Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Przemek Karnowski: Droga z Gonzagi do NBA stoi otworem

Mistrzostwa Europy 2015: w akcji gwiazdor NBA Francuz Tony Parker i Przemysław Karnowski
EPA/PAP, Sebastien Nogier
Cezary Trybański był za grzeczny, Maciej Lampe zbyt niegrzeczny, Marcin Gortat – akurat. I dlatego jest tam, gdzie jest. Czy Przemysław Karnowski będzie czwartym Polakiem w NBA?

Niedawno zakończył ostatni sezon w amerykańskiej akademickiej lidze NCAA (National Collegiate Athletic Association). I to jaki sezon! Jego Gonzaga Bulldogs grali wspaniale i po raz pierwszy znaleŸli się w wielkim finale. Szkoda, że w tym najważniejszym meczu, z North Carolina Tar Heels, okazali się minimalnie słabsi.

Mogli to oglšdać również polscy kibice, Polsat Sport transmitował zmagania Final Four, czyli Wielkiej Czwórki. Zainteresowanie tym wydarzeniem polskiej telewizji wskazuje, jak daleko zaszedł Karnowski. W Stanach tzw. marcowe szaleństwo, czyli finisz rozgrywek NCAA, to faktycznie szaleństwo i swoisty fenomen: finał oglšdało na stadionie blisko 80 tysięcy kibiców.

W finałowym meczu Karnowski nie zachwycił, pudłował na potęgę, ale i tak po sezonie odebrał nagrodę dla najlepszego œrodkowego NCAA imienia Kareema Abdul-Jabbara. Skoro Polak to najlepszy œrodkowy w NCAA, a najlepsi gracze z tej ligi trafiajš do NBA, to gdzie już wkrótce powinien grać nasz rodak? Niestety, to byłoby za proste. Nie będzie łatwo dostać się na salony. Wydawało się, że spróbuje tego już dwa lata temu, ale wtedy, po analizie wszystkich za i przeciw, postanowił pozostać na studiach. W ubiegłym roku doznał ciężkiej kontuzji pleców, potrzebna była operacja, którš przeszedł w sylwestrowš noc. Sytuacja była poważna, decyzja amerykańskich lekarzy o operacji niespodziewana, rodzice w Polsce, syn dzwoni z pytaniem, czy dać się operować, a nie chodzi o wycięcie migdałków, tylko o kręgosłup. Mama fizjoterapeutka ma wštpliwoœci, ale co robić, trzeba zaufać lekarzom. Nawet nie wiedzieli wówczas, czy syn w ogóle wróci do grania. Wrócił i znowu był wielki. Amerykanie kochajš takie powroty.

Broda na Twitterze

W Polsce Karnowski grał we Władysławowie (Szkoła Mistrzostwa Sportowego) i Tarnobrzegu (ekstraklasa), ale już wtedy chciał do Ameryki. Drzwi do kariery uchyliły się w czasie mistrzostw œwiata do lat 17 w Hamburgu. Tylko Amerykanie byli wtedy lepsi od Polaków. Mark Few, trener drużyny Uniwersytetu Gonzaga, przyjechał do Polski specjalnie po Karnowskiego i przekonał go, żeby wybrał Spokane, w stanie Waszyngton, na północnym zachodzie USA. Miasto, w którym znajduje się Uniwersytet Gonzaga, ma ponad 200 tysięcy mieszkańców, a mecze koszykarzy Bulldogs (w skrócie Zags) to ulubiona rozrywka miejscowych. Karnowski, dobroduszny olbrzym, szybko przekonał do siebie fanów, a od kiedy nosi imponujšcš brodę, która zresztš żyje już własnym życiem i ma profil na Twitterze, stał się ich ulubieńcem.

Uniwersytet Gonzaga ma paru wybitnych sportowych absolwentów, najsłynniejszy to filigranowy rozgrywajšcy Utah Jazz, od dawna na emeryturze, John Stockton, który w finałach NBA dwukrotnie mierzył się z Michaelem Jordanem. Kelly Olynyk i Litwin Domantas Sabonis byli kolegami polskiego podkoszowego, a dziœ z powodzeniem grajš w NBA. Ich drogš chciałby podšżyć Karnowski, który trafi do draftu automatycznie, bo tak dzieje się po skończeniu studiów.

Draft to wrota do raju, tak się czasami mówi i to nie jest przesada. Na młodego zawodnika czeka ogromny kontrakt, otwierajš się wielkie możliwoœci. To przeskok do innego œwiata, po latach spędzonych na uczelni, gdzie gra się amatorsko. I pomyœleć, że numer jeden pierwszego draftu w historii, który odbył się w 1947 roku, niejaki Clifton McNeely, nigdy nie zagrał w BAA (poprzedniczka NBA), bo wybrał posadę nauczyciela wychowania fizycznego w szkole. Dzisiaj to nie do pomyœlenia, gracze zostajš milionerami, przesiadajš się do hummerów, które sobie szybko kupujš, bo trudno się powstrzymać, kiedy człowieka stać na wszystko. W drafcie każdy z klubów NBA pozyskuje nowych zawodników, przede wszystkim z uczelni. To dopływ œwieżej krwi do ligi, a dla najsłabszych zespołów zwykle solidne wzmocnienie. Draft jest skonstruowany w taki sposób, że drużyny, które zajęły w sezonie najniższe miejsca w lidze, majš największe szanse na wybór najlepszych graczy. Tegoroczny draft odbędzie się 22 czerwca.

„Hej, hej, tu NBA"

Koszykówka spod znaku NBA zaatakowała Polskę w latach 90. i szybko podbiła nowy lšd. Włodzimierz Szaranowicz w TVP rozpoczynał transmisje zwrotem „Hej, hej, tu NBA", a Ryszard ŁabędŸ, który jest także sędziš koszykarskim, niestrudzenie analizował statystyki, jakby nie ufał amerykańskim kolegom, mimo że ci się w nich lubujš. Na podwórkach, przy garażach, na słupach każdy, kto mógł, wieszał koszykarskie obręcze, zwykle domowej roboty. Każdy chciał być jak Jordan, bo gwiazdor Bulls był najlepszy i miał jakšœ magnetycznš charyzmę, ale tamta liga była pełna barwnych osobowoœci, jak Charles Barkley, Patrick Ewing czy Dennis Rodman.

To był inny œwiat, nie tylko dla polskich kibiców, ale również dla naszych najlepszych koszykarzy. Maciej Zieliński, wieloletni reprezentant Polski, który studiował w Stanach Zjednoczonych, wspominał, jak wielkie wrażenie zrobiła na nim słynna nowojorska hala Madison Square Garden. I to wcale nie występ oszołomił Zielińskiego, bo nie miał po temu okazji, tylko oglšdanie meczu New York Knicks z trybun. W Polsce widywał mecze najlepszej koszykarskiej ligi œwiata na kasetach VHS, kopiowanych po kilka razy, a finały u kolegi, który był stróżem na parkingu. W budce parkingowej miał antenę satelitarnš, więc można było oglšdać do œwitu rywalizację najlepszych drużyn œwiata.

I oto w lipcu 2002 roku w tym innym œwiecie znalazł się nieznany szerzej w Polsce warszawiak Cezary Trybański. Miał 22 lata, nie awansował nawet do składu drużyny z Pruszkowa i nagle podpisał trzyletni kontrakt z Memphis Grizzlies, opiewajšcy na kwotę 4,8 miliona dolarów. Było tak: kończył mu się kontrakt w Pruszkowie i jego agent, dodajmy, że dobry agent, Mark Termini szukał mu jakiegoœ klubu poza Polskš, z tym że chodziło raczej o Europę. Ostatecznie jednak Trybański trafił na otwarte treningi do Stanów, gdzie wpadł w oko aż 11 skautom drużyn NBA. Po analizie ofert wybrał Memphis, gdzie powstała młoda drużyna, więc liczył, że dostanie szansę gry.

Jako nastolatek urywał się z lekcji i biegł sprintem do domu, żeby obejrzeć NBA Action w polskiej telewizji. A teraz miał tam grać. Spełnił się amerykański sen polskiego chłopca, z tym że ten chłopiec nawet nie miał takiego snu. Zadebiutował 15 listopada 2002 roku. W całym pierwszym sezonie zagrał w sumie w 15 spotkaniach (drużyna rozgrywa 82 mecze w sezonie). Grizzlies byli słabeuszami, Trybański ich nie wzmocnił, zajęli przedostatnie miejsce w swojej dywizji.

Rok póŸniej przeniósł się do Phoenix Suns, gdzie rozegrał ledwie cztery mecze, po czym został wytransferowany do New York Knicks, gdzie dołożył trzy występy. W sumie w NBA rozegrał 22 mecze, zdobył 15 punktów, zaliczył 15 zbiórek, 7 bloków i 1 asystę. Dwa sezony spędził na zapleczu NBA, w zespole Tulsa 66ers. Nie wystšpił w oficjalnych meczach ani w Chicago Bulls, ani w Toronto Raptors, gdzie nie wywalczył miejsca w drużynie i został skreœlony ze składu. Potem były Grecja, Czechy, Litwa i powrót do Polski. Grał w Stargardzie Gdańskim, potem Koszalinie, aż wrócił do Warszawy, by niespodziewanie podpisać kontrakt z pierwszoligowš Legiš.

Po latach wspominał, jak nie mógł uwierzyć, że obok niego po parkiecie biega Michael Jordan (rzucił przeciw Grizzlies 45 punktów), że grał w jednej drużynie z „Pennym" Hardawayem, którego plakat miał nad łóżkiem, że odbył przyjemnš pogawędkę na siłowni z Shaquillem O'Nealem. W Nowym Jorku poznał żonę – Joannę, w Phoenix zbudował dom. Tam mu się podobało, chwalił pogodę, życie, warunki do trenowania i odpoczynku. Stonowany, wycofany, nigdy nie powiedział, że uważa swojš przygodę z NBA za porażkę, chociaż tego, co osišgnšł, nie nazywał nawet karierš.

Marc Iavaroni, asystent trenera w Phoenix, powiedział kiedyœ o Trybańskim, że to dobry chłopiec w œwiecie złych chłopców. Wydaje się, że to trafiona diagnoza. Brakło mu pewnoœci siebie, przebojowoœci, rozpychania się łokciami, dosłownie i w przenoœni. Nie miał się kogo poradzić, nie miał do kogo zadzwonić, tylko Małgorzata Dydek, nieżyjšca już, udzielała mu wskazówek. Niedawno oficjalnie zakończył karierę.

Niczego nie żałuje

Kolejnym Polakiem w NBA był Maciej Lampe. Jemu pewnoœci siebie nigdy nie brakowało. W Madison Square Garden, która onieœmielała Zielińskiego, zajadał popcorn, a inaczej niż Zieliński nie był widzem, tylko zawodnikiem Knicks. Niestety, Lampe nie zagrał w tym zespole ani jednego oficjalnego meczu. A wišzano z nim wielkie nadzieje, miał być drugim Dirkiem Nowitzkim, kolejnym białym człowiekiem, który podbije NBA. Zapowiadał się fantastycznie. Knicks wybrali go w 2003 roku w drugiej rundzie draftu z 30. numerem, a gdyby nie kontrakt z Realem Madryt i wynikajšce z niego trudnoœci, byłby zapewne znacznie wyżej. Kto by wtedy pomyœlał, że po latach znajdzie się na ułożonej przez amerykańskich dziennikarzy liœcie najgorszych wyborów w drafcie dokonanych przez Knicks oraz – razem z Trybańskim – na liœcie najgorszych zawodników, którzy kiedykolwiek byli w klubie.

Po paru miesišcach w ramach większej wymiany zawodników, do której był tylko mało znaczšcym dodatkiem, został wytransferowany do Phoenix (w drugš stronę powędrował właœnie Trybański). Do końca sezonu w Arizonie spisywał się przyzwoicie, ale w kolejnym było już znacznie gorzej i klub oddał go do Nowego Orleanu. I tu nastšpiła powtórka z rozrywki: niemrawa gra, przenosiny do Houston Rockets, gdzie już prawie nie było go na parkiecie. W sumie w NBA wystšpił w 64 meczach, jego œrednia to 3,4 punktu, 2,2 zbiórki, 0,3 asysty, 0,2 bloku na mecz.

„Magic Lamp" albo „Polish Pistol" w NBA nie wypalił. Przegrał swojš wielkš szansę. Można go krytykować, można próbować zrozumieć. Miał 18 lat, dostał wielkie pienišdze, poznawał dziewczyny, o których dotšd mógł tylko marzyć. Nigdy nie był grzeczny, choć wychowała go katolicka szkoła prowadzona w Szwecji przez niemieckie siostry zakonne. Uwiodła go Ameryka, zwłaszcza Nowy Jork. Nie mógł trafić gorzej.

Maciej Lampe miał pięć lat, kiedy z rodzicami wyjechał z Łodzi do Szwecji. Był 15-latkiem, kiedy podpisał kontrakt z Realem Madryt. Nie miał agenta, tata negocjował ten kontrakt, nie znał się, przystał na niekorzystne warunki i wielkš kwotę wykupu z Realu, którš potem trzeba było spłacać. PóŸniej długo nie miał z ojcem dobrych relacji. W Stanach był sam, bo z powodu choroby mamy rodzice z nim nie pojechali. Był pierwszym zawodnikiem wychowanym w Szwecji, który znalazł się w drafcie do NBA, czym się Szwedzi do dzisiaj chwalš i organizujš turniej pod jego patronatem.

– Podoba mi się, to duży talent – mówił o nim Mike D'Antoni, trener Phoenix Suns. – Ma wszystkie potrzebne umiejętnoœci, potrzebuje tylko czasu, więcej doœwiadczenia i siły – przekonywał uznany trener. Ale Lampe spędzał czas w modnych klubach, nie zdobywał doœwiadczenia, bo dostawał mało szans na grę, nie miał siły, bo nie chciało mu się trenować, chociaż w Europie słynšł z tego, że trenował najciężej. To, że miał talent, nie podlega dyskusji, grał w Realu Madryt, a po latach w Barcelonie, poradził sobie w Rosji i Turcji. Ostatni sezon spędził w Chinach, gdzie trwa sportowa rewolucja. Dorósł, ustatkował się, ale nadal bywa nieprzewidywalny. Ostatnio przeszedł operację biodra, czym zaskoczył sztab reprezentacji Polski, który bardzo na niego liczył w czasie zbliżajšcych się mistrzostw Europy. W tej sytuacji nie wiadomo, czy będzie gotowy do gry. Została mu też pewnoœć siebie: w wywiadzie mówił niedawno, że niczego w karierze nie żałuje i nic by w niej nie zmienił.

Wiedział, czego chce

Marcin Gortat, też chłopak z Łodzi, z Bałut („Na Bałutach jeszcze Polska" – jak pisała Lidia Ostałowska), inaczej niż jego poprzednicy, bardzo ciężko pracował i od poczštku wiedział, czego chce. W NBA mówi się o nim dobrze, chwali go wielu znanych zawodników i trenerów. Organizuje obozy dla dzieci w USA i Polsce, pomaga, działa charytatywnie, ma fundację, zarabia miliony i mšdrze inwestuje. Jest dojrzały i tej dojrzałoœci chyba nigdy mu nie brakowało.

Kiedy już zdecydował się na koszykówkę (syn boksera i siatkarki wczeœniej trenował lekkoatletykę i piłkę nożnš), szybko robił postępy, awansował do reprezentacji młodzieżowej, na turnieju we Francji wypatrzył go trener zespołu z Kolonii Veselin Matić (póŸniejszy szkoleniowiec reprezentacji Polski) i namówił, by przeniósł się do Niemiec. W pierwszym sezonie w Bundeslidze zagrał ledwie 63 minuty, ale nie zniechęcił się i może już tutaj dochodzimy do tajemnicy sukcesu Gortata: on się rzadko zniechęcał, nie narzekał, nie kaprysił, grał, a jak nie grał, to ciężko trenował i czekał, aż dostanie szansę.

W 2005 roku zdecydował się przystšpić do draftu. Z 57. numerem wybrali go Phoenix Suns, ale natychmiast oddali do Orlando Magic. W kolejnych sezonach występował jednak nadal w Kolonii, bo nie miał szans w Magic. Latał do USA, by grać w lidze letniej NBA, i wypadał coraz lepiej. Wreszcie w 2007 roku podpisał upragniony kontrakt z Magic. W pierwszym sezonie nie grał dużo, cierpliwie czekał na swoje szanse. I z czasem dostawał ich coraz więcej. Wchodził na parkiet jako zmiennik Dwighta Howarda, który był w Orlando gwiazdš. Dotarł z tym zespołemi aż do finałów NBA, przegranych z Lakers (sezon 2009–2010). W grudniu 2010 roku wzišł udział w wymianie kilku zawodników i przeniósł się do Phoenix Suns. Tam mógł grać w pierwszej pištce, co prawda w słabszym zespole, ale za to miał okazję współpracować ze znakomitym rozgrywajšcym Stevem Nashem. Ostatnim przystankiem jest Waszyngton, gdzie ugruntował swojš pozycję. Gra dużo, Polska Maszyna, jak o nim mówiš Amerykanie, wydaje się niezniszczalna.

Dobra szkoła, ale stara

W minionym sezonie, najlepszym w karierze, Karnowski uzyskiwał œrednio 12,2 punktu, 5,8 zbiórki i 1,9 asysty. To dobre wyniki, ale jest kilka problemów. „Big Mamba", jak wskazuje jego przydomek, jest duży, może nawet trochę za duży, i nie chodzi o wzrost (216 cm). Podobno ma zrzucić kilka kilogramów.

W listopadzie, kiedy ruszy kolejny sezon NBA, będzie miał 24 lata. Do wyboru będzie wielu młodszych. Poza tym jest klasycznym centrem, dużo gra tyłem do kosza. Kiedyœ to był atut, dzisiaj nie, koszykówka się zmieniła. Kluby NBA szukajš raczej wszechstronnych zawodników, którzy wychodzš na obwód i trafiajš z dystansu. Tego Karnowskiemu brakuje, choć potrafi œwietnie podać. Mówi się o nim, że to old school, stara szkoła, choć ojciec Bonifacy, toruński trener młodzieży, twierdzi, że syn grał tak, jak od niego wymagano, i nie będzie miał problemu, by się przestawić.

Karnowski pochodzi z Torunia, chociaż urodził się w Bydgoszczy, bo jego mama pracowała w tamtejszym szpitalu i wolała w nim rodzić. Zaczynał od hokeja (tak samo jak Lampe w Szwecji), ale to trwało tylko pół roku. Rodzice grali w koszykówkę: ojciec w Wiœle Toruń, mama Wiesława w BKS Bydgoszcz. I to ojciec był pierwszym trenerem syna w MKS Katarzynka.

W 2012 roku udało się spełnić amerykańskie marzenie, wybierał spoœród wielu ofert, postawił na jezuicki Uniwersytet Gonzaga (Alojzy Gonzaga to œwięty Koœcioła katolickiego, jezuita żyjšcy w XVI wieku i patron studentów, popularny zwłaszcza na Górnym Œlšsku, gdzie w XIX wieku działali alojzjanie, zrzeszajšcy nawet kilkadziesišt tysięcy młodzieży).

Karnowski nie pogubi się jak Trybański, nie zakręci mu się w głowie jak Lampemu, bardziej przypomina Gortata, który zresztš bardzo mu pomógł. Panowie się lubiš, spotykajš, co nie było normš w relacjach naszych „Amerykanów". Gortat mówił, że Lampe zepsuł wizerunek Polaków w Stanach, Trybański mówił, że Lampe w przeciwieństwie do Gortata ma talent. Lampe co prawda mówił, że lubi Gortata, ale jak wiadomo, zawsze lubił żartować.

Karnowski spędził w Stanach już pięć lat, wyglšda jak Amerykanin, mówi jak Amerykanin, zna zawodników NBA i przejœcie do ligi nie będzie dla niego szokiem. Był już na okładce prestiżowego „Sports Illustrated", nie zachłyœnie się sławš. Udanie łšczył sport i naukę (zarzšdzanie w sporcie), jest rozsšdny, do popularnoœci, którš cieszy się nie tylko w Spokane, podchodzi z dystansem. Oby mu się udało, bo ze wszystkich polskich koszykarzy, którzy się zetknęli z NBA, jest do tego starcia najlepiej przygotowany. Š?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL