Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Czy Polacy naprawdę kochają przegrywać?

Fotorzepa/ Waldemar Kompała
Znów jesteśmy przedmurzem – pomyślałem kilka dni temu, słuchając wywiadu z jednym z najinteligentniejszych przedstawicieli obozu władzy, który odpowiadał na pytania o Europę dwóch prędkości.

– Czy Europa pierwszej prędkości to dziś Niemcy, Szwecja i Francja, w których dochodzi do zamachów terrorystycznych, czy też my, którzy nie mamy takich problemów? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

Przez moment każdy słuchacz czuł pewnie dumę. Rzeczywiście, nie ma u nas islamskich imigrantów, zamachów terrorystycznych, całej tej zachodniej zgnilizny, konsumpcjonizmu. Czyli jesteśmy przedmurzem normalności, ostoją wartości.

Mit przedmurza był silnie obecny w wyjaśnianiu sprzeciwu polskich władz wobec przyjmowania imigrantów z Bliskiego Wschodu. W dyskusjach w mediach społecznościowych często można znaleźć głosy, że te wszystkie unijne pieniądze nie są warte wyrzekania się naszej polskiej tożsamości.

Przez ostatnich kilkanaście miesięcy w polskiej debacie powracały stare mity, nie tylko przedmurza. Dobrze znana z historii jest też inna figura: obrońcy wolności. Często z prawej strony słychać głosy, że Zachód zarzuca nam, iż jesteśmy na bakier z wolnością słowa, gdy tymczasem to Polska jest bastionem tej wolności – wszak u nas powiedzieć można wszystko, nie ma politycznej poprawności, która zamyka usta milionom ludzi na Zachodzie.

Polityczna poprawność jest pewnym problemem i myślę, że nie będzie przesadą stwierdzenie, iż główne wstrząsy polityczne ostatnich miesięcy na świecie były protestem przeciwko niej właśnie. Tyle tylko, że ten powrót do mitów z czasów Rzeczypospolitej sarmackiej jest bardzo niebezpieczny. Nie chodzi mi tylko o to, do czego doprowadziło I RP umiłowanie liberum veto i przekonanie, że tylko polska szlachta jest na świecie wolna, wszystkie inne narody zaś są poddanymi władców absolutnych, co miało świadczyć o naszej wyższości. Znacznie poważniejszym problemem jest to, że cała sarmacka ideologia – od przedmurza, przez właśnie złotą wolność, po przekonanie o wyjątkowej misji dziejowej itp. – miała być pomocna w tłumaczeniu faktu, że mieliśmy coraz słabsze, coraz bardziej fasadowe państwo. Im mniej w I RP było realnej potęgi z czasów jagiellońskich, tym więcej było tromtadracji dotyczącej tego, że niesiemy w świat jakieś wyjątkowe wartości.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że tak samo jest dzisiaj. Że powtarzamy dobrze zakorzenione w naszej kulturze fantazje na temat tego, że jesteśmy bastionem chrześcijaństwa, wolności i prawdziwych wartości tylko dlatego, że nie mamy normalnego państwa i normalnej gospodarki. Im bardziej nam tej normalności brakuje, tym głośniej wznosimy sztandar wartości. Im bardziej bolejemy z powodu realnych klęsk, tym bardziej fetujemy przegranych, ogłaszając ich moralnymi zwycięzcami. Jak zauważył ostatnio prof. Stanisław Żerko, naród, który największą cześć oddaje powstańcom warszawskim z 1944 roku i Żołnierzom Wyklętym z lat 1944–1956, nie jest nauczony zwyciężać i nie może prowadzić skutecznej polityki zagranicznej.

Może więc i mamy brudne, wypełnione smogiem ulice, które oszpecają dodatkowo wszędobylskie obrzydliwe reklamy, może nasza przestrzeń wspólna jest paskudna, może i mamy serdecznie dość nieustannych kłótni i swarów w życiu publicznym, może i ulice są dziurawe. Ale samopoczucie poprawia nam to, że jesteśmy przedmurzem i ostoją wolności.

Zastanawiam się tylko, czy to jest prawda o Polakach. A może byśmy chcieli odnosić sukcesy, być normalni, a nie tłumaczyć sobie własną nienormalność specjalnym bożym posłannictwem?

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL