Plus Minus

Łukasz Fabiański: Dobry bramkarz dobrze tańczy

PAP/EPA
Przed meczem mam zawsze negatywne myśli. Czasami sam siebie pytam, po co mi to wszystko, po co mi ten stres. Nie potrafię się skupić na tym, że będzie dobrze, myślę tylko o tym, co może mi się przytrafić – mówi Michałowi Kołodziejczykowi Łukasz Fabiański, bramkarz reprezentacji Polski.

Plus Minus: Trudno schować dumę do kieszeni?

Łukasz Fabiański: Dlaczego pan pyta?

Bronił pan przez całe eliminacje do Euro 2016, a później dowiedział się, że we Francji pierwszym bramkarzem reprezentacji zostanie Wojciech Szczęsny.

Zawsze pytacie o jednostki. Ten zagrał, tamten nie. Gdyby piłkarze myśleli w podobnych kategoriach, nie odnieśliby sukcesu. Liczy się tylko całość, drużyna. Wiedziałem, że w tamtym momencie nie mogę się zachować w sposób, który zepsułby nam całe mistrzostwa. Miałem prawo być zły, ale musiałem patrzeć szerzej. Adam Nawałka podjął decyzję, wiedział, że to będzie trudne, miał świadomość, że jeden z nas ucierpi.

Można się przygotować na taką decyzję?

Trzeba się przygotowywać na pozytywne wiadomości. Gdybym się spodziewał tej złej, mógłbym zareagować w jakiś niekontrolowany, zły sposób. Trzeba było stłamsić wszystko w sobie. Czekałem tylko niecierpliwie na kolejny trening, by pokazać trenerowi, że się mylił. Emocje najłatwiej odreagować na boisku.

Teraz przed mundialem też nie wiecie, kto będzie pierwszym bramkarzem.

Po doświadczeniach tej reprezentacji to już chyba nie ma znaczenia. Wojciech pierwszy mecz na Euro zakończył kontuzją i broniłem do końca turnieju. Teraz czekam na rozpoczęcie mundialu ze świadomością, że na treningach, podczas meczów, a także poza boiskiem zrobiłem wszystko najlepiej, jak potrafiłem. Tak żeby trener nie mógł się do niczego przyczepić. Nawałka zapowiedział, że ostateczne decyzje dotyczące bramkarzy zapadną dopiero w Rosji. Takie postawienie sprawy powoduje, że każdego dnia jestem przygotowany. Stałem się mądrzejszy o doświadczenia sprzed dwóch lat, zrozumiałem taktykę trenera. Dla mnie to jest już naturalne, taki stan niepewności, nie przejmuję się tym wszystkim.

Z Wojciechem Szczęsnym rywalizowaliście w Arsenalu, teraz w reprezentacji. Gdzie byłby pan dziś gdyby nie on?

Byłbym w lepszym miejscu, gdybym szybciej dojrzał i był świadomy tego, jak powinienem pracować w Arsenalu, jak przygotowywać się fizycznie do kolejnych meczów. Niektóre urazy mocno mnie wytrąciły z rytmu, wyhamowały moją karierę. Były mecze, w których sam sobie nie pomogłem, i nie udało się tego zmazać świetnymi występami. Nie umiałem odpowiednio ocenić swojej sytuacji w Arsenalu.

Za późno pan odszedł z Londynu?

Odszedłem w dobrym momencie, wtedy, kiedy dojrzałem i byłem świadomy, czego chcę. Gdybym taką świadomość miał wcześniej, to być może poszukałbym sobie nowego klubu albo byłbym w stanie zostać pierwszym bramkarzem w Arsenalu. Trochę czasu mi to wszystko zajęło. Zabrzmi to dziwnie, ale to urazy pozwoliły mi dojrzeć. Niby to negatywne doświadczenie, ale wtedy poznałem fizjoterapeutę, który przeanalizował cały mój pobyt w klubie i otworzył mi oczy na zupełnie nowe rzeczy. W Arsenalu nie było wcześniej takiej osoby. Tam jak jest dobrze, to cię wszyscy klepią po plecach, a jak źle, to idziesz w odstawkę, nikt cię nie zauważa. Taki problem jak ja miało wielu bramkarzy w tym klubie. Nowy fizjoterapeuta nauczył mnie innej pracy, nauczył radzić sobie w każdej sytuacji. Zacząłem patrzeć na pewne sprawy z przymrużeniem oka. Koncentrowałem się na pracy.

Wróćmy do Szczęsnego. Jak to jest, że wy się w ogóle lubicie?

Znamy się bardzo długo. Najpierw spotkaliśmy się w Szamotułach, później w Legii. Nasze relacje zawsze były dobre, szanowaliśmy się, wiemy, czego się po sobie spodziewać. Wiem, jaki jest Wojciech, on wie, jaki ja jestem. Akceptujemy się, nic nie jest w stanie nas zdziwić, a to pozwala w normalnej atmosferze spędzać czas na zgrupowaniach. Trener Nawałka zmienia nas w bramce, nauczyliśmy się z tym żyć. Zresztą Nawałka też dojrzał do takiego postępowania, bo już wie, że nie zawsze ogłoszenie hierarchii na początku jest najlepsze. Przed pierwszymi eliminacjami, w jakich prowadził kadrę, ogłosił, że Wojtek jest pierwszy, Artur Boruc drugi, a ja chyba trzeci. Życie zweryfikowało ten układ. Po co mówić, że będzie tak i tak, skoro może być zupełnie inaczej.

Z układanki wypadł tylko Boruc, który zakończył grę w reprezentacji. Brakuje go?

Da się żyć, ale na początku rzeczywiście było bardzo dziwnie. Zawsze siedzieliśmy przecież przy jednym stoliku. Artur był oryginalny – niezależnie, czy żartował, czy po prostu milczał. To była ważna postać, z olbrzymim autorytetem. Przyszedł jednak po prostu taki czas, kiedy trzeba było sobie podziękować za lata gry w reprezentacji i się rozstać. Nikt nie próbuje wejść w buty Artura, nikt nie ma takiej fantazji.

Oglądał pan finał Ligi Mistrzów?

Oczywiście.

Wierzy pan, że Loris Karius z Liverpoolu popełnił tak wielkie błędy, bo grał ze wstrząśnieniem mózgu po starciu z Sergio Ramosem?

Trudny temat, bo nie lubię rozmawiać o innych bramkarzach. Jest mi żal Kariusa i mam wrażenie, że kopiemy leżącego. Kiedy ogłasza się wyniki badań lekarskich kilka dni po meczu, to tak, jakby próbowało się rozpaczliwie ratować sytuację. Zaskoczyło mnie to, że diagnozę ogłosili lekarze ze Stanów Zjednoczonych, a nie osoba z klubu. Widziałem powtórki starcia Kariusa z Ramosem. Był zdecydowany kontakt, ale nie wiem, czy rzeczywiście mógł mieć wpływ na dyspozycję bramkarza. Z drugiej strony – nigdy nie miałem wstrząśnienia mózgu, nie wiem, czym się ono objawia, nie wiem, jak reaguje się po takim zdarzeniu.

Bramkarz wie, kiedy zawali mecz?

Sam doświadczyłem ekstremalnego obciachu w Lidze Mistrzów, w fazie pucharowej, kiedy Arsenal grał z Porto. Mocno przyczyniłem się do porażki, byłem w głębokim dole. Jedyne, co mnie wtedy pocieszało, to fakt, że w rewanżu wygraliśmy 5:0 i moje błędy nie miały wpływu na nasz awans. Po nieudanym występie koledzy przychodzą porozmawiać w szatni, chcą poklepać po plecach, pocieszyć. Albo szukają winy w kimś innym, w moim przypadku próbowali zrzucić winę na sędziego. Ale to wszystko było na siłę, szukano pomocy w jakichś zewnętrznych czynnikach, a ja przecież dobrze wiedziałem, że dałem ciała. Myślę, że im dłuższe są pielgrzymki w szatni do pocieszania i dodania otuchy, tym bardziej bramkarz utwierdza się w przekonaniu, że zawiódł.

Napastnik może zmarnować kilka okazji i jest cicho. Gdy bramkarz popełni jeden błąd, zaczyna się mocna krytyka.

Mam tego świadomość i jestem pogodzony z konsekwencjami, jakie niesie granie na mojej pozycji. Przecież niczego nie zmienię. Nie lubię tylko jednej rzeczy. Nigdy nie reagowałem fochem na błąd obrońcy, nigdy nie krzyczałem, nie miałem pretensji. I tego wymagam w drugą stronę. Nie trzeba mi mówić, że popełniłem błąd, nie trzeba na mnie krzyczeć, bo ja dobrze wiem, kiedy zawiodłem. Chciałem jak najlepiej, a jak nie wyszło, to proszę chociaż o szacunek.

Boruc kiedyś dusił swojego kolegę z obrony w Celtic Glasgow.

Artur zawsze był znany z ciekawych reakcji. Był wyjątkowy, ekspresyjny we wszystkim, co robił. Ja nie należę do osób, które tak się zachowują. Nie byłbym sobą, gdybym nagle zaczął biegać po boisku z pretensjami do partnerów z drużyny.

Bramkarz powinien być spokojny?

Zależy, co komu się podoba. Kiedyś mówiło się, że bramkarz powinien być szalony, a według mnie powinien po prostu nikogo nie udawać. Najlepiej być wiernym własnym zasadom i przekonaniom. Nigdy nie wychodzi się dobrze na próbie naśladowania kogoś innego.

Na co dzień też jest pan taki spokojny?

Irytuję się, jak każdy człowiek.

I co wtedy? Podnosi pan głos?

Nie krzyczę. Milczę. Potrafię mieć ciche dni i to jest chyba najgorsze, bo moja żona też tak ma. Nikt się do nikogo nie odzywa, a później odbywa się badanie terenu. Czy można coś powiedzieć, zażartować, czy jeszcze nie czas, bo może być tylko gorzej. Przerwanie ciszy za szybko może spowodować, że nakręcę się złością jeszcze bardziej. Może to śmieszne, ale nie potrafię jakoś ekspresyjnie wyładować frustracji.

To nie męczy?

Czasami po meczach w tym sezonie krzyczałem, ale sam do siebie. Kiedy wracałem ze stadionu, w samochodzie, jak nikt nie widział i nie słyszał. Ale żeby tak w obecności innych osób, to sobie nie wyobrażam. Przez długi czas oceniano, że mam duży problem z głową, że jestem niestabilny i nie potrafię poradzić sobie z presją. Rzeczywiście były takie momenty, kiedy na boisku wyłączałem się, bo coś mnie przerosło i za dużo o tym myślałem. Po jakiejś nieudanej interwencji analizowałem ją na tysiąc sposobów, kiedy wciąż toczyła się gra. Cały czas siedziało mi to z tyłu głowy. Jedna papuga gadała mi do lewego ucha, a druga do prawego. Zacząłem pracować z psychologiem.

Co poradził?

Nie wymyśliliśmy nic odkrywczego. Ustaliliśmy, że cały czas na boisku muszę podpowiadać kolegom i być aktywny. Jest coś takiego, że kiedy się mówi, to nie ma czasu na rozmyślanie. Zagłusza się myśli, a to w trakcie meczów pomaga. Nauczyłem się w miarę dobrze tych wszystkich metod, nie szukam żadnej pomocy. Ale wcześniej też nie przechodziłem wizualizacji czy jakichś specjalistycznych zabiegów. To były naprawdę proste rzeczy, zwyczajna rozmowa. Podsumowaliśmy z psychologiem moją karierę i poszukaliśmy rezerw, zastanowiliśmy się, co można poprawić.

Co się dzieje w pana głowie przed meczem?

Myśli przed meczem zawsze są. W moim przypadku zawsze negatywne.

Naprawdę?

Czasami sam siebie pytam, po co mi to wszystko, po co mi ten stres.

Da się tak grać?

Tak jest, gdy czekam na rozgrzewkę, a kiedy ona już się zacznie, o wszystkim zapominam. W tunelu przed meczem przywitam się z bramkarzem przeciwników, zapytam o coś sędziego.

Te złe myśli to strach przed kompromitacją?

Będę z panem do bólu szczery. Przed meczem w szatni jestem w stanie wyobrażać sobie tylko bardzo obciachowe interwencje, jakie mogą mi się przydarzyć. Że tu się obetnę, tu minę się z piłką, a tu źle obliczę jej lot. Nie wiem, czy pomaga mi to później w koncentracji, zawsze tak miałem. Nie potrafię się skupić na tym, że będzie dobrze, myślę tylko o tym, co może mi się przytrafić.

Żeby nie było wstydu?

Tak. I to jest bardzo męczące. Ale kiedy wygrywamy, a ja zagrałem dobrze, to po ostatnim gwizdku przychodzi takie superuczucie. Że to jednak fajny mecz był.

Kiedy patrzę na pana i Szczęsnego, to wiem, że pan zawsze da z siebie 100 procent, a Szczęsny może czasami dać 80, a czasami 120.

Myśli pan, że nie jestem w stanie zrobić nic ekstra?

Ze Szwajcarią na Euro wygrał pan mecz...

W meczach ligowych też kilka razy byłem dobry. To, o czym pan mówi, to jest taka łatka, którą mi przypięto, a z łatkami ciężko się polemizuje. Łatka mi zwisa, nie przejmuję się takimi opiniami. Mam świadomość, że gram mecze, kiedy daję z siebie więcej niż maksimum, i miewam takie, gdy gram poniżej oczekiwań. Ale jeśli chodzi o pozycję bramkarza, to akurat stabilna wysoka dyspozycja jest bardzo ważna.

Po Euro przepraszał pan kolegów przed kamerami, że nie pomógł im w seriach rzutów karnych. Brał pan winę na siebie.

Wiem, że patrząc na wszystkie minuty spędzone na boisku, cały turniej we Francji był w moim wykonaniu bardzo solidny. To, co działo się przed rzutami karnymi, było na wysokim poziomie, ale niesmak pozostał, bo nie obroniłem ani jednej jedenastki. Byliśmy bardzo blisko półfinału, a to byłoby już wielkie osiągnięcie. Sukces był na wyciągnięcie ręki, dlatego nie wytrzymałem i pojawiły się łzy.

Wstydzi się pan tamtego płaczu?

Ciężko było mi normalnie mówić. Wydaje mi się, że Mateuszowi Borkowi z Polsatu też łamał się głos. Ale nie wstydzę się łez – były moje, szczere. Wszyscy myślą, że na boisku jestem taki spokojny, a ja przecież wszystko przeżywam, czy to w klubie, czy reprezentacji. W rozmowach z rodzicami czy z żoną też zawsze jestem prawdziwy. Łzy pomagają rozładować emocje, są potrzebne, bo oczyszczają – mnie w środku i atmosferę na zewnątrz. To nie jest tak, że postanowiłem być autentyczny. Ja po prostu jestem autentyczny.

Podobno przed mundialem pracował pan nad obroną rzutów karnych. Da się?

Tak, pomógł mi trener Daniel Pawłowski z Rybnika.

Ale co można poprawić w obronie rzutów karnych?

Myślałem, że za wiele się nie da, ale okazało się, że jest dokładnie odwrotnie. Porównywaliśmy karne przepuszczone z tymi obronionymi i wyciągaliśmy wnioski, analizowaliśmy szczegóły. Nie zdradzę ich, ale mam oczy dużo szerzej otwarte. Wiele małych rzeczy może pomóc, z wielu można skorzystać. Nie mówię nawet o samej technice obrony. Z niektórych pomysłów sam się śmiałem, ale zobaczyłem, że mają sens, bo okazały się skuteczne.

W zakończonym sezonie w barwach Swansea obronił pan trzy rzuty karne, ale i tak spadliście z Premier League.

Pierwsze trzy, cztery dni po spadku były dla mnie bardzo ciężkie. Muszę jednak patrzeć na to, co przede mną, a nie na to, co skończyło się kilka tygodni temu. Myślę, że szybko odżyłem i jestem w dobrej kondycji psychicznej. Mam już swoje lata i wiem, jak reagować na gorsze momenty.

Podobno wraca pan do Londynu. Transfer do West Hamu jest blisko?

Nie wiem, jak odpowiedzieć. Mam swoją wiedzę, a to, co pojawia się w mediach, jest chyba tylko kopiowane za mediami walijskimi. Tak działa ten biznes, komuś zależy, żeby sprzedać jakąś informację, być pierwszym, ktoś chce pokazać swoją moc. A ja spokojnie czekam na rozwój wydarzeń.

Po 22 latach z Arsenalem pożegnał się Arsene Wenger. To dla pana wyjątkowa postać?

Człowiek z klasą i wartościami, których mocno się trzymał. Był uparty. Wenger wyciągnął mnie z polskiej ligi, dał szansę zaistnienia w najlepszych rozgrywkach na świecie, w jednym z największych klubów. Zawsze będę mu za to wdzięczny. Mało jest trenerów, którzy prowadząc wielki zespół, mają odwagę sięgnąć po młodego chłopaka z Polski.

Czy Wenger nie powinien odejść z Arsenalu wcześniej?

Forma zaczęła zjeżdżać w dół. Ich ostatnie sezony były dużo gorsze. Pozostałe kluby zaczęły im uciekać, a w Arsenalu ciągle było średnio. Musiał chyba nadejść moment rozstania, każdy po cichu na to liczył. W Londynie wciąż czegoś brakowało do sukcesu. Nie było bramkarza, to przyszedł Petr Cech. Nie było napastnika, to przyszli Alexandre Lacazette i Pierre-Emerick Aubameyang. Nie mieli pomocnika, to przyszedł Granit Xhaka. Mimo kolejnych wzmocnień Arsenal nie dołączał jednak do wyścigu. Z całym szacunkiem dla Wengera – bo to wielka postać – zmiana trenera może zawodnikom wyjść na dobre. Potrzebny był nowy bodziec. Unai Emery ma zupełnie inne metody pracy, każdy na tym skorzysta. Wengerowi także należał się odpoczynek.

Pan już wystarczająco odpoczął na walijskiej prowincji? Tęskni pan za wielkim miastem?

Swansea czy Cardiff nie da się porównać z Londynem. Nic mi w Walii nie przeszkadzało, ale były momenty, kiedy zwyczajnie się nudziłem. Swansea to fajne miasto, jeżeli jest ładna pogoda, ale gdzieś ostatnio wyczytałem, że pobliskie Cardiff znajduje się na liście dziesięciu najbardziej deszczowych miast świata. W Polsce wiosną są upały, tam – dziesięć stopni i pada. Powiedzą zaraz, że mi odbiło, bo jako zawodnik Premier League narzekam na pogodę, jednak naprawdę to może mieć wpływ na samopoczucie. Przez cztery lata w Swansea żyło mi się bardzo dobrze, ale synek rośnie i czasami po prostu chciałoby się go wypuścić na dwór, żeby się pobawił.

Trzyletni Janek zmienił pana życie?

Jest chyba moją największą motywacją do pracy i bycia dobrym w tym, co robię. Ma na mnie ogromny wpływ. Weryfikuje mnie cały czas. Można mieć wyobrażenie na temat tego, jak powinien się rozwijać, a on wszystko robi na odwrót. Dziecko uczy życia na nowo. Uczy jeszcze większej kontroli nad emocjami i każe spojrzeć na wszystko z dystansem. Dzięki Jaśkowi zrobiłem się jeszcze bardziej wrażliwy na rzeczy, których wcześniej w ogóle nie dostrzegałem. Otworzył mi oczy. Jakieś małe gesty z jego strony są teraz najważniejsze, inaczej postrzegam świat. Po dziesięciu dniach w Arłamowie i meczu z Chile w Poznaniu przyjechałem do domu dość późno i kiedy Jasiek rano zobaczył, że tata jest w łóżku, natychmiast się przytulił. To uczucie nieporównywalne z żadnym innym, to chwile, które sprawiają mi najwięcej radości. Podoba mi się rola ojca, chociaż oczywiście są też trudne momenty.

Syn nie daje spać?

O tym, jak jest w nocy, to żona mogłaby więcej powiedzieć, bo ja zawsze sobie pośpię. Młody jest uparty, taki typowy Fabiański. Musi być tak, jak on chce. Lubi rozkazywać. W tym wieku to śmieszna cecha, ale czasami irytuje. Mnie się podoba, że ma charakterek, że stawia na swoim, ale wiem, że to uciążliwe. Teraz jest zafiksowany na kopanie piłki i przez te kilka godzin, kiedy przed wyjazdem do Rosji byłem w domu, mogłem tę piłkę kopać z nim tylko ja. Babcię odsyłał do kuchni. Dopiero kiedy mnie nie ma, babcia także jest w porządku.

Jest coś, czego pan jako dziecko nie dostał, a chciałby przekazać synowi?

Teraz zupełnie inaczej patrzę na relacje rodzice – dzieci. Kiedy mama mówiła, żebym coś zrobił tak, a nie inaczej, to byłem pewny, że wiem lepiej. Takie sytuacje są głupie i zbędne, bo obie strony chcą dobrze, tylko mają po prostu inne wyobrażenie na ten temat. Wyjechałem z domu jako piętnastolatek i obawiam się tylko, że mogę Jaśka trochę za bardzo rozpieścić. Kiedy go widzę, to na zbyt wiele mu pozwalam. Żona mnie strofuje, hamuje i wiem, że muszę jej w tej kwestii słuchać. Nie da się powtórzyć takiego samego wychowania, jakie samemu się otrzymało, chociaż chciałbym Jaśka wychowywać podobnie.

Czyli jak?

Mama była bardziej do rozmowy, a ojciec miał dość twardą rękę – u niego było albo tak, albo nie. Albo czarne, albo białe. Powiedział jedno słowo i wystarczyło. Liczyła się praca, praca i praca. Wpajał mi, że na wszystko trzeba zapracować, że nic nie przychodzi łatwo. Bywało trudno, bo nawet w wakacje rodzice wymyślali dla mnie i brata różne prace, ale myślę, że to nauczyło mnie szacunku do tego, co robię. Wszystko musiało zostać wykonane porządnie, nieważne, czy chodziło o lekcje zadane przez nauczycielkę, czy o pracę na roli albo podczas żniw. Za szacunek do pracy jestem rodzicom bardzo wdzięczny.

Czym zajmowali się na co dzień?

Tata wywodzi się z budowlanki, mama nadal pracuje w urzędzie celnym. Tata kiedyś grał w piłkę ze swoimi kolegami w Sobieniach pod Myśliborzem. Zawsze był kibicem, oglądaliśmy wszystkie mecze w telewizji. Później, kiedy zaczął pracować jako taksówkarz, dwa razy w tygodniu jeździliśmy na mecze pomiędzy taksówkarzami, w których braliśmy z bratem udział. Ojciec zawsze mobilizował mnie do wysiłku. Kiedy przyjeżdżałem z Szamotuł na wolny weekend i siedziałem w domu przed telewizorem, on przychodził i marudził. „Kiedyś to biegałeś, kiedyś to ćwiczyłeś" – mówił i wzbudzał we mnie poczucie winy. Dawał mi do myślenia, zastanawiałem się, czy rzeczywiście mam prawo teraz leżeć.

Panu nigdy sodówka do głowy nie uderzyła czy tylko tak dobrze pan udaje?

Odbić to mi nigdy nie odbiło, ale w którymś momencie Arsenal mnie zblazował. Do pracy zawsze byłem pierwszy. Lubiłem się przykładać, trenować dużo i ciężko, ale teraz widzę, że byłem chyba zbyt zadowolony z samego faktu, że jestem w tak wielkim klubie. Zabrakło mi parcia, by chcieć więcej, by grać, by się przepychać.

A pieniądze pana nie zmieniły?

Nigdy się z nimi nie obnosiłem.

Jakieś głupie wydatki?

Jedynym moim problemem są duże wydatki na buty. Niektórzy nazwą to hobby, inni bezsensownym wydawaniem pieniędzy. Staram się być rozsądny i mądrze zarządzać swoim majątkiem.

Dlaczego nie ma pan tatuaży?

Byłem już blisko, umówiłem się na wizytę po narodzinach syna, jednak jeszcze się wstrzymałem. Po wykonaniu tatuażu przez cztery tygodnie trzeba być bardzo ostrożnym, a ja zwyczajnie nie miałem na to czasu i przestrzeni. Co chwila mecze, a w przerwach – okres przygotowawczy. Trzeba się rzucać, bronić. Zabrakło dobrego terminu i chyba też mocniejszego postanowienia. Nie mam nic przeciwko tatuażom, podobają mi się. Może poczekam na kolejne dzieci.

Jest pan rodzinny?

Odpoczywam tylko w gronie najbliższych. Z rodziną mam najlepsze kontakty. Znajomych spoza środowiska piłkarskiego mogę policzyć na palcach jednej ręki, ale myślę, że już nie jestem takim introwertykiem, jakim byłem kiedyś. Wydoroślałem, otworzyłem się. Co pan myśli o naszej rozmowie? Dużo mówię?

Jestem w szoku.

No właśnie. Mnie się moja zmiana kojarzy z dojrzałością. Może związana jest także z narodzinami dziecka. No i z tym, w jakiej sytuacji jestem, jeśli chodzi o własną formę, świadomość tego, co robię. Pamiętam, jak moja mama mocno zwracała mi uwagę, żebym był bardziej otwarty, żebym się nie wstydził. A ja po prostu nie lubiłem medialnej aktywności, nie lubiłem być wypychany przed szereg do dziennikarzy.

To była nieśmiałość?

Nie wiem. W szkole nieśmiały to byłem wobec dziewczyn. Oj, nie miałem gadki. Megaobciach. Zawsze bez szans. Pytanie: „Jakie lubisz zwierzęta?", zawieszone w powietrzu bez odpowiedzi. Jak zacząłem grać w Swansea i jeszcze później, kiedy zmieniła się moja pozycja w reprezentacji, to nie tyle uwierzyłem, że jestem genialny i najlepszy, ile raczej uświadomiłem sobie, że mam coś ciekawego do powiedzenia i że inni mogą się czegoś nauczyć. Nie jestem aż tak nudny i myślę, że mam dobre żarty. Potrafię się też śmiać z siebie i ze swoich sytuacji. Mam dystans do otaczającego mnie świata. Na tym etapie życia mogę się dzielić doświadczeniem z młodszymi. Sprawia mi przyjemność, kiedy mnie o coś pytają. Nie mam problemu, żeby opowiedzieć, co przeżywałem i jak sobie z tym radziłem.

Powiedział pan, że dziecko sprawiło, iż jest pan jeszcze bardziej wrażliwy.

To naturalne. Przed meczem z Chile pojechaliśmy z Kubą Błaszczykowskim, Arkiem Milikiem i Piotrkiem Zielińskim do szpitala onkologicznego w Poznaniu. Trudno było powstrzymać wzruszenie. Widziałem te dzieci i to, jak silne są w tych wszystkich koszmarnych chwilach, które przechodzą. Widziałem siłę ich rodziców. Tam nikt nie był zdołowany, od każdego biła pozytywna energia. Pomyślałem, że to są ważne rzeczy, że to są prawdziwe problemy i próba charakteru. Kiedy wróciłem do Jaśka, zabawa z nim była już inna, cieszył każdy drobiazg. Podczas zgrupowania w Juracie zaczęliśmy z synem rozmawiać po angielsku. Ogląda dużo bajek w tym języku, ale nie wiedziałem, że jest w stanie pokazać i nazwać swoje oczy, uszy. Też się wzruszyłem. Dziecko wznosi wrażliwość na inny poziom.

Na kino ma pan jeszcze czas?

Jestem wychowany w latach 90., a to był dobry czas dla filmu. Kino amerykańskie, pełne Schwarzeneggerów, Stalone'ów, Willisów czy Snipesów, może było kiczowate, ale miało swój urok. Nadrabiam też klasyki. Kiedy byłem dzieciakiem, nie miałem na to czasu, bo liczyły się tylko „Predatory" i „Terminatory", a teraz żona czasem podrzuci coś ambitniejszego.

Film wszech czasów?

Moja pierwsza kaseta VHS, jaką kupiłem, była z „Rockym 2" i myślę, że sentyment do całej serii we mnie pozostał. Lubię do niej wracać, nigdy mi się nie znudziła. Ale nie boję się żadnego filmu, nawet jak coś się słabo zapowiada, to chętnie obejrzę. Muzyki też słucham niemal każdej. Poznałem wiele osób z różnych środowisk, każdy coś mi podrzucił. Idę szeroko: rock, punk, indie, hip-hop, R'n'B, wszystkie te nowe odmiany popu. Nie słucham tylko klasyki. No i te „Oczy zielone" z szatni to też nie mój klimat, ale muszę czasem respektować gust innych.

Dobry bramkarz musi dobrze tańczyć?

Coś w tym jest. Koordynacja ruchowa to podstawa. Poruszanie się w bramce, umiejętność zbierania się do interwencji – to wszystko jest bramkarzowi potrzebne i da się połączyć z tańcem. Brałem udział w różnych występach na koloniach czy w szkole podstawowej. Zanim wyszedłem na scenę, to jednak oczywiście długo trzeba było mnie namawiać. Pamiętam w trzeciej klasie, chyba na Dzień Dziecka, miałem przygotowane lakierki a la Michael Jackson, białe skarpetki, rękawice i kapelusz, ale wszystko schowane w plecaku. Czekała tam też kaseta przygotowana na odpowiedni utwór, ale odważyłem się zatańczyć dopiero, kiedy wszyscy już skończyli i wywołano mnie na scenę. Wtedy każdemu wręczano dyplom, ale na koloniach w Mini Playback Show była już klasyfikacja i zająłem trzecie miejsce.

Nadal kocha pan koszykówkę?

Oglądam powtórki NBA, bo już nie jestem w stanie zarywać nocy, ale tak – to moja pasja. Zostałem wychowany na godzinie skrótów w tygodniu, na „Hej, hej, tu NBA" i Włodzimierzu Szaranowiczu. Najczęściej puszczano Chicago Bulls. Na podwórku mieliśmy powieszony kosz na trzepaku, mogliśmy trenować wsady, u sąsiada kosz wisiał już wyżej i mogliśmy ćwiczyć rzuty. Grałem w reprezentacji szkoły, wygraliśmy w Słubicach, w rozgrywkach okręgowych też sobie radziłem. Może jakby w moim mieście była sekcja koszykówki, to zostałbym koszykarzem. Do Stanów Zjednoczonych pierwszy raz poleciałem dopiero jako zawodnik Swansea i kiedy zobaczyłem Jordan Steak House, poczułem się jak dziecko w sklepie z zabawkami. Po prostu zacząłem robić zdjęcia. Tak jak przed United Center czy pod pomnikiem Jordana. Trenowaliśmy w Chicago na boiskach uniwersytetu tuż obok Derricka Rose'a, najmłodszego MVP w historii NBA. Chcieliśmy zrobić sobie z nim zdjęcie, ale nam ochrona nie pozwoliła.

Wrócimy na chwilę do futbolu?

Proszę.

Czym dla pana będzie sukces na mundialu?

Definicja sukcesu w przypadku zawodów sportowych mówi o medalu. To byłoby konkretne osiągnięcie. Ale tutaj muszę wrócić do Fabiańskiego sprzed lat i powiedzieć tak, jak pan nie znosi: „Damy z siebie wszystko, pierwszy mecz jest najważniejszy". Chcecie nas pociągnąć za język, żebyśmy wyskoczyli z jakąś deklaracją, z której później można byłoby nas rozliczać, ale musimy zachować rozsądek. Życiem rządzi karma i jak zaczniesz świrować, to szybko zostaniesz sprowadzony na ziemię. Wyjście z grupy pozwoliłoby nam jednak odetchnąć...

To realne?

Jak najbardziej. W ogóle to mam inne marzenie związane z mundialem. Po Euro wracałem pociągiem z Warszawy do Poznania, na dworcu podszedł do mnie starszy pan i powiedział proste: „Dziękuję". Zostanie mi to w pamięci do końca życia. Chciałbym usłyszeć szczere „dziękuję" po powrocie z Rosji. Trzymajcie kciuki.

rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL