Wayne Rooney. Biały Pele z przedmieść Liverpoolu

aktualizacja: 16.07.2017, 21:31
Foto: PAP

Wayne Rooney długo był jedną z głównych postaci angielskiego futbolu, legendą Manchesteru United. Teraz wraca do Evertonu, klubu z Liverpoolu, w którym się wychował. Nie towarzyszą temu jednak wielkie emocje, bo to idol starego typu, tylko piłkarz, a nie ikona popkultury jak David Beckham.

REDAKCJA POLECA

Nawet nie wszyscy kibice Evertonu witają go z otwartymi ramionami. Gdy w 2004 roku przechodził do United, nazywali go zdrajcą, gdyż wiązali z nim wielkie nadzieje. Mieli powody: po jednym z goli pokazał T-shirt z napisem: „Once a Blue, always a Blue" (czyli „raz Niebieski – na zawsze Niebieski"). Chociaż przez lata był wygwizdywany, ilekroć pojawiał się w czerwonej koszulce United w swoim mieście, to z czasem stosunki zaczęły się normalizować. W lutym 2012 roku pojawił się jako widz na meczu Evertonu z Blackpool w Pucharze Anglii. Trzy lata później zagrał ponownie w barwach klubu, któremu zawsze kibicował – był to mecz pożegnalny napastnika Duncana Fergusona, a kibice zgotowali mu owację na stojąco, bo czas leczy rany. Rok później zaprosił Everton na mecz charytatywny zorganizowany na Old Trafford.

Nie brakuje opinii, że Rooney nigdy nie wykorzystał swojego potencjału – odważne twierdzenie, jeśli spojrzy się na jego statystyki: pięć razy był mistrzem Anglii, raz zdobył Puchar Anglii, trzy razy Puchar Ligi, cztery razy Tarczę Wspólnoty. W 2008 triumfował w Lidze Mistrzów i w Klubowych Mistrzostwach Świata. W poprzednim sezonie dorzucił zwycięstwo w Lidze Europy. Cztery razy uznawano go za najlepszego zawodnika w Anglii, a jego gol zdobyty przewrotką w meczu z Manchesterem City został uznany za bramkę sezonu 2011/2012. O tym uderzeniu legendarny menedżer Manchesteru United sir Alex Ferguson powiedział: – To było szokujące. Niewiarygodne. Na tym stadionie padło mnóstwo pięknych i fantastycznych bramek. Ale czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałem.

Dzięki, Wayne, wracaj do siebie

Poczucie kibiców i wielu ekspertów, że mógł zajść dalej, być może spowodowane jest niesamowitym zamieszaniem, jakie towarzyszyło jego pierwszym krokom w dorosłym futbolu. W trakcie Euro 2004 Steven Gerrard powiedział, że w takiej formie Rooney jest najlepszym zawodnikiem Europy. Ówczesny selekcjoner Anglików Sven Goeran Eriksson po tym, jak nastolatek doznał kontuzji i nie zagrał w przegranym ćwierćfinale z Portugalią, porównywał jego wpływ na drużynę z występem nastoletniego Pelego w finałach mistrzostw świata w 1958 roku. I podczas gdy większość kibiców, śpiewając później o „Białym Pelem" traktowała to z przymrużeniem oka, to tabloidowa prasa angielska złakniona wielkiego piłkarza nakręcała spiralę oczekiwań, których dzieciak z Liverpoolu spełnić nie mógł.

Po tym jak transfer do Evertonu został ogłoszony, na łamach „New York Timesa" ukazał się artykuł angielskiego dziennikarza Rory'ego Smitha, w którym autor zastanawia się, dlaczego Rooney nie jest uznawany za jedną z największych postaci angielskiej piłki, dlaczego jego odejściu z Old Trafford towarzyszy westchnienie ulgi. Smith porównuje karierę Rooneya urodzonego w robotniczej rodzinie z Liverpoolu z innym piłkarzem celebrytą, który pochodzi z takiego samego środowiska – Davidem Beckhamem. Gwiazdor Realu Madryt zatrudnił sztab ludzi dbających o jego wizerunek, a Rooney nigdy o takie rzeczy się nie troszczył, jego największą ekstrawagancją był przeszczep mocno przerzedzających się włosów. Beckham poza grą w piłkę (zawsze pracował ciężko, co podkreślali wszyscy trenerzy) skupił się na byciu celebrytą, a dla Rooneya tabloidy i paparazzi byli ciężarem.

Żaden z nich nie poprowadził reprezentacji do sukcesów, ale Beckham żegnał się z futbolem jako legenda, a Rooney jest wyganiany niemal kuchennymi drzwiami. Smith pisze: „Beckhamowi nigdy nie zazdroszczono sławy i bogactwa. Utarło się, że jemu to się należy. Dokładnie w taki sam sposób, jak się utarło, iż Rooney na nie nie zasługuje".

Do Manchesteru United Wayne trafił jako 18-latek, kosztował w ówczesnych czasach fortunę (ponad 30 milionów euro). Zdobył wszystkie trofea w barwach Czerwonych Diabłów, był kapitanem United i to on będzie punktem odniesienia dla kolejnych piłkarzy zdobywających serca kibiców z Old Trafford. Jest najlepszym strzelcem w historii Manchesteru United – w poprzednim sezonie wyprzedził legendarnego Bobby'ego Charltona, którego nazwiska żaden kibic United nie wymówi bez szacunku i przedrostka „sir". Na liście najlepszych strzelców Rooney wyprzedza także innego kawalera Orderu Imperium Brytyjskiego – Denisa Lawa, którego pomnik stoi przed jednym z wejść na stadion Old Trafford. Rooney strzelił aż o 74 bramki więcej dla Manchesteru United niż George Best, a przecież większość fanów Czerwonych Diabłów uważa Irlandczyka z Belfastu za jednego z najwspanialszych zawodników wszech czasów, jego imię nosi lotnisko w stolicy Irlandii Północnej. I po tym wszystkim nie sposób pozbyć się wrażenia, że 13 lat Rooneya w United kibice, a także większość mediów, skwitowały krótkim: „Dzięki, Wayne, wracaj teraz, skąd przybyłeś".

Tak samo chłodno wygląda jego rozciągnięte w czasie pożegnanie z drużyną narodową, choć Rooney wyprzedził sir Charltona nie tylko na liście najlepszych strzelców klubu, ale także reprezentacji Anglii. Ma już 53 bramki, czyli o cztery więcej niż mistrz świata z 1966 roku, i o pięć więcej niż Gary Lineker. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, jakim prestiżem jest – czy też raczej powinno być – miano najlepszego strzelca w historii najstarszej reprezentacji świata, drużynie narodowej kraju, który wymyślił futbol. Żaden inny piłkarz z pola nie ma też więcej meczów rozegranych w koszulce z trzema lwami na piersi od Rooneya. 125 spotkań ma bramkarz Peter Shilton, ale wciąż jest szansa, że podczas przyszłorocznych mistrzostwach świata w Rosji także ten rekord stanie się własnością wychowanka Evertonu. Do Shiltona brakuje Rooneyowi sześciu meczów. Do końca tego roku kalendarzowego Anglicy mają zaplanowanych pięć spotkań – cztery w ramach eliminacji i jeden mecz towarzyski. Może więc pobić rekord, pod jednym warunkiem: że będzie dla niego miejsce w narodowej jedenastce.

Po zeszłorocznych mistrzostwach Europy, gdzie Anglicy odpadli w 1/8 finału z Islandią, mówił, że pożegna się z międzynarodową sceną po mundialu w Rosji. Nowy selekcjoner Gareth Southgate nie powołał go jednak na marcowe spotkania eliminacyjne. Wówczas napastnik zmagał się z drobnymi problemami zdrowotnymi, więc przeszło to bez większego echa. Rooneya zabrakło jednak także na liście powołanych na mecze w maju. Angielskie media zaczęły nawet pisać, że to koniec kapitana w reprezentacji i jasny sygnał wysłany przez Southgate'a, że Rooney do Rosji w przyszłym roku nie pojedzie. Southgate, który nie powiadomił swojego kapitana, że nie znajdzie się w kadrze, na konferencji prasowej pytany przez dziennikarzy odparł w końcu z rozbrajającą szczerością: – Nie potrafię tego inaczej ubrać w słowa, niż po prostu powiedzieć, że byli lepsi piłkarze na tej pozycji od Wayne'a.

Ale natychmiast też zastrzegł, że Rooney wciąż może wrócić do kadry. – Najlepiej to pokazuje przykład Jermaine'a Defoe'a, który przecież ma już 34 lata, a był w takiej formie, że dostał powołanie i okazał się dla naszego zespołu fantastyczny – mówił Southgate.

– Gareth miał rację, nie powołując mnie do reprezentacji – przyznał Rooney już po przeprowadzce do Evertonu. – W tamtym okresie grałem przede wszystkim zbyt mało w United, a gdy już wychodziłem na boisko, nie były to występy na poziomie uprawniającym do gry w reprezentacji. Za dawne zasługi nie dostaje się zaproszeń do kadry. Rozmawialiśmy i powiedział mi, że jeśli zacznę co tydzień występować w lidze i będę w odpowiedniej formie, wciąż mogę liczyć na powołania. Powrót do reprezentacji też miał znaczenie przy wyborze klubu. Gdybym poszedł do Chin, prawdopodobnie zakończyłbym reprezentacyjną karierę – mówił Rooney, który wybierając klub z Liverpoolu, zgodził się też na znaczną obniżkę zarobków. Według „Guardiana" będzie dostawał teraz połowę tygodniówki, jaką miał w Manchesterze Unite, 150 tys. funtów tygodniowo. – Celem jest zacząć znów regularnie grać w Premier League. Jeśli to mi wyjdzie, i to w dobrym stylu, Gareth mnie powoła. Albo nie...

Ważnym elementem krajobrazu angielskiej piłki Rooney był od zawsze. Głównie dlatego, że jego talent eksplodował w bardzo młodym wieku. Gdy ten pucułowaty dzieciak strzelał swojego pierwszego gola dla Evertonu – przy okazji kończąc passę 30 meczów bez porażki Arsenalu – miał 16 lat i 364 dni. Został najmłodszym zdobywcą bramki w historii Premier League (dwa miesiące później James Milner zdobył gola w meczu Leeds – Sunderland, będąc młodszy od Rooneya o cztery dni). Menedżer Arsenalu Arsene Wenger powiedział wówczas, że Rooney jest najlepszym zawodnikiem poniżej 20. roku życia, jakiego widział, od kiedy jest w Anglii. A przecież kto jak kto, ale Wenger na zdolnych dzieciakach się zna. Ale młodziutki Rooney czerwieniący się ze wstydu przed kamerami i odpowiadający na pytania dziennikarzy piskliwym głosikiem w trakcie mutacji jest już dziś tylko odległym wspomnieniem, od tamtych chwil minęło 15 lat.

Cudowne dziecko

Po Euro 2016, w październikowym meczu z Maltą, został przez własnych kibiców zgromadzonych na Wembley niemiłosiernie wygwizdany. Były gwiazdor reprezentacji Anglii Alan Shearer napisał w cotygodniowym felietonie w „The Sun", że już czas, by Rooney skoncentrował się wyłącznie na klubie i nie grał w kadrze. Głos postanowił zabrać w tej kwestii także Niemiec Lothar Matthaeus i on również apelował do Anglika, by zrezygnował z gry w reprezentacji, zanim zostanie odstawiony. Po tym jak Rooney ogłosił, że karierę w kadrze zakończy po mistrzostwach świata w Rosji, 69 proc. kibiców w ankiecie zorganizowanej przez dziennik „Metro" powiedziało, że powinien nie ociągać się z decyzją i zrobić to natychmiast.

Jakby wszyscy zapomnieli, że Rooney ma dopiero 31 lat. Zlatan Ibrahimović, który był jednym z głównych powodów tego, że trener Jose Mourinho posadził kapitana reprezentacji i United na ławce, jest od niego o cztery lata starszy. Zaledwie trzy lata młodszy od najlepszego strzelca w historii reprezentacji Anglii jest Robert Lewandowski. A przecież wielu ekspertów uważa, że Lewandowski wciąż się rozwija i najlepsze przed nim. Większość z nas wierzy, że wkrótce będzie bohaterem wielkiego transferu (Real Madryt?).

Rooney debiutował w Premier League i bił rekordy ligi oraz reprezentacji Anglii, mając 16–17 lat (w tym wieku Lewandowski grał w IV-ligowej Delcie Warszawa). Manchester United zapłacił za niego ponad 30 milionów euro, czyniąc najdroższym nastolatkiem świata. Alex Ferguson twierdził, że podpisał umowę z największym talentem, jaki objawił się w Anglii od 30 lat, a młody piłkarz zadebiutował na Old Trafford w meczu Ligi Mistrzów z Fenerbahce, zdobywając hat-tricka, i do dziś jest najmłodszym zawodnikiem, który zdobył trzy gole w meczu LM. 18-letni Lewandowski świętował awans na zaplecze ekstraklasy ze Zniczem Pruszków, Rooney był w jego wieku odkryciem Euro 2004, podczas którego zdobył cztery gole. Inna sprawa, że nigdy już podobnego występu na wielkiej imprezie nie powtórzył i głównie o to mieli do niego pretensje kibice – brał udział w trzech finałach mistrzostw świata i strzelił zaledwie jednego gola.

To, co było największym atutem Rooneya, gdy był nastolatkiem, stało się jego największą zmorą w ostatnich latach. Stracił niesamowitą dynamikę, przyspieszenie, na którym bazował. Wciąż jest krępy i silny, trudny do wywrócenia, ale to już nie ten sam korpulentny dynamit o niszczącym uderzeniu. Pochodzący z robotniczej dzielnicy Liverpoolu chłopak nigdy nie potrafił narzucić sobie srogiego reżimu treningowego największych gwiazd futbolu i dlatego od kilku lat zsuwał się po równi pochyłej. Nie prowadził się dobrze, wszystkie zdjęcia z wakacji, jakie przeciekały do internetu, pokazywały go z nadwagą i stawały się obiektem kpin. Co i rusz wikłany był w skandale towarzyskie (najsłynniejszy, gdy zdradzał żonę, która była w piątym miesiącu ciąży), przegrywał duże sumy w kasynach, pił.

Niezbyt przystojny Rooney w dużej mierze pozostał wierny swoim korzeniom - robotniczym przedmieściom Liverpoolu. Wciąż jego ulubioną rozrywką było uprawianie boksu, który trenował jako dzieciak i nastolatek. Z pewnością znalazłby sobie klub w Stanach Zjednoczonych (jak Beckham), kusili go także Chińczycy, ale „Once a Blue, always a Blue".

Jeśli Rooney powrót do Evertonu potraktuje tylko jako powrót do korzeni, a nie zgodnie z zapowiedziami jako drogę prowadzącą do reprezentacji i pobicia rekordu Shiltona, ta bajka może nie mieć szczęśliwego zakończenia.

Ale nawet jeśli happy endu nie będzie, rudy Wayne zasłużył chyba na więcej ciepła, niż okazują mu rodacy.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE