Rozstrzeliwanie ludzi to nie taka prosta sprawa. Fragment książki "Romanowowie" Simona Sebaga Montefiore

aktualizacja: 17.07.2017, 19:00
Car Mikołaj II z rodziną. Bolszewicy nie mieli dla nich litości
Car Mikołaj II z rodziną. Bolszewicy nie mieli dla nich litości
Foto: Roger-Viollet/AFP

99 lat temu, 17 lipca 1918 roku car Mikołaj II Romanow i jego rodzina zostali zamordowani w Jekaterynburgu przez oddział Czeka. Przypominamy tekst z Plusa Minusa z kwietnia 2016 roku.

REDAKCJA POLECA
18.07.2017
Nowe dokumenty Armii Czerwonej o Polsce
17.07.2017
Wierni zwolennicy ostatniego cara
04.03.2016
Osobliwe piękno rynku, czyli historia Rothschildów
kariera
Millenialsi - czego oczekują od pracodawcy?

Wszystkich dziesięciu zabójców wycelowało broń w byłego cara i zaczęło strzelać mu w pierś, która buchnęła krwią. Prawie żaden z zabójców nie strzelał do pozostałych ofiar, które, sparaliżowane strachem, krzyczały histerycznie. Rozpętało się prawdziwe piekło.

Dwunastego lipca w numerze trzecim w hotelu Amerika Gołoszczokin oświadczył członkom prezydium, że Moskwa zatwierdziła plan egzekucji, chociaż z pewnymi zastrzeżeniami. Lenin nadal przemyśliwał nad procesem, ale w końcu doszedł do wniosku, że w obecnej sytuacji rzecz jest niewykonalna. Z treści rozkazów, które otrzymał Jurowski w czasie bytności Gołoszczokina w Moskwie, wynika jasno, że podczas dyskusji ze Swierdłowem i Gołoszczokinem na Kremlu Lenin zgodził się na zamordowanie całej rodziny carskiej. Termin egzekucji pozostawiono do decyzji komisarzy z Uralu, ponieważ zależał on od sytuacji na froncie pod Jekaterynburgiem. Romanowów nie można było bezpiecznie wywieźć, więc gdyby miastu groziło zajęcie przez białych, Rada Uralska miała wolną rękę w wykonaniu rozkazu, z którym Gołoszczokin wrócił do Jekaterynburga. Ustalono, że działacze uralscy użyją kryptonimów: „Proces" miał oznaczać rozstrzelanie, a operacja Jurowskiego otrzymała prozaiczny kryptonim „Kominiarz". „Sami podjęliśmy decyzję – wspominał Wojkow – ponieważ biali zbliżali się do Jekaterynburga".

„15 lipca rozpocząłem przygotowania – pisał Jurowski – bo trzeba było zrobić wszystko szybko. Postanowiłem wziąć tylu ludzi, ilu było rozstrzeliwanych. Zebrałem ich razem, wyjaśniłem, o co chodzi... Trzeba powiedzieć, że rozstrzeliwanie ludzi to nie taka prosta sprawa, jakby się niektórym mogło wydawać". Do przeprowadzenia egzekucji wybrano już wcześniej batalion złożony z Łotyszy i Węgrów. Jurowski musiał teraz wybrać w domu Ipatiewa odpowiednie miejsce. Uznał, że najlepsze będzie pomieszczenie piwniczne o powierzchni 6 na 7,5 metra, oświetlone pojedynczą żarówką i częściowo znajdujące się pod ziemią.

Uwięzieni wiedzieli, że front się zbliża. „Ciągle słychać, jak przejeżdża artyleria... Także wojska maszerujące przy muzyce" – zanotowała Aleksandra. Grzmiały haubice. 14 lipca miejscowy pop, ojciec Iwan Storożew, za zgodą komendanta przyszedł odprawić mszę. Wszyscy członkowie rodziny – dziewczęta ubrane w czarne spódnice i białe bluzki, z włosami sięgającymi już do ramion – padli na kolana i oddali się modlitwie. Storożewa wzruszyła ta żarliwa pobożność: Romanowowie byli głęboko religijni, a gorąca wiara pomagała im dotąd przetrwać wszystkie trudy. Bez względu na to, co myśli się o byłym carze i jego rodzinie, można tylko podziwiać, z jaką cierpliwością, humorem i godnością Romanowowie znosili uwięzienie mimo ciągłych upokorzeń, napięcia i strachu – chociaż wokół nich robiło się coraz posępniej, a pętla się zaciskała. Po nabożeństwie dziewczęta, okazując szczerą bogobojność i nieskazitelne maniery, szepnęły duchownemu: „Dziękujemy".

Ostatnia kolacja

Szesnastego lipca nastał „pochmurny poranek, potem [zrobiła się] piękna słoneczna pogoda". Aleksy był „lekko przeziębiony – pisała Aleksandra – [ale] wszyscy wyszli na dwór na pół godziny". Potem „razem z Olgą przygotowywałyśmy nasze lekarstwa" – co oznaczało, że zaszyły klejnoty i rodzina była gotowa do nagłej zmiany miejsca pobytu. „Codziennie rano przychodzi do nas komendant [Jurowski], wreszcie, po tygodniu, przyniósł jajka dla Dzidziusia".

W wojskowej bazie transportowej Jurowski zamówił ciężarówkę Fiata do przewozu zwłok. Za dziesięć szósta po południu Filip Gołoszczokin zadepeszował do Grigorija Zinowjewa (przewodniczącego Rady Piotrogrodzkiej): „Dajcie Moskwie znać, że ze względów wojskowych proces uzgodniony z Filipem [Gołoszczokinem] nie może zostać odroczony; nie możemy czekać. Jeśli macie inną opinię, proszę o niezwłoczne powiadomienie. Gołoszczokin". Jurowski wspominał, że centrala telegraficznie wydała zgodę, chociaż depeszy tej nie znaleziono. Gołoszczokin i Biełoborodow wezwali przestraszonego Jermakowa i oznajmili mu: „Macie szczęście. Zostaliście wybrani do przeprowadzenia egzekucji i pogrzebania zwłok w taki sposób, żeby nikt ich nie znalazł".

Kiedy o ósmej Romanowowie jedli kolację, komendant oświadczył wyższej rangi strażnikom: „Dziś w nocy musimy wszystkich rozstrzelać". W jego biurze zgromadzono potrzebny arsenał: sześć pistoletów i osiem rewolwerów, w tym dwa mauzery. Ofiar miało być 11. Jurowski wezwał do siebie pluton egzekucyjny, ale „w ostatniej chwili dwóch Łotyszy odmówiło" – nie chcieli zabijać dziewcząt. „Okazali się ludźmi bez charakteru". Zostało dziesięciu, a może nawet tylko ośmiu: on sam, jego zastępca Nikulin, Jermakow, który przyszedł pijany, jeszcze dwóch strażników i czterech, pięciu innych ludzi z bronią, w tym 17-letni chłopak. Dołączył do nich Gołoszczokin.

Po kolacji Jurowski wyszedł z biura i odprawił posługacza kuchennego Lońkę Siedniewa, który zaprzyjaźnił się z Romanowami; wyjaśnił im, że Lońka musi się spotkać z wujem. „Zastanawiamy się, czy to prawda i czy zobaczymy jeszcze tego chłopca" – pisała Aleksandra w dzienniku. Przed położeniem się spać zanotowała jeszcze: „Bezik z N[ickym]. O wpół do jedenastej poszłam spać. 15 stopni".

Jurowski czekał na ciężarówkę. Tymczasem w pokojach Romanowów zgasły światła. O wpół do drugiej 17 lipca ciężarówka zajechała pod dom. Jurowski zapukał do drzwi doktora Botkina. Wyjaśnił, że „trzeba obudzić wszystkich, bo w mieście jest niespokojnie i należy ich przenieść w bezpieczniejsze miejsce", ale żeby nie „sprawiać im niepotrzebnego bólu, dałem im dużo czasu na ubranie się". Botkin obudził rodzinę. Dziewczęta włożyły bieliznę ciężką od zaszytej biżuterii.

Jurowski wrócił szybko do biura, przydzielił każdemu zabójcy konkretną ofiarę, a potem rozdał broń. Sam wziął mauzera i colta, a Jermakow, „pijacko bełkocząc", uzbroił się w trzy nagany, mauzer i bagnet, bo jedyny miał zabić dwie osoby: Aleksandrę i Botkina. Jurowski kazał swoim ludziom „strzelać prosto w serce, żeby uniknąć nadmiernego rozlewu krwi i szybko skończyć".

Mniej więcej kwadrans po drugiej Mikołaj pierwszy wyszedł z pokoju, niosąc na rękach Aleksego. Obaj mieli na sobie mundury i czapki z daszkiem (z zaszytymi w nich klejnotami). Po nich pojawiła się Aleksandra z dziewczętami w białych bluzkach i ciemnych spódnicach, potem doktor Botkin (elegancki, w marynarce i krawacie) oraz trzech służących. Trzy psy pozostały na piętrze. Mijając wypchaną niedźwiedzicę na podeście schodów, rodzina przeżegnała się przez szacunek dla martwej istoty. „No cóż, wyprowadzamy się" – powiedział Mikołaj. Jurowski poprowadził ich przez podwórko, obok pomieszczenia, w którym czekali zabójcy. Przez dwuskrzydłowe drzwi weszli do piwnicy.

– Przecież tu nawet nie ma krzeseł – zdziwiła się Aleksandra, chuda, szara, z potarganymi włosami. – Nie można usiąść?

Jurowski kazał przynieść dwa krzesła. Na jednym usiadła Aleksandra, a Mikołaj „delikatnie posadził syna na drugim, stojącym na środku izby"; potem „stanął przed [Aleksym], zasłaniając go sobą". Botkin stanął za chłopcem, a Tatiana zaraz za krzesłem matki; za Tatianą stanęła Anastazja. Olga i Maria oparły się o przeciwległą ścianę. Jurowski pisał potem, że pomieszczenie „nagle wydało się bardzo małe". Oznajmiwszy, że idzie po ciężarówkę, wyszedł. „Romanowowie byli zupełnie spokojni, niczego nie podejrzewali".

Jermakow polecił szoferowi wjechać tyłem na podwórko i zwiększyć obroty silnika, żeby zagłuszyć huk strzałów. Kiedy silnik głośno warkotał, Jurowski wprowadził pluton egzekucyjny do piwnicy.

Kazał więźniom wstać. „Wobec tego, że wasi krewni – czytał z kartki – nadal atakują Rosję Sowiecką, prezydium Rady Uralskiej skazało was na rozstrzelanie".

– O Boże, o mój Boże – powiedział Mikołaj. – Co to ma znaczyć?

– O Boże, nie! – rozległy się przestraszone okrzyki.

– A więc nie przenosicie nas w inne miejsce? – zapytał Botkin.

– Nic nie rozumiem – zwrócił się Mikołaj do Jurowskiego. – Przeczytajcie jeszcze raz.

Jurowski przeczytał postanowienie.

– Co, co? – wyjąkał Mikołaj.

– To! – Jurowski szybkim ruchem wyjął pistolet i strzelił mu prosto w pierś. Wszystkich dziesięciu zabójców wycelowało broń w byłego cara i zaczęło strzelać mu w pierś, która buchnęła krwią. „Strzeliłem do Mikołaja i wszyscy inni też do niego strzelili". Każdy strzał wstrząsał ciałem Mikołaja, który z nieprzytomnymi oczami „runął do przodu i zwalił się na podłogę". W trakcie kanonady trafieni zostali Botkin i służący, którzy upadli na ziemię. Prawie żaden z zabójców nie strzelał do pozostałych ofiar, które, sparaliżowane strachem, krzyczały histerycznie. Rozpętało się prawdziwe piekło. Jurowski wykrzykiwał rozkazy, ale strzelanina robiła się „coraz bardziej chaotyczna"; huk strzałów był tak ogłuszający, a dym i kurz tak gęste, że nikt nic nie widział ani niczego nie słyszał. „Pociski latały po całej izbie". Jeden z zabójców został ranny w rękę. „Kula jednego ze strzelających z tyłu gwizdnęła mi koło głowy" – wspominał Jurowski; ci z przodu zostali poparzeni.

Aleksandra przeżegnała się. Zawsze wierzyła, że ona i Nicky, jak napisała zaraz po ślubie, będą „zjednoczeni, połączeni na zawsze, a gdy życie się skończy, spotkamy się na tamtym świecie, by pozostać razem na wieki". Kiedy podniosła rękę, Jermakow strzelił jej z bliska w głowę, z której bryznęły krew i mózg. Maria rzuciła się do podwójnych drzwi z tyłu pomieszczenia, dlatego Jermakow, wyciągnąwszy nagana zza pasa, strzelił do niej, trafiając w udo. Jednak dym i chmury pyłu gipsowego ograniczały widoczność. Jurowski kazał przerwać strzelanie i otworzył drzwi, żeby strzelający, kaszląc i spluwając, złapali oddech. Z izby dochodziły ich „jęki, krzyki i cichy szloch". Tylko Mikołaj i Aleksandra oraz dwoje służących nie żyli. Po chwili zabójcy weszli za Jurowskim z powrotem do izby. Ponieważ Botkin podnosił się z podłogi, Jurowski przystawił mu mauzera do głowy i pociągnął za spust. Widząc, że Aleksy wciąż siedzi na krześle jak skamieniały, z bladą twarzą zbryzganą krwią ojca, Jurowski i jego zastępca Nikulin zaczęli strzelać do niego. Chłopiec upadł na ziemię, ale żył, bo słychać było jego jęki.

Komendant wezwał Jermakowa, który wyciągnął bagnet i zaczął w zapamiętaniu dźgać rannego chłopca. Mimo że krew tryskała, biedny Aleksy, chroniony przez swój brylantowy pancerz, nadal pojękiwał. W końcu Jurowski dobył colta, odsunął na bok Jermakowa i strzelił carewiczowi w głowę. Olga, Tatiana i Anastazja, którym na razie nic się nie stało, zbiły się w gromadkę i krzyczały opętańczo. „Wzięliśmy się do ich dobijania". Kiedy Jurowski i Jermakow, przestępując przez ciała zabitych, ruszyli w ich stronę, dziewczęta kucnęły, skuliły się i zakryły rękami głowy. Jurowski strzelił Tatianie w tył głowy, obryzgując Olgę „fontanną krwi i mózgu"; potem zakrwawiony Jermakow przewrócił Olgę i strzelił jej w szczękę. Maria, ranna w nogę, i Anastazja wciąż żyły, wzywając pomocy. Jermakow obrócił się i dźgnął Marię w pierś, ale „bagnet [znów] nie chciał przebić stanika", więc Jermakow zastrzelił dziewczynę. Anastazja, ostatnia z rodziny, ruszała się jeszcze. Wymachując bagnetem, Jermakow przyparł ją do ściany i próbował przebić, lecz ostrze ześliznęło się po brylantowym pancerzu i trafiło w mur. „Krzyczała i walczyła", aż w końcu Jermakow wyjął jeszcze jeden pistolet i strzelił jej w głowę. Upojony przelaną krwią, wpadł w morderczy szał. Odwrócił się i zaczął dźgać ciała Mikołaja i Aleksandry bagnetem z taką siłą, że łamał kości i wbijał je w deski podłogi. Frejlina Anna Diemidowa nagle się ocknęła: „Dzięki Bogu! Bóg mnie ocalił!". Jermakow dźgał ją dopóty, dopóki nie zamilkła.

Na koniec zabili psa

Po dziesięciu minutach krwawej łaźni Jurowski sprawdził, czy wszystkie ofiary nie żyją, po czym rozkazał „ludziom, żeby zaczęli wynosić ciała". Kiedy wrzucali je do ciężarówki, buldog Tatiany Ortino zbiegł po schodach, ale jeden z żołnierzy przebił go bagnetem. Jurowski wszedł chwiejnie do biura i położył się na kanapie, nakrywając głowę zimną chustką. Tymczasem przyjechał Wojkow, który zszedł do piwnicy: „Ciała leżały w strasznym nieładzie, ze wzrokiem zastygłym w przerażeniu, ubrania uwalane krwią. Podłoga była śliska od krwi i mózgów jak lodowisko". Kiedy wynoszono dziewczęta, przypuszczalnie Marię i Anastazję, zaczęły charczeć i krzyczeć – żyły jeszcze. Jermakow wziął karabin i znów zaczął je dźgać bagnetem, na widok czego kilku zabójców zwymiotowało i uciekło. Inni tymczasem ukradli zegarki, pierścionki i wysadzaną brylantami papierośnicę Mikołaja. Jurowski zawołał oprawców do siebie i pod karą śmierci zażądał oddania kosztowności.

Fragment książki Simon Sebag Montefiore, „Romanowowie 1613–1918", przeł. Tomasz Fiedorek, Władysław Jeżewski, wyd. Magnum

Śródtytuły pochodzą od redakcji

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE