Wynalazki, które zmieniły cywilizację

aktualizacja: 30.08.2015, 07:56

Człowiek strzela, ale Pan Bóg kule nosi, a jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści; są wynalazki, którym nie wróżono powodzenia, wyśmiewano je, ale ostatecznie zmieniły oblicze naszej cywilizacji.

Stevens Institute of Technology w Nowym Jorku chlubi się tym, że tworzy nową wiedzę, inspiruje i edukuje do zdobycia kompetencji naukowych oraz do tworzenia, stosowania i zarządzania technologią, do rozwiązywania złożonych problemów. Zobowiązujące deklaracje, ale czy aby nie na wyrost? W 1879 roku Henry Morton, prominentny naukowiec z tejże placówki, powiedział o pewnym człowieku i dokonanym przez niego wynalazku, że jest to ewidentna porażka, na którą szkoda było czasu, energii i – niewielkich zresztą – pieniędzy. Tym nieudacznikiem miał być Thomas Alva Edison, a jego chybionym pomysłem – żarówka, która okazała się jednym z największych wynalazków w dziejach ludzkości. Historia magistra vitae est i jako taka, czyli jako nauczycielka życia, nieraz już dowiodła, że niełatwo prorokować, czy jakaś nowinka okaże się hitem czy kitem.

Bicykl

Niemal każdy miał, ma albo będzie miał rower, a już na pewno trudno znaleźć człowieka, który na rowerze, nawet pożyczonym, nie jeździł bądź nie umie na nim jeździć. A jednak, gdy w roku 1860 Francuz Pierre Lallemand zaproponował światu to urządzenie, nie wróżono mu powodzenia. Okrzyknięto, że jest to rzecz niestabilna, chwiejna, niemożliwa do ulepszenia i w ogóle na tyle niepraktyczna, że nigdy nie wejdzie do codziennego użytku. W sierpniu 1880 roku „Washington Post" apelował do dam z towarzystwa, aby nie okazywały zainteresowania pedałami, nie korzystały z bicykla, na którym damie nie w sposób siedzieć i zachowywać się w sposób przyzwoity, bowiem to rozrywka zdecydowanie dla ludzi z marginesu. A jednak w miarę upływu czasu ten fenomen zataczał coraz szersze kręgi, do tego stopnia, że w 1896 roku tenże „Washington Post" pisał już o cyklizmie jako o sporcie narodowym, i zdrowym. Czym dziś jest rower, każdy widzi, zalecany przez lekarzy przysparza tężyzny fizycznej, przyjemności, rozrywki i pieniędzy – kolarzom, organizatorom Tour de France i stacjom telewizyjnym, pod względem oglądalności jest to bowiem druga – po mundialu – impreza sportowa świata.

Auto

Po szaleństwie rowerowym w latach 90. XIX wieku komentatorzy i znawcy życia w Stanach Zjednoczonych oczekiwali z niecierpliwością kolejnej nowinki transportowej. Lecz gdy wreszcie się pojawiła w postaci samochodu, dziennikarze nie kryli zawodu. W 1902 roku „New York Times" określił go jako „mało praktyczny". Wyśmiewano się z ceny aut: „Cena samochodu nigdy nie będzie na tyle niska, aby stał się równie popularny jak rower" – pisał ten dziennik. A jeśli jeszcze dodać do tego, co ówcześni znawcy przedmiotu proponowali w trosce o rozwój transportu, trudno się dziwić sceptykom. Na przykład w 1902 roku Steel Roads Committee of the Automobile Club of America sugerował zbudowanie sieci drogowej ze stali.

Ale wszystko potoczyło się inaczej. Kilka lat później Henry Ford zdemokratyzował automobil, rozpoczął masową produkcję tych pojazdów. Jego cena spadła wtedy na łeb na szyję, auta zaczęły się sprzedawać jak świeże bułeczki. Czym dziś jest samochód, każdy widzi.

Zamek błyskawiczny

W 1893 roku amerykański wynalazca Whitcomb Judson opatentował suwak, czyli zamek błyskawiczny, łączący krawędzie tkanin za pomocą zachodzących na siebie ząbków. W następnym roku, wraz z Lewisem Walkerem, utworzył Universal Fastener Co w Pensylwanii i rozpoczął sprzedaż zamków błyskawicznych. To była klapa, ludzie woleli guziki. W 1912 roku inżynier Gideon Sundback z ciągle jeszcze istniejącej, ale ledwie zipiącej firmy Universal Fastener udoskonalił wynalazek Judsona. Ale i to niewiele pomogło, zwłaszcza kobiety widziały go bardzo niechętnie w swojej garderobie. W latach 30. XX wieku ogólne poczucie przyzwoitości skazywało zamek błyskawiczny na banicję, stwarzał bowiem okazję do zbyt łatwego i szybkiego pozbywania się ubrania w celu czerpania przyjemności seksualnej. Trzeba było czekać dopiero do II wojny światowej, żeby suwak trafił masowo do spodni żołnierzy w armiach walczących po obu stronach frontu. Kobiety zaakceptowały go dopiero w latach 50.

Lakier do paznokci

Pierwszy płynny lakier do paznokci powstał w 1917 roku w Stanach Zjednoczonych. Zaczęła produkować go firma Cutex, używając do tego lakieru samochodowego, po wcześniejszych nieudanych eksperymentach z rozpuszczoną taśmą filmową. Ale nie od razu Kraków zbudowano, w 1926 roku pisarka Viola Paris na łamach poczytnego, a więc opiniotwórczego pisma dla kobiet „Vogue", amerykańskiego magazynu o modzie i stylu życia, krytykowała tę innowację, która jej zdaniem „budzi sprzeciw wielu kobiet ze względu na swoją szkodliwość". Rok później „New York Times" pisał o lakierze jako o „londyńskim zbałamuceniu", zaś „Atlanta Daily World" pytał grzmiącym tonem, jak długo jeszcze będzie się panoszyła ta pożal się Boże moda. Jednak gdy gwiazdy Hollywood, między innymi Jean Harlow, Gloria Swanson czy Rita Hayworth, dały się opanować tej modzie, rozlała się ona po świecie. Lakier zwyciężył, a mężczyźni z niecierpliwością oczekują wiosny i lata, by doznawać estetycznych wrażeń na widok pomalowanych 20 paznokci jednej kobiety.

Kino dźwiękowe

Gdy 6 października 1927 roku na ekrany kin w Stanach Zjednoczonych wszedł „The Jazz Singer", film muzyczny w reżyserii Alana Croslanda, pierwszy film dźwiękowy w historii kina, amerykański prominentny producent filmowy Joseph Schenck, zarządzający studiem filmowym United Artists, był zdegustowany „mówionymi obrazami". Nie wahał się wypowiedzieć na łamach „New York Timesa" opinii, że „gadanina nie pasuje do filmowych obrazów". Co prawda przyznawał, że efekty dźwiękowe, na przykład strzały lub szum wodospadu, mogą być użyteczne dla kina, ale nie dialogi, które są kompletnie niepotrzebne. „Nie sądzę, aby ludzie chcieli obrazów przemawiających tak długo" – powątpiewał Joseph Schenck i nie był odosobniony w swojej opinii. „The Jazz Singer" był określany jako coś potwornego, hałas dolatujący z ekranu sprawiał, że ludzie wychodzili z kina" – wspominała po upływie czterech dekad, w 1967 roku, aktorka Mary Astor. Historia pokazała, jak bardzo zwolennicy ciszy kinowej nie mieli racji. Dialogi i kwestie wypowiadane przez bohaterów teraz przechodzą do legendy, do tradycji kultury, do języka codziennego, do literatury („Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu" – polski film „Miś").

Cheeseburger

Pierwszego cheeseburgera stworzył w 1924 roku Lionel Sternberger, który wrzucił plasterek sera na rozgrzanego na grillu hamburgera. Gastronomowie nie pozostawili na tym pomyśle suchej nitki, wyśmiali go, nie dostrzegli w tym zapowiedzi rewolucji kulinarnej, a jedynie „kalifornijskie dziwactwo". A jednak czas działał na korzyść tego „dziwactwa". W 1938 roku po raz pierwszy wspomina o cheeseburgerze „New York Times", choć też jeszcze bez entuzjazmu, określa ten wynalazek jako „ekscentryczny", podobnie jak burger wieprzowy oraz indyczy. Bo przecież wiadomo, że burger powinien być z wołowiny, z wołowiny i jeszcze raz z wołowiny, i z niczego więcej. Ale dziesięć lat później ten sam „New York Times" piórem jednego ze swoich felietonistów dopuszcza to dziwactwo do łask: „Na pierwszy rzut oka połączenie wołowiny z serem i pomidorami rzeczywiście może się wydawać dziwne, ale jeśli przyjrzycie się temu z bliska, zrozumiecie, że jest w tym coś gastronomicznego".

Minęło jeszcze kilka lat i cały świat (z wyjątkiem obszarów za żelazną kurtyną) zaczął podzielać ten punkt widzenia. A gdy upowszechniły się sieci fast foodów, takie jak McDonald's, cheeseburger stał się ikoną Ameryki, jej charakterystycznym daniem. A ponieważ świat naśladuje Amerykę we wszystkim, także w tym dziwactwie dostrzegł „coś gastronomicznego".

Automatyczna sekretarka

Pojawienie się automatycznej sekretarki wywołało gwałtowny sprzeciw kompanii telefonicznych. Ten amerykański wynalazek początkowo tak bardzo się nie podobał, że doprowadziło to w latach 1940 do zakazu ich używania jako „usługi bezużytecznej". Jeszcze w 1973 roku w Stanach Zjednoczonych automatyczne sekretarki nie mogły być instalowane w domach prywatnych. Robert Howard, rzecznik prasowy telefonów nowojorskich, w artykule opublikowanym na łamach „New York Timesa" ostrzega opinię publiczną, że maszyny nielegalnie zainstalowane w domach są zagrożeniem dla miejskich linii telefonicznych. Dwa lata później automatyczne sekretarki zostają zalegalizowane decyzją Federal Communication Commission, ale do pełnej wiktorii urządzeniu temu potrzeba było jeszcze kilkunastu lat. Dopiero w 1991 roku „New York Times" przyznaje, że automatyczne sekretarki „mogą być użyteczne nawet dla zwykłych ludzi". Inżynierowie wiedzieli o tym od początku, opinia Federal Communication Commission, w której zasiadają – według nich – stetryczałe, zacofane mamuty, nie miała dla nich najmniejszego znaczenia, cały czas, od początku, udoskonalali tę technologię, z jakim skutkiem – każdy widzi, a raczej słyszy, w swoim telefonie komórkowym.

Mikrofalówka

Mikrofalówka to urządzenie kuchenne służące do ogrzewania przedmiotów znajdujących się w jej wnętrzu poprzez poddanie ich działaniu mikrofal. Za wynalazcę kuchenki mikrofalowej uważa się Percy,ego Spence,a. W 1947 roku firma Raytheon zgłosiła ten wynalazek do United States Patent and Trademark Office,s, a w 1953 roku wyprodukowała pierwsze egzemplarze, które skierowała do sprzedaży. Kosztowały wówczas krocie, po 3500 dolarów za sztukę, ale cena wyda się mniej szokująca, jeśli zważyć, że były one przeznaczone dla profesjonalistów w restauracjach. Pierwsze mikrofalówki miały prawie dwa metry wysokości i ważyły 340 kilogramów. Z tej pierwszej serii nabywców znalazło tylko tysiąc egzemplarzy. Taka sytuacja utrzymywała się przez ponad dwie dekady. Aż wreszcie w 1965 roku firma Raytheon zainwestowała grube pieniądze (i zarobiła na tym jeszcze grubsze): inżynierowie doprowadzili do tego, że rozmiary kuchenki po wyposażeniu w prostą elektronikę zmalały do gabarytów, jakie znamy obecnie. Minęło jeszcze dziesięć lat i nastąpiła prawdziwa eksplozja mikrofalówek, najpierw pokochały je Stany Zjednoczone, wkrótce potem reszta świata: człowiek pracujący doczekał się ciepłego posiłku zaledwie w półtorej minuty po powrocie z pracy do domu.

Minispódniczka

W prawdzie pierwsze minispódniczki nosiły kobiety z azjatyckiego ludu Miao w średniowieczu, a także dziewczęta w Sparcie, ale w kulturze zachodniej minispódniczkę (miniówę, miniówkę) zaprojektowała w 1960 roku w Londynie Mary Quant. To był szok, nawet w czasach gdy dokonywała się rewolucja seksualna. Dość powiedzieć, że tuż obok, po sąsiedzku, za La Manche we Francji, krawiec André Courreges w latach 1962–1964 wiele razy bez powodzenia próbował lansować miniówy, a przecież Paryż nie jest bastionem pruderii ani dziewiczej skromności. Krawcowi Courreges nie pomogła sama Coco Chanel, która twórczo rozwinęła krój krawca, nadający kobietom niebanalny wygląd. Coco Chanel stworzyła projekt „zbyt prowokujący", ktory został zakazany w Holandii. A jednak oliwa sprawiedliwa, zawsze na wierzch wypływa, kilka miesięcy później André Courreges zdołał przemóc głosy krytyki w swoim kraju, Francja poszła w ślady Wielkiej Brytanii i uznała modele minispódniczek za „rewolucyjne". Z tego dobrodziejstwa mamy okazję czerpać garściami do dziś.

Komputer przenośny

W 1985 roku „New York Times" informuje o wyczerpaniu możliwości wynalazku, który początkowo wydawał się nad wyraz obiecujący. Chodziło o komputer przenośny. Gazeta powątpiewała w technologiczny potencjał przenośnego komputera, i niebezpodstawnie. W tamtym czasie urządzenie to było drogie, ciężkie, a jego autonomia była bardzo ograniczona. Dlatego ówczesnym znawcom wydawało się mało prawdopodobne, aby to „ustrojstwo" upowszechniło się kiedyś. „Istnieje przepaść między tym, co ludzie mogą aktualnie robić za pomocą przenośnych komputerów, a tym, czego oczekują od tych urządzeń marketingowcy, przekonując jednocześnie kłamliwie o ich możliwościach. Ludzie nie chcą taszczyć swoich komputerów z sobą na plażę czy do pociągu. Wolą spędzać czas na czytaniu kronik towarzyskich i kolumn sportowych w gazetach. Mimo to przemysł komputerów przenośnych jest przekonany, że wszyscy będą zachwyceni posiadaniem takiego urządzenia na wyciągnięcie ręki, a raczej wręcz przyszytego do ręki. Ale wcale tak nie jest" – wieścił „New York Times". Okazało się, że wieszczba w dziedzinie techniki i technologii to stąpanie po kruchym lodzie. Minęło kilka lat, inżynierowie i informatycy ulepszyli przenośne komputery, odchudzili je i dziś kto żyw taszczy je z sobą na plażę, a w pociągu łatwiej o widok człowieka z laptopem na kolanach niż z nosem utkwionym w stronie sportowej poczytnej gazety.

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE