Plus Minus

Marcin Żewłakow: Na boisku byłem Bońkiem

Newspix/ Michał Nowak
U nas był prosty podział. Tata był od sportu, mama od szkoły. Mama przekazywała uczucia, a ojciec uczył życia. Mama przytulała, tata traktował nas po żołniersku, ale dzięki niemu wiedziałem, że na szacunek trzeba sobie zapracować – mówi Michałowi Kołodziejczykowi Marcin Żewłakow, były reprezentant Polski.

Plus Minus: Jack Charlton dziwił się, kiedy dziennikarz chciał zrobić wywiad z nim, a nie z jego bratem Bobbym. Po kurtuazyjnej wymianie uprzejmości w końcu i tak padało wyczekiwane pytanie: – A co tam u Bobby'ego?

Marcin Żewłakow: Śmieszne nawet.

To co tam u Michała?

Wszystko w porządku.

Jak to jest być piłkarzem i mieć brata bliźniaka – rekordzistę pod względem występów w reprezentacji Polski?

Brat to brat. Nie zmienia tego żaden rekord. Nigdy nie musiałem się starać o przyjaciół, zawsze miałem bliźniaka, który towarzyszył mi w szkole, w sporcie i w troskach związanych z życiem. Nigdy nie miałem dylematu, czy mogę się z nim podzielić tym, co mnie boli, nigdy nie obawiałem się, że wykorzysta to przeciwko mnie. To właśnie znaczyło dla mnie mieć brata. Miałem też punkt odniesienia, patrzyłem, jak można pokonywać własne ograniczenia. Myślę, że Michał miał podobnie. Jeśli chodzi o sport, potrafiliśmy wszystko zamknąć w zdrowej wewnętrznej rywalizacji, motywowaliśmy jeden drugiego. Później, po latach, kiedy jeden z nas potrafił zrobić coś lepiej, nauczyliśmy się, że każdy pracuje na siebie.

Jak udało wam się sprawić, że wasza rywalizacja zawsze była zdrowa? Nie walczyliście na przykład o miłość rodziców?

Rodzice byli bardzo sprawiedliwi i nawet przez sekundę nie przeszło nam przez myśl, że któryś z nas jest milej widziany w domu albo traktowany bardziej ulgowo. Między nami też było zawsze solidarnie. Kiedy Michał zaczął zarabiać pierwsze pieniądze, zawsze o mnie pamiętał i pomagał. To był znak – spokojnie, na ciebie też przyjdzie czas. Odwdzięczałem mu się choćby w szkole. Jak trzeba było jakąś czwórkę wypracować, to czasami musiałem rano zmienić sposób uczesania i szedłem za niego do odpowiedzi. Zaraz po wyjeździe do Beveren to mnie się układało ciut lepiej, pewne rzeczy następowały szybciej, ale nie pozwalałem, by czuł, że jest w cieniu. To było potwierdzenie, że nic nas nie poróżni.

To wielki sukces waszych rodziców...

Kilka razy usłyszałem, że ludzie zazdroszczą nam tego, jak o siebie zabiegamy, jak o sobie mówimy. I nie chodzi nawet o słowa, ale o drobne gesty pokazujące, jak silna więź jest między nami. Tylko jedna sytuacja nas w życiu przerosła – kiedy mieliśmy pierwsze dziewczyny.

W tej samej się zakochaliście?

Nie. Chociaż obie miały na imię Joanna. Potrafiliśmy być wtedy dla siebie złośliwi. Problem oczywiście sam się rozwiązał i obiecałem sobie, że takie uczucia między nami nigdy nie mają prawa wrócić, że nie ma szans, by jeszcze kiedykolwiek ktoś między nas wszedł. Wydaje mi się, że Michał poczuł podobnie. Wiedzieliśmy, że coś między nami jest nie tak, i nie czuliśmy się z tym dobrze.

Nie baliście się marzyć?

Wychowywaliśmy się w czasach, kiedy idolami dla młodych piłkarzy byli zawodnicy z drużyny Antoniego Piechniczka, z mistrzostw świata w Hiszpanii. To były pierwsze uniesienia, fascynacje, próby naśladowania. Ja byłem Bońkiem, Michał – Smolarkiem. Kiedy wybiegaliśmy na boisko, staraliśmy się tak samo ustawiać, patrzyliśmy na tamtą reprezentację i marzyliśmy: zagrać kiedyś z orzełkiem, pojechać na mundial. Pamiętam, że marzyłem o jednym pełnym sezonie w klubie zagranicznym. Eurosport pokazywał akurat ligę belgijską i widziałem, że tam gra się trochę szybciej, że stroje są ładniejsze, że stadiony lepsze – zastanawiałem się, czy odnalazłbym się w takiej rzeczywistości. To kołatało się po głowie, która miała 13 lat. To był mój próg marzeń, który chciałem przeskoczyć. A kiedy mi się udało, zrobiłem to, co do sportowca należy.

Czyli co?

Włączyła mi się nachalność na karierę, na odrobinę sukcesu. Widzi pan, nachalność w życiu nie popłaca, a w sporcie to bardzo pożądana cecha. Trzeba walczyć o kolejną zdobycz, pokonanie swoich słabości, wygranie z przeciwnościami losu.

Kiedy w meczu z Francją w 2000 roku zagrał pan obok Michała w reprezentacji, widział pan was jako małych chłopców spełniających marzenia?

Widziałem, choć w Michale Smolarka było już dużo mniej. Z napastnika zrobił się obrońcą. Było to dla nas wielkie wydarzenie, ale każdy z nas marzył o tym indywidualnie. W dzieciństwie marzysz po cichu i myślisz głównie o sobie. Później uwzględniasz innych, dlatego wspólny występ w reprezentacji w meczu z Francją, w obecności rodziców, dopełnił szczęścia.

Nie pomyślał pan kiedyś: marzę zbyt śmiało?

Czasami po meczu reprezentacji obejrzanym w telewizji znajdowała mnie jakaś siła, wyganiała przed blok na trawnik i kazała trenować. Było ciemno, a ja w jakimś słabym świetle latarni potrafiłem żonglować piłką. Myślałem, że jestem nienormalny, była dziesiąta, czasem jedenasta wieczorem, ludzie szykowali się do snu, a ja jak wariat odbijałem piłkę, robiłem zwody. Zawsze lubiłem zapach trawy i świadomość, że robię więcej niż inni. Wytworzyłem wokół siebie klimat, który pozwolił mi uwierzyć we własne możliwości. Uznałem, że skoro robię więcej niż inni, to i marzyć mogę śmielej.

Marcin Żewłakow – talent czy praca?

Oczywiście, że praca. Tak naprawdę każdemu, kto coś osiągnął, udało się to dzięki pracy. Talent jest przeceniany. Przydaje się na początku, by ktoś na ciebie miał ochotę dłużej popatrzeć. Ale co z tym zrobisz, zależy już tylko od ciebie. Jeśli chcesz to przekuć w coś więcej, to liczą się już tylko upór, umiejętność przetrwania, cierpienia i przyjmowania tego, co czasem bywa nieprzyjemne, a z czym trzeba się pogodzić. Tylko ludzie potrafiący to wszystko w sobie znaleźć mogą osiągnąć sukces w sporcie. Każdy z reprezentantów Polski może opowiedzieć, że miał w grupie juniorskiej kogoś, kto sprawniej biegał z piłką, lepiej się ruszał, ale nie potrafił poddać się reżimowi, czasem pocierpieć, nie wiedząc, kiedy będzie tego koniec.

Pocierpieć?

Kariera piłkarska ma takie okresy, kiedy złych chwil jest więcej niż dobrych. Chodzi o to, żeby to umieć przetrwać. Kto potrafi, zajdzie daleko.

Michał wspominał, że chrzest bojowy mieliście zaraz po wyjeździe za granicę, do Beveren.

Mieszkaliśmy w apartamentowcu nad Morzem Północnym, który zapełniał się tylko latem. Kiedy wracaliśmy z treningu i wjeżdżaliśmy na swoje piętro, rano winda czekała na nas na tym samym poziomie. Pierwsze „dzień dobry" powiedziałem komuś po trzech miesiącach, to były psychologiczne tortury. Wracaliśmy wieczorem i widzieliśmy światło zapalone w trzech apartamentach na sto, z tym że w jednym oknie było jasno tylko dlatego, że sami nie gasiliśmy światła, by karmić ułudę, że ktoś w tym bloku w ogóle żyje. To było hartowanie charakteru, budowanie wytrzymałości, kształtowanie mentalności facetów, którzy mają się nie poddawać. Trafiliśmy w niełatwe otoczenie – klub walczył o utrzymanie, mało było sportowej przyjemności, raczej strzępy piłkarskiego mięsa, o które trzeba było non stop walczyć. Poza tym mieszkaliśmy z dala od stadionu i miasta, w którym graliśmy i trenowaliśmy. Była to półświadoma decyzja, którą podjęliśmy i która potęgowała ból zderzenia się z rzeczywistością po odcięciu polskiej pępowiny. Pierwszy raz planowaliśmy sobie wtedy życie od początku do końca – od zakupów przez gotowanie po deklaracje podatkowe.

I co sobie gotowaliście? Były zupki chińskie?

Nie, zupki to później, ale tylko na kaca. Kupowaliśmy rzeczy w połowie gotowe lub te, które nie wymagały skomplikowanej obróbki termicznej. Wyznaczyliśmy sobie reżim i na trzy dni przed meczem nie było już mowy o fast foodach, tłustym jedzeniu. Jedliśmy tylko to, co pomagało nam przygotować się do meczu. Ale wiadomo, że różnorodnie nie było – mieliśmy zestaw kilkunastu potraw, które przewijały się na okrągło.

Jak to się stało, że dwóch młodych chłopaków rzuconych daleko od domu nie skręciło w bok?

Czuliśmy odpowiedzialność, nie wyjeżdżaliśmy za granicę po dobrych występach, tylko zwyczajnie nas w Polonii Warszawa nie chcieli. Byliśmy wicemistrzami Polski, chcieliśmy powalczyć o nowe kontrakty i zarobki, ale dowiedzieliśmy się, że nie będziemy już nigdy lepszymi piłkarzami, że osiągnęliśmy maksimum. Mogliśmy wegetować, pracować latami na status „solidnego ligowca". Prezes zapowiedział nam, że żadnej podwyżki nie będzie, a jak nam się nie podoba, to możemy pójść do rezerw. Grając w Polonii, jednocześnie studiowaliśmy i pewnie stąd trochę przekory, że prezes nie będzie nam życia układał, tylko weźmiemy je we własne ręce. Jak się sparzyć to z własnego wyboru, a nie dlatego, że ktoś nas na to skazał. Pojawił się wtedy Włodzimierz Lubański i zaproponował nam grę w Belgii. Ryzyko było duże, bo jak cię zagranica wypluje, a w kraju już cię nie chcą, to dla 21-latka może być trudne do udźwignięcia.

Długo się zastanawialiście?

Nie. Podjęliśmy wyzwanie, pomogło nam to, że byliśmy razem. Nie wiem, jak by to wyglądało, gdybyśmy wyjeżdżali bez siebie. Mieliśmy przewagę w porównaniu z tymi chłopakami, którzy na pierwszy zagraniczny transfer jechali bez wsparcia. Z Michałem staliśmy za sobą murem. Pamiętam, jak zadzwonił do mnie jeden z kolegów z Polski, kiedy po czterech meczach w Beveren miałem na koncie cztery gole, i śmiał się, że to więcej niż przez dwa lata w kraju.

Zderzyliście się z Zachodem?

Trochę śmiali się z moich ubrań. Ktoś przyszedł i powiedział: „Marcin, to tak trochę głupio wygląda, że masz jedną rzecz Pumy, drugą Adidasa, a trzecią Nike". Mnie wydawało się, że wszystko jest w porządku, bo przecież wszystko na sportowo, ale w Belgii podejście do pewnych spraw było inne. Długo jednak nie musieliśmy się przystosowywać, bardzo szybko zrozumieliśmy tamtejszy porządek.

Niektórzy przechodzili przez całą karierę z mottem: „Byle było bez wstydu".

Miałem takie myśli, jeśli chodzi o reakcje rodziców. Chciałem, by moje zachowanie nigdy nie wprawiło ich w zażenowanie, żeby nie poczuli się niekomfortowo. W sporcie miałem inną taktykę – chciałem zaistnieć, wybić się. Stosowałem metodę małych kroków, to dawało mi poczucie bezpieczeństwa i budowało pewność siebie. Kiedy konsekwentnie realizuje się małe cele, w końcu dochodzi się też do dużego. Nigdzie się nie spieszyłem, a to, że trafiliśmy do ligi belgijskiej, czyli takiej drugiej ligi europejskiej, też było dla nas idealne. Przeskok w porównaniu z Polską nie był drastyczny, uwzględniał stare przyzwyczajenia, dawał też możliwości korekty, kiedy coś na początku nie wyszło. W pięciu najlepszych ligach europejskich takiej tolerancji i pola manewru nie ma. Zderzenie ze ścianą mogłoby zaburzyć poczucie własnej wartości, wiarę w to, że jak się chce, to można. Trzeba oddać Włodzimierzowi Lubańskiemu i trochę Stanisławowi Gzilowi, że dobrze pewne schematy przemyśleli i nami pokierowali.

Niektórzy piłkarze z kariery nie wynoszą nic poza piłką i pieniędzmi, a panu się udało dużo więcej – choćby obce języki czy znajomość innych kultur...

Chodzi o postrzeganie czasu i świadomość, jak długo będziesz grał w piłkę. Dla mnie jako napastnika była to zawsze granica 35 lat. Po karierze życie toczy się dalej i musisz się na to przygotować. Im wcześniej, tym lepiej. Wyjazd za granicę daje więcej niż to, co jest zagwarantowane w kontrakcie. Musisz mieć tylko ochotę i trochę samozaparcia, by po to sięgnąć. Język, znajomości i umiejętność zrobienia wrażenia tak po ludzku, a nie tylko po piłkarsku – z tego można czerpać nawet po karierze. W oczekiwaniu na trening, na zgrupowaniach czy obozach piłkarskich miałem dużo czasu, by o te rzeczy dbać.

Chyba średnio z Michałem do piłkarskiej szatni pasowaliście?

Nie, dlaczego? Wbrew pozorom szatnia piłkarska uwzględnia inność. Nie ma jednego kodu postępowania. Michał i ja mamy w sobie to, co pozwala się odnaleźć w wielu sytuacjach, w różnych towarzystwach. Potrafiliśmy pogadać o sprawach błahych, „branżowych" i tych wykraczających poza piłkę. Nigdy nie rządziliśmy szatnią, ale odpowiednio ją tworzyliśmy. Prawdą jest, że wielu piłkarzom po karierze szatni brakuje. Mnie nie, pod koniec lekko nudziło mnie nawet wysłuchiwanie tych samych historii po raz kolejny i obowiązek ponadgodzinnej obecności przed treningiem. Brakuje mi tylko tego momentu dla duszy i ciała, kiedy zmęczony, spełniony mniej lub bardziej po treningu, wchodziłem pod prysznic i mogłem pod nim stać, ile chciałem.

Futbol na wysokim poziomie to gra tylko dla inteligentnych?

Inteligencja jest potrzebna, by uzmysłowić sobie, co cię czeka, co zrobić, by wypłynąć na szerokie wody. Niestety, pozwala też uświadomić sobie konsekwencje nieudanego występu. To czasem blokuje, rodzi zwątpienie przed każdym dużym krokiem. Dbasz o status, na który pracowałeś przez kilkanaście lat, a tutaj jeden mecz, jeden niestrzelony karny może wszystko podważyć. Rozbieranie wszystkiego na czynniki pierwsze nie pomaga. Żeby odpowiedzieć na to pytanie, powołam się na przykład Bartka Bereszyńskiego, który w naszej lidze miał lepsze i gorsze momenty, a teraz gra dla reprezentacji. To, jak się wypowiada, jak reprezentuje piłkarskie środowisko, jak buduje swoją karierę, jest dla mnie dowodem, że inteligencja w sporcie jednak nie jest przeszkodą.

Za pana czasów nie było takiego zrozumienia?

Kiedy zaczynałem grać, trzygodzinny trening był jedyną piłkarską aktywnością dnia, później można było się z tego wyłączyć i żyć normalnie. Czasami dodatkowym zajęciem służbowym było obejrzenie wieczorem jednego meczu w telewizji. Dzisiaj piłkarze dbają o dietę, mają swoich coachów mentalnych, chodzą na jogę. Mam wrażenie, że dzisiaj nie trenuje się już tylko nóg, ale także głowę, i to jest przewaga, jaką współcześni piłkarze mają nad nami, którzy jako 18-latkowie zaczynaliśmy kariery w ekstraklasie.

Zaistnienie w grupie, o którym pan wspominał, czasami dużo kosztowało?

Życie w grupie to działanie na kilku obszarach, nie tylko na boisku. Wiele zależy od tego, na jakich zawodników się trafiło. Jak była lekka patologia, trzeba było walnąć banię czy karniaka, jak grupa świątobliwa – zaliczyć wspólną mszę, a jak rozrywkowa – narazić się żonie i wrócić późno do domu. W sporcie zespołowym docenia się ludzi, którzy potrafią coś stracić po to, żeby grupa zyskała. Czasem nawet postawić się trenerowi, przedstawić głośno swoje zdanie, choć indywidualne konsekwencje mogą być bolesne.

Ludziom z mniejszych miejscowości łatwiej zrobić karierę w sporcie?

Tak. Czasami też ludziom z dużych miast, ale takim, którzy zetknęli się z patologią. Ktoś za młodu zobaczył coś, czego nie powinien, był świadkiem rzeczy, na które nie był gotowy... Sport dla nich to często jedyny sposób na poprawę położenia, więc i motywacja nie podlega przeterminowaniu.

Ale pan, z Warszawy, i bez patologii zrobił karierę...

U mnie to był wyścig za marzeniami plus półświadoma rywalizacja braterska. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy jako piłkarz poczułem dumę. Widziałem, jak dobrze poczuli się też wtedy moi rodzice, i to było trochę jak opium dla mojego organizmu. Poczułem uzależnienie od takich chwil, chciałem, żeby rodzice też przeżywali takie momenty regularnie. Chciałem im tak dziękować za to, co mi dali, że zagwarantowali wychowanie i czas na pasję. Chciałem uzbroić naszą rodzinę w jakiś dodatkowy wymiar, z którego skorzystają wszyscy. Wiedziałem, że nasz sukces dowartościuje rodziców. Po latach wiem, że przełożył się i na siostrę. Duch rywalizacji dotknął i jej, chociaż realizowała się na innym polu. Brawo, Kasiu!

Jakie miał pan dzieciństwo?

Miałem wszystko, czego potrzebowałem. Miałem gdzie się uczyć, spać, do kogo przytulić i od kogo usłyszeć, że ludzi trzeba szanować. Miałem brata bliźniaka, który był przyjacielem, kolegą, rywalem, czasem tarczą. Chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy, jakie to było istotne – takie uczucie w podświadomości, przekonanie, że nie jest się samemu, sprawiało, że do pewnych zadań w życiu podchodziliśmy bez wahania.

Mało mówiliście o mamie, byliście z Michałem synami ojca?

Byliśmy związani z tatą, ale to mama budzi słodsze skojarzenia. U nas był prosty podział. Tata był od sportu, mama od szkoły. Mama przekazywała uczucia, a ojciec uczył szacunku do ludzi. Mama przytulała, tata traktował nas po żołniersku – ale dzięki niemu wiedziałem, że ludzi szanuje się bez względu na wiek czy stan posiadania, w autobusie ustępuje się miejsca. Wiedziałem też, że na pewne rzeczy trzeba sobie zapracować. Staram się o tym pamiętać każdego dnia.

Są takie chwile, kiedy taty brakuje panu wyjątkowo?

Długo panowała między nami hierarchia, później zaczęło się to zacierać. Dziś moglibyśmy wymieniać się doświadczeniami jak partnerzy – tego mi brakuje. Pamiętajmy, że zagranica odebrała nam dużo czasu z rodzicami, niby przyjeżdżali w odwiedziny, ale było to takie chwilowe. Pewnie, że brakuje mi taty, choć już pogodziłem się z jego śmiercią. Kiedy ojciec chorował, zastanawiałem się, czy może być zadowolony z tego, co przeżył. Chyba miał dobre życie. Przeżył je u boku jednej kobiety, doczekał wnuków od synów i córki. Przeżył coś sportowego, bo przecież on się piłce i naszym karierom oddał w stu procentach. Graliśmy dla niego w reprezentacji, udało się w Lidze Mistrzów, na pewno był szczęśliwy. Chyba jako ojciec też chciałbym poczuć to co mój tata. Spełnienie na wielu obszarach. Żałuję, że nie dane mu było doglądać przygody z piłką jego wnuków. Pewnie tu byłby jeszcze lepszy.

Próbowaliście pomóc mamie?

Mama ma dwóch synów i córkę, to się wszystko ładnie między nas rozłożyło. Na Kasi spoczywała duża odpowiedzialność, bo mieszkała cały czas w Warszawie i była blisko mamy. Mama była bardzo dzielna, nie zauważyłem okresów jej słabości. Nie wiem, czy potrafiła się odpowiednio przygotować na odejście taty, czy po prostu była tak silna; nie obciążała nas dodatkowymi emocjami i przeżywała je po cichu. Staraliśmy się być przy niej, pomóc znaleźć coś, co zajęłoby jej myśli. Na pewno spadła jej intensywność życia, ale nie stało się tak, że wszystko zostało wywrócone do góry nogami.

Chciałby pan powtórzyć wychowanie, jakie pan otrzymał, dać to samo swoim dzieciom?

Mnie ojciec przytulał rzadko, więc ja dzieci przytulam bardzo często. Siłą rzeczy przekazujemy dzieciom to, co sami dostaliśmy. Często zastanawiam się, jak wychowywać dzieci, w dużej mierze opieram się na tym, co dostałem od rodziców, ale pamiętam również, czego doświadczyłem w życiu. Czy się udało, zobaczymy dopiero za kilkanaście lat.

Podobno nie ma pan litości dla piłkarzy, którzy mają problemy finansowe po zakończeniu kariery?

To nie tak, że nie mam litości, ale nie jest mi ich tak do końca żal. Wydaje mi się, że skoro przez dziesięć lat była szansa zarabiania więcej niż inni, to było to też wystarczająco dużo czasu, by się opamiętać. Próżność też można karmić trochę mniej, by coś zostało na godne życie po karierze. Tłumaczenia tych, którzy przegrali wszystko, zupełnie do mnie nie przemawiają.

W którym momencie poczuł pan, że coś zarobił?

Poczucie finansowej stabilności dało mi Mouscron, gdzie spędziłem siedem sezonów. Poczułem wtedy, że będzie mnie stać, by mieszkać w domu, co było moim marzeniem. Nigdy jednak nie rozdmuchałem standardu swojego życia ponad stan. Nie każda podwyżka czy nowy kontrakt powodowały, że komfort życia musiał się podnieść. Jako młody chłopak miałem swoje braki i ograniczenia – wtedy sobie obiecałem, że tak poprowadzę sprawy, by za 20 lat tego już nie odczuwać. Ciekawe, że największe pieniądze zarobiłem wcale nie wtedy, kiedy najlepiej grałem w piłkę. Ale chyba tak jest, że w czasie kariery najpierw pracujesz na nazwisko, a później nazwisko trochę na ciebie.

Jakie były te młodzieńcze ograniczenia?

Chciałem o jedną parę dżinsów więcej, chciałem jakieś firmowe buty, a musiałem się zadowolić może nie półproduktem, ale patrzeć jednak półkę niżej. To też dawało motywację do pracy, żeby w końcu móc sięgnąć po to, co chcesz. Te wspomnienia przyświecały mi, kiedy zarabiałem pieniądze i nimi zarządzałem. Muszę też oddać swojej żonie, że nie jest butikową damą i nigdy nie było tak, że coś z metką „must have" natychmiast lądowało w koszyku. Cieszą ją normalne rzeczy, chociaż wiadomo, że każdy od czasu do czasu lubi być dopieszczony czymś wyjątkowym.

Za pana sukcesem stała mądrość żony?

Monika wychowywała się w takim samym środowisku jak ja. Łatwo było nam znaleźć wspólny mianownik. Kiedyś powiedziała mi, że nie spodziewała się, że będzie żyła tak, jak żyjemy. Mam poczucie, że coś jej dałem. Nie ma w nas tyle próżności, by musieć wykrzyczeć światu co, gdzie i jak. Doceniamy rzeczy, których nie widać. Monika może mi w futbolu bardzo nie pomagała, ale nie obciążała i nie przeszkadzała. Sportowiec potrzebuje jedynie spokoju i ciepłego domu, by moc się realizować. Od żony dostawałem luz i to ciepłe słowo. Z wychowania dzieci też mogłem się wyłączyć, kiedy to kolidowało ze sportem.

Piłkarze lubią zmiany, a panu udało się od razu stworzyć szczęśliwy związek.

To wspólny wysiłek. Nie ja sam to stworzyłem. Kiedy poznałem Monikę, poczułem, że życie będzie łatwiejsze. Nie można podważać czegoś, co budowało się 20 lat, tym co chwilowe i prawdopodobnie przelotne. Każdy ma swoją definicję miłości i szczęścia. To jak żona na mnie patrzy, dotyk, umiejętność odgadnięcia moich oczekiwań – to uwielbiam u swojej żony i nie chcę się tym z nikim dzielić. Poza tym spontaniczność Moniki jest porażająca, nie do podrobienia.

Pan jest taki francuski piesek? Lubi pan wygodę?

Tu się ścieramy trochę. Monika jest z gatunku bałagan artystyczny i antykwariat, ja lubię raczej gabinet chirurga.

Chodziło mi raczej o to, że narzeka pan nawet na odprawę na lotnisku.

Może już stary po prostu jestem, a może było tego tyle, że w końcu się przelało. Jestem w stanie wytrzymać w spartańskich warunkach, ale skoro nie muszę, to po co się męczyć. Są miejsca i chwile, kiedy można sobie pewne rzeczy osłodzić. Mimo wszystko nie mam przekonania, że należy mi się coś szczególnego. Dalej ustawiam się w kolejkach w sklepie i pracuję od poniedziałku do piątku, jak większość.

Michał opowiadał mi o imprezach jako ważnej części życia. Pana jakoś z wielkimi baletami nie kojarzę...

W czasie kariery nie podchodziłem do imprez tak intensywnie jak mój brat, ale też potrzebowałem się odprężyć. W Mouscron mieliśmy knajpkę, do której chodziliśmy ze znajomymi, tam pozbywałem się stresu po tygodniu pracy. Nie jestem człowiekiem, który oczyści umysł, tylko czytając książki. Kiedy przychodził weekend i się ściemniało, to wyprasowana koszula i miasto bardziej mi pasowało. Przetasować myśli, wstrzyknąć sobie trochę szaleństwa i od poniedziałku wrócić do sportowego reżimu.

Mentalnie jest pan południowcem?

Nie lubię ani, gdy jest za zimno, ani za gorąco. Szukam środka, uwielbiam połączenie lasu i wody. Nie mam wymarzonego kraju do życia. W czasie kariery mieszkałem w czterech krajach, w domach, apartamentach. Kiedyś zadałem sobie pytanie, czym jest dom. Czy jest to miejsce, w którym się wychowałeś? Czy to, w którym pracujesz, w którym urodziły się dzieci, czy może dopiero ten wymarzony budynek, który planujesz wybudować po zakończeniu kariery? Wyszło mi, że dom to miejsce, w którym za niczym nie tęsknisz. Kiedy mieszkałem w Belgii, Francji, na Cyprze czy w Luksemburgu, zawsze tęskniłem.

Za czym?

Za Warszawą. To jest moje miejsce na ziemi. Nie mógłbym szukać luksusowego miejsca na stałe nad morzem, skoro nie byłbym tam u siebie. Mnie jest dobrze tu, w stolicy. Cieszę się, iż tak ułożyliśmy sobie życie po mojej karierze, że dzieci wreszcie mają stabilizację. Przez lata nie mogły się przyzwyczaić nawet do swoich pokojów, bo nagle podpisywałem kontrakt gdzie indziej i trzeba było zmieniać mieszkanie, szkołę, grono znajomych i język. W pewnym momencie powiedziałem „stop". Stabilizacja daje poczucie bezpieczeństwa, na standard życia nie narzekam, nigdzie nie zamierzam się wyprowadzać.

Zbiera pan koszulki piłkarskie?

Kiedyś zbierałem z meczów, w których grałem. Ale mam tylko jedną, której nie oddam.

Z mundialu w 2002 roku?

Tak, wszyscy piłkarze z drużyny się na niej podpisali. Chociaż jak tak z panem rozmawiam, to myślę, że gdyby trzeba byłoby komuś pomóc i wystawić ją na aukcję, pewnie bym to zrobił. Ale musiałaby to być sprawa, z którą bardzo bym się identyfikował.

Zgadłem, że z mundialu, bo uważam, że 64 sekundy, jakie minęły od pana wejścia na boisko w meczu z USA do strzelenia gola, zmieniły pana życie. Wcześniej był pan po prostu piłkarzem, teraz jest w studiu ekspertem, piłkarzem, który zdobył bramkę na mundialu.

Zgadzam się. To był bilet do innego przedziału, w którym można jechać przez kolejne lata. Jak wspominałem – małymi krokami doszedłem do chwili, w której czułem dumę i spełnienie. Ale kiedy strzelałem gola w Korei, nie czułem, że to będzie jakaś przepustka. Jest przecież wielu bardziej utytułowanych piłkarzy, którzy w reprezentacji rozegrali mnóstwo świetnych spotkań. Ostatnio jednak doszedłem do wniosku, że cała moja kariera była po to, żebym teraz mógł o piłce rozmawiać. Mogę o niej mówić, bo gdzieś byłem, coś zrobiłem, zaistniałem. Wiem, co było u mnie dobrego, ale mam też świadomość, czego mi zabrakło, a przez to łatwiej wyłapuję te pożądane cechy u innych.

Proszę powiedzieć prawdę: piłkarze reprezentacji czują coś, jak słyszą hymn na mundialu, czy to tylko nam, kibicom, wydaje się wyjątkowe?

Hymn przed każdym meczem to sprawa wyjątkowa, ale gdy ktoś gra w kadrze po raz setny, musi być już trochę znieczulony, nie przeżywa tego już tak samo. Na co innego zwraca uwagę. W debiucie musisz zaistnieć, czujesz dreszcze, po kilku latach regularnej gry wymaga się od ciebie doświadczenia, wsparcia dla młodszych. Ja w kadrze zagrałem tylko 25 razy, Michał – 102. Prawdziwą sławę zdobywa się w reprezentacji, na wielkich turniejach. Wie o tym każdy piłkarz i każdy do tego dąży. Sukces na mundialu jest jak skalp, zaznaczenie śladu w historii, zostaje w świadomości najdłużej i spełnia marzenie, które siedziało w każdym chłopaku zaczynającym grać w piłkę.

W karierze najważniejsza jest reprezentacja. A w życiu?

Stworzenie takiego miejsca, do którego chcesz wracać. Takiego, gdzie ktoś na ciebie czeka, czujesz się bezpiecznie, gdzie się śmiejesz, podnosisz po gorszej chwili, zbierasz siły, by od rana znów bić się z życiem.

rozmawiał Michał Kołodziejczyk redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL