Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Plus Minus

Teorie spiskowe. Czy Franciszek zwalczał Benedykta XVI

Czy Franciszek należał do grupy zwalczającej Benedykta XVI? Oto co zajmuje siewców teorii spiskowych.
AFP, Andreas Solaro
Od czterech lat teorie spiskowe o ustąpieniu Benedykta XVI i wyborze Franciszka wracają w nowych odsłonach. Paradoksalnie są one... dowodami na istnienie Boga.

Na pierwszy rzut oka powyższa teza brzmi absurdalnie. I przede wszystkim może wywołać odruch w postaci pytania – po co w ogóle dorabiać jakiś teologiczny wątek do racjonalnych pytań o fakty: były naciski na Benedykta XVI czy ich nie było? Ktoś kombinował przy wyborze Franciszka czy wszystko odbyło się zgodnie z regułami? Rezygnacja pierwszego i wybór drugiego były ważne czy nie? Zanim więc dojdziemy do teologii, spróbujmy zmierzyć się z tymi pytaniami.

Kryteria wiarygodności

Po pierwsze, uczciwa odpowiedź brzmi: zależy, co kto rozumie przez „naciski" z jednej i „kombinowanie" z drugiej strony. Jeśli przez naciski rozumieć dosłownie zmuszenie papieża do podjęcia zaskakującej decyzji o ustąpieniu – to nie ma na to żadnych dowodów czy choćby poszlak, a i sam zainteresowany wielokrotnie i przekonująco temu zaprzeczał (o czym szerzej powiemy później). I nie ma powodów, by mu nie wierzyć. To raczej kwestionowanie tego, co mówi sam Benedykt, jest objawem irracjonalnego myślenia, nie odwrotnie.

Świadectwo wiarygodnego świadka jest dowodem rzeczowym. Nawet w procesie sądowym uznaje się, że dowód z zeznań świadków nie może być uznany za „słabszy", „mniej wartościowy" od innych dowodów. Mówiąc inaczej: nawet gdyby zawartość dokumentów, choćby najbardziej tajnych (czy przez to zawsze wiarygodnych?), przeczyła temu, co mówią świadkowie, nie jest to dla sądu wystarczająca podstawa, by orzec, że świadek jest niewiarygodny.

Ponieważ zaś w ostatnim czasie znowu pojawiły się głosy (głównie wśród tradycjonalistycznych katolików w USA i w Europie), że sprawa na pewno jest grubsza, niż to przedstawia papież emeryt, że są nowe dokumenty (choć nikt ich nie pokazał) i że sprawę abdykacji trzeba zbadać do końca, bo wyjaśnienia samego zainteresowanego są „mgliste", warto na wstępie zacytować... wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku z marca 2014 r. Sprawa dotyczyła tematu odległego od tego, czym się tu zajmujemy, ale jedno zdanie z wyroku dobrze ustawia ogólną perspektywę w rozeznaniu, co trzeba wziąć pod uwagę w dochodzeniu do prawdy: „Świadectwo pracy jako dowód z dokumentu prywatnego nie ma silniejszej mocy dowodowej niż dowód z zeznań świadków lub z przesłuchania stron", czytamy w sentencji. Podkreślmy: mowa tu o sprawie, w której są dwie strony konfliktu, gdzie każda z nich ma interes w tym, by wygrać. A mimo to sąd bierze pod uwagę świadectwo również strony, która jest sędzią we własnej sprawie.

W przypadku „zeznań" Benedykta XVI nie jest on żadnym sędzią we własnej sprawie, tylko najbardziej autentycznym świadkiem swojej decyzji i okoliczności, które na nią wpłynęły. Skąd zatem ta irracjonalna u wielu publicystów w Polsce i świecie próba przyjmowania z wiarą wszystkiego, tylko nie świadectwa samego zainteresowanego?

W 2013 r., parę dni po ogłoszeniu przez Benedykta XVI decyzji o rezygnacji, przeprowadzałem dla „Rzeczpospolitej" wywiad z ks. prof. Jerzym Szymikiem, poetą, teologiem, znawcą i miłośnikiem myśli Josepha Ratzingera – Benedykta XVI. On sam nie ukrywał, że jest jeszcze w szoku po tym, co usłyszeliśmy z ust papieża parę dni wcześniej. Potencjalnie więc był osobą szczególnie podatną na wszelkie próby tłumaczenia tej decyzji, poza wersją oficjalną. A jednak na pytanie, czy nie zakłada, że istnieje w tym jakieś drugie dno lub po prostu jeden z ludzkich elementów – jak afera VatiLeaks – który zaważył na kroku papieża, odpowiedział: „Nie mam powodów, żeby temu człowiekowi nie ufać. I jeśli on sam powiedział, że podjął decyzję, rozważywszy ją po wielekroć przed Bogiem, w sumieniu, to ja to przyjmuję. (...) Poza tym świetnie go rozumiem. Mam podobną strukturę decyzyjną. Nie muszę spełniać oczekiwań innych. I jeśli uważam w sumieniu, że coś jest słuszne, to zewnętrzna presja niewiele dla mnie znaczy" – dodał ks. Szymik.

Świadek ma głos

Zobaczmy zatem (skoro nie chcemy na razie mówić o teologii, tylko o „bardziej" racjonalnych dowodach), co mówi sam zainteresowany, który kilkakrotnie już zabierał głos w sprawie rzekomych nacisków. Sprawa była tak mocno rozdmuchana medialnie (sugerowano, że skoro ustąpił pod naciskiem, to jest to akt nieważny), że papież emeryt w liście do włoskiego dziennika „La Stampa" napisał m.in.: „Nie ma najmniejszej wątpliwości co do ważności mojej rezygnacji z posługi Piotrowej", „spekulacje na temat nieważności rezygnacji są po prostu absurdalne", „jedyną okolicznością jej ważności jest pełna wolność decyzji".

W wywiadzie rzece z Peterem Seewaldem „Ostatnie rozmowy" odniósł się do tego jeszcze w słowach: „Jeśli nie da się właściwie wypełniać zleconej misji, staje się jasne, że nie dysponuje się zdolnością, więc należy – dla mnie to oczywiste, ktoś inny ma pewnie odmienne zdanie – zwolnić miejsce". W rozmowie z Seewaldem papież wyraźnie zaznaczył, że gdyby miał poczucie, że wywierano na niego naciski, toby nie ustąpił, „gdyż nie należy porzucać [urzędu] w obliczu presji". I dalej: „Dzięki Bogu, byłem w pokojowym stanie ducha kogoś, kto pokonał trudności, (...) gdy może spokojnie przekazać ster następcy".

A w sierpniu 2016 r. ponownie, tym razem w wywiadzie dla włoskiego dziennika „La Repubblica", Benedykt XVI sprecyzował i powtórzył to, co mówił już wcześniej: „Moja decyzja o rezygnacji z dalszego pełnienia posługi spowodowana była świadomością, że nie jestem w stanie podjąć trudnej pielgrzymki do Rio de Janeiro na Światowe Dni Młodzieży". Wielu komentatorów nie wyobraża sobie, że sam zainteresowany mógł traktować poważnie tak „błahy" powód, co tylko napędza ich do snucia kolejnych domysłów. Benedykt XVI nie ułatwia im pracy, bo w swoim świadectwie „brnie" jeszcze dalej: „W tych dniach [w czasie pielgrzymki na Kubę – red.] doświadczyłem z wielką siłą ograniczeń mojej wytrzymałości fizycznej. Przede wszystkim uświadomiłem sobie, że w przyszłości nie jestem już w stanie stawić czoła przelotom transoceanicznym z powodu zmian strefy czasowej. Oczywiście mówiłem o tych problemach także z moim lekarzem, prof. dr Patrizio Poliscą. Stało się jasne, że nigdy nie będę w stanie wziąć udziału w Światowych Dniach Młodzieży w Rio de Janeiro w lecie 2013 r. Przeszkodą była tutaj wyraźnie zmiana stref czasowych. Od tej pory musiałem w stosunkowo krótkim czasie zdecydować o dacie mojego wycofania się"– mówił papież emeryt w wywiadzie.

Jeśli więc mówić o jakichkolwiek naciskach na papieża, to, dając mu wiarę, można mówić jedynie o całym splocie okoliczności związanych z oceną własnych możliwości, zupełnie ludzkich, do czego można pewnie zaliczyć zmęczenie i zarazem poczucie nieradzenia sobie z problemami i aferami w Watykanie, które musiały odbić się również na zdrowiu.

Bez konkretów

Skoro już jednak posługujemy się kategoriami procesowymi – dowody, zeznania, świadkowie – przyjrzyjmy się również głosom tych, którzy twierdzą, że Benedykt XVI nie mówi wszystkiego w tej sprawie. Żeby nie szukać daleko, całkiem niedawno (7 marca) kij w mrowisko włożył arcybiskup senior Luigi Negri, emerytowany ordynariusz archidiecezji Ferrary-Comacchio we Włoszech. Powtórzył to, co dotąd mówili głośno tylko niektórzy świeccy komentatorzy: na Benedykta XVI wywierano ogromne naciski w Kurii Rzymskiej, dlatego poczuł się zmuszony do ustąpienia. Wywiad z arcybiskupem ukazał się na portalu Riminiduepuntozero.it. Hierarcha wprawdzie przyznał, że nie zna szczegółów tego, co się dzieje w Kurii Rzymskiej, ale od razu, na pewniaka, dodał, że „pewnego dnia wypłyną poważne materiały z Watykanu i spoza".

Czytając dalej wywiad z arcybiskupem, dochodzimy do źródeł, z jakich czerpie swoją wiedzę. „Nie jest przypadkiem, iż w Ameryce, również na podstawie tego, co ogłoszono w ramach WikiLeaks, niektóre grupy katolików poprosiły prezydenta Trumpa o powołanie komisji śledczej w sprawie zbadania, czy administracja Baracka Obamy nie wywierała nacisku na Benedykta". Abp Negri dodaje, że wprawdzie na razie jest to „ogromna tajemnica", ale za rezygnacją Benedykta XVI stoją siły „zewnętrzne".

Tu dochodzimy do sprawy, jaka rzeczywiście rozgrzewa od jakiegoś czasu pewne środowiska katolickie w USA. I jak zwykle w podobnych przypadkach fakty mieszają się tu z faktami dorobionymi. Rzeczywiście szef kampanii wyborczej Hillary Clinton John Podesta współtworzył organizację, która miała na celu skonfliktowanie katolików w USA z amerykańskim Episkopatem. Faktem jest również – i tu abp Negri nie mija się z prawdą – że „niektóre grupy katolików" w Stanach chcą śledztwa, czy sprawa Podesty nie była szerszą operacją obliczoną właśnie na obalenie Benedykta XVI. Tyle że już faktem dorobionym jest właśnie to, co owi katolicy w Stanach – a za nimi niektórzy w Europie – sugerują: że ustąpienie papieża było wynikiem szerokiej akcji amerykańskich służb specjalnych.

Amerykański ślad?

Ponieważ tematem Podesty zajmowałem się bardziej szczegółowo w czasie kampanii wyborczej w USA, pozwolę sobie przytoczyć parę faktów, które rzeczywiście są „grube", ale z których jednocześnie niektórzy chcieliby zrobić fakty grubsze, niż są w rzeczywistości. John Podesta to jedna z najbardziej wpływowych osób w Stanach Zjednoczonych. Skuteczny lobbysta i jednocześnie doradca Baracka Obamy, a wcześniej szef kampanii wyborczej Billa Clintona, później kierował sztabem i kampanią Hillary Clinton. Prowadzona przez niego i brata Tony'ego firma lobbingowa Grupa Podesta ma świetne wejścia w Partii Demokratycznej i u samych Clintonów, z których to zresztą wpływów chętnie i skutecznie korzystają Rosjanie.

Z ujawnionych przez WikiLeaks e-maili Podesty wynikało, że pomógł on założyć dwie katolickie w nazwie organizacje – Catholics in Alliance for the Commom Good oraz Catholics United – których celem było wywołanie zmian w Kościele katolickim w Ameryce. Krótko mówiąc, organizacje te miały „nawrócić" amerykańskich katolików na poprawną politycznie wersję chrześcijaństwa. W kluczowym e-mailu z 2012 r. John Podesta przyznaje, że pomógł założyć dwie organizacje z taką właśnie intencją. E-mail był odpowiedzią na list od Sanforda Newmana, szefa lewicowej organizacji Voices for Progress i przyjaciela Baracka Obamy, w którym pisał on o potrzebie „katolickiej wiosny". Na czym miałaby owa wiosna polegać? Newman precyzuje, że potrzebny jest ruch, w którym katolicy „sami wystąpią o zakończenie średniowiecznej dyktatury i wprowadzenie nieco demokracji, szacunku dla równości płci w Kościele katolickim".

Tyle fakty – potwierdzone przez WikiLeaks i samego zainteresowanego. Jak to się ma do ustąpienia Benedykta XVI? Otóż owi tradycjonalistyczni katolicy z USA, o których mówi abp Negri, rzeczywiście żądający śledztwa w sprawie nacisków na papieża, twierdzą, że działalność Podesty i służb specjalnych kontrolowanych przez demokratów była projektem dużo szerszym i obliczonym również na usunięcie Benedykta XVI. Narzędziem do tego miały być skandale w Watykanie, m.in. związane z Bankiem Watykańskim i VatiLeaks. Problem tylko w tym, że brak jak dotąd jakichkolwiek poszlak (o dowodach nie mówiąc), mogących choć trochę uwiarygodnić ten trop.

Mafia z St. Gallen

I w tym miejscu dochodzimy do drugiej części „teorii spiskowej" w operacji pod kryptonimem „Benedykt-Franciszek". Czy za obaleniem pierwszego i wyborem drugiego nie stała jakaś grupa interesów w samym Watykanie? Czy jeśli rezygnacja Benedykta była nieważna i de facto to on nadal jest papieżem, to czy wybór Franciszka jest w ogóle ważny? A nawet jeśli rezygnacja Benedykta była ważna, to czy Franciszek został wybrany zgodnie z prawem o wyborze papieża? I czy on sam nie należał do grupy zwalczającej Ratzingera?

W przypadku wszystkich tych opcji przewija się hasło „mafia z St. Gallen". Chodzi o grupę kardynałów, na czele której stał belgijski kard. Godfried Danneels. Grupa z St. Gallen przedstawiana jest zazwyczaj jako jawna opozycja wobec kard. Ratzingera, później Benedykta XVI. Zresztą sam kard. Danneels, postać rzeczywiście budząca słuszne wątpliwości, specjalnie się z tym nie krył, a nawet przyznał do tego w swojej biografii.

Tylko jedną rzecz należy sprostować na wstępie: określenie „mafia", które w niektórych kręgach katolickich jest używane na określenie tej grupy kardynałów w sposób jednoznacznie negatywny, niemal kryminalny, zostało wymyślone przez samego kard. Danneelsa, który mówił o spotykaniu się i knuciu jak „mafia" w sposób wyraźnie żartobliwy. Było w tym też więcej promocji własnych możliwości i wpływu na bieg wydarzeń, niż wynikałoby to ze stanu faktycznego. Zwłaszcza po pewnym ważnym epizodzie „mafia", a głównie jej lider poczuł wiatr w żaglach. Było to w czasie konklawe w 2005 r. (kiedy na papieża wybrano kard. Ratzingera).

Z biografii Franciszka „The Great Reformer" pióra brytyjskiego dziennikarza Austena Ivereigha (powołującego się na ujawnione zapiski jednego z kardynałów) wynika, że już po pierwszym głosowaniu przepaść między faworytem Ratzingerem a pozostałymi kandydatami była wyraźna. Jednocześnie „mafia" z St. Gallen zauważyła, że przy 47 głosach dla Ratzingera i niespodziewanych dziesięciu dla Bergoglia (który wypłynął nagle, wbrew forsowanej przez wielu tezie, że był on od dawna kandydatem „mafii"), jest pole do lobbowania za kardynałem, który ma szansę zablokować wybór Ratzingera. „Strategia reformatorów – pisze Ivereigh – polegała na rozbudowaniu poparcia dla Bergoglia do przynajmniej 39 głosów z wykorzystaniem aliansu zwolenników reform z Europy i Stanów Zjednoczonych z udziałem Latynosów, którzy wspólnie pragnęli bardziej kolegialnego, bardziej duszpasterskiego zarządzania Kościołem. To uniemożliwiłoby Ratzingerowi uzyskanie niezbędnej większości dwóch trzecich, czyli 77 głosów".

I oto w następnym głosowaniu Ratzinger dostał wprawdzie 72 głosy, ale Bergoglio już 40, co wyraźnie rozochociło Danneelsa i jego „mafię", bo gdyby poparcie dla argentyńskiego kardynała zostało utrzymane, Ratzinger nie mógłby zostać wybrany.

I wtedy wydarzyło się coś, co zaprzecza wszystkim teoriom głoszącym, że argentyński kardynał należał do spisku przeciwko Ratzingerowi. Austen Ivereigh pisze, że „Bergoglio niespodziewanie się wycofał. Autor zapisków nie dostarcza wprawdzie informacji, co się stało w przerwie obiadowej, lecz inne źródło donosi, że Bergoglio, »niemal płacząc«, błagał innych kardynałów, żeby głosowali na Ratzingera". Nie ma wątpliwości, że zauważył, iż grupa kardynałów chce go użyć przeciwko Ratzingerowi, do którego Bergoglio nie tylko miał zaufanie (zresztą kard. Ratzinger też zawsze podkreślał swoje zaufanie do kard. Bergoglia, także gdy ten redagował dokumenty z konferencji z Aparecidy, które miały stać się konstytucją duszpasterską dla Ameryki Łacińskiej, a w których właśnie Ratzinger zobaczył program dla całego Kościoła). Bergoglio zwyczajnie oburzył się na to, że bez własnej woli stanął w samym centrum podziałów między kardynałami. „Bergoglio szanował i lubił przyszłego papieża Benedykta XVI, uważał, że to on powinien być papieżem, ale sam nie należał do żadnej grupy ani koalicji, a już na pewno nie do rigoristi. Ponadto reformatorzy wiedzieli, że Bergoglio chce reformy i kolegialności, lecz że nie jest »z« partii w sensie, w jakim była nią grupa z St. Gallen", podsumowuje biograf Franciszka.

Później sam kard. Bergoglio przyznawał, że był wzburzony tym, że ktoś próbował z niego zrobić członka bloku antyratzingerowskiego. Powiedział też, że wszystkie te niedyskretnie ujawniane szczegóły sprawiają wrażenie, że konklawe to sprawa intryg i układów, podczas gdy „wszyscy byliśmy świadomi, że jesteśmy tylko narzędziami, którymi posłużyła się Opatrzność Boża, wybierając właściwego następcę Jana Pawła II. Tak się właśnie stało".

Tak było w 2005 r. W roku 2013, gdy Benedykt XVI zrezygnował, oczywiste było, że kard. Bergoglio jest znowu brany pod uwagę, już w bardziej „naturalnych" warunkach, i wcale nie miał poparcia tylko tzw. mafii z St. Gallen. Jednak zwolennicy teorii, że wybór Franciszka jest nieważny, twierdzą, że na nieważność miało wpływ nie tylko organizowanie stronnictw i rzekome umawianie się z Bergogliem, ale również błędy w samej procedurze głosowania.

Dwa lata temu głośno wokół tego tematu zrobiło się za sprawą książki Antonia Socciego. Ponieważ sam wówczas byłem na etapie pracy wydawniczej nad tłumaczeniem wspomnianej wyżej biografii Franciszka, znając tezy Socciego, który przytaczał część tych samych faktów, jakie przywoływał Austen Ivereigh (choć Socci interpretował je na niekorzyść Franciszka), umówiłem się na spotkanie z historykiem Kościoła i ze znawcą prawa kanonicznego. Oni długo debatowali nad tekstami prawnymi, porównując oryginał łaciński z polskim tłumaczeniem, ja siałem wątpliwości, powołując się na tezy Socciego i na fakty przytaczane przez mojego autora. Z tej konfrontacji wróciłem z przekonaniem, że proces wyboru Franciszka w niczym nie naruszył prawa o wyborze papieża, a zwolennicy teorii o nieważności konklawe naprawdę mocno puścili wodze wyobraźni.

Spór dotyczy tego wydarzenia: „Wtedy zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Drugie głosowanie tego popołudnia, piąte w całym konklawe, zostało anulowane, gdyż skrutatorzy znaleźli o jedną kartkę więcej, niż było kardynałów. Nadmiarowa okazała się niewypełniona kartka przyczepiona przypadkiem do kartki z wpisanym nazwiskiem. Chociaż mogło to nie wpłynąć na wynik, reguły były jasne i kardynałowie mieli głosować raz jeszcze", pisze Ivereigh. To samo wydarzenie Socci i zwolennicy teorii o nieważnym wyborze interpretują dokładnie odwrotnie – kardynałowie nie mieli prawa powtarzać głosowania, bo przekroczyliby tym samym liczbę dozwolonych głosowań w ciągu dnia. Tym samym wybór Bergoglia jest nieważny. Problem w tym, że – zgodnie z tym, jak interpretują ten epizod kanoniści – nie doszło do nadliczbowego głosowania, tylko z racji przyczepionej kartki jedno zostało uznane za niebyłe.

Na koniec wróćmy do postawionej na wstępie tezy, jakoby wszystkie teorie spiskowe wokół rezygnacji Benedykta XVI i wyboru Franciszka miały być dowodami na istnienie Boga. Oczywiście, do pewnego stopnia to rodzaj prowokacji: wszak te wszystkie zakulisowe intrygi i zabiegi – i te rzeczywiste, o których wspominałem, i te wydumane lub, w najlepszym wypadku, ocierające się o jakiś stopień prawdopodobieństwa – mogą wywołać poczucie czegoś dokładnie odwrotnego: że cała ta watykańska machina to jedna wielka ludzka ułomność, która jakimś cudem jeszcze się trzyma. Układy, frakcje, „mafie", stronnictwa, głosowania – czy w tym wszystkim naprawdę może być coś (Ktoś) więcej?

Pozwolę sobie uzasadnić tę może i wyglądającą na przekombinowaną teorię zdaniem Nicky'ego Gumbela, anglikańskiego duchownego, współtwórcy kursów Alpha, którego miałem niedawno okazję poznać w Londynie. Nicky, który z pierwszego wykształcenia jest prawnikiem, a sam przez sporą część życia był ateistą, często podkreśla, że choć nie można dowieść prawdziwości chrześcijaństwa tak, jak się coś udowadnia w matematyce czy w naukach ścisłych, to jednocześnie nasza wiara nie jest irracjonalna, tylko oparta na solidnym materiale dowodowym.

– Jeden z ateistów w Wielkiej Brytanii przyznał kiedyś w naukowym piśmie, że życie Jezusa było tak niezwykłe i Jego osoba tak wymykająca się naszej wyobraźni, że gdyby rzeczywiście nie istniał, to ani Kościół, ani nikt inny nie byłby w stanie kogoś takiego wymyślić – mówi Gumbel. Otóż twierdzę, że gdyby rezygnacja Benedykta XVI i wybór na jego miejsce Franciszka nie miały nigdy miejsca, to również nikt nie byłby w stanie wymyślić i wyłącznie po ludzku zrealizować takiego scenariusza. Zarówno odwaga pierwszego papieża, jak i okoliczności wyboru drugiego, a zwłaszcza styl i program jego posługi, tak bardzo wymykają się naszym wyobrażeniom i logice, że nie da się ich umieścić w żadnych szufladkach. Teorie spiskowe są nieporadną, a przez to dowodzącą istnienia wyższego „poziomu reżyserii" próbą radzenia sobie z tymi trudnymi do ogarnięcia wydarzeniami.

Autor jest publicystą „Gościa Niedzielnego" i szefem Wydawnictwa Niecałe

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL