Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Bogusław Chrabota: O czym mówi selfie

Fotorzepa, Robert Gardziński
Znajoma wysłała mi zabawny post. Na zdjęciach obok siebie Neil Armstrong w pełnym rynsztunku astronauty i nieokreœlona celebrytka z telefonem komórkowym w dłoni. I opis, nad zdjęciem Armstronga: „był na Księżycu, zrobił 5 zdjęć”, nad zdjęciem celebrytki: „była w toalecie, zrobiła 37 zdjęć”.

Żarcik, ale wyjštkowo trafiony. Można by powiedzieć: najlepsza ilustracja ważnej rewolucji, która w sposób niemal niezauważony dokonała się we współczesnym œwiecie. Rewolucji – nazwijmy jš żartobliwie – antropocentrycznej, której skutkiem jest wprowadzenie na plan pierwszy w ikonografii osoby ludzkiej, a zarazem jej (ikonografii) dymisja z chęci czy potrzeby opisywania œwiata. Nie chodzi o nic innego tylko o prosty fakt, że w centrum zainteresowania fotografujšcych znaleŸli się dziœ oni sami.

To prawda, że moda na celebrytyzm (obsesja samoobfotografowywania się nie jest niczym innym jak tęsknotš za celebrytyzmem) to nic nowego.

Historia zna tysišce przypadków ludzi, którzy mieli fioła na punkcie upamiętnienia swojego wizerunku. Niekiedy miało to uzasadnienia sakralne. W starożytnym Egipcie przetrwanie wizerunku, imienia i ciała było warunkiem uczestniczenia w życiu pozagrobowym.

Mimo że chrzeœcijaństwo tej zasady nie przeniosło, trwajšca do dziœ tradycja portretu trumiennego zdaje się nawišzywać do dawnych wierzeń.

Absolutnym rajem dla autoadoracji stały się demokracja i kultura popularna. Zniknęły bariery klasowe, rasowe i zawodowe i jeœli czegoœ wcišż brakowało, to może tylko technologii, by każdy stał się celebrytš. Ale współczesnoœć rozwišzała i ten problem. Za medium o globalnym zasięgu robi dziœ piekielna machina portali społecznoœciowych. Nie ma cię w ich zasięgu? Nie istniejesz.

Nic dziwnego zatem, że ludzie łaknšcy czy wręcz żyjšcy z popularnoœci gros swojego czasu poœwięcajš na obecnoœć medialnš. Czy to zawsze œcieżka racjonalna? Aktualnoœć pytania przywołała ostatnio rozmowa polskiego europarlamentarzysty Janusza Korwin-Mikkego z brytyjskimi dziennikarzami w paœmie œniadaniowym ITV. Europosła zaproszono w charakterze kuriozum 8 marca, kilka dni po tym, gdy uzasadniał w Parlamencie Europejskim, dlaczego niższa płaca dla kobiet spełnia kryterium sprawiedliwoœci.

Rozmowa oczywiœcie miała jeden cel: wykazać, że w Europie wcišż można spotkać idiotów, którzy próbujš budzić kontrowersje poglšdami o naturalnej nierównoœci płci. Pomijajšc szczegół, jakim było absolutnie nieprofesjonalne zachowanie dziennikarzy, Korwin-Mikke poległ w tej rozmowie na wszystkich polach. Indolencja językowa nie dała mu nawet szansy na uzasadnienie poglšdów. Efektem była fala internetowego hejtu i kara w europarlamencie.

Czy tego właœnie chciał? Nie jestem pewien. Oczywiœcie, że był zainteresowany skandalem, ale mam wrażenie, że efekt przerósł jego oczekiwania. Swojš drogš, obserwujšc niemal od poczštku œcieżkę politycznš założyciela – nomen omen – Unii Polityki Realnej, widzę, jak z sezonu na sezon œwiadomie zaprzepaszcza wszystkie swoje szanse. A dziœ powoli traci kontakt z rzeczywistoœciš. Z niegdyœ popularnego i ciekawego polityka został tylko anachronizm poglšdów i kultura skandalu.

Swojš drogš Korwin-Mikke przywodzi na myœl protoplastę i klasyka skandalu i prowokacji w polityce, turbocelebrytę lat 60., niejakiego Screeming Lorda Sutch, samozwańczego arystokratę, rockmana i prowokatora, założyciela Official Monster Raving Loony Party – Oficjalnej Potwornej Partii Skończonych Œwirów. We wczesnej karierze, jeszcze jako showman, biegał po scenie z siekierš, występował w wielkich bawolich rogach założonych na głowę, a jego standardowym przebraniem był strój Kuby Rozpruwacza. W póŸniejszych latach aż 40-krotnie kandydował do parlamentu pod hasłem: „Głosuj na szaleństwo – wiesz, że to ma sens", domagajšc się choćby urzędowej likwidacji miesięcy lutego i marca. Oczywiœcie po to, by skrócić zimę.

Nigdy nie osišgnšł sukcesu, choć miał dobrš rękę do lansowania w swoim zespole wielkich muzyków. Zaczynali z nim karierę choćby Jeff Beck i Jimmy Page, Ritchie Blackmore i Keith Moon. A on sam, mierny wykonawca, snuł się pod koniec życia po Londynie jako dziwak i ekscentryk. Niestety, nie dożył naszych czasów, a kto wie, może w dobie selfie i Brexitu mógłby sięgnšć po realnš władzę?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL