Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Korczak: życiorys niesentymentalny

Umschlagplatz, lipiec 1942 roku. W sšsiednim kadrze mógłby się znaleŸć Janusz Korczak
EAST NEWS
105 lat temu, 7 paŸdziernika 1912 roku, w Warszawie otwarto Dom Sierot założony przez Janusza Korczaka. Przypominamy tekst z lipca 2014

„Była straszliwa, zmęczona cisza. Korczak wlókł nogę za nogš, jakiœ skurczony, mamlał coœ od czasu do czasu do siebie. Któreœ z dzieci trzymało go za połę, może za rękę, szły jak w transie”.

Koniec lipca 1942 roku. Warszawa, żydowskie getto. Niemcy rozpoczynajš szeroko zakrojonš akcję deportacyjnš niedobitków jednej ze znienawidzonych przez siebie ras. Jeszcze jeden etap wędrówki narodów i nacji ku unicestwieniu. Umierajš ludzie, ale i coœ więcej – ginie przednowoczesny œwiat, wykrwawia się stara Mitteleuropa. Bo przecież zarówno nazistowskie, jak i komunistyczne pomysły na nowe społeczeństwa sš perwersyjnš formš budowy nowoczesnoœci: czystej rasowo lub bezklasowej. Wstęp do współczesnoœci: rozstanie téchne i etyki, czy inaczej – podporzšdkowanie tej drugiej nowym zdolnoœciom, jakie zdobyła Europa w cišgu ostatnich stuleci. Nowoczesna medycyna, metody usprawniania komunikacji masowej, współczesne nauki społeczne: tak, i one były akuszerkami doktryn, które trzebiły niemal w połowie XX wieku także nasz skrawek kontynentu.

Zatem: zaułki i ulice zdobytej kilka lat wczeœniej Warszawy czyszczone sš ze wschodnioeuropejskich Żydów. Hitlerowska Moira, bezbożna opatrznoœć, wyznaczyła ich los. Idš na œmierć nowoczeœnie: masowo pakowani do pocišgów, ewidencjonowani, ujęci w statystyki przeznaczonych do likwidacji. 300 tys. zabitych, łšcznie z tymi, którym „oszczędzono trudów podróży". Wœród nich dzieci pod opiekš Janusza Korczaka. A one pod istotnym względem sš niebezpieczniejsze od dorosłych: fizycznie słabsze, mogš nieœć ocalenie (pamięci) przeszłoœci, przenoszšc jš w przyszłoœć.

Andrzej Wajda w swoim filmie o Starym Doktorze przeniósł scenę „wygnania Żydów z getta" do wyobraŸni kolejnych powojennych pokoleń. Dumna droga, pod sztandarem wolnoœci. Oniryczne końcowe sceny, gdy wagon z dziećmi odłšcza się od pocišgu: nie œmierć, lecz nadzieja – przeciw bestialstwu i odczłowieczeniu. Ale zapisane wspomnienia kontrastujš ze sobš tak mocno, że przestrzeń między nimi znów staje się niewiadomš. Władysław Szpilman tak opisywał sierpniowš drogę dzieci na Umschlagplatz: szły „rozpromienione, mały muzyk im przygrywał, a Korczak niósł na rękach dwoje najmłodszych, także uœmiechniętych, i opowiadał im coœ zabawnego". Marek Rudnicki przekazał inny obraz: „Była straszliwa, zmęczona cisza. Korczak wlókł nogę za nogš, jakiœ skurczony, mamlał coœ od czasu do czasu do siebie. (...) Któreœ z dzieci trzymało [go] za połę, może za rękę, szły jak w transie".

Stolica Kraju Priwislańskiego

Patrzę na twarz Starego Doktora z okładki jednej z ksišżek: siatka zmarszczek, zafrasowane spojrzenie. Srebro siwizny płynie przez brodę ku cieniom umoszczonym pod rozpiętym, białym kołnierzykiem. Wšskie, zaciœnięte usta. Nic z typologii twarzy dobrodusznej. Zbyt dużo zmęczenia, żeby przyoblec maskę szlachetnego moralisty, męczennika za sprawę. Nic ze œwištobliwoœci minek podstarzałych i zblazowanych własnš dobrociš pań od filantropii. Może nawet jest jakaœ zajadłoœć w tym strapionym wzorku, iskry żalu, zapowiedŸ irytacji, ogniki pasji, która zmusza do skurczów i rozkurczów mięsień sercowy. Stary Korczak.

A teraz ćwiczenie wyobraŸni. Nałożyć na jego twarz krajobrazy œwiata, jak w filmowym ujęciu. Albo choć jeden pejzaż, warszawski. Od niego zacznę.

„Warszawa roku dziewięćsetnego... Stolica Kraju Przywiœlańskiego. Miasto blisko półmilionowe. Nie ma elektrycznoœci ani aut. Omnibusy i ťkonkaŤ. Wczesnym rankiem przez Nowy Œwiat i Krakowskie przecišgajš niekiedy stada bydła pędzonego do rzeŸni praskiej. Na rogatkach miejskich pobiera się ťkopytkoweŤ. Żydzi wygnani przez gubernatora Moskwy, wielkiego księcia Sergiusza, przybywajš tłumnie do Warszawy, mówiš po rosyjsku, zachowujš się z rosyjska, to drażni Polaków i Żydów warszawskich – ważny szczegół, notuję za Stempowskim – te nastroje wykorzysta póŸniej endecja...

Przez Aleje Ujazdowskie w godzinach popołudniowych sunš wystawnš promenadš kariolki, landa i wiktorie, galopujš huzarzy lejbgwardii. W południe dzielnice ubogich odwiedza ťTršbizupkaŤ Towarzystwa Dobroczynnego; kucharz w białym fartuchu i czepku, siedzšc obok woŸnicy, tršbi, zwołujšc głodnych na kapuœniak lub grochówkę za trzy kopiejki, a nawet, jeœli się przyjdzie z własnym talerzem, za darmo... Lupanary na Rycerskiej i Piekiełku, domy sprzedanych dziewczšt, które w tysišc dziewięćset pištym roku wyzwalać będš chłopcy z organizacji bojowych. Powiœle, Solec, Mostowa – siedlisko nędzy i występku bezdomnych dzieci i nożowników, ogólnie mówišc, knajaków. Czasem zjawi się policmajster, rewiduje przechodniów i jak znajdzie nóż dłuższy niż szerokoœć dłoni, to każe kozakom tuż na chodniku oćwiczyć nahajami. Ale to tylko w dzień. Po zmroku żadna władza, żaden stójkowy nie waży się tu pokazać. A Henryk włóczy się tam swobodnie, wiemy, że ma przyjaciół i miłoœć, i nikt nie ruszy dziwnego studenta" – napisze Igor Newerly w „Żywym wišzaniu".

Rok dziewięćsetny. Henryk (Hirsch) Goldszmit ma wtedy 21 albo 22 lata. Data urodzin nie jest pewna, bo mecenas Józef Goldszmit zwlekał kilka lat z wyrobieniem synowi metryki. Na co czekał? Joanna Olczak-Ronikier w ksišżce „Korczak. Próba biografii" twierdzi, że ojciec nie był pewien, czy pójœć za głosem serca czy rozsšdku, w jaki los wpisać syna – Żyda czy Polaka. Ostatecznie jednak dziecko uznanego adwokata zostało zarejestrowane w „kancellaryi dla wyznań niechrzeœcijańskich". Otrzymało imię Hirsch. „Syn decyzji ojca nigdy nie podważył. Pozostał do końca życia przy wyznaniu mojżeszowym" – podsumowuje lakonicznie autorka biografii.

PójdŸmy znów do poczštków XX wieku. Młody Goldszmit używa już literackiego pseudonimu Korczak i jest socjalistš. Nie angażuje się mocno w życie stronnictw partyjnych. Płaci składki na fundusz PPS-Lewicy. Wędruje do celi z Ludwikiem Krzywickim. Jest rówieœnikiem Stanisława Brzozowskiego, w liœcie otwartym broni myœliciela przed oskarżeniami. Pisze teksty w rodzaju „Pierwszy Maj" (1922 r.), przeznaczony dla dzieci: „Ile razy robotnik-szewc zakłuje się szydłem, płynie krew. Ile razy spadnie blacharz z dachu albo w fabryce komuœ rękę urwie maszyna, także leci czerwona krew. A jak dawniej lud się buntował, wojsko strzelało do robotników i także krew się lała. Więc wybrali czerwony sztandar i œpiewajš, że jest czerwony jak krew. I œpiewajš, że się wali stary porzšdek. A stary porzšdek nie jest dobry. Bo ludzie się cišgle bijš i kłócš, i każdy prawie kłamie, oszukuje i nie chcš żyć uczciwie, jeżeli się nie bojš". To naiwne? Ale czy nie jest to trafne rozpoznanie motywów, dla których ludzie nierzadko „żyjš porzšdnie", poddani trybom powszechnego konformizmu raczej w imię œwiętego spokoju niŸli dla rzeczywistego szukania dobra?

Eksterminacja ?ludzi czynnych

Tu najważniejsza uwaga: w wydanym niedawno tomie „Polska droga od socjalizmu. Pisma polityczne 1980–1989" prof. Leszek Nowak stwierdza (w kontekœcie stalinowskiego terroru): „człowiek jest nie tylko całokształtem, ale i podmiotem rozlicznych więzi międzyludzkich. Najprostszym tedy sposobem rozbicia tych więzów jest fizyczna eliminacja tych ludzi, którzy skupiajš ich szczególnie wiele. Z tego to powodu nie tylko ludzie politycznie aktywni, ale i wszyscy wybijajšcy się jakoœ w swoich dziedzinach – od sióstr zakonnych do wybitnych pisarzy – poddani zostali eksterminacji".

Tš samš logikš zbrodni kierował się przecież totalitaryzm III Rzeszy. I tego samego co do istoty sprawy miał przeciwnika w polskim, przedwojennym inteligencie – podmiocie rozlicznych więzi międzyludzkich, człowieku wielu zaangażowań, idei, pasji, społecznych relacji, niejednokrotnie o bardzo złożonej strukturze tożsamoœciowej, także na gruncie narodowych, religijnych korzeni i identyfikacji.

Korczak: lekarz, pedagog, pisarz, społecznik. Różne dziedziny, ale znajdujšce swoje logiczne i życiowe dopełnienie, wzajem się przenikajšce. Polak i Żyd, Żyd i Polak. Wedle przekazu Igora Newerlego człowiek, który w okupowanej przez Niemców Warszawie we wrzeœniu 1939 r. nie chciał zdjšć oficerskiego płaszcza – bo to „mundur zdradzonego żołnierza". I taki zapis z pamiętnika w getcie, smutny rozrachunek z częœciš własnej tożsamoœci: „Powiedział mi pewien narodowiec: – Żyd, szczery patriota, jest w najlepszym razie dobrym warszawianinem czy krakowianinem, ale nie Polakiem. Zaskoczyło mnie to. Przyznałem lojalnie, że istotnie, nie wzrusza mnie Lwów, Poznań, Gdynia, jeziora augustowskie ani Zaleszczyki, ani Zaolzie. (...) Warszawa jest moja i ja jestem jej. Powiem więcej: jestem niš. (...) Warszawa była terenem czy warsztatem mojej pracy, tu miejsca postoju, tu groby".

Ale to także jest polskoœć, przeżywana w perspektywie odrębnej od kategorii narzucanych przez przedwojennego nacjonalistę, inny jej probierz, wymiar niepoddany kwantyfikatorom rasy czy krwi. To polskoœć osadzona w dziejach i kulturze, języku i wspólnocie przeżyć, w pasji serca, intelektu i woli. Tej właœnie polskoœci trzeba dziœ bronić zarówno przed nihilizmem czy obojętnoœciš bez-patriotyzmu, jak i atrakcyjnym dla niektórych, odradzajšcym się „narodowym patriotyzmem". Przyzwolenie znajduje nie tylko dlatego, że brzmi mocnym akordem, ale również ze względu na podatnš glebę – tożsamoœć polska została przez dziesięciolecia wyjałowiona przez okołosowieckš lewicę.

Blizny

Jest w postawie Korczaka, w jego obronie własnej tożsamoœci jeszcze jeden rys, nieledwie profetyczny, tragiczny. To przestroga i obrona przed krzywdš, przemocš, cierpieniem zadawanym temu, kto słabszy i obcy. W 1926 r. na łamach dwutygodnika przeznaczonego dla dzieci i wychowawców, „W słońcu", Korczak zamieœcił artykuł „Blizna". Narrator, nauczycielka, opowiada dzieciom historię blizny na swojej głowie. Jej uczniowie wyzywajš nowego w szkole: „Żydziak, rabin, Mosiek! Cebulš œmierdzi. Do bóżnicy, do chederu, na szabas! IdŸ do swoich Moœków! Nie chcemy!".

Kobieta wstaje, odgarnia włosy, widać bliznę. Skšd ona? „Byłam wtedy dzieckiem, takim jak wy teraz. Mama moja mieszkała w miasteczku. Polaków tam było mało, tylko Niemcy. Ojciec mój umarł. Byłyœmy tylko dwie: mama i ja. A ta częœć Polski należała do Niemców. I u Niemców też wtedy było takie prawo, że dzieci muszš chodzić do szkoły. Nikt ze mnš nie chciał usišœć na ławce. Mówili: ťPolska œwinia. Przeklęta Polaczka. Twój ojciec pijakŤ. A mój ojciec nigdy wódki nie pił. Nawet piwa nie pił. Ja mało rozumiałam wtedy po niemiecku. Więc nie wiem, co mówili. Ale taka była w nich złoœć, taka nienawiœć. (...) To było dawno. Nieprzyjemnie wspominać. Nie warto. Cóż: kamień, wiadomo – twardy, bolało, zgoiło się. Nie zrozumiecie i tak, dzieci: blizna na głowie nie boli, ale i w duszy jest blizna od tego kamienia. I ta blizna duszy boli. Nie dokuczajcie, dzieci, ani jemu, ani nikomu. Brońcie honoru szkoły polskiej. Żeby nikt ze szkoły polskiej nie wyniósł w œwiat, w życie, takich jak moja blizn: na głowie i w duszy".

Możemy zapisać przeróżne zakończenia tej historii. Nie wiemy, co się stało z nauczycielkš. Przypuœćmy, że zabili jš Niemcy w czasie Intelligenzaktion Posen jesieniš 1939 r. Co się stało z żydowskim chłopcem? Zaginšł w nicoœci wojny i okupacji? Przeżył, służył w Urzędzie Bezpieczeństwa, katował dawnych przeœladowców ze szkolnej ławy? Znalazł się na Zachodzie? Trafił do Izraela? Uciekł z Polski w roku 1968? Sadził w Yad Vashem drzewa upamiętniajšce Polaków jako Sprawiedliwych wœród Narodów Œwiata? Pozostał tutaj? Co się stało z tymi młodymi Polakami po 1939 roku? Czy przeżyli wojnę? Wydawali Żydów? Ratowali Żydów? Walczyli w partyzantce? Ich ciała gniły po lasach, œmiertelnie obezwładnione niemieckš albo sowieckš kulš? Umierali we własnym łóżku w czasach PRL? Czy któraœ z dziewczynek podjęła trud i lekcję swojej nauczycielki? Co póŸniej, co dalej? Nie ma jednej odpowiedzi, ale każda z pewnoœciš jest pełna strasznych blizn, niezagojonych ran, heroicznych, nikczemnych i zbolałych opowieœci.

Zatem – dwa wymiary pasji. Z jednej strony miłoœć, która spala się w obowišzku, w przenikaniu wielu œwiatów, dla których jedynym domem potrafi być ojczyzna. Z drugiej – cierpienie, gdy wszystko obraca się w nicoœć, gdy z domu ostały się tylko gruzy. Stary, zmęczony człowiek idzie przez ruiny życia i œwiata. Ma już niewiele poza swoim skromnym tobołkiem z człowieczeństwem, na które składa się jego polskoœć i żydowskoœć, dawny socjalizm, wielorakie doœwiadczenia zawodowe i społeczne, marzenia o lepszym œwiecie dla dzieci, mšdrzej urzšdzonym przez dorosłych. Miewa samobójcze myœli, leczy ból duszy wódkš, próbami teozoficznych modlitw, ma wodę w płucach, ciało mu cišży, przygniatajš często wspomnienia, drażniš ludzie.

Znakomity lekarz? Wybitny działacz społeczny? Heroiczny wędrowiec ku Zagładzie? Jeœli wczytać się w pamiętnik z getta, to widać człowieka ulepionego z jakiejœ staroœwieckiej gliny, który ma swoje do zrobienia, więc przelicza godziny, żywnoœć, zmarłych, obowišzki, wylicza choroby, opał, gotówkę, łajdactwa bliŸnich, swoje przywary. Do tego waży dzieci, bada dzieci, srogo wyrzeka na dzieci – przedwojenny polski inteligent z żydowskimi korzeniami, lojalny wobec jedynej ojczyzny, jakš mu pozostawiono: cierpienia niewinnych powierzonych jego opiece. Ale nie jest anielsko cierpliwy, jest gniewny i zgnębiony.

Wybór getta, wybór życia

Korczak w getcie nie wzišł się przypadkowo. Nie idzie o to, że mógł uciec, schronić się po aryjskiej stronie – jak wielokrotnie mu proponowano. Jego wybór życiowy nie wzišł się z gwałtownego aktu desperackiego heroizmu, nie był fajerwerkiem rodem z hollywodzkiego kina, nagłym zwrotem akcji, zrzuceniem skóry Szawła i „przybraniem" nowego człowieka, Pawła. Był konsekwencjš całej drogi życiowej Starego Doktora. Taki los w danym miejscu, czasie i okolicznoœciach był mu pisany, skoro brał się z konsekwentnie wdrażanej w życie postawy etycznej, intelektualnej, społecznej, która siłš własnej dyscypliny, dobrego nawyku nie cofa się przed złem.

Korczak niósł w sobie najlepsze obyczaje, najbardziej istotne elementy tożsamoœci rodzimego inteligenta-społecznika: był i pozostał po stronie słabych, chorych, bezbronnych – jako człowiek w służbie bliŸnim, znakomity organizator, œwietnie znajšcy swój fach lekarz, nie zaœ życiowy nieudacznik, mdły sentymentalista. I jeœli istnieje jakaœ forma œwieckiego, zsekularyzowanego zmartwychwstania – to dokonuje się ono właœnie poprzez ocalenie w kulturze tego, co najcenniejsze. To, co wbrew najniższym żywiołom dziejów miało ulec totalnemu zniszczeniu, przetrwało w czasem nazbyt spiżowo i cukierkowo przedstawianym symbolu – w postaci Korczaka.

Jeœli polskoœć była/jest domem, jeœli widzimy dziœ ten dom tak przemieniony wobec tego, czym był przed dziesięcioleciami, to przecież małodusznoœciš jest wcišż narzekać, że tak ciasny i zniszczony, że ubyło mu pokojów, że rozkradziono rodowe srebra, najœwiętsze pamištki, że pod podłogš biegajš szczury, że pleœń na œcianach, a niektórzy domownicy ni to swoi, ni obcy. Dziœ, przede wszystkim, trzeba zbierać to, co ocalało, układać na nowo, projektować i remontować wnętrze – jak po wielkiej, wymuszonej przebudowie. Odnajdujemy to, co jest, meblujemy na nowo. I Korczak także ocalał dla tego domu, a wraz z nim pasje polskiego inteligenta, jego tożsamoœć głębsza i bogatsza, niż mógł jš zobaczyć jeszcze PRL, bardziej intrygujšca i goœcinna niż ta, którš chcieliby dziœ narzucić nacjonaliœci. Ale Korczak ocalał także przeciw zobojętniałej na bolšczki społeczne częœci inteligencji, jaka dziœ czasem lubi się przedstawiać jako „lewicowa", a na ogół pilnuje jedynie interesów swoich œrodowisk, koterii i grup wpływu.

*

Przerwałem pisanie tekstu. Krótka rozmowa ze znajomš osobš. O dwóch ludziach: Broniewskim i Korczaku: że ten pierwszy przez lata uchodził za „starego komucha", a drugi – postać ze spiżu. I w obu przypadkach lektura biografii daje podobny element zaskoczenia. Mozaika życia jest o wiele bardziej skomplikowana, złożona, nie do uchwycenia w pełni okiem umysłu. To także polskoœć w przeœwicie swojej wielkoœci i swojej nędzy: a my jesteœmy na pół œlepi, dopiero odzyskujemy pełnię widzenia. Inaczej: dopiero uczymy się widzieć więcej, bardziej samodzielnie myœleć, spierać się pełnym głosem. I z pewnoœciš nie wszystko zdšżymy w tym pokoleniu, urodzonych pod koniec lat 70., 80. A Korczak przyszedł na œwiat w 1878 lub 1879 r. Około stu lat między narodzinami jego a naszymi – bagatela. A jak wielka przepaœć. I tym większa nadzieja, że można przerzucić most, pójœć nim tam i z powrotem: do obrazów miast i wsi, do życia idei, do wysiłku czynów, do polskiej idei i istoty.

Wasza tożsamoœć, przodkowie, po rozbiorach, wielkiej wojnie, chwili trudnego oddechu, ale we własnym państwie, a póŸniej znów wojna, jeszcze straszliwsza, w pył rozniesiona Polska, zdeformowane i zarażone totalitaryzmami myœli, odebrane perspektywy, wyszydzone nadzieje, zdrady i emigracyjne tułaczki. I póŸniej – jeœli było to „póŸniej" – inny już œwiat, u kresu którego my z kolei przyszliœmy spotkać się z ojczyznš.

*

4 sierpnia 1942 roku. Ostatni dzień zapisków Korczaka w pamiętniku. „Ojcze nasz, który jesteœ w niebiesiech... Modlitwę tę wyrzeŸbił głód i niedola. Chleba naszego. Chleba".

Autor jest dziennikarzem „Nowego Obywatela". Publikuje m.in. w miesięczniku „Znak", piœmie „KONTAKT", tygodniku wSieci oraz na portalach lewicowo.pl, Plac Wolnoœci, DEON.pl

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL