Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Rozstrzeliwanie ludzi to nie taka prosta sprawa. Fragment ksišżki "Romanowowie" Simona Sebaga Montefiore

Car Mikołaj II z rodzinš. Bolszewicy nie mieli dla nich litoœci
Roger-Viollet/AFP
99 lat temu, 17 lipca 1918 roku car Mikołaj II Romanow i jego rodzina zostali zamordowani w Jekaterynburgu przez oddział Czeka. Przypominamy tekst z Plusa Minusa z kwietnia 2016 roku.

Wszystkich dziesięciu zabójców wycelowało broń w byłego cara i zaczęło strzelać mu w pierœ, która buchnęła krwiš. Prawie żaden z zabójców nie strzelał do pozostałych ofiar, które, sparaliżowane strachem, krzyczały histerycznie. Rozpętało się prawdziwe piekło.

Dwunastego lipca w numerze trzecim w hotelu Amerika Gołoszczokin oœwiadczył członkom prezydium, że Moskwa zatwierdziła plan egzekucji, chociaż z pewnymi zastrzeżeniami. Lenin nadal przemyœliwał nad procesem, ale w końcu doszedł do wniosku, że w obecnej sytuacji rzecz jest niewykonalna. Z treœci rozkazów, które otrzymał Jurowski w czasie bytnoœci Gołoszczokina w Moskwie, wynika jasno, że podczas dyskusji ze Swierdłowem i Gołoszczokinem na Kremlu Lenin zgodził się na zamordowanie całej rodziny carskiej. Termin egzekucji pozostawiono do decyzji komisarzy z Uralu, ponieważ zależał on od sytuacji na froncie pod Jekaterynburgiem. Romanowów nie można było bezpiecznie wywieŸć, więc gdyby miastu groziło zajęcie przez białych, Rada Uralska miała wolnš rękę w wykonaniu rozkazu, z którym Gołoszczokin wrócił do Jekaterynburga. Ustalono, że działacze uralscy użyjš kryptonimów: „Proces" miał oznaczać rozstrzelanie, a operacja Jurowskiego otrzymała prozaiczny kryptonim „Kominiarz". „Sami podjęliœmy decyzję – wspominał Wojkow – ponieważ biali zbliżali się do Jekaterynburga".

„15 lipca rozpoczšłem przygotowania – pisał Jurowski – bo trzeba było zrobić wszystko szybko. Postanowiłem wzišć tylu ludzi, ilu było rozstrzeliwanych. Zebrałem ich razem, wyjaœniłem, o co chodzi... Trzeba powiedzieć, że rozstrzeliwanie ludzi to nie taka prosta sprawa, jakby się niektórym mogło wydawać". Do przeprowadzenia egzekucji wybrano już wczeœniej batalion złożony z Łotyszy i Węgrów. Jurowski musiał teraz wybrać w domu Ipatiewa odpowiednie miejsce. Uznał, że najlepsze będzie pomieszczenie piwniczne o powierzchni 6 na 7,5 metra, oœwietlone pojedynczš żarówkš i częœciowo znajdujšce się pod ziemiš.

Uwięzieni wiedzieli, że front się zbliża. „Cišgle słychać, jak przejeżdża artyleria... Także wojska maszerujšce przy muzyce" – zanotowała Aleksandra. Grzmiały haubice. 14 lipca miejscowy pop, ojciec Iwan Storożew, za zgodš komendanta przyszedł odprawić mszę. Wszyscy członkowie rodziny – dziewczęta ubrane w czarne spódnice i białe bluzki, z włosami sięgajšcymi już do ramion – padli na kolana i oddali się modlitwie. Storożewa wzruszyła ta żarliwa pobożnoœć: Romanowowie byli głęboko religijni, a goršca wiara pomagała im dotšd przetrwać wszystkie trudy. Bez względu na to, co myœli się o byłym carze i jego rodzinie, można tylko podziwiać, z jakš cierpliwoœciš, humorem i godnoœciš Romanowowie znosili uwięzienie mimo cišgłych upokorzeń, napięcia i strachu – chociaż wokół nich robiło się coraz posępniej, a pętla się zaciskała. Po nabożeństwie dziewczęta, okazujšc szczerš bogobojnoœć i nieskazitelne maniery, szepnęły duchownemu: „Dziękujemy".

Ostatnia kolacja

Szesnastego lipca nastał „pochmurny poranek, potem [zrobiła się] piękna słoneczna pogoda". Aleksy był „lekko przeziębiony – pisała Aleksandra – [ale] wszyscy wyszli na dwór na pół godziny". Potem „razem z Olgš przygotowywałyœmy nasze lekarstwa" – co oznaczało, że zaszyły klejnoty i rodzina była gotowa do nagłej zmiany miejsca pobytu. „Codziennie rano przychodzi do nas komendant [Jurowski], wreszcie, po tygodniu, przyniósł jajka dla Dzidziusia".

W wojskowej bazie transportowej Jurowski zamówił ciężarówkę Fiata do przewozu zwłok. Za dziesięć szósta po południu Filip Gołoszczokin zadepeszował do Grigorija Zinowjewa (przewodniczšcego Rady Piotrogrodzkiej): „Dajcie Moskwie znać, że ze względów wojskowych proces uzgodniony z Filipem [Gołoszczokinem] nie może zostać odroczony; nie możemy czekać. Jeœli macie innš opinię, proszę o niezwłoczne powiadomienie. Gołoszczokin". Jurowski wspominał, że centrala telegraficznie wydała zgodę, chociaż depeszy tej nie znaleziono. Gołoszczokin i Biełoborodow wezwali przestraszonego Jermakowa i oznajmili mu: „Macie szczęœcie. Zostaliœcie wybrani do przeprowadzenia egzekucji i pogrzebania zwłok w taki sposób, żeby nikt ich nie znalazł".

Kiedy o ósmej Romanowowie jedli kolację, komendant oœwiadczył wyższej rangi strażnikom: „Dziœ w nocy musimy wszystkich rozstrzelać". W jego biurze zgromadzono potrzebny arsenał: szeœć pistoletów i osiem rewolwerów, w tym dwa mauzery. Ofiar miało być 11. Jurowski wezwał do siebie pluton egzekucyjny, ale „w ostatniej chwili dwóch Łotyszy odmówiło" – nie chcieli zabijać dziewczšt. „Okazali się ludŸmi bez charakteru". Zostało dziesięciu, a może nawet tylko oœmiu: on sam, jego zastępca Nikulin, Jermakow, który przyszedł pijany, jeszcze dwóch strażników i czterech, pięciu innych ludzi z broniš, w tym 17-letni chłopak. Dołšczył do nich Gołoszczokin.

Po kolacji Jurowski wyszedł z biura i odprawił posługacza kuchennego Lońkę Siedniewa, który zaprzyjaŸnił się z Romanowami; wyjaœnił im, że Lońka musi się spotkać z wujem. „Zastanawiamy się, czy to prawda i czy zobaczymy jeszcze tego chłopca" – pisała Aleksandra w dzienniku. Przed położeniem się spać zanotowała jeszcze: „Bezik z N[ickym]. O wpół do jedenastej poszłam spać. 15 stopni".

Jurowski czekał na ciężarówkę. Tymczasem w pokojach Romanowów zgasły œwiatła. O wpół do drugiej 17 lipca ciężarówka zajechała pod dom. Jurowski zapukał do drzwi doktora Botkina. Wyjaœnił, że „trzeba obudzić wszystkich, bo w mieœcie jest niespokojnie i należy ich przenieœć w bezpieczniejsze miejsce", ale żeby nie „sprawiać im niepotrzebnego bólu, dałem im dużo czasu na ubranie się". Botkin obudził rodzinę. Dziewczęta włożyły bieliznę ciężkš od zaszytej biżuterii.

Jurowski wrócił szybko do biura, przydzielił każdemu zabójcy konkretnš ofiarę, a potem rozdał broń. Sam wzišł mauzera i colta, a Jermakow, „pijacko bełkoczšc", uzbroił się w trzy nagany, mauzer i bagnet, bo jedyny miał zabić dwie osoby: Aleksandrę i Botkina. Jurowski kazał swoim ludziom „strzelać prosto w serce, żeby uniknšć nadmiernego rozlewu krwi i szybko skończyć".

Mniej więcej kwadrans po drugiej Mikołaj pierwszy wyszedł z pokoju, niosšc na rękach Aleksego. Obaj mieli na sobie mundury i czapki z daszkiem (z zaszytymi w nich klejnotami). Po nich pojawiła się Aleksandra z dziewczętami w białych bluzkach i ciemnych spódnicach, potem doktor Botkin (elegancki, w marynarce i krawacie) oraz trzech służšcych. Trzy psy pozostały na piętrze. Mijajšc wypchanš niedŸwiedzicę na podeœcie schodów, rodzina przeżegnała się przez szacunek dla martwej istoty. „No cóż, wyprowadzamy się" – powiedział Mikołaj. Jurowski poprowadził ich przez podwórko, obok pomieszczenia, w którym czekali zabójcy. Przez dwuskrzydłowe drzwi weszli do piwnicy.

– Przecież tu nawet nie ma krzeseł – zdziwiła się Aleksandra, chuda, szara, z potarganymi włosami. – Nie można usišœć?

Jurowski kazał przynieœć dwa krzesła. Na jednym usiadła Aleksandra, a Mikołaj „delikatnie posadził syna na drugim, stojšcym na œrodku izby"; potem „stanšł przed [Aleksym], zasłaniajšc go sobš". Botkin stanšł za chłopcem, a Tatiana zaraz za krzesłem matki; za Tatianš stanęła Anastazja. Olga i Maria oparły się o przeciwległš œcianę. Jurowski pisał potem, że pomieszczenie „nagle wydało się bardzo małe". Oznajmiwszy, że idzie po ciężarówkę, wyszedł. „Romanowowie byli zupełnie spokojni, niczego nie podejrzewali".

Jermakow polecił szoferowi wjechać tyłem na podwórko i zwiększyć obroty silnika, żeby zagłuszyć huk strzałów. Kiedy silnik głoœno warkotał, Jurowski wprowadził pluton egzekucyjny do piwnicy.

Kazał więŸniom wstać. „Wobec tego, że wasi krewni – czytał z kartki – nadal atakujš Rosję Sowieckš, prezydium Rady Uralskiej skazało was na rozstrzelanie".

– O Boże, o mój Boże – powiedział Mikołaj. – Co to ma znaczyć?

– O Boże, nie! – rozległy się przestraszone okrzyki.

– A więc nie przenosicie nas w inne miejsce? – zapytał Botkin.

– Nic nie rozumiem – zwrócił się Mikołaj do Jurowskiego. – Przeczytajcie jeszcze raz.

Jurowski przeczytał postanowienie.

– Co, co? – wyjškał Mikołaj.

– To! – Jurowski szybkim ruchem wyjšł pistolet i strzelił mu prosto w pierœ. Wszystkich dziesięciu zabójców wycelowało broń w byłego cara i zaczęło strzelać mu w pierœ, która buchnęła krwiš. „Strzeliłem do Mikołaja i wszyscy inni też do niego strzelili". Każdy strzał wstrzšsał ciałem Mikołaja, który z nieprzytomnymi oczami „runšł do przodu i zwalił się na podłogę". W trakcie kanonady trafieni zostali Botkin i służšcy, którzy upadli na ziemię. Prawie żaden z zabójców nie strzelał do pozostałych ofiar, które, sparaliżowane strachem, krzyczały histerycznie. Rozpętało się prawdziwe piekło. Jurowski wykrzykiwał rozkazy, ale strzelanina robiła się „coraz bardziej chaotyczna"; huk strzałów był tak ogłuszajšcy, a dym i kurz tak gęste, że nikt nic nie widział ani niczego nie słyszał. „Pociski latały po całej izbie". Jeden z zabójców został ranny w rękę. „Kula jednego ze strzelajšcych z tyłu gwizdnęła mi koło głowy" – wspominał Jurowski; ci z przodu zostali poparzeni.

Aleksandra przeżegnała się. Zawsze wierzyła, że ona i Nicky, jak napisała zaraz po œlubie, będš „zjednoczeni, połšczeni na zawsze, a gdy życie się skończy, spotkamy się na tamtym œwiecie, by pozostać razem na wieki". Kiedy podniosła rękę, Jermakow strzelił jej z bliska w głowę, z której bryznęły krew i mózg. Maria rzuciła się do podwójnych drzwi z tyłu pomieszczenia, dlatego Jermakow, wycišgnšwszy nagana zza pasa, strzelił do niej, trafiajšc w udo. Jednak dym i chmury pyłu gipsowego ograniczały widocznoœć. Jurowski kazał przerwać strzelanie i otworzył drzwi, żeby strzelajšcy, kaszlšc i spluwajšc, złapali oddech. Z izby dochodziły ich „jęki, krzyki i cichy szloch". Tylko Mikołaj i Aleksandra oraz dwoje służšcych nie żyli. Po chwili zabójcy weszli za Jurowskim z powrotem do izby. Ponieważ Botkin podnosił się z podłogi, Jurowski przystawił mu mauzera do głowy i pocišgnšł za spust. Widzšc, że Aleksy wcišż siedzi na krzeœle jak skamieniały, z bladš twarzš zbryzganš krwiš ojca, Jurowski i jego zastępca Nikulin zaczęli strzelać do niego. Chłopiec upadł na ziemię, ale żył, bo słychać było jego jęki.

Komendant wezwał Jermakowa, który wycišgnšł bagnet i zaczšł w zapamiętaniu dŸgać rannego chłopca. Mimo że krew tryskała, biedny Aleksy, chroniony przez swój brylantowy pancerz, nadal pojękiwał. W końcu Jurowski dobył colta, odsunšł na bok Jermakowa i strzelił carewiczowi w głowę. Olga, Tatiana i Anastazja, którym na razie nic się nie stało, zbiły się w gromadkę i krzyczały opętańczo. „Wzięliœmy się do ich dobijania". Kiedy Jurowski i Jermakow, przestępujšc przez ciała zabitych, ruszyli w ich stronę, dziewczęta kucnęły, skuliły się i zakryły rękami głowy. Jurowski strzelił Tatianie w tył głowy, obryzgujšc Olgę „fontannš krwi i mózgu"; potem zakrwawiony Jermakow przewrócił Olgę i strzelił jej w szczękę. Maria, ranna w nogę, i Anastazja wcišż żyły, wzywajšc pomocy. Jermakow obrócił się i dŸgnšł Marię w pierœ, ale „bagnet [znów] nie chciał przebić stanika", więc Jermakow zastrzelił dziewczynę. Anastazja, ostatnia z rodziny, ruszała się jeszcze. Wymachujšc bagnetem, Jermakow przyparł jš do œciany i próbował przebić, lecz ostrze zeœliznęło się po brylantowym pancerzu i trafiło w mur. „Krzyczała i walczyła", aż w końcu Jermakow wyjšł jeszcze jeden pistolet i strzelił jej w głowę. Upojony przelanš krwiš, wpadł w morderczy szał. Odwrócił się i zaczšł dŸgać ciała Mikołaja i Aleksandry bagnetem z takš siłš, że łamał koœci i wbijał je w deski podłogi. Frejlina Anna Diemidowa nagle się ocknęła: „Dzięki Bogu! Bóg mnie ocalił!". Jermakow dŸgał jš dopóty, dopóki nie zamilkła.

Na koniec zabili psa

Po dziesięciu minutach krwawej łaŸni Jurowski sprawdził, czy wszystkie ofiary nie żyjš, po czym rozkazał „ludziom, żeby zaczęli wynosić ciała". Kiedy wrzucali je do ciężarówki, buldog Tatiany Ortino zbiegł po schodach, ale jeden z żołnierzy przebił go bagnetem. Jurowski wszedł chwiejnie do biura i położył się na kanapie, nakrywajšc głowę zimnš chustkš. Tymczasem przyjechał Wojkow, który zszedł do piwnicy: „Ciała leżały w strasznym nieładzie, ze wzrokiem zastygłym w przerażeniu, ubrania uwalane krwiš. Podłoga była œliska od krwi i mózgów jak lodowisko". Kiedy wynoszono dziewczęta, przypuszczalnie Marię i Anastazję, zaczęły charczeć i krzyczeć – żyły jeszcze. Jermakow wzišł karabin i znów zaczšł je dŸgać bagnetem, na widok czego kilku zabójców zwymiotowało i uciekło. Inni tymczasem ukradli zegarki, pierœcionki i wysadzanš brylantami papieroœnicę Mikołaja. Jurowski zawołał oprawców do siebie i pod karš œmierci zażšdał oddania kosztownoœci.

Fragment ksišżki Simon Sebag Montefiore, „Romanowowie 1613–1918", przeł. Tomasz Fiedorek, Władysław Jeżewski, wyd. Magnum

Œródtytuły pochodzš od redakcji

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL