Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Scena nie uniosła ciężaru ego

materiały prasowe
Bardzo współczuję ludziom wybitnym. Ze swoich wielkich, wizjonerskich pomysłów muszš się oni notorycznie tłumaczyć maluczkim. To naprawdę nieznoœne, kiedy chcesz zrobić ponadtrzygodzinny porażajšcy rozmachem spektakl, w którym wykorzystasz cały zespół aktorski, pracowników technicznych, stworzysz rozbuchanš scenografię, a wszyscy tylko przewracajš oczami, wypominajšc ci, ile to będzie kosztować.

W końcu dostarczyłeœ przez lata wystarczajšco dużo dowodów na to, że na scenie jesteœ w stanie wystawić wszystko, więc czemu nie miałbyœ iœć krok dalej. Przesunšć granicę.

W wypadku „Snu srebrnego Salomei" tš granicš jest zespół aktorski. Zamiast niego na pokrytš notatkami scenę (niech nikt nie myœli, że się nie przygotował!) wychodzi reżyser. Uzbrojony w zestaw flamastrów wypisuje na płachcie papieru imiona kolejnych bohaterów, daty i wydarzenia. Jest ich tyle, że w pewnym momencie rysunek staje się nieczytelny, przypomina trochę pracę Cy Twombly'ego „Fifty day of Iliam", w której artysta na dziesięciu, przypominajšcych dziecięce bazgroły, rysunkach przedstawił chronologicznie wydarzenia wojny trojańskiej.

Zadara tłumaczy, wije się po scenie, biega, a to brzdška na gitarze, a to ludzkš koœciš rozbija blok styropianu, ukazujšc brutalny przebieg Koliszczyzny. Słowem, przypomina wypalonego zawodowo nauczyciela polskiego, który co prawda jutro powiesi się na krawacie, ale dziœ da swój ostatni, popisowy występ. Wizerunek nauczyciela-szaleńca, który zrobi wszystko, żeby przekazać uczniom wiedzę, psuje ustawiony za widowniš ekran, z którego reżyser czyta kolejne partie tekstu. Dodajmy, czyta nieudolnie, bo jak sam podkreœla: aktorem nie jest. Oczywiœcie, podobne zabiegi sš w teatrze znane, wystarczy choćby wspomnieć „Ten billion", wykład performatywny Stephena Emotta, szefa laboratorium Microsoftu na Uniwersytecie w Cambridge, który uznajšc, że słowa straciły moc, zrezygnował z klasycznych wykładów na rzecz występów teatralnych, w których opowiadał o zbliżajšcym się krytycznym przeludnieniu planety.

W przypadku Zadary pomysł ten nie działa. Nie pomaga ani grana na żywo przez Wacława Zimpela muzyka, ani szczštkowa reżyseria œwiateł. Dla Słowackiego synestezja jest podstawowym œrodkiem stylistycznym, a cały œwiat mieni się srebrem, złotem i czerwieniš. Ba, w jednej scenie Regimentarz tłumaczy Księżniczce, że dla niej księżyc jest czerwony, bo „ty jesteœ Ukrainkš, a ukraińskie miesišce w czerwieni" – co aż się prosi o mniej lub bardziej dosłownš grę œwiateł. Zamiast niej zostajš nam kolorowe mazaki, którymi reżyser, w mało plastyczny sposób, opisuje sceniczne wydarzenia.

A dlaczego, w ogóle „Sen srebrny..."? Zadara opisuje krwawe, kolonialne widowisko, pytajšc „skšd ta cała przemoc i brutalnoœć", i natychmiast odpowiadajšc samemu sobie, że właœciwie nie ma to sensu. Nie ma rozwišzania i nie ma ucieczki od tarantinowskiej etniczno-religijnej jatki. Reżyser mógł wykorzystać œwiat Słowackiego, żeby zapytać o los lawinowo poszerzajšcej się w Polsce mniejszoœci ukraińskiej. Czy zważywszy na różne akty rasizmu, na które mamy dowody, nasi nowi sšsiedzi na pewno czujš się u nas jak u siebie? Czy, nie oszukujmy się, nie znajšc dobrze historii polsko-ukraińskich relacji, jesteœmy zmuszeni powtarzać kalki z przeszłoœci? Te pytania ze sceny nie padajš. Politycznoœć teatru Słowackiego wydaje się odległa i płaska jak daty pisane na szkolnej tablicy.

Niestety, po raz kolejny jedyne pytanie, jakie widz może sobie zadać, wychodzšc z Teatru Studio, brzmi: „Jak można mieć aż tak ogromne ego?".

„Sen srebrny Salomei", scenariusz i reżyseria: Michał Zadara, Teatr Studio

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL