Plus Minus

Jan Maciejewski: Na ziemi niczyjej

adobestock
W tym meczu nie liczył się wynik, ale marzenie o tym, żeby w ogóle się odbył. Pod koniec 1914 roku na polach Flandrii miały się zmierzyć reprezentacje Wielkiej Brytanii i Cesarstwa Niemieckiego. Historycy nie dają wiary relacjom żołnierzy z obu stron frontu I wojny światowej, którzy pisali do swych rodzin, że widzieli albo brali udział w grze prawdziwą piłką, na pełnowymiarowym boisku i w regulaminowym czasie gry.

I pewnie mają rację. Pewnie rzeczywiście była to tylko trwająca kilkanaście minut bezładna kopanina, w której piłkę zastąpiła puszka po wołowinie. Ale akurat w tym przypadku fantazja jest dużo prawdziwsza od faktów.

Wszystko zaczęło się w Wigilię Bożego Narodzenia. Po ziemi niczyjej zaczął się nieść głos niemieckich żołnierzy śpiewających „Cichą noc". Potem nad okopami, w miejscach, gdzie zapalenie zapałki było szaleństwem grożącym śmiercią, zapłonęły ogniska. Karmieni wojenną propagandą, opowieściami o przebiegłości i perfidii „plemienia Hunów" alianci byli czujni i nie wypuszczali z rąk broni. Dopiero kiedy któryś z Niemców wyjął skrzypce i zagrał na nich „Largo" Jerzego Fryderyka Haendla – Niemca z pochodzenia, Anglika z wyboru, Europejczyka z brzmienia i melodii – po drugiej stronie ziemi niczyjej wybuchła euforia. Alianci zaczęli wiwatować i domagać się bisu. Na wielu odcinkach frontu w tym samym czasie wyglądało to podobnie. Świąteczne zawieszenie broni stało się faktem.

Tyle że słowa „zawieszenie broni" nie nadają się do opisania czegoś, co ani przedtem, ani potem miało się już nie wydarzyć na wojnie prowadzonej przez europejskie narody. „To było naprawdę najcudowniejsze Boże Narodzenie w moim życiu" – pisał do rodziny G. A. Farmer z 2. Królewskiego Pułku Strzelców. Ziemia niczyja zapełniła się tysiącami żołnierzy obu walczących stron. Śpiewali, żartowali, wymieniali się świątecznymi prezentami – wszystkim, co trzymali w okopach: papierosami, konserwami czy czekoladą. Szeregowiec Percy Jones pisał do domu w Anglii: „trzymam się nieźle, mimo ogromnej ilości świątecznych paczek". Niemal wszystkie napisane w okopach podczas tamtych dni listy mówią jednym głosem: przestaliśmy walczyć, jest przepięknie.

Wtedy właśnie zakiełkowało marzenie o rozegraniu meczu piłki nożnej. On byłby ukoronowaniem tego karnawału życzliwości i odzyskanego rozsądku. Znów, jak jeszcze kilka dni wcześniej, pozostające w stanie wojny narody stanęłyby naprzeciw siebie. Ale tym razem walka miała się toczyć według ustalonych i przestrzeganych przez obie strony reguł.

To nie mogła być tylko niezobowiązująca zabawa puszką po konserwach. Gra to poważna sprawa. Ale powaga zabawy nie jest z tego świata. W grze nie chodzi o przestrzeń życiową, kolonialne interesy czy dumę narodu. W grze chodzi tylko o nią samą. Z ziemskiej perspektywy – punktu widzenia biologii, historii, polityki – zabawa jest kompletnie zbędna. I właśnie dlatego jest tak bardzo ludzka. I tak bardzo piękna. W końcu, jak twierdził Johann Huizinga, zabawa jest źródłem kultury.

Dlatego fantazja żołnierzy postawiła bramki, odmierzyła i wytyczyła linie końcowe boiska, stworzyła prawdziwą piłkę. Zobaczyli samych siebie na zamarzniętej, pełnej lejów po bombach i ludzkich szczątków ziemi niczyjej biegających za piłką i dali się porwać pięknu tej wizji. Bo zabawa jest nie tylko źródłem, ale i szczytem kultury. Rozgrywając ten mecz, narody Szekspira i Goethego, Tallisa i Bacha, Turnera i Friedricha udowodniłyby, że są godne swojej kultury. To, co zaczęło się od utworu Haendla, domknęłoby się w meczu piłki nożnej. Zabrzmiałby w nim prawdziwy finał, coda, spełnienie tych świąt Bożego Narodzenia na polach Flandrii.

Najważniejszy mecz w historii to spotkanie, które się nie odbyło.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL