Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Joanna Szczepkowska: Ktoś tu gra w trzy karty

Fotorzepa
Patrzšc na polski teatr dziœ, mam wrażenie, że ktoœ gra ze mnš w trzy karty, hipnotyzuje i nabiera mnie.

Niekiedy widz teatralny dostaje takie miejsce, z którego widzi kawałek kulis i cały bałagan na zapleczu. Chciałby się zachwycić spektaklem, ale co ma zrobić, kiedy widzi to, co widzi? Jestem przeciwna działaniom rzšdu PiS, chciałabym wierzyć teatralnej lewicy, ale co mam zrobić z tym, co widzę? Patrzšc na polski teatr dziœ, mam wrażenie, że ktoœ gra ze mnš w trzy karty, hipnotyzuje i nabiera mnie.

W 2010 roku w polskim œrodowisku teatralnym odbyła się szeroka debata, którš wielu nazywało wręcz burzš. Był to ten sam rok, kiedy zostałam wybrana na prezesa ZASP i ten sam, w którym złożyłam dymisję. Chaos i sprzecznoœć różnych idei teatru okazały się nie do pogodzenia. Przed mojš rezygnacjš jednym z punktów zapalnych była grożšca aktorom ustawa o umowach sezonowych, którš chciało wprowadzić ministerstwo. Zrobiło się zamieszanie. Strona, nazwijmy jš „lewš", bliższa wtedy władzy, uważała, że umowy sezonowe to postęp. Strona druga to aktorzy, zwłaszcza ci, którzy pracowali w miastach, gdzie był tylko jeden lub dwa teatry. Umowy sezonowe oznaczały koniec zatrudnienia w oparciu o kodeksu pracy, wpływajšc na wiarygodnoœć kredytowš aktorów i zmniejszajšc ich poczucie stabilizacji. Aktorzy poczuli się potraktowani jak gorszy sort.

Z racji swojego stanowiska musiałam oczywiœcie bronić ich praw – to zresztš zakładał mój plan wyborczy, w którym zapisano walkę z szykujšcš się ustawš. Nie tylko musiałam ich bronić, ale też chciałam i robiłam to z czystym sercem. Kapitalistyczne zasady, na których teatralna lewica chciała stawiać swoje teatry, wydały mi się nieludzkie. Siłš rzeczy, wpisana w ten publiczny dialog, uczestniczyłam w różnych debatach, audycjach telewizyjnych i radiowych, dyskutujšc ze stronš przeciwnš. Z ich strony padały m.in. argumenty, że nie ma nic złego w tym, że aktorzy zwalniani nagle przez nowych dyrektorów majš się przemieszczać. Kilkuletni kontrakt dyrektorski też nie trzyma jednego człowieka w jednym miejscu. Ale koronnym argumentem było podkreœlanie, że aktorstwo to zajęcie wędrowne, a prawdziwy artysta podšża za swoim guru tam, gdzie ten zostanie wysłany. Moi rozmówcy obawiali się, że stałe zespoły zaczynajš dominować nad dyrektorami. „Nie wiadomo, co powie garderoba" – mówił mi całkiem serio jeden z dyrektorów, gdy proponowałam projekt wykraczajšcy obsadowo poza zespół teatru. Ten strach przed władzš garderoby często paraliżuje dyrektorów. „Garderoby majš wpływ nie tylko na repertuar. Potrafiš także wymusić zmianę dyrekcji" – usłyszałam.

Takie to oburzajšce panoszenie się aktorów przeszkadzało wtedy w budowaniu nowego oblicza teatru. A dzisiaj? Całkiem niespodziewany zwrot akcji. Służšcy pozamieniali się rolami z panami. Oto zgodnie z marzeniami teatralnej lewicy wprowadzono dyrektorskie kontrakty. Kiedy jednak kontrakt skończył się lewicowemu dyrektorowi Krzysztofowi Mieszkowskiemu, to teatralna lewica zaczęła protestować. Na miejscu dyrektora widziała tylko osobę podległš poprzedniemu dyrektorowi. Jakoœ trudno doszukać się tu entuzjazmu dla płodozmianu. Sama byłam i jestem przeciwna kierowaniu tym teatrem przez Cezarego Morawskiego, bo po prostu jest esencjš konwencjonalnego myœlenia i nie ma szans na stworzenie ważnego oœrodka. Ale trudno nie widzieć tego, że dla lewicy rola „garderoby" zmieniła się zupełnie. Aktorzy zwolnieni przez Morawskiego jakoœ nie podlegajš idei „wędrowania". Protestujšcy aktorzy z pozaklejanymi ustami to już bohaterowie, a nie „ucišżliwy i durny dominant". Dokładnie to samo dzieje się teraz, gdy kończy się kontrakt Jana Klaty. Dramat. Koniec teatru. Żałoba. Nie bardzo rozumiem. Przecież to wędrowny zawód. Miało być inaczej – dyrektor kończy kontrakt i radoœnie wędruje dalej. A aktorzy? Na zdjęciach z premiery „Wesela" widać ich smutek, a nawet rozpacz. To jak to się ma do lewicowych założeń? Według tamtych idei z 2010 roku moi wspaniali zresztš koledzy powinni założyć plecaki i podšżyć za Janem Klatš. Co tam rodziny, fundacje, co tam Floriańska Brama i Sukiennice. Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem, a twórcy nie sš jakimiœ tam filistrami, siedzšcymi w ciepłych mieszkankach, prawda? Tak sobie patrzę na swój teatralny los. Walczyłam o spokój bytowy aktorów. Moim przeciwnikiem była lewica afirmujšca niepokój aktorskich wędrówek. Szybka zmiana dekoracji i dziœ to ja wędruję po miastach i miasteczkach wyzwolona z etatów i oglšdam walkę lewicy o stałe miejsce w zabytkowym mieœcie. Takie to zmiany akcji, zmiany tekstu, taka to zmiana masek. Zabawa w trzy karty.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL