Internet. Koniec człowieka, jakiego znamy

aktualizacja: 02.04.2017, 10:14
Foto: Getty Images

Internet to kolejny krok w ewolucji homo sapiens. Bezpowrotnie zmieni naszą cywilizację. Dla naszej własnej wygody i wizji dobrobytu oddajemy algorytmom coraz więcej władzy nad naszym życiem. To kres indywidualizmu, demokracji i liberalizmu.

REDAKCJA POLECA
20.07.2017
Jan Tokarski: Facebook czyli Wielki Brat
30.03.2017
Zybertowicz: A może wyłączyć internet
kariera
Millenialsi - czego oczekują od pracodawcy?

Z co najmniej 50-proc. prawdopodobieństwem czytasz ten tekst w internecie. Istnieje też duża szansa, że trafiasz tu z Facebooka. Z raportu McKinsey & Co „Cyfrowi Polacy" wynika, że najprawdopodobniej spędzasz w internecie trzy–sześć godzin dziennie. Ale już niedługo będziesz spędzać z nim całe 24 godziny na dobę, będziesz nim żyć. On będzie dla ciebie, a ty bez niego nie będziesz sobą.

Technologiczna rewolucja, w której kluczową rolę odgrywa internet, to nie tylko początek końca współczesnych systemów politycznych, ale też początek końca człowieka, jakiego znamy. Człowiek przyszłości nie będzie już indywidualistą, ale elementem globalnego roju. Świat przyszłości to wspólnota monitorowana przez algorytmy i sprzężona w cyberprzestrzeni.

Internet: czynność fizjologiczna

Gdy na Ziemi pojawiła się ludzka cywilizacja, ochrzciliśmy ją mianem noosfery, stosując analogię do geosfery i biosfery. Obecnie tworzy się całkowicie nowa warstwa, cybersfera. Zarośnie nas tak samo, jak my – noosfera – zarośliśmy biosferę.

Pojęcie noosfery (gr. nous – rozum, umysł) spopularyzował filozof jezuita Teilhard de Chardin. W ten sposób dawał do zrozumienia, że nie powinniśmy uznawać cywilizacji za coś wyjątkowego. Wręcz przeciwnie, cywilizacja to tylko jeden z etapów ewolucji życia na Ziemi. Proces ten może postępować aż do końca dziejów. – Cywilizacja zmierza do Boga, punktu Omega, który jest u kresu tej ewolucji – twierdził de Chardin.

W toku ewolucji lepiej przystosowane formy marginalizują inne. Obecnie zaś dochodzi do marginalizacji analogowej rasy ludzkiej przez zsieciowane byty cyfrowe. Proces zarastania nas przez cybersferę widać zresztą gołym okiem: najlepszym przykładem jest pojawienie się globalnych inwestorów finansujących przepisanie świadomości na nośnik cyfrowy. Elon Musk, przedsiębiorca i wynalazca pracujący nad lotami na Marsa, zainwestował niedawno w firmę Neuralink, zmierzającą do cyfryzacji ludzkich myśli. Gdy to się uda, sprzężenie umysłu z internetem wejdzie w nową erę. Z tej ścieżki nie ma chyba odwrotu. Popatrzmy na dwa ostatnie stulecia: rewolucja przemysłowa, elektryczność, komputeryzacja, a teraz internet. To kolejne kroki do informacyjnego i technicznego zjednoczenia świata.

Z perspektywy czasu nie wyobrażamy sobie życia bez tych rzeczy. Gdyby odłączyć dziś światu prąd, cofnęlibyśmy się do średniowiecza. Tak samo jest z internetem, nie potrafimy bez niego żyć. Tę rosnącą potrzebę ilustruje popularny internetowy mem, dopisujący internet do piramidy potrzeb Maslowa: dostęp do Wi-Fi jest w tej ironicznej hierarchii bardziej podstawowy niż spełnianie potrzeb fizjologicznych.

Cyfrowy analfabetyzm

W czerwcu 2016 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję, według której internet jest jednym z podstawowych praw człowieka, tak jak prawo do życia, bezpieczeństwa osobistego, wolności, równości wobec prawa czy prywatności. Autorzy rezolucji stwierdzają, że globalna i otwarta natura internetu jest „wiodącą siłą, przyśpieszającą postęp w kierunku rozwoju" cywilizacji, a także wzywają państwa do współpracy w budowaniu struktur komunikacji i dostępu do informacji.

Wniosek? Pozbawianie kogoś internetu to łamanie praw człowieka. W dokumencie pojawia się też termin „digital literacy", który oznacza umiejętność obsługi narzędzi cyfrowych i realizacji swoich celów w cyberprzestrzeni. Termin ten jest bardzo wymowny, bo odwołuje się do analfabetyzmu. Mówi niemal wprost, że kto nie będzie mieć dostępu do sieci oraz wiedzy i narzędzi oferowanych za jej pośrednictwem, stanie się analfabetą na podobieństwo średniowiecznych chłopów.

Co więcej, cyfrowi analfabeci będą cierpieć nawet bardziej niż analfabeci przeszłości: niepiśmienny chłop bowiem mimo swego analfabetyzmu mógł przeżyć, produkując żywność. Był więc w miarę niezależny od globalnego obiegu kapitału. Ale nowy, cyfrowy analfabeta co do zasady jest zwierzęciem miejskim i nie potrafi produkować żywności – może ją co najwyżej kupić. Jednak jako analfabeta nie będzie mieć na nią pieniędzy, bo pieniądze coraz częściej będą tam, gdzie narzędzia do analizy zasobów cyfrowych. Koło się zamyka. Takie zasady dyktuje rozwój cywilizacji.

Nowi analfabeci będą przegrywać w tym wyścigu z „cyfrowo piśmiennymi". Ci z kolei będą przegrywać ze sztuczną inteligencją. Dlaczego? Internet to nieskończone zasoby danych plus algorytmy służące do ich analizy. Jeśli celem człowieka funkcjonującego w takiej sieci jest analiza i przyswajanie danych, to inteligencja ludzka nie ma szans w starciu ze swą sztuczną odpowiedniczką. Człowiek nie jest w stanie ani zapamiętać więcej niż internet, ani lepiej analizować danych, niż robią to algorytmy. Pamięć mózgu ma ograniczoną pojemność, pamięć sieci – nie. Poza tym algorytm komputerowy ma nad umysłem ludzkim tę przewagę, że jest szybszy i może się rozmnożyć – to znaczy istnieć w miliardach kopii równocześnie.

Bolesną świadomość niższości mojego umysłu względem sztucznej inteligencji mam za każdym razem, gdy klikam przycisk „Szukaj" w wyszukiwarce Google. Nagle moje pytanie staje się kodem komputerowym, który rozmnaża się na miliardy „małych" kodów, i szuka interesujących mnie treści w niezliczonych miejscach równocześnie. Co więcej, ten algorytm z dnia na dzień jest coraz lepszy, uczy się i dzięki temu jest w stanie coraz szybciej odszukiwać coraz większą ilość informacji. Gdybym miał szukać tych treści sam, odnalezienie odpowiedzi na jedno tylko zapytanie mogłoby potrwać wieki.

Dostosuj się albo zgiń

Zdałem sobie sprawę, że nigdy w życiu nie przeczytam nawet jednej tysięcznej najważniejszych książek – powiedział pod koniec życia Stanisław Lem, światowej sławy pisarz science fiction. Co ciekawe, świadomość tego faktu zadziałała na Lema wyzwalająco i uspokajająco zarazem: wcześniej nieustannie chciał być na bieżąco z postępem naukowym, ale pod koniec życia odpuścił. Zrozumiał, że mózg jednego człowieka nie ma zdolności analitycznych mogących śledzić rozlewający się w nieskończoność ocean danych. W pewnym sensie Lem zrozumiał, że w wyścigu homo sapiens (w wersji 1.0) z algorytmem (podpiętym do sieci) ten pierwszy skazany jest na porażkę.

Ewolucja sprawiła, że ludzkie mózgi są lepiej przystosowane do tropienia zwierzyny i rzucania dzidą niż tkwienia przy biurku i szukania cyfrowych igieł w stogu internetu. Dziś ewolucja cywilizacji i techniki jest bardziej dynamiczna niż ewolucja człowieka biologicznego. Ale dla nas, ludzi jako gatunku, te truizmy oznaczają tylko tyle: dostosuj się, jakkolwiek możesz, lub zgiń.

Problem ten poruszył ostatnio Yuval Noah Harari, izraelski historyk zainteresowany „big history", czyli spojrzeniem na cywilizację od jej prapoczątków aż do przyszłości. Harari, którego książkami zaczytują się Mark Zuckerberg, Barack Obama czy Bill Gates, jest autorem bestsellera „Homo Deus", w którym stara się przewidzieć wynik interakcji sztucznej inteligencji (algorytmów) z inteligencją ludzką. Twierdzi on, że zwycięstwo sztucznej inteligencji wcale nie musi wiązać się z triumfem samoświadomych komputerów. Harari twierdzi jednak, że cyfrowe byty w ogóle nie potrzebują świadomości, by uczynić ludzi zbędnymi: – Sztuczna inteligencja nie musi być wcale świadoma, żeby ewolucyjnie pokonać człowieka. A to dlatego, że nasza cywilizacja potrzebuje dziś umiejętności związanych z pamiętaniem, analizowaniem i rozpoznawaniem wzorców czy regularności. W ogóle nie potrzebuje natomiast stanów świadomych – przekonuje Harari. Okazuje się więc, że nasze świadome życie, samo w sobie, nie jest istotne z punktu widzenia cywilizacji.

W przyszłości internet rozrośnie się jeszcze bardziej, łącząc w sieć obiekty, ludzi oraz zasoby cyfrowe w czymś, co roboczo możemy nazwać internetem 3.0. Zsieciowane algorytmy będą działać coraz skuteczniej, wypierając ludzi nie tylko z roli kierowców, analityków rynku, ale też psychologów, doradców kredytowych czy medycznych. W efekcie na świecie pojawi się problem technologicznego bezrobocia, o którym pisał już ekonomista John Maynard Keynes. Dla Keynesa pojawienie się tego typu bezrobocia może być etapem przejściowym i prowadzić ostatecznie do duchowego oświecenia ludzkości. W jaki sposób? Keynes wierzył, że zrównoważony rozwój świata może się utrzymać i za sto lat globalny standard życia podniesie się cztery–osiem razy. Nastanie powszechny dobrobyt. Z pełnym brzuchem ludzie będą mieć więcej empatii wobec ubogich, a wolny czas wynikający z bezrobocia będzie mieć twórczy wpływ na cywilizację.

Co o tym sądzi Harari? Najwyraźniej wieszczony przez Keynesa moment powszechnego dobrobytu jest dla Harariego początkiem ewolucyjnego różnicowania się ludzi. W „Homo Deus" kreśli dwa scenariusze. W pierwszym na samej górze cywilizacyjnej piramidy będą ludzie: sprzężona z technologią wąska elita posiadająca niezbędne masom algorytmy; w drugim natomiast to algorytmy będą rządzić, stając się menedżerami i właścicielami firm: ludzie zaufają im, wiedząc, że mają wysoki wskaźnik udanych inwestycji i sukcesów w zarządzaniu.

Pustelnik bez Wi-Fi

W tej nadchodzącej epoce coraz większe zdolności poznawcze algorytmów przyczynią się do obumierania liberalizmu – rozumianego jako filozofia człowieka oparta na przekonaniu, że każdy człowiek jest równy, tak samo ważny, a jego wybory są wolne i niezależne. Kres liberalizmu nie nastąpi dlatego, że algorytmy będą pomagać dyktatorom. Liberalizm umrze raczej ze starości. Wraz z rozwojem potęgi internetu 3.0 zdamy sobie sprawę, że dla naszego własnego dobrobytu czy bezpieczeństwa warto powierzać algorytmom coraz więcej informacji o sobie.

Ta fala już ruszyła. Pozwoliliśmy internetowi wejść z butami w najbardziej intymne zakątki naszego życia. Podmioty takie jak Facebook, Google czy nawet nasz lokalny dostawca internetu pamiętają, na jakie strony wchodzimy, na co chorujemy, co lubimy, jakie mamy poglądy, czego się boimy i o czym marzymy. Na podstawie pytań z wyszukiwarki oraz wiedzy tysięcy psychologów algorytmy tworzą – krok po kroku, ziarnko do ziarnka – nasz profil psychologiczny. Wiążą skrawki informacji z tysięcy źródeł w wirtualny obraz poszczególnych osób.

Ktoś powie: „Przecież nie wszyscy pozwolą się sprofilować, inwigilacja nie będzie więc powszechna!". Czyżby? Wielkie przemiany cywilizacji nigdy nie dzieją się za zgodą i aprobatą wszystkich. Cywilizacji do przemiany potrzebny jest co najwyżej trend większościowy, a nie jednomyślność. Ale jak sugeruje teoria gier, może wystarczyć, że 20–30 proc. populacji podchwyci jakiś trend, aby z czasem stał się stały i dominujący.

W tym duchu o przyszłości internetu pisze Jacek Dukaj w powieści „Perfekcyjna niedoskonałość". Stawia on tezę, że za kilkaset lat niepodłączeni do sieci „ludzie 1.0" będą sobie dalej istnieć, troszczyć się o swoją prywatność, wierzyć w integralność ciała i odmawiać ingerencji technologii w ich mózgi. Zamieszkają w specjalnie wydzielonych rezerwatach, do których rozszerzona cyfrowo rzeczywistość nie będzie mieć wstępu. Dla ludzi 2.0, 3.0 czy 4.0 taki czysto biologiczny człowiek będzie kimś na kształt nobliwego pustelnika, Mędrca Pustyni, który z własnej woli rezygnuje z poszerzenia swojego człowieczeństwa. Według Dukaja każdy będzie mógł zdecydować się, na ile chce oddać się sieci, każdy będzie też mieć świadomość, co dzięki temu zyskuje, a co traci. Można powiedzieć, że internet przyszłości będzie jak cebula: wirtualna rzeczywistość będzie mieć wiele poziomów i będziesz mógł wybrać, na które z nich chcesz się zdecydować. Ostatnim etapem scalenia z internetem będzie cyfrowa nieśmiertelność, na którą pozwoli cyfryzacja jaźni. W razie śmierci biologicznej powłoki człowieka będzie można wgrać na nowy nośnik ze zarchiwizowanej kopii pamięci.

W tej wizji internet nie musi wcale prowadzić do zaniku ducha demokracji. Wręcz przeciwnie. „U Dukaja niższe ewolucyjnie rasy człowieka są ustawowo chronione przed ingerencją ras wyższych" – wyjaśnia Luke Maciak na blogu Terminally Incoherent. Rasy najniższe są poważane i szanowane, bo wybór analogowego slow life'u w erze cyfrowej nieśmiertelności to wielka odwaga. To rasy najniższe, za cenę nieuchronnej śmierci, będą kustoszami pamięci, żyjąc w łączności z biologicznymi korzeniami człowieka.

W takim świecie demokracja – choć może trwać – nie będzie demokracją liberalną w obecnym rozumieniu. Ideał równości wobec prawa i wolnego wyboru może zostać częściowo zachowany, ale różne typy ludzi będą podlegać różnorakim systemom prawnym i posiadać zróżnicowane zestawy uprawnień. Zależnie od stopnia ewolucyjnego zaawansowania. To oczywiście daleka przyszłość, odległa o wiele stuleci. A co czeka nas w ciągu najbliższych 20 lat?

Miłość niewoli czy nowy początek?

W zasadzie wszystko na ten temat powiedział już Aldous Huxley w „Nowym Wspaniałym Świecie" (wydanym w 1932 roku), opisując prace inżynierów światowego porządku: ludzie zostają zrozumiani przez naukowców, a potem podzieleni na kasty i nauczeni umiłowania własnego miejsca w drabinie społecznej. Dzięki temu zostaje osiągnięty stan stabilnej równowagi.

Nikt nie narzuca nowego porządku świata. Zostaje on wybrany przez większość, by uniknąć wojen. W wyniku wolnego wyboru człowiek decyduje się na bezpieczeństwo i stabilność, stawiając te ideały ponad wolnością. Także podział klasowy nie jest narzucany przemocą, ale formatowany poprzez psychologię społeczną, przekaz mediów i zróżnicowany dostęp do dóbr. W efekcie większość staje się masą o podobnych pragnieniach i wierzeniach, kochającą swoje miejsce na drabinie społecznej. Wolnomyślicielstwo pozostaje domeną jedynie nielicznych – tych mających zasilić kręgi elit.

U Huxleya rządzący wiedzą, że idee liberalne to użyteczny mit, który gwarantuje stabilność społeczeństwa. Prawda jest według nich inna: „wolna wola" i „wolny wybór" to pojęcia przereklamowane, bo nasze marzenia, działania i wierzenia są zdeterminowane przez czynniki biologiczne i środowisko.

Harari idzie w identycznym kierunku. Zakłada, że w wyniku rozwoju techniki większość ludzi utraci ekonomiczną i militarną użyteczność. System będzie przywiązywał wagę do człowieka jako kolektywu, ale nie do indywidualizmu pojedynczych ludzi. Dlaczego? Bo wartość cywilizacji będzie czymś niezaprzeczalnym, ale już wartość niezsieciowanej jednostki wyda się wątpliwa. Cywilizacja nie potrzebuje pojedynczych osób, lecz zbiorowego, inteligentnego działania nakierowanego na cel. Wartość niektórych jednostek będzie ważna dla systemu, ale dotyczy to głównie bogatej elity superludzi pełniących funkcje kierownicze.

Mówiąc wprost: liberalizm – dotąd użyteczny – przestanie być strategią przydatną w rozwoju cywilizacji. Umrze ze starości, a internet krok po kroku obedrze ludzi z ułudy unikalności. Choć liberalni obrońcy indywidualizmu śnią po nocach koszmary o państwie totalitarnym, które niszczy indywidualizm z zewnątrz, w rzeczywistości obumiera on od wewnątrz: to sam człowiek gotów jest porzucić indywidualizm.

– Nie będzie orwellowskiego Wielkiego Brata, indywidualizm zgnije od środka – twierdzi zatem Harari. To się już dzieje. – Firmy i rządy wręcz hołdują mojej indywidualności, obiecując leki, edukację i rozrywkę sprofilowane do moich unikalnych potrzeb i życzeń. Ale w tym celu muszą rozpisać mnie na podsystemy i zrozumieć sterujące tymi podsystemami algorytmy. W trakcie rozpisywania okaże się, że moja indywidualność to fikcja.

Świat przyszłości Harariego to mieszanka biochemicznych i elektronicznych algorytmów, bez jasnych granic. W tym świecie tylko najbogatsi i najbardziej zaawansowani ewolucyjnie ludzie unikną totalnej inwigilacji. Będą bowiem mieć środki finansowe i zasoby na czyszczenie oraz maskowanie śladów swojej obecności w sieci.

Podsumowując, internet 3.0 to dopiero początek, a globalna sieć znajduje się w fazie niemowlęctwa. Jej przyszłość zależy od naszej odpowiedzi na pytanie o istotę człowieczeństwa. Czy jednostka jest ważniejsza od wspólnoty? Premiujemy bezpieczeństwo czy wolność? Prywatność czy stabilny dobrobyt?

Z perspektywy liberalnej nasza cyfrowa przyszłość może przerażać. Ale mleko rozlało się już wtedy, gdy postawiliśmy na komputery i ideał efektywnego poznawania świata. Zamiast więc płakać nad końcem liberalizmu, popatrzmy na człowieka jak na drobinkę w odmętach kosmosu. Tę oczyszczającą perspektywę znali już starożytni Rzymianie. „Jeśli myślisz, że jesteś ważny, wyobraź sobie, że patrzysz na siebie z odległych gwiazd" – pisał Marek Aureliusz. Co wtedy widzisz? Oto Ziemia, malutka kropeczka, sieciuje się w wielojednię – wyższy poziom zespolenia. Z odległej perspektywy widać, że do zasiedlenia są gwiazdy, a do zbadania – kosmos. Z tego punktu widzenia przekonanie, że w trakcie ewolucji trzeba zachować współcześnie pojęty indywidualizm oraz liberalizm, jest wsteczne i niedorzeczne. Zamiast płakać, pomyślmy lepiej, co robić, aby w drodze do gwiazd nie zniszczyć samych siebie. ©?

Grzegorz Lewicki – dziennikarz, filozof, politolog, w latach 2013–2015 kierownik działu nauka tygodnika „Wprost". Absolwent m.in. London School of Economics i Maastricht University. Ostatnio pod jego redakcją ukazała się książka prognostyczna „Miasta w nowym średniowieczu" (2016), w której proponuje neomediewalną teorię globalizacji. Kontakt: www.greglewicki.com

ALFABET NOWYCH TECHNOLOGII

Otaczająca nas rzeczywistość staje się coraz bardziej cyfrowa. A wraz ze zmianą otoczenia przybywa pojęć, które mniej lub bardziej potrzebne są nam w życiu. Większość z nich pochodzi z języka angielskiego i często w tej formie migruje do polszczyzny.

Oto alfabet wybranych pojęć związanych z technologiami i zwykle również z internetem.

Augmented reality (AR) – tzw. rzeczywistość rozszerzona. W uproszczeniu to rozwiązania, które pozwalają wykorzystywać przedmioty do przekazywania treści dostępnych w sieci. W przypadku internetu najbardziej popularnym rozwiązaniem są tzw. kody QR. Po sfilmowaniu kodu użytkownik otrzymuje zdalny dostęp do treści – np. analizy obrazu w muzeum, filmu o danym przedmiocie lub przewodnika po okolicy.

Big data – analiza dużych zbiorów danych w poszukiwaniu prawidłowości lub informacji niewidocznych na pierwszy rzut oka. Rewolucja cyfrowa sprawiła, że tryliardy bajtów (zettabajty) danych trafiły do komputerów na całym świecie. Gdy komputery te połączono w sieć, znacząca część informacji znalazła się w internecie. Big data zajmuje się analizą zależności w dużych bazach takich danych.

Broadband – tzw. internet szerokopasmowy. W praktyce po prostu szybki internet. Rozwiązanie techniczne pozwalające przesyłać jednocześnie wiele pakietów danych, znacząco przyspieszając transmisję. Jej prędkość zależy od wykorzystanego materiału – np. włókien optycznych, czyli tzw. światłowodu.

Deep learning – umiejętność uczenia się przez maszyny. Deep learning jest podstawą sztucznej inteligencji. Algorytmy wykorzystywane do uczenia się przypominają sieć neuronową, w której znajdują się receptory pozyskujące dane, elementy przetwarzające je w celu znalezienia prawidłowości, a następnie zapamiętujące rezultaty, które stanowią podstawę do wyciągania kolejnych wniosków w oparciu o inne dane. Dzięki temu dokonuje się kumulacja wiedzy do kolejnych analiz.

IoT – tzw. internet rzeczy. Na całym świecie w bardzo dynamicznym tempie przybywa urządzeń podłączonych do różnego typu sieci. Ich gama jest szeroka – od komputerów i telefonów po elektrostaty, kamery przemysłowe czy sygnalizację świetlną, a nawet lodówki i oświetlenie domów. Większość tych urządzeń zbiera, gromadzi lub przetwarza informacje. Razem tworzą gigantyczną sieć.

Phishing – wyłudzanie informacji w celu osiągnięcia korzyści finansowej. Najczęściej przyjmuje formę wiadomości e-mail podszywających się pod wiarygodne osoby lub instytucje. W skrajnych przypadkach phishing pozwala na wydobycie od naiwnego użytkownika informacji wystarczających do przejęcie dostępu do jego rachunku bankowego.

Smart home – inteligentny, czyli w pełni zautomatyzowany dom. Zarządzanie oświetleniem, ogrzewaniem, urządzeniami domowymi (np. lodówką, kuchenką) odbywa się zdalnie przez internet za pomocą odpowiedniej aplikacji. Smart home jest więc elementem internetu rzeczy.

Telemedycyna – w uproszczeniu to monitorowanie i diagnozowanie pacjentów na odległość. Dzięki odpowiednim czujnikom lub powtarzającym się działaniom pacjenta informacje dotyczące jego organizmu trafiają do lekarza, który może zdalnie diagnozować pacjenta, zlecić dodatkowe badania albo kontrolować, czy jego stan zdrowia nie ulega pogorszeniu. ©?

—hubs

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE