Plus Minus

Konserwatystów kłopot z Jezusem

Fotorzepa/Robert Gardziński
Chrześcijaństwo bez Jezusa Chrystusa byłoby prostsze, bardziej przewidywalne, lepiej dopasowane do realiów naszego świata.

Gdyby Jezus z Nazaretu był tylko charyzmatycznym mówcą, „żydowskim nonkonformistą i wędrownym kaznodzieją", jak charakteryzował Go w „Europie. Rozprawie historyka z historią" Norman Davies, chrześcijaństwo mogłoby być poręcznym młotem na wszystkich, którzy podważają ład i porządek rzeczywistości.

Najbardziej radykalną i konsekwentną wizję chrześcijaństwa bez Jezusa stworzył Charles Maurras, wpływowy francuski monarchista pierwszej połowy XX wieku, który założył prawicowe stronnictwo polityczne Akcja Francuska. Maurras pisał: „Nie znam innego Jezusa, jak z naszej tradycji katolickiej i nie wyrzeknę się jasnego porządku Ojców, Soborów i Papieży, oraz wszystkich ludzi współczesnej elity, dla zaufania pismom czterech ciemnych Żydów. (...) Rzecz prosta, że powinniśmy za każdą cenę bronić Kościoła. Nie dlatego abyśmy byli wierzący. Przeciwnie, bronimy Kościoła jako organizacji, bez której monarchia francuska jest nie do pomyślenia. Jestem katolikiem – ateuszem".

Kościół miał być w wizji Maurrasa instrumentem społecznej inżynierii, który odwróciłby skutki rewolucji francuskiej; na nowo zaprowadził utracony porządek. Pokusa traktowania chrześcijaństwa wyłącznie w kategoriach programu politycznego, nośnika ładu pojawia się najczęściej wśród konserwatystów w epokach największego chaosu. Oddaje tę prawidłowość historia pierwszych powojennych lat Republiki Federalnej Niemiec. Odpowiedzią na traumę wojennej porażki i zbrodni popełnionych przez niemiecki naród była strategia zinstytucjonalizowanej hipokryzji, moralistyki wcielonej w polityczną praktykę. Pustkę i bezsens tak wykorzystanego chrześcijaństwa doskonale obrazował w swoich powieściach noblista Heinrich Böll. „Zwierzenia klowna", „Niestrzeżone progi" czy „Bilard o wpół do dziesiątej" są opowieściami o tłamszonych, przykrawanych do społecznych potrzeb sumieniach.

Chrześcijaństwo, to prawdziwe, z Jezusem Chrystusem w centrum, ma jednak swój społeczny i polityczny wymiar. Tyle że pochodzi on z wewnątrz, przemiany duszy poszczególnych osób, a nie z zewnątrz – praktyki politycznej odtwarzającej utracony porządek. Ten autentyczny społeczny wymiar wiary może istnieć tylko tam, gdzie żywa jest wiara w realną obecność Chrystusa, Jego ciała i krwi. Gdzie nie jest On tylko żyjącym dwa tysiące lat temu moralistą, którego nauki pozostają dla nas do dziś aktualne i atrakcyjne, ale w miejscu, w którym, pojawiając się na ołtarzu w akcie przeistoczenia, pojawia się On w tym świecie w najbardziej namacalny ze sposobów.

Joseph Ratzinger pisał wprost o społecznym („i to w całej jego radykalności") wymiarze przystępowania do komunii świętej. Dynamika Eucharystii, o której pisał papież, jest paradoksalna. Okazuje się bowiem, że nie tyle spożywamy ciało i krew Chrystusa, ile jesteśmy przez Niego wchłaniani, przemieniani na Jego obraz. Wspólnota Kościoła nie jest luźnym stowarzyszeniem ludzi wyznających podobne poglądy; być członkiem tej wspólnoty to wraz z innymi być członkiem ciała Chrystusa. – Jednoczenie się z Chrystusem jest więc w swojej istocie jednoczeniem się z drugim człowiekiem. Nie znajdujemy się już obok siebie, każdy pojedynczo dla siebie samego, ale każdy Inny, który przyjmuje Komunię świętą, jest, by tak rzec, „kością? z moich kości i ciałem z mego ciała" – pisał Ratzinger.

Chrześcijański porządek społeczny jest oparty na permanentnej zmianie wynikającej z jednoczenia się wspólnoty w Eucharystii; jest zawsze zorientowany na przyszłość. Ład, który powstaje w ten sposób, jest dużo trwalszy od tego, który chcieliby stworzyć niektórzy zakochani w przeszłości konserwatyści. Ci, którzy mówią do Jezusa słowami Wielkiego Inkwizytora z „Braci Karamazow" Dostojewskiego: „Dlaczego więc teraz przychodzisz nam przeszkadzać?".

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL