlatego każdy nasz krok pobudzał do ruchu na owalnych ścianach stada oszalałych cieni.

– Witam w domu – powiedział niewysoki ciemny mężczyzna z krótką bródką i spokojnymi uważnymi oczyma.

– Mam na imię George. Witajcie w domu.

Niewidoczni pomocnicy Romy podali schłodzone piwo i zaczęli przygotowywać kolację. Na zewnątrz szybko dogasał dzień zastępowany z nagła gorącą równikową nocą. Gwiazdy sypały się na nasze głowy, jakby wytrząsał je z rękawa jakiś lokalny bożek. W powietrzu dudniła muzyka.

– Co to za muzyka? – spytałem mężczyznę, który tylko na chwilę wyłonił się z cienia.

– A, to pogrzeb w sąsiedniej wiosce. Grają i tańczą już trzeci dzień.

– Tak się cieszą?

– Bardzo się cieszą. Umarł wielki człowiek.

Wyszedłem z domu. Znów uderzył mnie w nozdrza duszny zapach afrykańskiej nocy.

Ktoś do mnie podszedł. Obróciłem głowę. To był George.

– Jutro pojedziecie na targ do Seme i kupicie dwie krowy i kozę. Koza będzie dla matki, a krowy, by plemię w ogóle siadło do rozmów.

– Nigdy nie kupowałem krów.

– To będziesz miał szansę.

– Nie mam o tym pojęcia.

– Pojedzie z wami Oduor. On zna się na rzeczy.

– Pojedziemy.

– Jesteś przecież jego bratem. To twoja misja.

– Pojadę.

Spojrzałem głęboko w oczy George'a. Był w nich spokój i chłodna inteligencja. Żadnej zbędnej mimiki. Żadnego napięcia.

– Gdzie jest jezioro?

– Tam – wskazał wzrokiem w gęstą czerń nocy.

Targ

Wczesny świt nad brzegami Nam. Ogromne pomarańczowe słońce podnosi się w oparach parującego świata. Puchnie, nadyma się, próbuje oderwać od szarobrązowego łożyska ziemi i nie potrafi. Czyżby świt miał tym razem nie zdążyć? Ktoś trzyma światło na uwięzi? Nie. Nadchodzą ludzie, by pomóc. Wesprzeć je czarnymi ramionami. Napinają mięśnie, intonują pieśń rybaków i wytężają wszystkie siły. Raz, drugi i jeszcze jeden. Jeszcze jeden okrzyk, jeden wspólny wysiłek i wielka bania życiodajnej siły odrywa się powoli od horyzontu, by unieść ponad linię ziemi. I staje się cud. Ciemność chowa się gwałtownie w głąb widzialnego świata, jakby zanurzając się w bezgraniczne przepaści. Przedmioty gubią swoją nieokreśloną szarość i nabierają kolorów. Drzewa i trawa błyszczą szmaragdami, woda malachitem, niebo lapis-lazuli. Budzą się ptaki. Stada małp czmychają z ogrodów, a lamparty szukają osłoniętych gęstym listowiem gałęzi na wielkich drzewach. Podnoszą głowy żyrafy. Zaczynają fruwać motyle, a bydło schowane w cierniowych zagrodach zaczyna ryczeć, domagając się wody.

I tak co rano.

Targ był położony ledwie kilka mil od Seme. Dotarliśmy tam długo po świcie. Większość handlujących była już na miejscu. Oduor rzeczywiście znał się na kupnie bydła. Jego pierwszą decyzją było wysłanie nas do lokalnej knajpki na piwo.

– Jak was zobaczą, to obrabują z ostatniego dolara. Bydło kupować będę ja.

Po dwóch godzinach targów przyprowadził kozę i dwa byki.

– Miała być koza i dwie krowy...

– A byki to nie krowy?

– U nas nie.

– A u nas tak. No i są tańsze.

Wróciliśmy do rezydencji George'a samochodem. Oduor poszedł na piechotę.

W wiosce na wzgórzu zaczynał się ruch. W domu pojawiły się dziesiątki kobiet i mężczyzn, wszyscy w świątecznych strojach. Kobiety zabrały się do gotowania, a mężczyźni przysiadywali gdzie kto mógł, na krzesłach, kamiennych progach, porozstawianych w gęstej trawie taboretach.

Znad jeziora przyniesiono kosze ryb. Były to głównie tilapie i okonie nilowe, ale w jednym z wiklinowych koszy na samym dnie czarnego plastikowego worka chował się prawdziwy potwór. Chciałem zajrzeć do środka, rozchyliłem więc nieco folię i nagle cały wór spiął się, podskoczył, a tuż przy mojej dłoni usłyszałem mocne kłapnięcie. Zanim się cofnąłem, przez ułamek sekundy spoglądałem w mętne, osadzone w olbrzymiej obłej głowie oczy afrykańskiego suma.

– Uważaj na niego, jeśli nie chcesz stracić palców – powiedział jeden z kucharzy – ta ryba potrafi przetrwać bez wody kilka dni.

Do kuchni wszedł George.

– A teraz spotka się z wami Otieno. Wyjaśni wam ceremonię. Czeka na was na dworze.

Stary Otieno był jedynym żyjącym bratem ojca George'a. Naturalnie pełnił rolę patriarchy, a w każdej niezbędnej okoliczności występował jako ojciec pana domu. Zaprosił Pawła i mnie do jednej z izb i pouczył, że w czasie negocjacji ślubnych pan młody nie ma prawa głosu. Jego głosem, rozumem, inteligencją jest opiekun, ojciec albo jak w naszym przypadku starszy brat. Tylko on rozmawia i podejmuje decyzje. Pan młody odezwać się może na koniec.

Było wczesne popołudnie. Z nieba lał się żar, a ciągnąca od jeziora wilgoć jeszcze potęgowała zmęczenie. Ubrałem się odświętnie i spokojnym krokiem poszedłem w stronę domu George'a.

Wszyscy już byli na miejscu. Cała wieś. Krewni, przyjaciele, krewni krewnych. Kobiety i mężczyźni. Prości wieśniacy i drobni przedsiębiorcy. Obsiewający pola lokalni rolnicy i profesorowie medycyny. Politycy i policjanci. Handlarze i tragarze. Analfabeci i przedstawiciele elity. Starzy i młodzi.

Najdostojniejsi z gości siedzieli na krzesłach. Tłum pomniejszych postaci tłoczył się w okolicach drzwi. Stella siedziała obok ojca i matki. Paweł po przeciwnej stronie.

Mistrzem ceremonii był przybyły specjalnie z Nairobi profesor Orate.

– Witamy was wśród ludzi Luo w Seme! – zaczął. – To dla nas wielki zaszczyt, że przyjechaliście tu z waszego świata. To dla doktora Kono wielki zaszczyt, że wybraliście jego córkę. Ale córka jest światłem jego życia, radością i pomocą. Nie można jej tak po prostu zabrać. Myśleliście o tym?

Skinąłem głową.

– Dobrze. Ustalimy, jaka będzie rekompensata dla rodziców. Mam nadzieję, że się porozumiemy.

Ręce Pawła lekko drżały.

Orate usiadł, a właściwe negocjacje rozpoczął młodszy od niego o dobre dwadzieścia lat Vincent Wangira.

– Matka Stelli, pani Roma, traci pomocnicę. Kto jej będzie teraz pomagał? Kto będzie z nią gotował? Sprzątał? O biedna matka Stelli...

– Mamy dla matki Stelli pocieszenie – powiedziałem zgodnie z obyczajem i włożyłem w ręce Romy kopertę. Mrugnęła do mnie na tyle dyskretnie, by nikt tego nie dostrzegł.

– Wielkimi ludźmi są nasi goście, skoro pomyśleli o matce. A czy myśleli o ojcu?

– O ojcu myślimy w każdej minucie. O ojcu i jego ludzie! – odpowiedziałem z dobrze akcentowanym patosem.

– Dobrze myślicie? – pytał Wangira.

– Najlepiej, skoro tak wspaniałą narzeczoną wychował!

– Trzydzieści krów – to chyba myślicie.

Siedzący w krąg Luo przytaknęli z powagą, a Wangira stał z triumfalnym uśmiechem.

Robiło się gorąco i ciemno. Luo czekali w napięciu na naszą odpowiedź.

– Drodzy przyjaciele – zacząłem. – Mamy do was wielki szacunek, skoro macie takie dzieci jak Stella. To dla nas ogromne wyróżnienie, że tu jesteśmy i możemy z wami rozmawiać. Boję się jednak, że odrobinę przeceniacie nasze możliwości. Nasz świat to nie tylko bogactwo. Nasz świat to głównie problemy. Dźwigamy się z komunizmu, który wygubił połowę ludzkości i który był złem wcielonym. Pracujemy ciężko dzień w dzień, by dać chleb naszym dzieciom. Pracujemy tak ciężko, że wyrasta nam druga para rąk – tu podniosłem ręce do góry i poruszyłem nimi intensywnie, by wyglądało, że jest ich więcej. Odpowiedziały mi osłupiałe oczy słuchaczy, co świadczyło o trafności metafory. Każde ze słów śledzono z nabożną uwagą.

– Paweł zastawił wszystko, co miał, i zbudował dla Stelli dom. Dla niej i dla jej dzieci. Płaci teraz bankom dziesięć razy więcej, niż zarabia.

Zafascynowanemu wzrokowi słuchaczy towarzyszyło przez chwilę głośne westchnienie.

– A banki są u nas wielkie. I pazerne. Zresztą sami wiecie najlepiej.

Cisza.

– Ale sobie poradzi – poczułem, że nieco brnę, ale reakcją słuchaczy ciągle było milczenie.

– Nie można mieć wątpliwości. Pracuje za stu.

Chwila ciszy.

– Nawet za dwustu, albo więcej.

Głośne oddechy i cmokania.

– Jakże to? – ktoś się odezwał, przerywając milczenie, ale natychmiast został uciszony gremialny syczeniem.

– Dom wybudował własnymi rękami. A dom większy jest od tego domu dziesięć razy!

Kupowali przesadę jak dzieci.

– Mówiąc krótko... Dziesięć krów do końca roku albo piętnaście, ale w dłuższym czasie...

Minęła spora chwila, zanim Wangira złapał oddech i się odezwał.

– Dziesięć krów dla nas i dla naszego plemienia? Za córkę Księżyca?

– Dlatego mówię piętnaście – potwierdziłem stanowczo. – Jasne, dziesięć to za mało... To by oznaczało brak szacunku... A przecież szacunek jest oczywisty. Dlatego mówię piętnaście i ani jednej więcej. Wiemy, na co nas stać.

– Ani jednej.

– Ani.

– To może trzydzieści w trzydzieści lat? – stęknął Wangira.

– Chcecie wysłać Stellę i jej dzieci na bruk? Zniszczyć tę piękną rodzinę?

– Nie chcemy – przecząco kręcili głowami Luo w każdej z części izby.

– Piętnaście więc i na tym kończymy. Piętnaście w piętnaście lat. Trzydzieści? Jeden Bóg wie, czy ktoś z nas przeżyje trzydzieści lat. A jeśli nie, kto będzie spłacał krowy? Piętnaście więc w piętnaście lat. Pierwsze trzy będą za dwa lata. Kolejne trzy za dwa kolejne. Chyba że chcecie co pięć lat po pięć albo co trzy po trzy? Ja proponuje najpierw co dwa lata po trzy, a potem przez jedenaście resztę, czyli dziewięć. Ale nie wykluczamy, że kolejnych pięć będzie po kolejnych pięciu latach, a cztery zaraz potem...

– Zaraz, zaraz... – Wangira ewidentnie nie mógł się połapać w tym nadmiarze propozycji.

– Jeszcze raz?

– Jeszcze raz.

– Powiedziałem przecież.

– Zgadzamy się – dość bezradnie rozłożył ręce. – Zgadzamy się na piętnaście krów. Niech będzie.

– Gratuluję, Vincent, jesteś świetnym negocjatorem. Plemię będzie ci wdzięczne – zakończyłem rozmowy.

Wangira otarł pot z czoła i przysiadł na krześle. Popatrzył na Orate i George'a Kono. Ich miny były zagadkowe. Tylko stary Otieno uśmiechał się bezczelnie.

– Jest zgoda Luo w sprawie Stelli Kono! – uroczyście zakomunikował Orate, podnosząc się z krzesła.

– Niech wszystko dzieje się zgodnie z prawem – dodał George.

Dwaj mężczyźni przynieśli hebanowe trony na środek sali rady. Zasiedli na nich Paweł i Stella. On ubrany w afrykański strój, ona w białej lnianej sukience i zielonym wieńcu na głowie.

– Paweł – jesteś od tej pory członkiem naszego plemienia – zabrał głos Otieno. – Na dowód dostajesz zdobioną muszlami torbę z koźlej skóry i trójnogi taboret z wypisanymi twoimi imionami. Od tej pory jesteś Paweł Akoyo Otieno... Jesteś jednym z nas. I będziesz do końca świata.

Zagrała lokalna kapela. Szalone rytmy zwaliły wszystkich z nóg, większość publiczności wyszła na otwarte powietrze, a swaci przynieśli jeszcze butelkę wina z owoców oczuoga, które tradycyjnie towarzyszyły zaślubinom. Paweł odstawił butelkę na parapet i zajął się Stellą. Ja wyszedłem na sztywnych nogach z sali rady i przysiadłem na podmurówce. Było późne popołudnie. Obfita bania słońca, która z takim trudem podnosiła się o świcie, właśnie gasła za horyzontem. Gdzieś w dali błyskało srebrnymi falami jezioro.

Wesele

Jesteś niezłym cwaniakiem – mówił George. – Zasypałeś ich taką masą propozycji, że się pogubili. Nikt z nimi nigdy tak nie rozmawiał. Wniosłeś nową jakość w naszą tradycję.

– To źle?

– Nie, chyba nie. Oni muszą zrozumieć, że świat się zmienia, że przychodzą nowi ludzie.

– Nie chciałem nic niszczyć.

– Oni są nieprzygotowani... Ale... to nieprawda. To wy jesteście nieprzygotowani...

– Jak mam to rozumieć?

Była późna noc. Czerń nieba gasiła wszystkie iskry weselnego domu George'a. Na zewnątrz grała muzyka. Tańczyli dorośli, tańczyły dzieci, starzy mężczyźni i stare kobiety.

– Dużo o tym myślałem. Znam, jak wiesz, Amerykę i Europę. Spędziłem tam wiele lat mojego życia i nieźle was poznałem.

Wstał i napełnił dwie szklanki dobrym gatunkiem whisky.

– Jesteście ubożsi od nas. Macie fałszywych bogów.

– Co masz na myśli?

– Ubóstwiliście czas. On jest waszym bogiem, nie Chrystus. Chrystus się nie liczy. To taka inkrustacja. Bogiem jest czas. Boicie się czasu, uciekacie przed nim. Gonicie się z jego biegiem. Boicie się go, jakby był wcielonym złem. A to tylko czas.

– ...

– Macie takie przysłowie, czas to pieniądz. Prawda?

– Mamy...

– Przekładacie czas na wymiar materialny, jakby nie było innych wymiarów?

– Jakich?

– Czas to pokolenia, rozwój, przyszłość... Jesteśmy tylko epizodem... Wy myślicie inaczej. Czas to wasze okienko we wszechświecie. Trzeba wystawić łeb, bo nikt was nie zauważy. Wierz mi. Naprawdę nikt was nie zauważy, choćbyście wystawiali ten łeb przez całe życie. To chwila, incydent, nic więcej.

– Proponujesz coś w zamian?

– Wiesz, tu jest wyspa na Jeziorze Wiktorii. Nazywa się Rusinga. Słyszałeś? Widać ją o świcie z Seme.

– Nie.

– Znaleziono na niej szczątki istoty, która była wspólnym przodkiem małp człekokształtnych i człowieka. Proconsul africanus. Sprzed dwudziestu pięciu milionów lat. Znamy szkielet, ale co możemy powiedzieć o konkretnym osobniku? Jaki był? Co jadł? Ile miał partnerek? Dzieci? Jakie były elementarne schematy myślowe tej istoty? Dla tych, którzy za milion lat dokopią się do twojego szkieletu, dostępne będą tylko te same pytania. Przeceniasz potrzebę walki o zachowanie pamięci o sobie.

– Co proponujesz w zamian?

– Spokojny bieg świata. Mało?

– Mało.

– Mało? Jesteś bezczelny. Zmiana pokoleń. Pokora. Wciąż mało?

– My nie jesteśmy pokorni... Cała nasza filozofia wyrasta z braku pokory... Chcemy być zauważeni jako osobni ludzie.

– Po co to wam?

– To kwestia naszej tożsamości. Żyjemy po to, by się indywidualnie wypowiedzieć. W taki czy inny sposób. To nas motywuje do działania, twórczości, wynalazczości. Dzięki temu posuwamy świat do przodu. Reszta nie ma znaczenia.

– Boicie się śmierci, prawda?

– A wy się nie boicie?

– Nie. Nasi zmarli są z nami. Nie odchodzą.

– Dla nas śmierć to koniec egzystencji.

– Dla nas nie. Nasi zmarli są z nami na co dzień. Rozmawiamy z nimi, karmimy ich, są najbliżej domu, najbliżej jak można...

– Dla nas śmierć to koniec wszystkiego.

– Dla nas początek. Słyszysz tę muzykę?

– Tak, gra, od kiedy przyjechaliśmy.

– To pogrzeb wielkiego człowieka z plemienia Lhuja. Był starcem, wszyscy go kochali. Żył tysiąc lat. A teraz umarł. Myślisz, że odejdzie z tamtej wioski? Nie, zostanie z nimi na zawsze. Będzie ich chronił przed urokiem. Będzie z nimi, póki będzie pamiętany. Dlatego się cieszą. U was śmierć to pożegnanie...

– I tabu.

– Tak. Boicie się śmierci, uciekacie przed nią. Nie chcecie jej oglądać. Wasze zwierzęta umierają w rzeźniach, a starcy w szpitalach. To chore. Przecież śmierć to część życia, jak narodziny, dojrzewanie, płodność.

– To prawda, boimy się śmierci...

– Boicie się życia. Popatrz na Afrykę. Tu jest życie. Stąd życie wyszło i tu powróci. To krąg życia. Pierwsza kobieta Lucy i ostatnia...

– Stella?

– Nie wiem, czy Stella, ale może jej daleka córka. Wymrzecie, zje was nieszczęście, lód, choroby, bezpłodność... Wyniszczy egoizm... A potem przyjdzie Afryka... Wasza rasa jest skazana na zagładę. Wiesz?

– Coraz częściej o tym myślę.

– Tu jest przyszłość ludzkości. Wśród tych dzieci. W tej muzyce. W naszych sercach. Prowincja zje metropolię. Strawi was, bez reszty.

– Nie udławicie się?

– Jesteśmy głodni. Bardzo głodni. My jesteśmy przyszłością.

– Może... – brakowało mi argumentów. George Kono dopijał pachnący miodem ekstrakt z kolejnej szklanki, a ja powoli odpływałem w przestrzeń międzygwiezdną. Rytmiczna muzyka grajków Luo pulsowała jak rytm serca. Wyszedłem przed dom. Nad nami przepastna afrykańska noc. Wokół oszalały korowód gwiazd. W uszach tętno bębnów i piszczałek. Przed domem kręcili się starsi i podskakiwały dzieci. Przyszłość ludzkości. Jasna przyszłość ludzkości była jak widzenie. Gubiłem powoli sensy. Kto będzie przyszłością, jeśli nie oni? Kto przegra, jeśli nie my?

– Gdzie twoje organki? – o kant nogawki otarła się maleńka Sophie, córka Pawła i Stelli.

– Gdzieś mam – sprawdziłem w kieszeni.

Harmonijka ustna schowała się w przepastnych odmętach spodni.

– Zagraj.

Nie znałem tonacji, ale jednostajny rytm muzyków Luo nie wydawał się trudny.

Wyjąłem harmonijkę i zacząłem grać. Prosty riff. Więcej w nim rytmu niż melodii. Muzycy zareagowali uśmiechem. Zaprosili do swojego kręgu. Dźwięki stopiły się w całość. Afrykański blues – pomyślałem. Wokół wirowali ludzie.

Afrykański blues. Blues przyszłości.

Podniosłem głowę. Z odległej wioski Lhuja wciąż dobiegało tętnienie bębnów uroczystości pogrzebowej bliżej nieznanego starca. Mieszało się w oszalałym związku z muzyką weselną Stelli i Pawła. Wesele i pogrzeb. Życie i śmierć w jednym afrykańskim rytmie.

– Gdzie jest Nam?

– Tam – wskazywali palcami.

Jezioro, którego nie mogłem dostrzec, bo zawsze kryły go mgły i partie niskich chmur.

– Tam jest – wskazywali palcami.

– Gdzie?

– Tam – pokazywali w mrok.

Powrót

Świt w ciągu chwili rozlał światła dnia w ogrodach Seme. Nikt się nie spodziewał takiego rozbłysku słońca. Przyszło nagle, jak to zwykle bywa w okolicach równika, bez ostrzeżenia. Przebiło się mgnieniu oka spoza zasłony ciemności i przegnało w mrok ostatnie zwierzęta nocy. Pierwsze uciekły ptaki, za nimi zdziwione nagłym brzaskiem pawiany, po nich inne małpy, ćmy, nietoperze i czarne, rosochate chrząszcze. – Witamy dzień – krzyczały mgły i unosiły się ku chmurom. – Witamy dzień – krzyczeli ludzie wyrwani ze snu przez krzyk domowego ptactwa. Wrzeszczały kury i perliczki, basem odzywały się krowy, konkurując z altowym bekiem osłów i koźląt.

W południe miał nas zabrać samolot, więc wstaliśmy o świcie. Sine światło rozjaśniało szary jeszcze o tej porze ogród. Przed domem Romy i George'a walały się sterty śmieci. Przewrócone plastikowe taborety, tekturowe talerze z resztkami jedzenia, plastikowe noże i widelce. Impresyjne światło poranka nadawało im optyczny bezkształt i magiczne atrybuty pogubionych fetyszy.

Ludzie? Ludzi niewielu, bo odeszli przed brzaskiem sobie tylko znanymi ścieżkami w busz. Pewnie spali już w domach głusi na krzykliwe zrzędzenie kładących się spać małp i osowiałe krzyki nocnych ptaków. George spoglądał na mnie bystrym okiem, jakby nawet nie drzemał.

Po kilkunastu minutach zaczęły się schodzić kobiety. Starsze i młodsze, ale wszystkie odświętnie ubrane. Na rękach miały zaplecione różańce. Białe, wykrochmalone suknie i odświętne chusty na głowach. Stanęły rzędem i zaczęły się modlić. Boże, zbaw nas i naszych przyjaciół, roztocz nad nimi swoją opiekę i daj im skrzydła ptaków, by szybowali wysoko. Potem śpiew, oklaski, śpiew, oklaski i tak bez końca.

– Modlą się, byście bezpiecznie wrócili do domu – powiedział George.

– Dziękujemy – odpowiedziałem.

– Kochają was.

Czułem się poruszony, bo nigdy jeszcze nikt się nie modlił o świcie o moją bezpieczną podróż do domu.

– George, nie będziesz tęsknił za córką?

– Nie. Chyba nie, bo ona ma równie ważną misję tam.

– Będzie matką pokoleń?

– Może nawet drugą Lucy, nie wiem.

– Miała być nową Kenią.

– Może być nową ludzkością. To chyba więcej, nieprawdaż?

– Na pewno.

Pomyślałem o Stelli, o Pawle, o ich pięknych córkach Kelai i Sophie. Czyżby były matkami przyszłego świata? Przyszłej ludzkości. Może tak.

Nad Seme świeciło już agresywnie rozpalone jak żar w chlebowym piecu słońce. Lekki wiatr poruszał grubymi liśćmi bananowców na plantacji opodal, a małe jak dziecięce piąstki małpki okleiły pień drzewka marakui. Ktoś z domowników głośno klasnął i stado małpek jak rój pszczół pomknęło w stronę wielkiego drzewa awokado. Na liściach traw prostowały nakrapiane kolorami skrzydła motyle. Wilgoć gęstymi kroplami rosiła suchą ziemię, by po chwili unieść jej zapachy w stronę chmur.

Paweł i Stella przyszli z dziećmi. Dziewczynki miały kolorowe sukienki i kokardki we włosach. Lakierowane buciki i śliczne fryzury.

– Żegnajcie, kochani. Jakiś czas tu jeszcze zostaniemy. Musimy poznać całą rodzinę. Odwiedzić wszystkich weselników. Taki obyczaj...

Zawiał ciepły wiatr.

Zostańcie. Wy zostańcie. Może po to, bym ja mógł pomyśleć o tym wszystkim, czego jeszcze nie domyślałem. Wyobrazić sobie wszystko, czego nie widziałem. Zrozumieć, czego jeszcze nie rozumiem.

Czas? Wielki przeklęty bożek czasu, który rządzi całą naszą racjonalnością... naszymi wyborami, zachowaniem... Każe nam podejmować nieskończoną ilość wysiłków, napędza zachłanność, chciwość i zawiść...

Ale w gruncie rzeczy jest niczym innym, jak silnikiem popychającym nas w kierunku wiecznego zatracenia i nicości. Pędzimy przecież w jedną stronę. A może to właśnie ten pęd nie ma sensu, może wypadałoby choćby zwolnić, skoro kurs w drugą stronę jest niemożliwy?

Śmierć? Śmierć jednostkowa, która jest największym tabu? I nasza wiara bądź niewiara w to, co jest po drugiej stronie. Jedno i drugie – dowód bezradności, bo przecież ani jedno, ani drugie nie daje gwarancji niczego. A gdyby odrzucić śmierć taką, jak ją pojmujemy, i oddać się łagodnemu przekonaniu, że kres biologicznej egzystencji to początek trwania w świecie duchów, zwierząt i roślin? Być obecnym w świecie bliskich, ale poza więzieniem własnego ciała? Być prochem ziemi, z której wyrastają kiście bananów, oddechem lamparta przyczajonego na drzewie, błękitnym przebłyskiem na skrzydle wędrownego ptaka, jasnością nocy, cieniem dnia, sennym wspomnieniem w umyśle któregoś z wnuków? Obrazem na ścianie?

W domu George'a i Romy na owalnej ścianie pokoju rady widziałem stada galopujących zwierząt. Malowała je niepewna ręka prymitywisty, więc przypominały sławne obrazy z grot i skał Sahary. Za dnia sztuczne i stateczne, wieczorami, dzięki dynamicznym refleksom światła, wpadały w oszalały pęd. Podnosiły kopyta, pochylały karki, jakby szukając sawann i płaskowyżów, na których mogłyby się ścigać ze stadami pobratymców i lwami.

Pamiętam magnetyczną chwilę któregoś z wieczorów, kiedy zatraciłem się na chwilę w tym pędzie i w sposób fizyczny odczułem obecność duchów. Czyżby to przodkowie Luo wrócili do swojego ludu, by tknąć obcego człowieka magią Afryki? Powiedzieć to, czego wiedzieć nie mógł, a powinien, że rozum to mało, bo liczy się to, co nieuchwytne, boskie, niepojęte?

Samochód ruszył z nagła przed siebie. Zatrząsł na grubych brunatnych koleinach. Potem utonął w buszu, by wynurzyć się wśród rozkwieconych ogrodów Seme, odnaleźć drogą do Kisumu i zawieźć nas na lotnisko.   —Bogusław Chrabota

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL