Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Bogusław Chrabota: Jak wykupiłem pannš młodš od plemienia Luo

shutterstock
Ubóstwiliœcie czas. On jest waszym bogiem, nie Chrystus. Chrystus się nie liczy. To taka inkrustacja. Bogiem jest czas. Boicie się czasu, uciekacie przed nim, jakby był wcielonym złem. A to tylko czas.

Kenia przywitała nas bogactwem czystego œwiatła, które garœciami spadało na nasze głowy jak kłębki słodkiego ciasta. Pierwszy kontakt z wnętrzem Afryki zawsze przynosi podobne wrażenia, zwłaszcza jeœli odkrywa się jš w miesišcach kalendarzowej zimy. W Europie trupioszaro, tu przyroda eksploduje szaleństwem bujnej wegetacji. Zewszšd słońce i ptasi wigor, polifonia dŸwięków i barw, zapachów i wibracji. Właœciwie dopiero na tym tle widać, że zima na północy nie jest wcale snem, tylko œmierciš i harmoniš ciszy. W Afryce jest odwrotnie. W nawykłe do dŸwiękowej pustki uszy wdziera się œwiat dŸwięków, w przyzwyczajone do szaroœci oczy œwiat barw, w przywykłe do mrozu nozdrza œwiat wyrafinowanych zapachów. I ludzie, jakże inni, jakże odmienni w swoim kolorycie, sposobie poruszania, mowy, ekspresji.

Jechaliœmy szerokš drogš do naszej kwatery w Nairobi. Wokół niekończšce się korki, wycie klaksonów, kłęby unoszšcych się do góry jak błękitna mgła spalin. Poœrodku obszernego ronda na gałęziach wysokich drzew siedziały olbrzymie nieruchome ptaki. Zdawało się, że skupione liczš samochody. Ich spokój wydawał się urojony.

– Cyrus – spytałem kierowcę. – Co to za ptaki?

– Gdzie?

– Na drzewach?

– To marabuty.

– Nie przeszkadza im miasto, zgiełk, spaliny?

– Ani trochę. To ich życie.

Życie marabutów.

Miejskich marabutów.

***

Dom doktora George'a Kono, którego córkę przyjechaliœmy wykupić, znajdował się na terenie zamkniętego osiedla w dobrej dzielnicy niedaleko lotniska. Nie była to żadna wielka rezydencja, ale skromny bliŸniak z niewielkim ogródkiem. Od ulicy oddzielały go pnšcza krzewu passiflory. Od sšsiadów – najeżony kawałkami tłuczonego szkła płot. We wciœniętym w kšt posiadłoœci ogródku wegetowało kilka łodyg skumałyki, roœliny przypominajšcej nasz jarmuż. Wszystko w cieniu wraku starego srebrnego mercedesa, w którego wypatroszonym wnętrzu mieszkali nocni zarzšdcy podwórka, czyli dwa małe, ale niezwykle zajadłe psiaki.

Kono był w swoim kraju personš. Lekarz, z doktoratem ze Stanfordu, intelektualista zawsze bliski kręgom rzšdowym. Przed laty założył szpital nad Jeziorem Wiktorii i leczył ludzi za rzšdowe pienišdze. Potem zostawił leczenie i rozpoczšł podróże. Pracował jako doradca rzšdów Zambii, Tanzanii i Sudanu Południowego. Stanford robił swoje, podobnie jak jego spokojna, nieco leniwa afrykańska inteligencja.

Nie byłby z pewnoœciš ani sobš, ani człowiekiem sukcesu, gdyby nie Roma, jego żona, mówišca szeptem kobieta w trudnym do okreœlenia wieku, która była w œwiecie Kono i jego rodziny więcej niż imperatorem. Roma, w przeciwieństwie do George'a, pełnokrwistego Luo, była półkrwi Masajkš i półkrwi Kikujuskš. Ich przypadkowy zwišzek (doktor Kono uwiódł pielęgniarkę Romę) plemiennie był teoretycznie niemożliwy. Nie ma w kosmosie większej odległoœci niż między Luo a Masajami. Mimo że oba plemiona to Niloci, dzieli je wszystko, wraz z językiem. Ojcem Romy był słynny masajski lekarz i szaman. Matkš prosta kikujuska gospodyni. Masaj bywał u niej raz do roku, by spełnić obowišzki męża, zaœ dzieci wychowywała sama. Jednak legenda ojca była tak silna, że matka czekała na jego wizyty w nabożnym skupieniu. Przyjeżdżał, spędzał z niš noc i wracał do swoich masajskich kobiet. A ona jednak po dziewięciu miesišcach rodziła kolejne dziecko.

Roma miała to w sobie. Z jednej strony silnš bliskoœć z duchami, co odziedziczyła po ojcu. Z drugiej nieprawdopodobnš zapobiegliwoœć i zmysł praktycznego myœlenia, dziedzictwo kikujuskiej matki. Nikt inny, tylko Roma rzšdziła rodzinš i wykształconym mężem, licznym potomstwem i krewnymi. Gdziekolwiek pojawiała się wœród ludzi, natychmiast stawała się oœrodkiem dowodzenia i ostatecznym autorytetem. Kono, dumny Luo, był przy niej jak dzieciak. Niemal bez autorytetu. Mrówka przy słoniu. Chłopiec przy mężczyŸnie.

W ich nairobijskim domu mieszkało mnóstwo dzieci. Weronika, szczupła kobieta o kršgłych piersiach i krótkiej szyi. Wanda i Helena, dwie smagłe bliŸniaczki o słodkich pocišgłych twarzach. Wilson, cichy i skupiony chłopiec. Achienne, pulchna dziewczyna z szeœcioletniš córkš Miyš. Andrew i Quasi, bliŸniacy, studenci medycyny, opuœcili rodzinny dom kilka miesięcy wczeœniej.

Całe to towarzystwo przyjęło nas w œrodku nocy prosto z lotniska. Byliœmy zmęczeni, lecz spragnieni Afryki. To oni byli Afrykš.

– Roma, dużo dzieci urodziłaœ.

– Nie wszyscy sš moimi dziećmi – Roma podeszła bliżej, podajšc przegotowane skumałyki.

– A czyje to dzieci?

– Moje – to Achienne i Wilson. Reszta to krewni.

– Krewni?

– Tak. Moi i George'a. Weronika jest Luo. Jej rodzice byli krewnymi George'a, ale nie żyjš. Luo powiedzieli, żeby George wzišł jš na wychowanie.

– Wanda i Helena?

– To Masajki. Moje krewne. Ich rodzice umarli i George wzišł je na wychowanie.

– Andrew i Quasi?

– Luo, krewni George'a. Wychowywał ich od małego.

– Rodzice nie żyjš?

– Nie żyjš.

– Jak oni wszyscy się dogadujš?

– Nie majš wyboru.

– Nie jest pewnie łatwo?

– Ostatnio była wojna o rybę. Dla Masajów nie ma nic obrzydliwszego. Masajowie jedzš tylko mleko, ser i krowie mięso. Dla nich zjedzenie kury to jakiœ skandal. A co dopiero ryba. Ryba jest œliska, mokra i obrzydliwa. Nie można przekonać Masaja, że to nadaje się do zjedzenia... To gorsze niż kanibalizm... Luo odwrotnie. Żywiš się głównie rybami z Jeziora Wiktorii. Od Anglików dowiedzieli się, że ryby majš fosfor i to rozwija mózg. Dlatego Luo majš się za mšdrzejszych.

– Jedliœcie wszyscy rybę?

– Tak. Luo i Masajowie.

Wyszedłem do ogrodu z żołšdkiem ciężkim od kaszy i skumałyki.

Ryba w domu Masajów i Luo.

Kulinarne kuriozum. A może komunia pojednania?

– A Stella?

– Stella jest wyjštkowa.

– W jakim sensie?

– Stella jest aniołem, który łšczył nas wszystkich. Odkšd wyjechała, wszystko jest inaczej.

– Przyjechaliœmy jš wykupić.

– Wiem.

– Ojciec i Luo sš bardzo Ÿli, że wyjechała i ich zostawiła.

– Przeprosimy.

– Mogš jej nie puœcić z powrotem. Mogš jš zatrzymać. Zniewolić. Oni sš bardzo okrutni.

– Zrobimy wszystko, by jš ocalić. Ważne sš dzieci. One nigdy już nie będš Afrykanami. To Europejczycy.

– Luo nie wiedzš, kim sš Europejczycy.

Kończyła się noc.

Księżyc schował się za pachnšcy krzew passiflory.

Nadchodził krótki szary œwit.

Stella

Stella była najstarszš córkš George'a i Romy. Podobnie jak Achienne i Wilson miała w sobie krew Masajów, Kikuju i Luo. Kenijczyk nie uwierzyłby, że to możliwe. To jakby połšczyć ogień i wodę. Miłoœć i nienawiœć. O ile jednak między Masajami i Kikuju panował względny spokój, o tyle Luo, których główne siedziby mieszczš się nad Jeziorem Wiktorii, byli tradycyjnie wrodzy wobec Masajów i Kikuju. Owa wrogoœć miała swoje korzenie w przeszłoœci na tyle odległej, że dawno utonęła w mgle pokoleń. Zarazem emanowała takš siłš, że regularnie przechodziła w krwawe konflikty. Ile ich było w historii? Nikt nie wie. Natomiast doskonale pamiętano ostatnie walki i pogromy. To nieodległa przeszłoœć. Po raz ostatni krew zwaœnionych plemion lała się strugami po wyborach prezydenckich w 2007 roku, w których Kikujus Kibagi nie do końca uczciwie wygrał z Luo Odingš. W powyborczych pogromach zamordowano pięćset osób, a ponad pół miliona musiało uciekać.

Taka na mniejszš skalę powtórka z Ruandy, tym bardziej zauważona przez œwiat, że doszło do niej w kraju, który uchodził za ostoję bezpieczeństwa.

W rodzinie nieco patetycznie mówi się, że Stella mogłaby być symbolem pojednania. Połšczyć zwaœnionych i nienawistnych. Jej krew, jak nic dotšd w nowoczesnej historii Kenii, mogłaby być zaczynem nowego patriotyzmu.

– To brzmi jak wezwanie do jakiejœ epokowej misji – zauważam. – Czy rzeczywiœcie młoda dziewczyna mogłaby temu podołać?

Odpowiadajš mi uœmiechy. Afrykańskie ciepłe uœmiechy, w których czuje się, że sš podszyte smutkiem.

Mogłaby, nie mogła? Nie wiemy. Wyjechała. Opuœciła kraj, gdy osišgnęła dorosłoœć.

Zmieszana krew nieprzyjaciół to mało. George i Roma wymyœlili, że trzeba dać jej więcej. Z niemal inżynierskim zamysłem wzięli się do próby stworzenia nowego człowieka.

Chodziła do szkół chrzeœcijańskich i muzułmańskich. Uczyła się w Nairobi i w małej szkółce na Wzgórzach Ngong, u kikujuskiej babki. Dużo czasu spędzała w Seme, u Luo, w krainie ptaków i motyli. Uczyła się mowy plemion. Masajski był jej równie bliski jak kikujuski, Luo jak angielski czy suahili. Dorastała w œwiecie wszystkich otaczajšcych jš kultur, nasiškała nimi jak gšbka, w oczach rodziców stawała się nowoczesnš Kenijkš, jednš z matek przyszłego uniwersalnego narodu. Tyle było wokół niej skondensowanych nadziei, że nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby ich udŸwignšć. Kiedy skończyła dziewiętnaœcie lat, zdziwionym ojcu i matce, George'owi i Romie, powiedziała pewnego dnia, że wyjeżdża. Gdzie? – spytali rodzice. Do Europy. A konkretnie? Nie wiedziała. Musiała się zastanowić. Sišœć nad atlasem i poważnie pomyœleć.

Chciała być aktorkš albo reżyserem. To dziedzictwo magicznych wieczorów w lokalnym kinie. Chłonęła œwiat. Kochała sławnych aktorów i aktorki. Chciała być jak oni.

– Będę studiowała kino! – tego była pewna. Ktoœ jej pomógł znaleŸć adresy europejskich szkół filmowych. Ktoœ inny ceny. Wybierała powoli i dokładnie. W końcu podjęła decyzję. – Wyjeżdżam – powiedziała rodzicom.

– Gdzie? – spytała matka.

– Daleko.

Nie była w tym nowym kraju pierwszš kobietš ze swojej rodziny. Wczeœniej wyjechała ciotka. Po studiach nie tylko została lekarkš, ale również zamieszkała w nowej ojczyŸnie. Czy Stella chciała zostać? Trudno powiedzieć. Od pierwszych chwil w nowym kraju przede wszystkim liczyła się młodzieńcza przygoda, entuzjastyczne poczucie zetknięcia z Zachodem, w końcu magiczna wiedza, z którš miała do czynienia na uczelni.

Pewnie chciała wrócić, zwłaszcza na poczštku. Jednak ów nowy, niesłychany œwiat ludzi, zdarzeń, nowe fascynacje i wyzwania pochłonęły jš tak bardzo, że myœl o powrocie do leniwej Afryki wydała jej się niedorzeczna. W szkole spotkała się z dobrym przyjęciem i szybko znalazła przyjaciół. Naturalny talent do języków spowodował, że lokalnš mowš władała już po kilku miesišcach, i to bez œladu akcentu. Pilnie uczestniczyła w zajęciach, zadawała masę pytań. Jej żywa inteligencja szokowała profesorów.

Potem zaczęła się muzyka. Słynny zespół rockowy szukał wokalistki. Zgłosiła się na casting i ze swojš egzotycznš urodš została przyjęta. Zaczęły się próby. Œpiewała w obu językach, lokalnym i angielskim. Wydawała się œwietnym materiałem na gwiazdę. Na koncertach czuła się jak podczas ceremonialnych tańców w wiosce Luo. Bez najmniejszego skrępowania oddawała się w pełni atmosferze i emocjom. Miała wrażenie, że drzwi do nieba stojš otworem.

I nagle otrzeŸwienie. Podziękowano jej. Lider zespołu nawet nie wyjaœnił dlaczego.

Pocieszył jš Paweł, jeden z muzyków.

– Jesteœ dobra, ale ten kraj nie jest jeszcze gotowy na takš egzotykę. Gdybyœ œpiewała jazz albo bluesa, jakieœ niszówki, byłoby OK. Ale nie mainstream. Za wczeœnie.

Byłaby się załamała, wpadła w depresję, może nawet wróciła do kraju – gdyby nie ów nowy przyjaciel, którego zdobyła. Paweł był bystrym, mšdrym człowiekiem, zarazem niebywale jak na swój wiek odpowiedzialnym. Pomógł je wrócić do równowagi, przekonał, że zaniedbane studia warto zmienić na inne, odzyskać pewnoœć i wiarę w siebie. Nie zauważyła momentu, kiedy przyjaŸń przerodziła się w miłoœć. Stali się nierozłšczni. W jego ramionach odnajdywała nie tylko spokój, ale i pewnoœć, że ma partnera na całe życie.

Niedługo póŸniej przyszła na œwiat córeczka. Potem druga.

Kiedy dzieliła się tymi nowinami z rodzicami, zauważyła w coraz krótszych rozmowach telefonicznych pewnš nerwowoœć. Mšdra matka była smutna, ale akceptowała jej wybory. Ojciec w mniejszym stopniu. Zapewne miał poczucie, że nie tylko traci dziecko, ale i ponosi osobistš klęskš. Przecież los Stelli miał być inny. Miała być pierwszym pokoleniem nowoczesnych Kenijczyków, przyszłš matkš nowego narodu. Przypadek, a może opatrznoœć mocno zakpiły z jego planów i nadziei.

George i Roma nie wytrzymali. Wsiedli do samolotu i pewnego popołudnia wylšdowali na chłodnym od jesiennych wiatrów lotnisku w jednej z europejskich stolic. Niedługo póŸniej pukali do drzwi garsoniery, w której mieszkali Stella i Paweł.

Jakie było to spotkanie? Przede wszystkim pełne napięcia. Zarówno z jednej, jak i drugiej strony. George i Roma nie mieli pojęcia, kogo spotkajš. Stella bała się reakcji rodziców. Paweł mógł się spodziewać nowych wrażeń, jakich dostarczš mu starzy Afrykanie.

– Mamo, tato – przede wszystkim zapraszamy na œlub.

Z drugiej strony milczenie.

– Œlub już jutro w małym urzędzie na przedmieœciu stolicy.

– I myœlisz, że wszystko będzie załatwione.

– My się kochamy.

– Ale ty nie jesteœ stšd. Ty jesteœ z Afryki. Nie wiesz, co cię tu czeka. Pomyœl jeszcze.

Ojciec był nieodgadniony. Milczał. Wpatrywał się z zimnš powagš w oczy córki.

– Podjęłam decyzję.

– Skoro podjęłaœ...

– Nie tak miało być...

– Nie tak...

– Czas biegnie za szybko, za szybko...

Nad jeziorem

Zielone wzgórza Afryki. Wszędzie wokół roztańczone, wibrujšce powietrze, błękitne, wszechogarniajšce niebo. Szczyty gór przykryte zielonymi kędziorami buszu. Bršzowe skały jak niekończšce się stada skamieniałych zwierzšt. Wysypane szutrem drogi, z których, widzšc nadjeżdżajšcy samochód, pryskajš na pobocza stada guŸców i pawianów. Czasem jak smuga błękitnego œwiatła drogę przetnie szybujšca w powietrzu antylopa. Czasami przemknie cień geparda. Tak cicho, że nie zostanie po nim nawet drżenie liœci. Nad głowami i wszędzie wokół krzyk podnieconych ptaków.

Nieco rozklekotana toyota wiozła nas przez wyżynę nairobijskš w stronę Wielkiego Rowu, by tam, odbiwszy się jak tenisowa piłka w okolicy jeziora Neivasha, podjšć znów wspinaczkę i koło Hell's Gate ponownie utonšć w bezdrożach. Asfaltowa droga zaczynała się nagle i nagle kończyła, jakby jej pojawieniem się rzšdził jakiœ kapryœny czarownik.

W górach koło Kericho, w kraju plemienia Kalenjin, mijaliœmy olbrzymie dywany upraw herbaty. Wysoko w górach magicznie przywoływała gęsta dżungla.

Jechaliœmy z poczuciem, że za chwilę wydarzy się coœ ważnego. Stella uœmiechała się wprawdzie dyskretnie, ale dało się wyczuć, że jest podenerwowana i niepewna. Mimo pozorów radoœci z powrotu do domu pod owym wymuszonym grymasem czaiła się obawa. Paweł rozglšdał się wesoło, komentował widoki, sypał jak z rękawa dowcipami, ale i on momentami marszczył czoło i zapadał się głęboko w czarne myœli.

Cóż mogš zrobić? To małżeństwo jest już dawno skonsumowane. Stella ma swój dom, swoje sprawy, odnalazła się w innym języku i cywilizacji.

Zatrzymajš? Przeklnš? Będš się domagali czegoœ nadzwyczajnego? To niewyobrażalne.

Po co w ogóle tu przyjechali, skoro wiedzieli, że za tš podróżš cišgnšł się będzie cień jakiegoœ ryzyka. Mogli przecież zostać. Zerwać z przeszłoœciš, obowišzkami wobec plemion, ojczyzny Stelli, odnaleŸć się w innej teraŸniejszoœci. Wielu tak zrobiło. Tysišce, miliony ludzi, którzy zdecydowali się opuœcić ojczyznę. Wybrali nowy dom, ale czy się w nim odnaleŸli? Czy zamiast nowej tożsamoœci nie majš poczucia wykorzenienia? Zamiast wewnętrznego spokoju gorzki smak tymczasowoœci podszytej smutkiem, żalem i alienacjš? Pełnš naiwnej nostalgii tęsknotš za porzuconym domem i œwiadomoœciš odrzucenia w nowym œwiecie? Tak żyjš wygnańcy na całym œwiecie. Mówi się, że to problem pierwszego pokolenia, ale myœli się inaczej. Urodziłeœ się i pewnie zostaniesz w getcie. Wyrwać się z niego – to wyzwanie, któremu sprostać może niewielu. Czy taka miała być jej przyszłoœć? Nie, z pewnoœciš nie. Może nawet takie myœli nie przychodziły jej do głowy. Była zbyt otwarta. Żyła w innym œrodowisku, innym otoczeniu, ale przecież miała oczy, uszy, bystrš inteligencję. Œwiat wokół namiętnie wciskał się w oczy. Trudno więc było unikać takich refleksji.

Nie być obcym, ale nie odcinać korzeni. Mieć cišgle dom i pewne œcieżki własnej tożsamoœci. Mieć dokšd wracać, by czerpać pełnymi garœciami z dziedzictwa przodków. I ofiarować to nowemu œwiatu. Jako wartoœć. Wielkš wartoœć. Musiała wrócić i pokazać bliskim swoje strony. Swoje kamienie, ptaki, motyle.

Wilgotny busz przechodził powoli w tereny rolnicze. Samochód zjeżdżał rozkopanymi drogami na wielkš wyżynę, poœrodku której rozlewały się brzegi Jeziora Wiktorii. Powietrze stawało się wilgotniejsze, a pogoda bardziej przewidywalna. Na poboczach drogi wędrowały w każdš ze stron tysišce ludzi. Z cišgnšcymi wózki osłami, na rowerach i terkoczšcych chińskich motorach, piechotš najczęœciej w grupach, rzadziej pojedynczo. Kobiety niosły na plecach zawinięte w chusty niemowlęta, na głowach pakunki z towarem lub bukłaki z wodš. Między nimi tysišce dzieci. Najczęœciej w barwnych mundurkach. Dziewczynki w białych podkolanówkach i czarnych spódniczkach, chłopcy w krótkich spodenkach. Marynarki lub sweterki mieli w różnych kolorach i z różnymi emblematami, w zależnoœci od szkół, do których chodzili. Wszyscy piechotš. Zwykle w biegu. Rozgadani i krzykliwi.

Afryka pełna wigoru. Afryka ruchu. Afryka eksplodujšca radosnš i nieokiełznanš demografiš. Pełna życia, optymizmu. Afryka nieco naiwnie uœmiechnięta w stronę przyszłoœci.

Było póŸne popołudnie. Dzieci wracały ze szkół, a krowy z pastwisk. Nasz samochód jechał pagórkowatym bezdrożem z Kisumu do Seme, by nagle zanurkować w wšskš glinianš przecinkę i z trudem dotoczyć się do olbrzymiego ogrodu. Wokół wysokie drzewa, kilka chatek, plantacja bananów, a dalej kilka kamiennych domów.

– Jesteœmy na miejscu – wyszeptała Stella.

Samochód natychmiast otoczyło kilku mężczyzn, którzy sprawnie przenieœli bagaże do domu.

Pierwsza wyszła z samochodu Roma. Na twarzach mężczyzn pojawiło się poruszenie. Roma spokojnym głosem wydawała polecenia.

– Gdzie mój mšż? – spytała.

– W pokoju rady, mama – odpowiedział jeden z mężczyzn.

Roma skinęła na nas dłoniš.

– ChodŸmy...

Poszliœmy za niš.

Dom, w którym czekał George, był niskš willš na kamiennej podmurówce, zbudowanš z lokalnych materiałów. Z jednej strony wielka sypialnia, poœrodku olbrzymia rotunda salonu ze stojšcymi pod œcianami hebanowymi tronami z Konga i kuchnia przygotowana pewnie do karmienia połowy plemienia Luo.

Weszliœmy do pogršżonej w ciemnoœci rotundy. W domu paliło się tylko kilka lamp naftowych, dlatego każdy nasz krok pobudzał do ruchu na owalnych œcianach stada oszalałych cieni.

– Witam w domu – powiedział niewysoki ciemny mężczyzna z krótkš bródkš i spokojnymi uważnymi oczyma.

– Mam na imię George. Witajcie w domu.

Niewidoczni pomocnicy Romy podali schłodzone piwo i zaczęli przygotowywać kolację. Na zewnštrz szybko dogasał dzień zastępowany z nagła goršcš równikowš nocš. Gwiazdy sypały się na nasze głowy, jakby wytrzšsał je z rękawa jakiœ lokalny bożek. W powietrzu dudniła muzyka.

– Co to za muzyka? – spytałem mężczyznę, który tylko na chwilę wyłonił się z cienia.

– A, to pogrzeb w sšsiedniej wiosce. Grajš i tańczš już trzeci dzień.

– Tak się cieszš?

– Bardzo się cieszš. Umarł wielki człowiek.

Wyszedłem z domu. Znów uderzył mnie w nozdrza duszny zapach afrykańskiej nocy.

Ktoœ do mnie podszedł. Obróciłem głowę. To był George.

– Jutro pojedziecie na targ do Seme i kupicie dwie krowy i kozę. Koza będzie dla matki, a krowy, by plemię w ogóle siadło do rozmów.

– Nigdy nie kupowałem krów.

– To będziesz miał szansę.

– Nie mam o tym pojęcia.

– Pojedzie z wami Oduor. On zna się na rzeczy.

– Pojedziemy.

– Jesteœ przecież jego bratem. To twoja misja.

– Pojadę.

Spojrzałem głęboko w oczy George'a. Był w nich spokój i chłodna inteligencja. Żadnej zbędnej mimiki. Żadnego napięcia.

– Gdzie jest jezioro?

– Tam – wskazał wzrokiem w gęstš czerń nocy.

Targ

Wczesny œwit nad brzegami Nam. Ogromne pomarańczowe słońce podnosi się w oparach parujšcego œwiata. Puchnie, nadyma się, próbuje oderwać od szarobršzowego łożyska ziemi i nie potrafi. Czyżby œwit miał tym razem nie zdšżyć? Ktoœ trzyma œwiatło na uwięzi? Nie. Nadchodzš ludzie, by pomóc. Wesprzeć je czarnymi ramionami. Napinajš mięœnie, intonujš pieœń rybaków i wytężajš wszystkie siły. Raz, drugi i jeszcze jeden. Jeszcze jeden okrzyk, jeden wspólny wysiłek i wielka bania życiodajnej siły odrywa się powoli od horyzontu, by unieœć ponad linię ziemi. I staje się cud. Ciemnoœć chowa się gwałtownie w głšb widzialnego œwiata, jakby zanurzajšc się w bezgraniczne przepaœci. Przedmioty gubiš swojš nieokreœlonš szaroœć i nabierajš kolorów. Drzewa i trawa błyszczš szmaragdami, woda malachitem, niebo lapis-lazuli. Budzš się ptaki. Stada małp czmychajš z ogrodów, a lamparty szukajš osłoniętych gęstym listowiem gałęzi na wielkich drzewach. Podnoszš głowy żyrafy. Zaczynajš fruwać motyle, a bydło schowane w cierniowych zagrodach zaczyna ryczeć, domagajšc się wody.

I tak co rano.

Targ był położony ledwie kilka mil od Seme. Dotarliœmy tam długo po œwicie. Większoœć handlujšcych była już na miejscu. Oduor rzeczywiœcie znał się na kupnie bydła. Jego pierwszš decyzjš było wysłanie nas do lokalnej knajpki na piwo.

– Jak was zobaczš, to obrabujš z ostatniego dolara. Bydło kupować będę ja.

Po dwóch godzinach targów przyprowadził kozę i dwa byki.

– Miała być koza i dwie krowy...

– A byki to nie krowy?

– U nas nie.

– A u nas tak. No i sš tańsze.

Wróciliœmy do rezydencji George'a samochodem. Oduor poszedł na piechotę.

W wiosce na wzgórzu zaczynał się ruch. W domu pojawiły się dziesištki kobiet i mężczyzn, wszyscy w œwištecznych strojach. Kobiety zabrały się do gotowania, a mężczyŸni przysiadywali gdzie kto mógł, na krzesłach, kamiennych progach, porozstawianych w gęstej trawie taboretach.

Znad jeziora przyniesiono kosze ryb. Były to głównie tilapie i okonie nilowe, ale w jednym z wiklinowych koszy na samym dnie czarnego plastikowego worka chował się prawdziwy potwór. Chciałem zajrzeć do œrodka, rozchyliłem więc nieco folię i nagle cały wór spišł się, podskoczył, a tuż przy mojej dłoni usłyszałem mocne kłapnięcie. Zanim się cofnšłem, przez ułamek sekundy spoglšdałem w mętne, osadzone w olbrzymiej obłej głowie oczy afrykańskiego suma.

– Uważaj na niego, jeœli nie chcesz stracić palców – powiedział jeden z kucharzy – ta ryba potrafi przetrwać bez wody kilka dni.

Do kuchni wszedł George.

– A teraz spotka się z wami Otieno. Wyjaœni wam ceremonię. Czeka na was na dworze.

Stary Otieno był jedynym żyjšcym bratem ojca George'a. Naturalnie pełnił rolę patriarchy, a w każdej niezbędnej okolicznoœci występował jako ojciec pana domu. Zaprosił Pawła i mnie do jednej z izb i pouczył, że w czasie negocjacji œlubnych pan młody nie ma prawa głosu. Jego głosem, rozumem, inteligencjš jest opiekun, ojciec albo jak w naszym przypadku starszy brat. Tylko on rozmawia i podejmuje decyzje. Pan młody odezwać się może na koniec.

Było wczesne popołudnie. Z nieba lał się żar, a cišgnšca od jeziora wilgoć jeszcze potęgowała zmęczenie. Ubrałem się odœwiętnie i spokojnym krokiem poszedłem w stronę domu George'a.

Wszyscy już byli na miejscu. Cała wieœ. Krewni, przyjaciele, krewni krewnych. Kobiety i mężczyŸni. Proœci wieœniacy i drobni przedsiębiorcy. Obsiewajšcy pola lokalni rolnicy i profesorowie medycyny. Politycy i policjanci. Handlarze i tragarze. Analfabeci i przedstawiciele elity. Starzy i młodzi.

Najdostojniejsi z goœci siedzieli na krzesłach. Tłum pomniejszych postaci tłoczył się w okolicach drzwi. Stella siedziała obok ojca i matki. Paweł po przeciwnej stronie.

Mistrzem ceremonii był przybyły specjalnie z Nairobi profesor Orate.

– Witamy was wœród ludzi Luo w Seme! – zaczšł. – To dla nas wielki zaszczyt, że przyjechaliœcie tu z waszego œwiata. To dla doktora Kono wielki zaszczyt, że wybraliœcie jego córkę. Ale córka jest œwiatłem jego życia, radoœciš i pomocš. Nie można jej tak po prostu zabrać. Myœleliœcie o tym?

Skinšłem głowš.

– Dobrze. Ustalimy, jaka będzie rekompensata dla rodziców. Mam nadzieję, że się porozumiemy.

Ręce Pawła lekko drżały.

Orate usiadł, a właœciwe negocjacje rozpoczšł młodszy od niego o dobre dwadzieœcia lat Vincent Wangira.

– Matka Stelli, pani Roma, traci pomocnicę. Kto jej będzie teraz pomagał? Kto będzie z niš gotował? Sprzštał? O biedna matka Stelli...

– Mamy dla matki Stelli pocieszenie – powiedziałem zgodnie z obyczajem i włożyłem w ręce Romy kopertę. Mrugnęła do mnie na tyle dyskretnie, by nikt tego nie dostrzegł.

– Wielkimi ludŸmi sš nasi goœcie, skoro pomyœleli o matce. A czy myœleli o ojcu?

– O ojcu myœlimy w każdej minucie. O ojcu i jego ludzie! – odpowiedziałem z dobrze akcentowanym patosem.

– Dobrze myœlicie? – pytał Wangira.

– Najlepiej, skoro tak wspaniałš narzeczonš wychował!

– Trzydzieœci krów – to chyba myœlicie.

Siedzšcy w kršg Luo przytaknęli z powagš, a Wangira stał z triumfalnym uœmiechem.

Robiło się goršco i ciemno. Luo czekali w napięciu na naszš odpowiedŸ.

– Drodzy przyjaciele – zaczšłem. – Mamy do was wielki szacunek, skoro macie takie dzieci jak Stella. To dla nas ogromne wyróżnienie, że tu jesteœmy i możemy z wami rozmawiać. Boję się jednak, że odrobinę przeceniacie nasze możliwoœci. Nasz œwiat to nie tylko bogactwo. Nasz œwiat to głównie problemy. DŸwigamy się z komunizmu, który wygubił połowę ludzkoœci i który był złem wcielonym. Pracujemy ciężko dzień w dzień, by dać chleb naszym dzieciom. Pracujemy tak ciężko, że wyrasta nam druga para ršk – tu podniosłem ręce do góry i poruszyłem nimi intensywnie, by wyglšdało, że jest ich więcej. Odpowiedziały mi osłupiałe oczy słuchaczy, co œwiadczyło o trafnoœci metafory. Każde ze słów œledzono z nabożnš uwagš.

– Paweł zastawił wszystko, co miał, i zbudował dla Stelli dom. Dla niej i dla jej dzieci. Płaci teraz bankom dziesięć razy więcej, niż zarabia.

Zafascynowanemu wzrokowi słuchaczy towarzyszyło przez chwilę głoœne westchnienie.

– A banki sš u nas wielkie. I pazerne. Zresztš sami wiecie najlepiej.

Cisza.

– Ale sobie poradzi – poczułem, że nieco brnę, ale reakcjš słuchaczy cišgle było milczenie.

– Nie można mieć wštpliwoœci. Pracuje za stu.

Chwila ciszy.

– Nawet za dwustu, albo więcej.

Głoœne oddechy i cmokania.

– Jakże to? – ktoœ się odezwał, przerywajšc milczenie, ale natychmiast został uciszony gremialny syczeniem.

– Dom wybudował własnymi rękami. A dom większy jest od tego domu dziesięć razy!

Kupowali przesadę jak dzieci.

– Mówišc krótko... Dziesięć krów do końca roku albo piętnaœcie, ale w dłuższym czasie...

Minęła spora chwila, zanim Wangira złapał oddech i się odezwał.

– Dziesięć krów dla nas i dla naszego plemienia? Za córkę Księżyca?

– Dlatego mówię piętnaœcie – potwierdziłem stanowczo. – Jasne, dziesięć to za mało... To by oznaczało brak szacunku... A przecież szacunek jest oczywisty. Dlatego mówię piętnaœcie i ani jednej więcej. Wiemy, na co nas stać.

– Ani jednej.

– Ani.

– To może trzydzieœci w trzydzieœci lat? – stęknšł Wangira.

– Chcecie wysłać Stellę i jej dzieci na bruk? Zniszczyć tę pięknš rodzinę?

– Nie chcemy – przeczšco kręcili głowami Luo w każdej z częœci izby.

– Piętnaœcie więc i na tym kończymy. Piętnaœcie w piętnaœcie lat. Trzydzieœci? Jeden Bóg wie, czy ktoœ z nas przeżyje trzydzieœci lat. A jeœli nie, kto będzie spłacał krowy? Piętnaœcie więc w piętnaœcie lat. Pierwsze trzy będš za dwa lata. Kolejne trzy za dwa kolejne. Chyba że chcecie co pięć lat po pięć albo co trzy po trzy? Ja proponuje najpierw co dwa lata po trzy, a potem przez jedenaœcie resztę, czyli dziewięć. Ale nie wykluczamy, że kolejnych pięć będzie po kolejnych pięciu latach, a cztery zaraz potem...

– Zaraz, zaraz... – Wangira ewidentnie nie mógł się połapać w tym nadmiarze propozycji.

– Jeszcze raz?

– Jeszcze raz.

– Powiedziałem przecież.

– Zgadzamy się – doœć bezradnie rozłożył ręce. – Zgadzamy się na piętnaœcie krów. Niech będzie.

– Gratuluję, Vincent, jesteœ œwietnym negocjatorem. Plemię będzie ci wdzięczne – zakończyłem rozmowy.

Wangira otarł pot z czoła i przysiadł na krzeœle. Popatrzył na Orate i George'a Kono. Ich miny były zagadkowe. Tylko stary Otieno uœmiechał się bezczelnie.

– Jest zgoda Luo w sprawie Stelli Kono! – uroczyœcie zakomunikował Orate, podnoszšc się z krzesła.

– Niech wszystko dzieje się zgodnie z prawem – dodał George.

Dwaj mężczyŸni przynieœli hebanowe trony na œrodek sali rady. Zasiedli na nich Paweł i Stella. On ubrany w afrykański strój, ona w białej lnianej sukience i zielonym wieńcu na głowie.

– Paweł – jesteœ od tej pory członkiem naszego plemienia – zabrał głos Otieno. – Na dowód dostajesz zdobionš muszlami torbę z koŸlej skóry i trójnogi taboret z wypisanymi twoimi imionami. Od tej pory jesteœ Paweł Akoyo Otieno... Jesteœ jednym z nas. I będziesz do końca œwiata.

Zagrała lokalna kapela. Szalone rytmy zwaliły wszystkich z nóg, większoœć publicznoœci wyszła na otwarte powietrze, a swaci przynieœli jeszcze butelkę wina z owoców oczuoga, które tradycyjnie towarzyszyły zaœlubinom. Paweł odstawił butelkę na parapet i zajšł się Stellš. Ja wyszedłem na sztywnych nogach z sali rady i przysiadłem na podmurówce. Było póŸne popołudnie. Obfita bania słońca, która z takim trudem podnosiła się o œwicie, właœnie gasła za horyzontem. Gdzieœ w dali błyskało srebrnymi falami jezioro.

Wesele

Jesteœ niezłym cwaniakiem – mówił George. – Zasypałeœ ich takš masš propozycji, że się pogubili. Nikt z nimi nigdy tak nie rozmawiał. Wniosłeœ nowš jakoœć w naszš tradycję.

– To Ÿle?

– Nie, chyba nie. Oni muszš zrozumieć, że œwiat się zmienia, że przychodzš nowi ludzie.

– Nie chciałem nic niszczyć.

– Oni sš nieprzygotowani... Ale... to nieprawda. To wy jesteœcie nieprzygotowani...

– Jak mam to rozumieć?

Była póŸna noc. Czerń nieba gasiła wszystkie iskry weselnego domu George'a. Na zewnštrz grała muzyka. Tańczyli doroœli, tańczyły dzieci, starzy mężczyŸni i stare kobiety.

– Dużo o tym myœlałem. Znam, jak wiesz, Amerykę i Europę. Spędziłem tam wiele lat mojego życia i nieŸle was poznałem.

Wstał i napełnił dwie szklanki dobrym gatunkiem whisky.

– Jesteœcie ubożsi od nas. Macie fałszywych bogów.

– Co masz na myœli?

– Ubóstwiliœcie czas. On jest waszym bogiem, nie Chrystus. Chrystus się nie liczy. To taka inkrustacja. Bogiem jest czas. Boicie się czasu, uciekacie przed nim. Gonicie się z jego biegiem. Boicie się go, jakby był wcielonym złem. A to tylko czas.

– ...

– Macie takie przysłowie, czas to pienišdz. Prawda?

– Mamy...

– Przekładacie czas na wymiar materialny, jakby nie było innych wymiarów?

– Jakich?

– Czas to pokolenia, rozwój, przyszłoœć... Jesteœmy tylko epizodem... Wy myœlicie inaczej. Czas to wasze okienko we wszechœwiecie. Trzeba wystawić łeb, bo nikt was nie zauważy. Wierz mi. Naprawdę nikt was nie zauważy, choćbyœcie wystawiali ten łeb przez całe życie. To chwila, incydent, nic więcej.

– Proponujesz coœ w zamian?

– Wiesz, tu jest wyspa na Jeziorze Wiktorii. Nazywa się Rusinga. Słyszałeœ? Widać jš o œwicie z Seme.

– Nie.

– Znaleziono na niej szczštki istoty, która była wspólnym przodkiem małp człekokształtnych i człowieka. Proconsul africanus. Sprzed dwudziestu pięciu milionów lat. Znamy szkielet, ale co możemy powiedzieć o konkretnym osobniku? Jaki był? Co jadł? Ile miał partnerek? Dzieci? Jakie były elementarne schematy myœlowe tej istoty? Dla tych, którzy za milion lat dokopiš się do twojego szkieletu, dostępne będš tylko te same pytania. Przeceniasz potrzebę walki o zachowanie pamięci o sobie.

– Co proponujesz w zamian?

– Spokojny bieg œwiata. Mało?

– Mało.

– Mało? Jesteœ bezczelny. Zmiana pokoleń. Pokora. Wcišż mało?

– My nie jesteœmy pokorni... Cała nasza filozofia wyrasta z braku pokory... Chcemy być zauważeni jako osobni ludzie.

– Po co to wam?

– To kwestia naszej tożsamoœci. Żyjemy po to, by się indywidualnie wypowiedzieć. W taki czy inny sposób. To nas motywuje do działania, twórczoœci, wynalazczoœci. Dzięki temu posuwamy œwiat do przodu. Reszta nie ma znaczenia.

– Boicie się œmierci, prawda?

– A wy się nie boicie?

– Nie. Nasi zmarli sš z nami. Nie odchodzš.

– Dla nas œmierć to koniec egzystencji.

– Dla nas nie. Nasi zmarli sš z nami na co dzień. Rozmawiamy z nimi, karmimy ich, sš najbliżej domu, najbliżej jak można...

– Dla nas œmierć to koniec wszystkiego.

– Dla nas poczštek. Słyszysz tę muzykę?

– Tak, gra, od kiedy przyjechaliœmy.

– To pogrzeb wielkiego człowieka z plemienia Lhuja. Był starcem, wszyscy go kochali. Żył tysišc lat. A teraz umarł. Myœlisz, że odejdzie z tamtej wioski? Nie, zostanie z nimi na zawsze. Będzie ich chronił przed urokiem. Będzie z nimi, póki będzie pamiętany. Dlatego się cieszš. U was œmierć to pożegnanie...

– I tabu.

– Tak. Boicie się œmierci, uciekacie przed niš. Nie chcecie jej oglšdać. Wasze zwierzęta umierajš w rzeŸniach, a starcy w szpitalach. To chore. Przecież œmierć to częœć życia, jak narodziny, dojrzewanie, płodnoœć.

– To prawda, boimy się œmierci...

– Boicie się życia. Popatrz na Afrykę. Tu jest życie. Stšd życie wyszło i tu powróci. To kršg życia. Pierwsza kobieta Lucy i ostatnia...

– Stella?

– Nie wiem, czy Stella, ale może jej daleka córka. Wymrzecie, zje was nieszczęœcie, lód, choroby, bezpłodnoœć... Wyniszczy egoizm... A potem przyjdzie Afryka... Wasza rasa jest skazana na zagładę. Wiesz?

– Coraz częœciej o tym myœlę.

– Tu jest przyszłoœć ludzkoœci. Wœród tych dzieci. W tej muzyce. W naszych sercach. Prowincja zje metropolię. Strawi was, bez reszty.

– Nie udławicie się?

– Jesteœmy głodni. Bardzo głodni. My jesteœmy przyszłoœciš.

– Może... – brakowało mi argumentów. George Kono dopijał pachnšcy miodem ekstrakt z kolejnej szklanki, a ja powoli odpływałem w przestrzeń międzygwiezdnš. Rytmiczna muzyka grajków Luo pulsowała jak rytm serca. Wyszedłem przed dom. Nad nami przepastna afrykańska noc. Wokół oszalały korowód gwiazd. W uszach tętno bębnów i piszczałek. Przed domem kręcili się starsi i podskakiwały dzieci. Przyszłoœć ludzkoœci. Jasna przyszłoœć ludzkoœci była jak widzenie. Gubiłem powoli sensy. Kto będzie przyszłoœciš, jeœli nie oni? Kto przegra, jeœli nie my?

– Gdzie twoje organki? – o kant nogawki otarła się maleńka Sophie, córka Pawła i Stelli.

– Gdzieœ mam – sprawdziłem w kieszeni.

Harmonijka ustna schowała się w przepastnych odmętach spodni.

– Zagraj.

Nie znałem tonacji, ale jednostajny rytm muzyków Luo nie wydawał się trudny.

Wyjšłem harmonijkę i zaczšłem grać. Prosty riff. Więcej w nim rytmu niż melodii. Muzycy zareagowali uœmiechem. Zaprosili do swojego kręgu. DŸwięki stopiły się w całoœć. Afrykański blues – pomyœlałem. Wokół wirowali ludzie.

Afrykański blues. Blues przyszłoœci.

Podniosłem głowę. Z odległej wioski Lhuja wcišż dobiegało tętnienie bębnów uroczystoœci pogrzebowej bliżej nieznanego starca. Mieszało się w oszalałym zwišzku z muzykš weselnš Stelli i Pawła. Wesele i pogrzeb. Życie i œmierć w jednym afrykańskim rytmie.

– Gdzie jest Nam?

– Tam – wskazywali palcami.

Jezioro, którego nie mogłem dostrzec, bo zawsze kryły go mgły i partie niskich chmur.

– Tam jest – wskazywali palcami.

– Gdzie?

– Tam – pokazywali w mrok.

Powrót

Œwit w cišgu chwili rozlał œwiatła dnia w ogrodach Seme. Nikt się nie spodziewał takiego rozbłysku słońca. Przyszło nagle, jak to zwykle bywa w okolicach równika, bez ostrzeżenia. Przebiło się mgnieniu oka spoza zasłony ciemnoœci i przegnało w mrok ostatnie zwierzęta nocy. Pierwsze uciekły ptaki, za nimi zdziwione nagłym brzaskiem pawiany, po nich inne małpy, ćmy, nietoperze i czarne, rosochate chrzšszcze. – Witamy dzień – krzyczały mgły i unosiły się ku chmurom. – Witamy dzień – krzyczeli ludzie wyrwani ze snu przez krzyk domowego ptactwa. Wrzeszczały kury i perliczki, basem odzywały się krowy, konkurujšc z altowym bekiem osłów i koŸlšt.

W południe miał nas zabrać samolot, więc wstaliœmy o œwicie. Sine œwiatło rozjaœniało szary jeszcze o tej porze ogród. Przed domem Romy i George'a walały się sterty œmieci. Przewrócone plastikowe taborety, tekturowe talerze z resztkami jedzenia, plastikowe noże i widelce. Impresyjne œwiatło poranka nadawało im optyczny bezkształt i magiczne atrybuty pogubionych fetyszy.

Ludzie? Ludzi niewielu, bo odeszli przed brzaskiem sobie tylko znanymi œcieżkami w busz. Pewnie spali już w domach głusi na krzykliwe zrzędzenie kładšcych się spać małp i osowiałe krzyki nocnych ptaków. George spoglšdał na mnie bystrym okiem, jakby nawet nie drzemał.

Po kilkunastu minutach zaczęły się schodzić kobiety. Starsze i młodsze, ale wszystkie odœwiętnie ubrane. Na rękach miały zaplecione różańce. Białe, wykrochmalone suknie i odœwiętne chusty na głowach. Stanęły rzędem i zaczęły się modlić. Boże, zbaw nas i naszych przyjaciół, roztocz nad nimi swojš opiekę i daj im skrzydła ptaków, by szybowali wysoko. Potem œpiew, oklaski, œpiew, oklaski i tak bez końca.

– Modlš się, byœcie bezpiecznie wrócili do domu – powiedział George.

– Dziękujemy – odpowiedziałem.

– Kochajš was.

Czułem się poruszony, bo nigdy jeszcze nikt się nie modlił o œwicie o mojš bezpiecznš podróż do domu.

– George, nie będziesz tęsknił za córkš?

– Nie. Chyba nie, bo ona ma równie ważnš misję tam.

– Będzie matkš pokoleń?

– Może nawet drugš Lucy, nie wiem.

– Miała być nowš Keniš.

– Może być nowš ludzkoœciš. To chyba więcej, nieprawdaż?

– Na pewno.

Pomyœlałem o Stelli, o Pawle, o ich pięknych córkach Kelai i Sophie. Czyżby były matkami przyszłego œwiata? Przyszłej ludzkoœci. Może tak.

Nad Seme œwieciło już agresywnie rozpalone jak żar w chlebowym piecu słońce. Lekki wiatr poruszał grubymi liœćmi bananowców na plantacji opodal, a małe jak dziecięce pišstki małpki okleiły pień drzewka marakui. Ktoœ z domowników głoœno klasnšł i stado małpek jak rój pszczół pomknęło w stronę wielkiego drzewa awokado. Na liœciach traw prostowały nakrapiane kolorami skrzydła motyle. Wilgoć gęstymi kroplami rosiła suchš ziemię, by po chwili unieœć jej zapachy w stronę chmur.

Paweł i Stella przyszli z dziećmi. Dziewczynki miały kolorowe sukienki i kokardki we włosach. Lakierowane buciki i œliczne fryzury.

– Żegnajcie, kochani. Jakiœ czas tu jeszcze zostaniemy. Musimy poznać całš rodzinę. Odwiedzić wszystkich weselników. Taki obyczaj...

Zawiał ciepły wiatr.

Zostańcie. Wy zostańcie. Może po to, bym ja mógł pomyœleć o tym wszystkim, czego jeszcze nie domyœlałem. Wyobrazić sobie wszystko, czego nie widziałem. Zrozumieć, czego jeszcze nie rozumiem.

Czas? Wielki przeklęty bożek czasu, który rzšdzi całš naszš racjonalnoœciš... naszymi wyborami, zachowaniem... Każe nam podejmować nieskończonš iloœć wysiłków, napędza zachłannoœć, chciwoœć i zawiœć...

Ale w gruncie rzeczy jest niczym innym, jak silnikiem popychajšcym nas w kierunku wiecznego zatracenia i nicoœci. Pędzimy przecież w jednš stronę. A może to właœnie ten pęd nie ma sensu, może wypadałoby choćby zwolnić, skoro kurs w drugš stronę jest niemożliwy?

Œmierć? Œmierć jednostkowa, która jest największym tabu? I nasza wiara bšdŸ niewiara w to, co jest po drugiej stronie. Jedno i drugie – dowód bezradnoœci, bo przecież ani jedno, ani drugie nie daje gwarancji niczego. A gdyby odrzucić œmierć takš, jak jš pojmujemy, i oddać się łagodnemu przekonaniu, że kres biologicznej egzystencji to poczštek trwania w œwiecie duchów, zwierzšt i roœlin? Być obecnym w œwiecie bliskich, ale poza więzieniem własnego ciała? Być prochem ziemi, z której wyrastajš kiœcie bananów, oddechem lamparta przyczajonego na drzewie, błękitnym przebłyskiem na skrzydle wędrownego ptaka, jasnoœciš nocy, cieniem dnia, sennym wspomnieniem w umyœle któregoœ z wnuków? Obrazem na œcianie?

W domu George'a i Romy na owalnej œcianie pokoju rady widziałem stada galopujšcych zwierzšt. Malowała je niepewna ręka prymitywisty, więc przypominały sławne obrazy z grot i skał Sahary. Za dnia sztuczne i stateczne, wieczorami, dzięki dynamicznym refleksom œwiatła, wpadały w oszalały pęd. Podnosiły kopyta, pochylały karki, jakby szukajšc sawann i płaskowyżów, na których mogłyby się œcigać ze stadami pobratymców i lwami.

Pamiętam magnetycznš chwilę któregoœ z wieczorów, kiedy zatraciłem się na chwilę w tym pędzie i w sposób fizyczny odczułem obecnoœć duchów. Czyżby to przodkowie Luo wrócili do swojego ludu, by tknšć obcego człowieka magiš Afryki? Powiedzieć to, czego wiedzieć nie mógł, a powinien, że rozum to mało, bo liczy się to, co nieuchwytne, boskie, niepojęte?

Samochód ruszył z nagła przed siebie. Zatrzšsł na grubych brunatnych koleinach. Potem utonšł w buszu, by wynurzyć się wœród rozkwieconych ogrodów Seme, odnaleŸć drogš do Kisumu i zawieŸć nas na lotnisko.   —Bogusław Chrabota

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL