Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Wenezuela: Kraj śmiesznych cen

W Wenezueli kolejki nikogo nie dziwiš. Przecież rzucili płyn do prania i szampon.
Getty Images
Miałem marzenie, aby kupić papier toaletowy i zrobić sobie z nim zdjęcie. Dlatego jeszcze tego samego wieczoru poprosiłem mojš gospodynię, aby napisała mi listę rzeczy, których potrzebuje, a ja szczęœliwy, że mogę poczuć się jak w dawnej Polsce, wystoję swoje i przywiozę jej zakupy po południu do domu.

Miejscowoœć była niewielka, do mieszkania doszliœmy po chwili, po drodze witajšc się z kolejnymi sšsiadami. Kuchnia połšczona z jadalniš w częœci miała tylko plastikowe, przezroczyste zadaszenie, a pod spodem kratę. Właœcicielka wyjaœniła mi, że jakiœ czas temu ktoœ pod jej nieobecnoœć włamał się i ukradł dwa urzšdzenia do klimatyzacji. W dalszej częœci był salon, gdzie po raz kolejny w Wenezueli w oczy rzuciła mi się otwarta Biblia, na prawo mieœcił się pokój właœcicielki, a na lewo „mój".

Oprócz dużego łóżka i łazienki znajdował się tam także płaski telewizor kompletnie anonimowej marki oraz... zawieszony hamak. Każde pomieszczenie w domu miało osobny klimatyzator. Temperatura w tej częœci kraju była niemożliwa do wytrzymania, a powietrze tak goršce, że dosłownie paliło. Ludzie zostawiali włšczone urzšdzenia nawet podczas nieobecnoœci w domu. Za każdym razem, gdy wchodziłem do pokoju, kobieta przypominała o jego istnieniu, jakbym miał bez tego umrzeć. Każde urzšdzenie elektryczne połšczone było z sieciš przez jakšœ przejœciówkę. Bardzo szybko zauważyłem, że w tej częœci kraju występujš regularne chwilowe skoki napięcia. Wszystko się wyłšcza, lampy przygasajš, a dosłownie po ułamku sekundy wraca do normy. Łšcznik służy do ochrony elektroniki przed spaleniem, odczekuje, aż napięcie wróci do 230 woltów i dopiero wtedy podłšcza je ponownie. Gospodyni pozwoliła mi zajrzeć do lodówki. W œrodku był niecodzienny zestaw składajšcy się z kilku kilogramów mški, paru paczek słonych pustych wafelków sodowych, dwóch dużych margaryn i kilku kilogramów soczewicy. Ruszyliœmy na zakupy.

Tuż przed dojœciem do centrum miasta zaszliœmy do drugiego domu mojej towarzyszki. Budynek „wklejony" pomiędzy sšsiadów był w całkowicie surowym stanie. Pani z uœmiechem na ustach powiedziała obserwujšcym nas ludziom „dzień dobry", po czym weszliœmy do œrodka. Zrozumiałem, że ze względu na kryzys nie ma pieniędzy, aby wykończyć domek, jednak tak czy inaczej musiała się tu systematycznie pojawiać, choćby po to, żeby ludzie widzieli jej zainteresowanie. W Wenezueli istnieje bowiem prawo, które mówi, że jeœli do pustostanu wprowadzi się rodzina z dziećmi, to państwo nie może ich wyrzucić na ulicę. Z drugiej jednak strony to samo prawo mówi, że jeœli chcesz wybudować dom i potrzebujesz terenu, to wystarczy, że sobie go ogrodzisz i automatycznie staje się twój. Gdy zorientowaliœmy się, że nie ma żadnych œladów obcych, zatrzasnęliœmy za sobš drzwi i po chwili byliœmy już w centrum.

Miałem teraz idealnš okazję po raz pierwszy zobaczyć puste półki i kolejki do sklepów. Przechodziliœmy obok mięsnego, gdzie nie było dosłownie nic, w innym stała niewielka, lecz zbita grupa ludzi, którzy starali się wybrać coœ dla siebie. Nie wiadomo dlaczego, podobnie jak w Portugalii, królowały tu chińskie sklepy, z tš różnicš, że w wielu faktycznie brakowało produktów. Mimo wszystko psychicznie już się na to przygotowałem i oczekiwałem czegoœ więcej. Nam bez problemów i dłuższego czekania udało się kupić wszystko, czego potrzebowaliœmy, łšcznie z owocem, którego nie widziałem nawet w Kolumbii. Z zewnštrz wyglšdał jak trochę większe kiwi, w œrodku był czerwony. Pierwszego zjadłem ze smakiem, kolejne musiałem zmiksować, żeby zrobić z nich shake. Cena za sztukę wynosiła grosz... Właœnie ceny w tym kraju były najœmieszniejsze. Podczas gdy całš żywnoœć, którš nieœliœmy do domu, nabyliœmy po cenach adekwatnych do zarobków, to na przykład sprowadzany do kraju energetyzujšcy napój jakiejœ znanej marki wcišż był dostępny, ale mała puszka kosztowała więcej niż wszystkie zakupy, które nieœliœmy w torbach.

Przyczynš tego był socjalizm. Kraj dšżył do wyparcia całego zagranicznego kapitału tylko po to, aby przejšć całkowitš kontrolę nad produkcjš i sprawić, żeby wszyscy ludzie stali się równi. Każda rzecz w sklepie miała na opakowaniu ustalonš przez władze „sprawiedliwš cenę", która pozwalała każdemu, od producenta po sprzedawcę, zarobić okreœlonš z góry kwotę po to, aby sztucznie nie zawyżać ceny produktu. Dlatego pyszny pomarańczowy napój hecho en socialismo kosztował 15 groszy, a oryginalny energetyk pozostawał w tej samej cenie, w której kupimy go w innej częœci œwiata. (...)

W Wenezueli obowišzujš trzy różne kursy wymiany dolara. Kurs boliwarów za 1 USD to oficjalny, w jakiœ sposób sztucznie utrzymywany przez rzšd. Oznacza tyle, że jeœli przyjedziesz tu bez gotówki, Wenezuela stanie się najdroższym państwem na œwiecie, bo za obiad, który kosztuje 250 boliwarów, zamiast dolara zapłacisz 40, a kantorów w tym kraju nie ma! W drugš stronę działa to w ten sposób, że jeœli obywatel chce pojechać na wakacje, to w zależnoœci od tego, dokšd i na jak długo, może od państwa dostać (oficjalnie wymienić) do 2000 dolarów! Tym samym upadł mit mówišcy, że Wenezuelczyk nie może opuœcić kraju, ba, gdy patrzy się w ten sposób, stajš się najzamożniejszym państwem w Ameryce Południowej. W cišgu dwóch tygodni w Panamie kupujš taniš elektronikę, po czym z zaoszczędzonymi pieniędzmi wracajš i wymieniajš je po kursie ulicznym, czarnorynkowym albo inaczej: takim, jaki powinien być, który reguluje wolny rynek i który podczas naszej rozmowy wynosił blisko 300 boliwarów za jednego dolara. Po czym żyjš sobie bez problemu do końca roku. To jest przyczyna, dla której wszyscy w tym kraju noszš aparaty na zębach, majš telefony komórkowe, płaskie telewizory w domach... (...).

Trzeci kurs wynosi 12 boliwarów za 1 USD i po tej cenie kupuje się leki oraz żywnoœć.

Jutro dolar zdrożeje

Wenezuela całe swoje PKB oparła na ropie naftowej. Choć jest krajem niesamowicie pięknym, to ciężko tu o infrastrukturę dla turystów, ba, w całym państwie znalazłem tylko jednš informację turystycznš, gdzie i tak nie mieli map, dlatego wszystko, co chciałem zrobić, musiałem jak zwykle planować na własnš rękę. W czasie dalszej podróży ktoœ mi wytłumaczył, że w przeszłoœci produkowano na tej bogatej ziemi praktycznie wszystko, ale wiele rzeczy bardziej opłacało się sprowadzać z zagranicy, co zniszczyło pewne sektory gospodarki i tym samym odebrało ludziom pracę. Obecnie najważniejszš firmš w Wenezueli jest Polar, który produkuje wszystko: od żywnoœci po napoje z alkoholem włšcznie i z niezrozumiałych dla mnie przyczyn ma z państwem pod górkę.

Wenezuelskie boliwary służš jako œrodek płatniczy jedynie w kraju. Poza jego granicami nie sš nic warte, co też jest przyczynš, dla której ludzie, choć biedni, to bardzo chętnie wymieniajš je na ulicy na dolary. Wielu z nich robi zakupy przez internet i jest to jedyny œrodek płatniczy, a przy okazji pewna inwestycja. Tak czy inaczej jutro dolar będzie wart więcej niż dzisiaj, a w cišgu miesišca podskoczy nawet o kilkanaœcie procent. I to w praktyce jest inflacja, której nigdy nie mogłem zrozumieć. Ludzie przez całe życie odkładali pienišdze i w cišgu kilku lat wartoœć ich finansowego majštku zmalała ekspresowo jak biceps kolesia, który odstawił suplementy. Skoro Wenezuela nie produkuje żywnoœci, to Polar musi kupić „materiały na niš" z zewnštrz i tym samym potrzebuje najpierw wymienić u państwa boliwary, aby mieć z czego zapłacić. W przeciwnym razie, kupujšc je po kursie rynkowym, musiałaby ceny żywnoœci wyrównać z cenš puszki „energetyka". Większoœci obywateli nie byłoby na niš stać, więc nie byłoby z czego kupować? kolejnych dolarów, co ograniczyłoby dalszš produkcję i doprowadziło do walki o jedzenie. Polar więc musi prosić państwo o „łaskę", a ono wymienia im tyle USD, ile uzna za stosowne, i tylko na to, co chce, żeby było produkowane, przez co firma pracuje na pół gwizdka, choć jej potencjał jest kilkukrotnie wyższy. Słyszšc to, czułem, jak wszystko układa się w jednš logicznš całoœć, tak zagmatwanš i postawionš na głowie, że było to wręcz niewiarygodne, a najlepsze wcišż było przede mnš. Po kolacji kobieta zadzwoniła do właœciciela prowadzšcego duży sklep w sšsiedniej miejscowoœci i spytała, czy jutro coœ przyjdzie. Dobra wiadomoœć brzmiała, że będš kolejki.

Miałem marzenie, aby kupić papier toaletowy i zrobić sobie z nim zdjęcie. Dlatego jeszcze tego samego wieczoru poprosiłem mojš gospodynię, aby napisała mi listę rzeczy, których potrzebuje, a ja szczęœliwy, że mogę poczuć się jak w dawnej Polsce, wystoję swoje i przywiozę jej zakupy po południu do domu. [...]

Wysiadłem na samym wjeŸdzie do miasta i spacerkiem udałem się przed siebie, pytajšc przechodniów, gdzie jest ten sklep, przy którym dzisiaj majš być największe kolejki. Wreszcie dotarłem. Choć był wcišż zamknięty, to już przed wejœciem stało kilkanaœcie osób, a dla ich wygody także pan sprzedajšcy sok ze œwieżych pomarańczy. Taksówkarze mieli pełne ręce roboty. Im bliżej godziny dziewištej, tym więcej aut podjeżdżało.

– Co jest do kupienia? – pytałem jak rasowy turysta. – Nie wiemy, ale mówili, że coœ ma być. Kwadrans po godzinie 9.00 zaczęli wpuszczać. – Jesteœmy blisko, chyba wejdziemy, zanim zamknš drzwi – powiedziała kobieta, którš poznałem wczeœniej. Faktycznie się udało. W zasadzie powiodło się wszystkim, więc nie poczułem tej magii jakoœ specjalnie. Ci ludzie, którzy przyszli zrobić normalne zakupy, rozeszli się po hali, ci, którzy chcieli kupić produkty „niedostępne", musieli ustawić się w dodatkowej kolejce, aby zarejestrować swój dowód osobisty, złożyć odciski palców i odebrać papierek informujšcy kasjerkę, ile sztuk danej rzeczy mogš kupić. Dzięki temu systemowi wszystkiego miało starczyć dla wszystkich i nikt po zakupach w danym sklepie nie mógł póŸniej pójœć do innego, aby kupić to samo ponownie. Ograniczenie czasowe nakładane było – w zależnoœci od sytuacji – na dzień, tydzień. Istniało też ograniczenie iloœciowe, na przykład 12 rolek papieru na osobę. System spisywania danych zaczšł działać z godzinnym opóŸnieniem i gdy przyszła moja kolej, a dziewczyna wreszcie uporała się z moim dowodem osobistym, mogłem poczuć magię zakupów.

Sklep wyglšdał normalnie. Półki były pełne, a jedyne, co różniło go od tego, co znałem, to wręcz idealne ułożenie produktów. W większoœci alejek tam, gdzie kończył się jeden kolor, zaczynało się coœ nowego. Bardzo szybko się zorientowałem, że jest to wynikiem monotonii wyboru, bo sok pomarańczowy występował w jednej wersji i wyglšdał identycznie jak stojšcy nad nim sok z brzoskwini, gruszki czy jabłka. Jedyna różnica to owoc na zielonym tle kartonu. Większoœć artykułów można było kupić bez ograniczeń, co oznaczało, że tych nie brakuje albo nie cieszš się zainteresowaniem. Chlebem powszednim w Wenezueli sš arepy, a te robi się z mški kukurydzianej, która otrzymała tutaj całš alejkę, zdobišc jš powtarzajšcš się grafikš rodem z PRL-u, dodatkowo z dumnym symbolem esforco venezolano. HARINA PAN, 6 sztuk na osobę – informował napis przyklejony na kartce. Gdyby sytuacja była normalna, nikt nie potrzebowałby więcej niż dwa kilogramy na dzień, a tak? Nigdy nie wiadomo, „co", a w zasadzie lepszym pytaniem będzie, „czy" (cokolwiek) będzie jutro. Dlatego, żeby starczyło dla wszystkich, sš ograniczenia. W innym wypadku ludzie wywoziliby mškę samochodami. Gdy udałem się ze swoim papierkiem w wyznaczonš częœć sklepu, mogłem kupić mleko w proszku w liczbie jednej sztuki oraz... papier toaletowy! No dobra – ręcznik papierowy, ale gdy się przetnie go na pół, to opakowanie da cztery rolki! Obie rzeczy charakteryzować miała niska cena, jednak jak na tutejsze warunki były zaskakujšco drogie. „Za darmo" była za to pasta do zębów. CAŁA wnęka o powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych była zawalona podstawowš wersjš marki Colgate, jakby człowiek patrzył na kafelki.

Mogło dojœć do tragedii

Cały pobyt w sklepie oczywiœcie sfotografowałem, bo ciężko się oprzeć takiemu doœwiadczeniu, gdy kilogram pomarańczy kosztuje 14 boliwarów, a najtańszego mięsa 360. W pewnym momencie przyczaiła mnie szefowa, pytajšc doœć agresywnie:

– Kim ty jesteœ? Jakiœ reporter zagraniczny? Czemu robisz zdjęcia?

– Żeby pokazać, że wcale nie jest tak Ÿle, jak się mówi – odpowiedziałem zgodnie z tym, co myœlę, a także po to, aby nie wyjœć na krytykujšcego władzę.

– Co?! Chłopaku, ty wiesz, co mówisz? – Po czym zaczęła mi wyjaœniać, jak było kiedyœ, zanim nie było Chaveza, na co ja:

– No... tak. Ale spodziewałem się, że u was na półkach nie ma kompletnie nic, a sklep i magazyn, jakkolwiek patrzeć, sš pełne. To nie to samo, co znam ze swojego kraju z opowiadań rodziców. – Niestety, to zdało się do niej nie docierać.

– Ty jesteœ chavistš? – Co?! – Chavistas tacy sš, dla nich zawsze jest dobrze. Chyba sobie zapomniałeœ doszyć 4F na swojej czapeczce!

– A idŸ mi, chora babo – odpowiedziałem i żeby nie wdawać się w awanturę, poszedłem do kasy, gdzie wydałem praktycznie wszystkie powierzone mi pienišdze.

Sprawnie poszło, ale wcišż czułem niedosyt. Wiedziałem, że na drugim końcu miasta jest inny sklep, do którego też miało coœ przyjechać. Tylko częœciowo spełniony udałem się w jego kierunku, liczšc na więcej. EMPRESA SOCIALISTA, głosił czerwony napis na białym tle wysokiego komina, na którego szczycie powiewała flaga Wenezueli. Gdzieœ dalej widniały kolejne portrety byłego prezydenta namalowane na œcianach z podpisami w stylu Chavismo e Antiimperialismo, które w skrócie głosiły walkę z wykorzystywaniem krajów biednych przez bogate. Będšc prawie u celu, zobaczyłem betonowy wał w całoœci pomalowany na czerwono, a na nim ogromny napis CHÁVEZ, z wielkim sercem zamiast litery V pomalowanym na żółto, niebiesko i czerwono z białš gwiazdš z prawej strony. Oni chyba naprawdę go lubiš – to był pierwszy raz, kiedy uœwiadomiłem sobie, że to wszystko musiało być czymœ więcej niż tylko zagrywkš politycznš.

Ludzie mówili, że supermarket jest daleko, tymczasem do głównej trasy doszedłem wolnym krokiem w 30 minut, skšd widać już było górujšcy szyld sklepu. Jeszcze tylko kilkaset metrów i... aż przystanšłem. Oto przed oczami miałem więcej, niż się spodziewałem. Nie przesadzę, jeœli powiem, że kolejka miała długoœć pół kilometra. Od wejœcia znajdujšcego się na poczštku parkingu cišgnęła się do jego końca, zawracała i dochodziła niemalże do ulicy. Pomiędzy ludŸmi stali sprzedawcy œwieżych soków, owoców, batoników oraz przemieszczali się lodziarze oferujšcy za niewielkš cenę zamrożonš wodę z sokiem w plastikowym woreczku. Poczštkowo, widzšc ich wszystkich stojšcych w pełnym słońcu, myœlałem, że to jakiœ żart, ale zaraz po tym, jak to nagrałem, wypytałem ludzi, o co chodzi i okazało się, że rzucili płyn do prania i szampon. (...)

Jak łatwo jest kontrolować tłum i jak łatwo jest stracić nad nim kontrolę. Obszar jakichœ 20 metrów od wejœcia był odgrodzony zielonš, składanš jak harmonijka barierkš. W œrodku znajdowało się kilku pracowników pilnujšcych, aby nikt nie oszukiwał. Gdy wpuszczajšcy dostał informację, że w sklepie zwolniło się miejsce, uchylał przeszkodę, a tłum opętanych ludzi jak dzikie stado czym prędzej i silniej ładował się do œrodka. Na oko wpuszczano po 50 osób, póŸniej barierkę trzeba było domykać na siłę, bo nikt nie reagował na polecenia „proszę się zatrzymać". Im bliżej wejœcia, tym było ciaœniej, tym ktoœ głoœniej pokrzykiwał, zawsze też znalazła się jakaœ buntowniczka – w kolejkach stały w większoœci kobiety. Gdy względnie ogarnšłem sytuację, usiadłem na zielonej poręczy, zeskakujšc wtedy, kiedy wpuszczano ludzi. Z każdš kolejnš sekwencjš przerwa między œcianš a końcem barierki robiła się coraz większa, aż wreszcie, gdy była wystarczajšco duża, a pracownik na chwilę odwrócił swojš uwagę od tłumu, ktoœ przeszedł. A za nim ruszyli wszyscy. Zwijajšca się zielona barierka uwięziła stojšcš obok starszš paniš. Tłum napierał, ale na szczęœcie w ostatniej chwili został zatrzymany, bo mogłoby dojœć do tragedii. Z zamieszania próbowali także skorzystać ludzie stojšcy w równoległym rzędzie, szybko przebiegajšc do pierwszego, ale czujnoœć społeczna zadziałała i gdy sytuacja się uspokoiła, wszyscy ze wstydem wrócili na swoje miejsca. Do pomocy przyjechała policja.

Policja w Wenezueli nie cieszy się jednak zbyt wielkim szacunkiem. Ludzie traktowali policjantów chyba gorzej niż u nas traktuje się straż miejskš i kanarów razem wziętych. Choć mieli pełnię praw i broń, to rzadko można ich było zobaczyć w akcji, mundur nie wzbudzał respektu, a co gorsza, często wydawał się poplamiony. To, co liczy się w tym kraju i dosłownie „trzyma wszystkich za mordę", będšc jego ostatniš nadziejš, to wojsko, a œciœle Gwardia Narodowa. Wszyscy pracownicy służb mieli ten benefit, że nie musieli stać w kolejkach. Tłum był jednak pełen energii i z wchodzšcym do œrodka żołnierzem niektórzy wdawali się w pyskówki.

Minęła godzina, akcja ustała, pomyœlałem, że czas wracać do domu. Okazało się jednak, że tuż za rogiem jest inna kolejka – tym razem po pampersy. Jak te kobiety sš w stanie ogarnšć tyle kolejek naraz? – pytałem sam siebie, a z rozmowy z innymi dowiedziałem się, że nie sš.

– Jeœli ma się szczęœcie, to zdšży się kupić dwie rzeczy, czasem się stoi i nie dostanie się nic, bo się skończyło... Zazwyczaj więc trzeba wybierać to, czego się bardziej potrzebuje.

Fragment ksišżki „Widzieć więcej. Podróż przez Ekwador, Kolumbię i Wenezuelę", ukaże się 12 lipca nakładem Wydawnictwa MUZA.

Tytuł i œródtytuły pochodzš od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL