Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Patrząc na Łączkę, nadal chcecie likwidować IPN?

Fotorzepa, Maciej Zieniewicz
Jest takie miejsce w Polsce, które codziennie odwiedzają tłumy zwiedzających, choć to nie muzeum ani galeria handlowa. Nie jest ono także kościołem ani kaplicą, a często przychodzą się tam pomodlić księża. Przyjeżdżają niemal z całej Polski, ostatnio był tam nawet kardynał.

Nie jest studiem, ale różne stacje radiowe przyjeżdżają tam łączyć się ze swoimi słuchaczami na żywo. Nie jest to hospicjum ani dom dziecka, ale jako wolontariusze przychodzą tam pracować aktorzy i dziennikarze. Ministrowie zrzucają w tym miejscu marynarki, zakładają odblaskowe kamizelki i po instruktażu BHP łapią za łopaty i taczki.

Tak właśnie wygląda w ostatnich tygodniach kwatera na tzw. Łączce na warszawskich Powązkach, gdzie ekipa Instytutu Pamięci Narodowej poszukuje szczątków antykomunistycznych bohaterów, zamordowanych w czasach stalinowskich i pochowanych w bezimiennych grobach, tak by zatrzeć o nich wszelką pamięć. „Łączka", na której w tym roku wznowiono prace poszukiwawcze, stała się fenomenem, nie tylko archeologicznym, ale też kulturowym. I internetowym.

Dzięki pomysłowości wiceprezesa IPN prof. Krzysztofa Szwagrzyka, kierującego pracami poszukiwawczymi, działalność jego zespołu jest niemal na żywo dokumentowana. Na specjalnym koncie na Twitterze i na stronie poszukiwania.ipn.gov.pl prace na „Łączce" śledzone są przez tysiące internautów. Informacje o odnalezionych artefaktach docierają do grubo ponad 100 tysięcy odbiorców. Codziennie na profil trafia nowe zdjęcie.

Piątek na początku czerwca – odnaleziony w ziemi medalik. Na innym zdjęciu podsekretarz stanu w kancelarii prezydenta Wojciech Kolarski pcha taczki z ziemią do stołów pod namiotami, gdzie przesiewa się każdą garść ziemi w poszukiwaniu ludzkich szczątków i przedmiotów osobistych ofiar. Dwa dni wcześniej opublikowano fotografię nowo odkrytej jamy grobowej. Poprzedniego dnia zdjęcie rogowych okularów odkopanych na „Łączce". Wcześniej zdjęcia Magdaleny Ogórek czy sędziego Bogusława Nizieńskiego, którzy odwiedzili to miejsce.

Chwila rozmowy z prof. Szwagrzykiem wystarczy, by zobaczyć pasję, dzięki której to wszystko się dzieje. By zobaczyć zaangażowanie, z jakim stara się on przywrócić pamięć o ludziach, których skazano nie tylko na śmierć, ale również na zapomnienie. I dzięki tej pasji, którą zaraził współpracowników, każdy kto tylko chce, może niemal na żywo śledzić, jak odkrywana jest historia, jak przywracana jest pamięć o pomordowanych bohaterach.

Temu fenomenowi powinni się przyjrzeć politycy z obu stron politycznej barykady. Przede wszystkim ci, którzy w swoim programie wyborczym obiecują likwidację Instytutu Pamięci Narodowej. Niech przyjrzą się pracom na Łączce i zastanawiają się, czy rzeczywiście chcą, by przerwać prace poszukiwawcze na Powązkach. Czy chcą, by zamordowani w ubeckich katowniach dalej pozostali anonimowi? Czy chcą przyłożyć rękę do zbrodniczego planu zacierania pamięci po tych, którzy nie chcieli godzić się na narzuconą siłą komunistyczną władzę po II wojnie światowej?

Ale fenomenowi „Łączki" powinni się przyjrzeć również ludzie z drugiej strony. Z tej, z której dużo słyszymy o narodowej dumie, o budowaniu patriotycznej tożsamości. Często budowanie jej za pomocą narzędzi państwowych kończy się sztampą. Powinni uczyć się na tym przykładzie, jak wykorzystywać realne emocje, które pojawiają się u każdego, kto spędzi choć chwilę na Łączce. To świetna lekcja, jak budzić entuzjazm do poznawania przeszłości, jak w praktyce budować narodową dumę. I jak wykorzystać do tego media społecznościowe. Nie zbuduje się bowiem tej dumy nudnymi akademiami, lecz prawdziwymi emocjami.

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL