Wojenna tajemnica. Dlaczego musiał zginąć płk Reszczyński

aktualizacja: 11.06.2017, 19:36
Foto: materiały prasowe

Komendant granatowej policji w Warszawie płk Aleksander Reszczyński ginie 5 marca 1943 roku od strzału zamachowca z Gwardii Ludowej. Zarzut: kolaborant. Czy jest możliwość innej oceny pułkownika?

Kolejnego upalnego dnia rekordowo gorącego lata 2015 roku z Allegro nadchodzi następne tomisko z czasów PRL-u. Tym razem są to: „Komunikaty Dowództwa Głównego Gwardii Ludowej i Armii Ludowej – dokumenty", opracowane przez „zespół pracowników Zakładu Historii Partii przy KC PZPR".

Siadam w cieniu i zaglądam do przybrudzonego tomu. Komunikaty są oparte na kolejnych wydaniach „Gwardzisty", a poszczególne sekcje posługują się oryginalnymi podtytułami wziętymi wprost z organu Gwardii Ludowej.

Wzmiankę o zamachu na Reszczyńskiego („Gwardzista" 12 kwietnia 1943) znajduję w omówieniu tego numeru, w sekcji „Walka ze szpiclami".

„W Warszawie grupa bojowa G.L. wykonała wyrok śmierci na komendancie policji granatowej okręgu warszawskiego Reszczyńskim, za wysługiwanie się Niemcom i znęcanie nad ludnością polską".

Obok informacje z tego samego wydania „Gwardzisty", o zabiciu komendanta komisariatu na Żoliborzu Kierskiego oraz szeregu innych „granatowych" policjantów, urzędników gminnych, volksdeutschów, żandarmów, konfidentów gestapo i innych osób „współpracujących z okupantem". (...)

Od dłuższego czasu zastanawiam się nad użytym przez Hankę określeniem śmiertelnego strzału oddanego do jej ojca, jako „typowego strzału katyńskiego". To emocjonalne sformułowanie jest jednocześnie niezwykle przenikliwe. Zawiera nie tylko informację niejako kryminalistyczną – „ojcu strzelono z małej odległości w tył głowy", ale niesie też ze sobą określony ładunek ideologiczny. Według Hanki jej ojciec nie tylko został zabity w ten sam sposób, co polscy oficerowie w Katyniu, ale też przez przedstawicieli tego samego systemu i z tych samych pobudek. Rzecz jasna, 5 marca 1943 roku o Katyniu w Polsce jeszcze nikt nie słyszał. Niemcy obwieścili światu swoje makabryczne znalezisko w lasach Kozich Gór dopiero miesiąc później. Ale kiedy już do tego doszło i kiedy stopniowo ujawniano, w jaki sposób ginęli Polacy w Katyniu, to skojarzenia wśród najbliższych Aleksandra Reszczyńskiego nie mogły być inne. (...)

Hanka ma rację. W pewnym sensie jej ojca spotkał katyński los, tyle że nie w 1940 w Katyniu, a trzy lata później w Warszawie. Jak inaczej określić tę sytuację? Działającą pod auspicjami Moskwy bojówkę, nocne przesłuchanie i strzał w potylicę? Nawet jeżeli żaden z zamachowców nie miał bezpośredniego kontaktu z NKWD, to już ich wszyscy mocodawcy z Komitetu Centralnego PPR, z jego I sekretarzem Pawłem Finderem na czele, byli szkoleni przez NKWD przed przerzuceniem do Polski.

Chociaż te analogie i powiązania personalne wydają mi się dosyć przekonujące, to bez wątpienia do wyobraźni jeszcze bardziej przemawia symbolizm samej daty zabójstwa podpułkownika Reszczyńskiego.

Tak zwana „decyzja katyńska" podjęta była w marcu 1940 roku. Na miesiąc przed rozpoczęciem masowych egzekucji. Sekretarz Biura Politycznego Komitetu Centralnego Partii Komunistycznej Bolszewików, Narodowy Komisarz do Spraw Wewnętrznych, Ławrentij Beria, pisze do Stalina o 24 700 polskich jeńcach wojennych i aresztowanych, twierdząc, że NKWD, „biorąc pod uwagę, że wszyscy oni są zatwardziałymi i niepoprawnymi wrogami władzy sowieckiej", uważa za niezbędne, by ich sprawy „rozpatrzyć w trybie specjalnym, z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary – rozstrzelania".

Stalin aprobuje. Zamaszystym podpisem na pół strony posyła Polaków na śmierć. Wszystko to ma miejsce 5 marca 1940 roku. Aleksander Reszczyński zostaje zamordowany 5 marca 1943 roku, dokładnie w trzecią rocznicę „decyzji katyńskiej". (...)

Jeśli nie liczyć opinii Gomułki i historyków partyjnych, to umieszczenie nazwiska Reszczyńskiego w indeksie „funkcjonariuszy aparatu terroru" w książce „1859 dni Warszawy" przez Władysława Bartoszewskiego było przykładem bodaj najsurowszej oceny postaci pułkownika w literaturze przedmiotu. Żaden liczący się historyk nie nazwał pułkownika wprost kolaborantem.

W swoim monumentalnym opracowaniu „Polska Walcząca" profesor Ślaski [Jerzy – red.] pisze o Reszczyńskim jak o „osobistości niewątpliwie kontrowersyjnej" i dosyć brutalnie przeciwstawia go służącym „w szeregach policji granatowej ludziom godnym najwyższego szacunku i pracującym dla Polski". Sam pisze jednak dalej, że mnożenie przykładów kolaboracji z jednej strony i bohaterstwa granatowych policjantów z drugiej jest pozbawione sensu, i sugeruje, że prawda leży gdzieś pośrodku. (...)

Robiłem to, co mi kazali

Jest luty 2016. Jadę do Londynu, osobiście porozmawiać z panem Januszem Cywińskim.

– Pułkownika Reszczyńskiego nie zamordował zwyczajny oddział, tylko specgrupa sztabu głównego, od specjalnych poruczeń można powiedzieć. Czy dobrze rozumiem, że pan zajmował się podobnymi zadaniami w szeregach Armii Krajowej?

– Robiłem to, co mi kazali. W jednym wypadku przeprowadzałem likwidację, razem z grupą kilku tych chłopców, którzy ze mną pracowali u Kozubowskiego [kpt. Bolesława Kozubowskiego, szefa Kontrwywiadu AK Okręgu Warszawa – red.]. Rozstrzelaliśmy czternaście osób. Za to, że wydawali Żydów do likwidacji Niemcom.

– Jak to wyglądało?

– Tak, że przyszedł rozkaz likwidacji tych gestapowców i trzeba było tę likwidację wykonać w ciągu następnych kilku godzin. Kontrwywiad Armii Krajowej otrzymał informację o tych, których szukał i do których się dobierał, bo przeprowadzali likwidację Żydów, wysyłając ich do Hotelu Polskiego. Ustalone zostało, że szef tego oddziału [Leon (Lolek) Skosowski – red.] będzie na kolacji w małej restauracji na rogu Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej. I to była pierwsza możliwość przeprowadzenia tej likwidacji, bo wcześniej nie można było do niego podejść. To był pierwszy taki wypadek i w związku z tym był rozkaz Chruściela [Antoni Chruściel, komendant Okręgu Warszawa ZWZ – red.], żeby robić likwidację natychmiast. Czasu mieliśmy na to raptem dwie godziny. Za mało, żeby wydać polecenie organizacji, takiej jak Kedyw, czy tym oddziałom AK, które się tym zajmowały. I w związku z tym jedyne rozwiązanie było takie, żeby [zrobiła to – red.] ta grupa u Kozubowskiego, która miała zupełnie inne zadania, ze względu na wiek (od szesnastu do osiemnastu lat) zajmowała się obserwowaniem. Tak zwana inwigilacja, to było jej jedyne zadanie. Ale to była jedyna grupa, która była pod ręką, którą można było wykorzystać. Dlatego ta grupa dostała rozkaz wykonania tych likwidacji. Strzelaliśmy w restauracji na Nowogrodzkiej, a potem w mieszkaniu prywatnym na Solcu (...)

Chodziło o skutek

Panie profesorze – pytam Andrzeja Krzysztofa Kunerta – a dlaczego właściwie GL miałaby zastrzelić Reszczyńskiego?

– Ciężko powiedzieć...

– Bo najwybitniejsi znawcy przedmiotu, tacy jak profesorowie Ślaski i Strzembosz, piszą, że właściwie to mogło być nieporozumienie, samowola...

– (...) była ogromna różnica, taka absolutnie ideowa, na zasadzie fundamentu, między Polskim Państwem Podziemnym i jego siłą zbrojną a komunistami. W tym sensie, że Polskie Państwo Podziemne naprawdę robiło wszystko, co było możliwe (...) żeby działać w ramach prawa. Zdawano sobie świetnie sprawę, że każda okupacja demoralizuje. Zdawano sobie znakomicie od początku sprawę, że trzeba nie tylko uregulować wymiar sprawiedliwości, ale że trzeba wziąć pod uwagę zwykłych ludzi, którzy muszą utrzymać rodzinę, zarobić na chleb, więc podejmują pracę w jakichś instytucjach mieszczących się w strukturach okupacyjnych...

I wymyślono strasznie fajną rzecz, (...) taką genialną tezę wyrażającą się trzema słowami: „granice konieczności życiowej". Wszystko to, co się mieści w tych ramach, jest dopuszczalne, a wykroczenie ponad to już może być karalne, a na pewno piętnowane. To nie musi być czyn zasługujący na karę śmierci, to może być po prostu nadgorliwość na stanowisku, które samo w sobie jest dopuszczalne.

– Służenie – tak, wysługiwanie się – nie?

– Tak. (...)

W związku z tym zawsze mnie śmieszyło, kiedy mówiono o „wykonaniu wyroku na Kutscherze" i tak dalej. Nie było oczywiście żadnych wyroków śmierci na Niemców. Wymiar sprawiedliwości Polskiego Państwa Podziemnego obejmował obywateli Rzeczypospolitej i naprawdę tego pilnowano. (...) Te różne legendy o przysyłaniu Niemcom wyroków śmierci na piśmie do domów to bzdura. Ale niemiecka panika, którą mamy odnotowaną w źródłach, wśród tych, którzy to otrzymywali, pokazuje, że to rzeczywiście działało. Był taki obraz tego podziemia, które obserwuje i daje sygnał, że trzeba uważać. Nie dotyczyły Niemców kary śmierci? Nieważne. Chodziło o zjawisko, o właściwy skutek, na jakim podziemiu zależało.

Fragment książki Macieja Bernatta-Reszczyńskiego, „Niewygodny Polak", która ukaże się w środę nakładem Wydawnictwa Poznańskiego". Autor jest dziennikarzem od 1989 roku związanym z BBC, m.in. kierował Redakcją Ukraińską BBC, był dyrektorem biura koordynacji programowej TVP. Jest wnukiem bohatera swojej książki, Aleksandra Reszczyńskiego, komendanta granatowej policji w Warszawie

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE