Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Ben Rawlence: Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Chwila beztroski w piekle. Mecz piłki nożnej w zrujnowanej wojnš stolicy Somalii Mogadiszu.
Getty
Na odbitym przez Asz-Szabab stadionie bojownicy wystawiali na pokaz zdrajców, szpiegów, niewierzšcych i innych, którzy zbłšdzili.

Odršbywali dłonie, kamienowali i œcinali ludziom głowy zgodnie ze swoim rozumieniem islamskiego prawa.

Po raz ostatni œwiat zainteresował się Somališ w 1993 roku, kiedy podczas operacji „Przywrócić nadzieję" dwa amerykańskie œmigłowce wojskowe Black Hawk zostały zestrzelone nad gęsto zabudowanš dzielnicš Mogadiszu, Wardighley. Wiwatujšcy tłum włóczył ulicami ciała kilku amerykańskich żołnierzy sił specjalnych. Jednostki Stanów Zjednoczonych i ONZ wycofały się, a œwiat umył ręce i przestał przejmować się Somališ.

Mniej więcej w tym czasie, kiedy czarne stalowe ptaki runęły z nieba, żona byłego oficera sił zbrojnych obalonego rzšdu somalijskiego dyktatora Siada Barre'a urodziła dziecko. Guled przyszedł na œwiat w ubogim domu niedaleko stadionu, ledwie parę przecznic od miejsca katastrofy. Dorastał w zrujnowanym mieœcie, bawišc się wœród szczštków dwóch helikopterów. W czasach jego dzieciństwa piękne bulwary Mogadiszu, jego wielkie meczety i katedry, starodawne omańskie, portugalskie i włoskie nabrzeża i skrzšce się bielš wille trzykrotnie legły w gruzach. Dorastajšc w kraju, w którym nie ma rzšdu i trwa ustawiczna wojna domowa, Guled nauczył się płynšć z pršdem.

Był drobnej budowy i miał wšskš głowę zakończonš ostrym podbródkiem. Jego czarne, rozbiegane oczy widziały wszystko i niczego nie zdradzały. Gdy dorósł, oboje rodzice już nie żyli, miasto przechodziło w różne ręce więcej razy, niż umiał zliczyć, a on sam opanował do perfekcji sztukę nierzucania się w oczy. Nadal mieszkał w domu przy stadionie razem z siostrš i gromadkš innych dzieci, które wojna metodycznie, jedno po drugim osierociła. Żyli za nędzne grosze, które starsza siostra Guleda zarabiała, sprzedajšc herbatniki, ciastka, słodycze i benzynę, o ile jš zdobyła.

Przerwany mecz

Ponad milion Somalijczyków uciekło do wielkich obozów dla uchodŸców w Kenii, przez morze do Jemenu lub pieszo przez Saharę do Libii i stamtšd do Włoch, lecz on i siostra zostali. Guled nauczył się nie mieć żadnych ambicji. „O niczym nie marzę" – mawiał, wiedzšc, że jego dotychczasowe wybory życiowe bardziej przypominały serię wygranych na loterii. Chciał tylko grać w piłkę i przeżyć.

Na nieszczęœcie dla uzależnionego od futbolu chłopaka jego dojrzewanie zbiegło się w czasie ze wzrostem znaczenia Unii Trybunałów Islamskich (UTI) i jej najsilniejszego odłamu, Asz?Szabab, które zakazały wszystkiego, co uznały za dekadenckie hobby, jak granie w piłkę, palenie czy oglšdanie filmów. Na poczštku, w 2006 roku, UTI budziła nadzieję. Po piętnastu latach konfliktu, kiedy wydawało się, że zwalczajšcy się plemienni wodzowie utknęli w martwym punkcie, przez chwilę – jak sšdzono – pojawiła się w Somalii szansa na trudny pokój pod wspólnš flagš szariatu. Jednak Etiopia i Ameryka obawiały się rzšdów islamistów, więc Stany Zjednoczone i inne kraje sfinansowały etiopski najazd na Somalię, żeby uporać się z UTI. W 2006 roku zdumiewajšco szybka, zmasowana i okrutna inwazja obróciła Mogadiszu w ruiny, pozostawiajšc biegnšcy przez kraj pas splšdrowanych domów, wymordowanych cywili i zgwałconych kobiet, tymczasem ci, którzy to sfinansowali, odwrócili wzrok.

Majšcy poparcie ONZ Etiopczycy wsparli marionetkowe władze, tak zwany Tymczasowy Rzšd Federalny (TFG), i założyli bazę na stadionie nieopodal domu Guleda. W spokojnych chwilach po lekcjach w pobliskiej szkole Guled grywał w piłkę, jednak nierzadko mecze przerywano z powodu eksplozji. UTI została pokonana, ale jej radykalne niedobitki, Asz?Szabab, wzmocniły się i szukały pomsty. Zachodnie rzšdy nie miały ochoty ponownie ryzykować życia swoich żołnierzy, więc opłaciły misję pokojowš Unii Afrykańskiej w Somalii, AMISOM, by strzegła TFG. Realizujšcy to trudne zadanie żołnierze z Ugandy i Burundi nie umieli dostrzec wœród ruin bojowników Asz?Szabab, więc walili rozpaczliwie na oœlep z moŸdzierzy. W odpowiedzi Asz?Szabab ostrzeliwała rakietami ich bazy, nie troszczšc się zanadto o precyzję. Dla kilkunastoletniego Guleda ciężkie bombardowania zdšżyły już stać się chlebem powszednim, gdy kontratak Asz?Szabab zepchnšł AMISOM ku morzu i posłał Etiopczyków do domu.

Guled oglšdał kapitulację etiopskich oddziałów na boisku do piłki nożnej – pewnego dnia przybyła tam milicja i trzeba było przerwać grę. Surowi muzułmanie w czarnych mundurach i zawojach skarcili chłopców za krótkie spodenki i za zabawę w czasie przeznaczonym na modlitwę. Odbity przez Asz?Szabab stadion stał się miejscem, gdzie bojownicy wystawiali na pokaz zdrajców, szpiegów, niewierzšcych i innych, którzy zbłšdzili. Odršbywali dłonie, kamienowali i œcinali ludziom głowy zgodnie ze swoim rozumieniem islamskiego prawa. Karali za słuchanie muzyki, zgolenie brody lub noszenie nie doœć grubego i długiego stroju. Niekiedy filmowali egzekucje i wrzucali je do sieci, żeby dowartoœciować się w oczach œwiatowej społecznoœci dżihadystów.

My tu żyjemy

Harakat asz?Szabab al?Mudżahidin – Ruch Młodzieży Mudżahedińskiej, w skrócie Młodzież – krył się w cieniu, rzšdził dzięki połšczeniu arogancji, charyzmy i strachu. Bojownicy wkraczali do szkół i porywali uczniów, a potem próbowali przekonać ich do swojej sprawy ideologicznymi wykładami. Częœć ich propagandy brzmiała przekonujšco. Dżihad – tłumaczyli – jest potrzebny, by oczyœcić Somalię z obcych: Etiopczyków, Amerykanów, chrzeœcijan. Ich biuletyn wydawany w suahili nosi tytuł „Gaidi Mtaani", „Uliczny Terrorysta". Czytamy w nim: „Ludzie na całym œwiecie słyszeli o Somalii i myœlš, że życie tu nie jest możliwe". Ale my tu żyjemy – odpowiedzš sobie młodzi, pozbawieni wszystkiego Somalijczycy i przez chwilę zobaczš szansę na inne życie.

Asz?Szabab ma w wielu kwestiach rację. Z biuletynu można się dowiedzieć, że pomoc międzynarodowa miała zrujnować somalijskie rolnictwo i uzależnić ludzi od dostaw zagranicznej żywnoœci. W obu przypadkach był to skutek uboczny pomocy. Czytamy, że Zachód chciał trzymać Somalijczyków „w obozach jak zwierzęta", co wiernie opisuje sytuację w Dadaab. Ale do dotkniętego traumš pokolenia Guleda najsilniej chyba przemówiło postawione w biuletynie retoryczne pytanie: „Po co najeżdżać kraj, w którym od półtorej dekady trwa wojna domowa, w chwili, gdy jego mieszkańcy postanowili żyć w pokoju?". Unia Trybunałów Islamskich przyniosła pokój. Cieszyła się szerokš popularnoœciš wœród Somalijczyków, którzy nienawidzili sfinansowanej przez Amerykanów etiopskiej inwazji. „Stany Zjednoczone nie mogš œcierpieć tego, że islam okazał się rozwišzaniem" – dowodził biuletyn. Dla wielu brzmiało to przekonujšco.

Na boiskach sportowych głosili to przesłanie werbownicy, a na placach zabaw nauczyciele narzuceni szkołom przez Asz?Szabab. Nie był to jednak wyłšcznie problem ideologiczny. „Całe pokolenie – ubolewał jeden z nauczycieli – przystšpiło do zbrojnych ugrupowań z głodu". Gotów był płacić uczniom, żeby nie walczyli, tylko chodzili do szkoły. Jednak w mieœcie bezprawia, gdzie pienišdze majš niewielkš wartoœć i gdzie może je odebrać dowolna banda uzbrojonych drani, chłopcy mieli nawet przyœpiewkę podsumowujšcš ich ponury wybór: „bez broni nie ma życia". Zadanie werbowników było przerażajšco łatwe.

Sieroty Mogadiszu

Guled był normalnym dzieciakiem, miał dzielnš starszš siostrę, kochał muzykę i klub piłkarski Manchester United i nie chciał mieć do czynienia z Asz?Szabab. Jednak nie zawsze był wybór. Niektórym dzieciom odmawiajšcym służby obcinano dłonie. Pewien chłopiec z sšsiedztwa, kiedy przyszli do niego werbownicy, powiedział „nie", ale i tak go zabrali. Nazajutrz jego trzynastoletnia siostra otworzyła drzwi i znalazła na progu domu jego głowę. To było ostrzeżenie.

Ludzie z Asz?Szabab przyszli do podstawówki Guleda, „Szebelie", mieszczšcej się w nowoczesnym betonowym budynku koło starej fabryki makaronu w dzielnicy Jakszid. Rok wczeœniej szkołę na krótko zamknięto po zwołanym przez Asz?Szabab spotkaniu nauczycieli z rodzicami, którzy musieli podpisać zgodę na wstępowanie swoich dzieci do tego ugrupowania. Ciała dwóch ojców, którzy odmówili, znaleziono potem na œrodku targowiska Bakaara. Zostali zastrzeleni, a do ich ubrań przypięto kartki wyjaœniajšce skutki niezgody na wstępowanie dzieci do Asz?Szabab.

Gdy walki zbyt się nasilały lub zbyt przybliżały – gdy moŸdzierze za nimi i przed nimi ostrzeliwały się nawzajem – Guled z siostrš i przyjaciółmi przenosili się do dawnej dzielnicy przemysłowej na obrzeżach miasta, Warszadeh. Gdy się uspokajało, wracali ukradkiem, żeby sprawdzić, czy ich dom nadal stoi. Czasem umieli przewidzieć, kiedy spadnie deszcz pocisków. Nocš obserwowali niebo, żeby ustalić, w którš stronę przemieszcza się ogień. Rakiety typu katiusza, zwane forija (gwizdki), wydawały charakterystyczny dŸwięk, co dawało czas na poszukanie schronienia. MoŸdzierze – hobija – niosły cichš œmierć. Ogień szalał z takš siłš, że mógł stopić nawet metalowe łóżko. Dzieci uciekały i wracały niezliczonš iloœć razy. Czasem ludzie przebiegali przez ulicę, osłaniajšc się materacami. Potem, pod koniec 2009 roku, mniej więcej wtedy, kiedy Asz?Szabab przyszła do szkoły Guleda, cicha hobija trafiła w ich blok. Ulicę zasłali ranni, w domu Guleda i jego siostry pełno było odłamków. W sšsiednim budynku zginęła matka z wszystkimi dziećmi.

Oceniwszy szanse, Guled z siostrš uciekli dalej, drogš przemysłowš do buszu za miejscem zwanym Debideh, obok zrujnowanego szpitala w Arafat. Tam znaleŸli drzewo, zatknęli na kolcach kawał materiału dla osłony przed ostrymi promieniami słońca i ułożyli się do snu na piasku obok tysišca innych. Nikt nie patrzył na tę wojnę racjonalnie, rozważajšc możliwe wybory – podejmowali decyzje jak wspinacz, który zdobywajšc trudnš œcianę, by przetrwać, wykonuje jeden po drugim kolejne ruchy. Ostatecznie dzieci dołšczyły do oœmiuset siedemdziesięciu tysięcy uchodŸców wysiedlonych z domów w stolicy od poczštku etiopskiej inwazji w 2006 roku.

Rok przed inwazjš tętnišce życiem Mogadiszu liczyło milion dwieœcie tysięcy mieszkańców. Teraz stało się reklamš skutecznoœci etiopskich œmigłowców bojowych Mi?24, czołgów T?55 i moŸdzierzy AMISOM. Miasto wymarło. Pozostały głównie dzieci, które przemykały wœród ruin, wałęsały się widmowymi ulicami i walczyły z wronami o jadalne ochłapy – sieroty Mogadiszu zostawione przez rodziców lub rozdzielone z nimi w powszechnym chaosie. Namnożyło się gospodarstw domowych rzšdzonych przez dzieci walczšce o przetrwanie. Otwierało to nowe możliwoœci przed bystrym chłopakiem, który umiał prowadzić samochód.

Guled miał szczęœcie. Brakowało dorosłych mężczyzn, więc dostał pracę kierowcy mikrobusa. Rano opuszczał swš siedzibę pod drzewem i szedł do szkoły, a popołudniami pokonywał trasę prowadzšcš obrzeżami miasta przez strefę kontrolowanš przez Asz?Szabab: Arafat–Warszadeh–Towfiq–Afgooye–El-Szabije. Czasem jechał przez miasto do Hodanu i Tarbuunki, mijajšc slumsy sklecone z patyków, płótna i plastiku, zamieszkałe przez ludzi gnieżdżšcych się wœród ruin. Widział, jak obozujš na stadionie, w pozbawionej dachu, zrujnowanej nawie katedry, na niezagospodarowanej ziemi koło parlamentu, w porcie i na niezliczonych polach namiotowych, oznaczonych ręcznie wymalowanymi na kawałku blachy napisami. Nosiły miłe nazwy jak Obóz Zbawiciela lub Obóz Miłosierdzia, ale każdy wiedział, że te słowa sš kłamstwem. Pilnujšcy obozowisk używali „uchodŸców wewnętrznych" jako przynęty, a potem kradli dostarczanš pomoc.

W drodze powrotnej na terytorium Asz?Szabab, w pewnej odległoœci od posterunku, Guled zatrzymywał busik i prosił wszystkie kobiety, by przeszły do tyłu, bo Asz?Szabab nie pozwala mężczyznom i kobietom siedzieć razem. Zdarzało się, że nie dało się bezpiecznie wcisnšć słabych staruszek na tył pojazdu, więc Guled nie nalegał. Za tę uprzejmoœć musiał płacić – parkował pojazd, wysiadał i dostawał dwadzieœcia uderzeń trzcinš. Nauczył się znosić karę spokojnie i bez szemrania. To samo spotykało go za próbę wyprzedzania. Na drogach Asz?Szabab nie ma wyprzedzania – Bóg chce, żebyœcie czekali na swojš kolej.

Po jakimœ czasie, na poczštku 2010 roku, Guled przeniósł się ze swojš prowizorycznš rodzinš do większego obozu wysiedleńców na obrzeżach miasta, gdzie agencje działały za zgodš Asz?Szabab, rozdajšc żywnoœć i namioty. Nazywał się on El?Szabije, czyli „studnia". Życie wróciło w utarte koleiny, o czym podczas wojny można było tylko pomarzyć. Guled wspomina tamte dni niemal czule. Miał wystarczajšco dużo jedzenia, miał pienišdze. Rano chodził do szkoły, po południu jeŸdził mikrobusem, a wieczorami patrzył w niebo pokryte odblaskami bitwy o miasto.

Kiedy w lipcu 2010 roku nie nadeszły deszcze, Asz?Szabab rozpoczęła „wielkš wojnę", czyli „Ofensywę ramadanu", majšcš zadać ostateczny cios siłom AMISOM. Przez chwilę wydawało się, że Mogadiszu będzie pierwszš stolicš, która znajdzie się w rękach ekstremistów od 1996 roku, kiedy talibowie zdobyli Kabul. Ale Amerykanie przysłali najemnych instruktorów, by szkolili snajperów AMISOM, oraz broń, łamišc embargo ONZ. W paŸdzierniku Asz?Szabab, która znalazła się w trudnym położeniu, zaczęła zwozić coraz bardziej opornych i niedoœwiadczonych rekrutów z dotkniętych suszš obszarów wiejskich. W cišgu trzech miesięcy straciła blisko tysišc trzystu żołnierzy, œmierć poniosło też około dwóch tysięcy trzystu cywilów. Mimo to Guled z siostrš nie myœleli o wyjeŸdzie – mieli żywnoœć i stały dochód, na co nie mogliby liczyć gdzie indziej.

Guled znał pewnego chłopca, Noora, który uciekł do Kenii, lecz jedyna krewna, jego siostra, została w Mogadiszu, a solidarnoœć była pod wieloma względami równie ważna jak przetrwanie.

Dlatego mimo ryzyka nadal nie wyjeżdżał. I dlatego tamtego paŸdziernikowego ranka poszedł jak zwykle do szkoły. Zamiótł klasę i o siódmej stawił się z pozostałymi uczniami na zbiórce, która odbywała się na szkolnym podwórku i którš nazywali „pobudzaniem". Jak zwykle tego dnia jeden z chłopców odczytał wyniki poszczególnych klas w zawodach sportowych, a drugi recytował wersety Koranu. Dwie dziewczyny czytały wiersze, jeden po angielsku, drugi po somalijsku. Inna przedstawiła skecz. Następnie nauczyciel prowadzšcy klasę Guleda, Abdiraszid, zaapelował, żeby w zwišzku ze zdarzajšcymi się od paru tygodni w innych szkołach w mieœcie porwaniami dzieci „szły po lekcjach prosto do domu i unikały Asz?Szabab".

Ostatni dzień w szkole

Niezwykłe było to, że dzieci nadal chodziły do szkoły. Tego roku tylko jedna czwarta tych, które zostały w kraju, zapisała się do szkół podstawowych. W Mogadiszu połowa z nich rzuciła naukę. Ale częœć uczniów przychodziła nadal. Zamiatali klasy, dzwonili na lekcje, zjawiali się w szkole, nie baczšc na ryzyko. Ich nauczyciele, podobnie jak Asz?Szabab, mieli swojš idee fixe – starali się desperacko wyrwać to pokolenie ze szponów cynizmu i rozpaczy.

Na przerwie Guled kupił sobie samosy. Jego szkolny mundurek – żółta koszula i niebieskie spodnie – był jednym z nielicznych barwnych akcentów wyróżniajšcych uczniów na tle białych rumowisk i szarych, poszarpanych ruin miasta. Na horyzoncie migotał błękitem Ocean Indyjski. Uczniowie wchodzili i wychodzili przez szkolnš bramę, cisnęli się wokół stoiska z przekšskami, nie zwracajšc uwagi na odgłosy odległych strzałów.

Po przerwie Guled wrócił do klasy i poustawiał ławki, a inny chłopiec wytarł tablicę. W szkole „Szebelie" rzadko trzeba było egzekwować dyscyplinę. To, co zdarzyło się potem, Guled pamięta dokładnie.

W lewym górnym rogu tablicy nauczyciel Abdiraszid wpisał datę i temat: geografia. Odwrócił się do klasy i nagle zamarł z twarzš œcišgniętš grymasem przerażenia. Guled obejrzał się i zobaczył stojšcych w wejœciu pięciu mężczyzn spowitych w czerń – widać im było tylko oczy. Z karabinami na ramieniu spokojnie omiatali wzrokiem klasę. Dwaj podeszli do nauczyciela, wzięli go pod ręce i bez słowa wyprowadzili na zewnštrz. Zmartwiali ze strachu uczniowie patrzyli, jak pozostali trzej przechadzajš się między ławkami, wskazujšc co roœlejszych chłopców. Ruchom ich palców towarzyszył głos nakazujšcy po somalijsku: „Wstać... wstać... wstać...". Guled zobaczył skierowany w niego palec. Wargi mu zadrżały, żołšdek podszedł do gardła. W sali panowała krucha jak szkło cisza.

– Wstać! – powiedział mężczyzna.

Guledowi przemknęła przez głowę myœl, że teraz umrze – albo w bitwie, albo za zbrodnie, których nie rozumie: za grę w piłkę, za krótkie spodnie, za słuchanie muzyki, za naukę w œwieckiej szkole – jego zbrodnie były liczne. Potem pomyœlał, że pewnie już nigdy nie zobaczy domu.

Stało już szeœciu chłopców. Klasa wstrzymała oddech, nikt się nie poruszał. Jeden z bojowników oznajmił złowróżbnie: „Będziecie walczyć z chrzeœcijanami i rzšdem niewiernych. To wasz ostatni dzień w szkole".

PóŸniej uzbrojeni mężczyŸni pognali wybranych chłopców korytarzem i dalej na zewnštrz, do czekajšcej przed szkołš ciężarówki nakrytej brezentowš plandekš. Za niš stały dwie inne pełne ludzi z karabinami. Zanim poczuł na twarzy czyjeœ ręce i przepaska zasłoniła mu oczy, Guled zdšżył zauważyć, że jest z nimi ich nauczyciel Abdiraszid. Słyszał, jak w innych klasach uczniowie nadal beztrosko recytujš lekcje. W cišgu niecałej minuty dołšczył do dwóch tysięcy dzieci porwanych tego roku w Somalii. Serce waliło mu jak oszalałe. Zdziwił się, że nie zwišzali mu ršk. Chwycił się ławki pod sobš, kiedy ciężarówka brała zakręty, pędzšc szachownicš ulic Mogadiszu. Š?

Fragment ksišżki Bena Rawlence'a „Miasto cierni. Największy obóz dla uchodŸców", przeł. Sergiusz Kowalski, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

Œródtytuły pochodzš od redakcji

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL