Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Jan Bończa-Szabłowski: Płaszcz wuja Antoniego przeszedł szlak bojowy armii Andersa

Fotorzepa, Ryszard Waniek
Sš prezenty oczekiwane, wręcz wymarzone, i te, które potrafiš zaskoczyć. Wartoœć tych drugich uœwiadamiamy sobie po latach i dopiero wtedy potrafimy docenić intencję ich ofiarodawcy.

Mój wuj Antoni Stelmach, nauczyciel z powołania, wraz z żonš Mariš, również nauczycielkš, miał sporš bibliotekę, a w niej cenne wydania polskich klasyków: Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Po przeprowadzce z pięknego domu z ogrodem w podłódzkim Zgierzu do niewielkiego trzypokojowego, niezbyt wygodnego mieszkania na białostockim osiedlu Wygoda spora częœć zbiorów uległa rozproszeniu. Trójka klasyków w pięknej jubileuszowej oprawie jednak pozostała, upchnięta na jednš półkę typowej mebloœcianki. Patrzyłem na nie z zainteresowaniem tym bardziej, że ciocia nieraz dawała mi do zrozumienia, że jako student polonistyki kiedyœ będę ich właœcicielem. Gdy podczas kolejnej wizyty w Białymstoku zostałem zaproszony przez wuja Antoniego do niewielkiego gabinetu, spodziewałem się już treœci rozmowy.

„Janku, oboje z ciociš mamy już swoje lata i postanowiliœmy rozdysponować kilka ważnych rzeczy będšcych w naszym posiadaniu. Dlatego też podaruję ci mój płaszcz, w którym walczyłem na Bliskim Wschodzie w armii Andersa" – powiedział.

Kiedy zobaczył na mej twarzy pewnš konsternację i wzrok utkwiony w spoczywajšcych na biurku tomach, dodał: „Niedawno wybudowano w Nurze wiejskš szkołę i tam właœnie zdecydowałem się przekazać nasz księgozbiór. Myœlę, że z pożytkiem". Wuj Antoni zawsze miał duszę społecznika, a swojš skromnš wieœ Nur, w której do dziœ mieszka częœć jego rodziny, zawsze traktował z sentymentem. Imponowało mu, że on, chłopak z małej, biednej wioski, kiedyœ – jak wspominał - pełnej analfabetów, przeszedł całš drogę nauczycielskiej kariery, niosšc na prawo i lewo kaganiec oœwiaty.

Ofiarowany płaszcz od poczštku był dla mnie pewnym problemem. Niewielkie mieszkanie rodziców, do których zawiozłem tę przesyłkę, nie dawało szans na jego odpowiednie wyeksponowanie. Szybko uznaliœmy, że będzie to niestety prezent przechodni. Przenoszony z kšta w kšt cišgle nie mógł znaleŸć swego miejsca. Jeden z antykwariuszy dawał mi za niego nawet 2 tys. złotych, ale uznałem, że to wyprzedawanie historii rodzinnej.

Moja koleżanka z Gdańska Grażyna Antoniewicz zaproponowała, bym ofiarował płaszcz powstajšcemu właœnie muzeum II wojny œwiatowej w Gdańsku, i zadzwoniła w tej sprawie do dyrektora prof. dr. hab. Pawła Machcewicza. Następnego dnia oddzwonił do mnie pan Waldemar Kowalski z działu wystawienniczego. Umówiliœmy się na spotkanie w Warszawie. Ponieważ nie kolekcjonuję historii rodzinnych, a wuj Antoni był człowiekiem raczej małomównym, do płaszcza dołšczyłem lakoniczne dane: Antoni Stelmach, ur. 1898 Nur, zm. 1998 Białystok. Po kilku dniach zadzwonił szczęœliwy pan Kowalski i ku mojemu zaskoczeniu opowiedział historię, którš wuj Antoni nigdy nie chwalił się przed rodzinš.

Po ukończeniu studiów Antoni Stelmach rozpoczšł pracę jako inspektor szkolny w Wołożynie w woj. nowogrodzkim. W 1939 r. ze względu na piastowanš posadę w szkolnictwie nie został zmobilizowany do wojska. Nauczał na terenie pogranicza białorusko-polskiego. Po 17 wrzeœnia 1939 r. był wielokrotnie wzywany na przesłuchania do NKWD. W 1940 roku umieszczono go w areszcie NKWD w Borusowie nad Berezynš. Wyrokiem sšdu zaocznego skazany na trzy lata obozu pracy na Syberii. Wywieziony do łagru w Kotłasie pracował w bardzo ciężkich warunkach przy budowie linii kolejowej do Workuty. Po zawarciu umowy Sikorski-Majski w 1941 r. został zwolniony z łagru i wraz z innymi zesłanymi trafił do Uzbekistanu. Następnie trafił do Armii Andersa, gdzie został oficerem oœwiaty i propagandy. Po rozwišzaniu korpusu wyjechał do Włoch, zaœ w 1947 r. powrócił do Polski. Przez kilka kolejnych lat był wzywany na przesłuchania przez ówczesne władze.

Czułem, ze płaszcz trafił w najbardziej odpowiednie miejsce, a mój wuj Antoni jest ze mnie dumny. Dostałem zaproszenie od dyrektora Machcewicza na otwarcie muzeum. Kiedy czułem, że płaszcz zaczšł œwiecić nowym blaskiem, dowiedziałem się, że po wyborach parlamentarnych dyrektor właœnie został zwolniony i zmieniła się koncepcja prowadzenia placówki. Płaszcz znów poczuł się niepotrzebny i bezpański. I gdyby umiał mówić, powiedziałby z pewnoœciš: dlaczego u nas nic nie może być normalnie.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL