Wojciech Waglewski: Jesteś wynajęty i masz grać

aktualizacja: 19.03.2017, 20:59
Foto: Reporter/ Adrian Slazok

Kiedy artysta jest atakowany, to – inaczej niż na przykład polityk – na ogół nie odpowiada atakiem, bo nie ma na to czasu, nie umie, nie wie jak i tak dalej. Jego obroną przed krytyką jest ciągłe wzmacnianie w sobie przekonania, że jest najlepszy i zawsze ma rację - mówi Wojciech Waglewski w rozmowie z Wojciechem Bonowiczem.

REDAKCJA POLECA

Plus Minus: Czy miałeś kiedyś taką sytuację, o jakiej opowiadał Tomek Budzyński [wokalista rockowy – red.], że przyszła do niego fanka Armii i prosiła, żeby nałożył na nią ręce? To było jeszcze przed jego nawróceniem?

Wojciech Waglewski: Na szczęście nie. Jacek Ostaszewski [muzyk, kompozytor – red.] opowiadał, że zdarzało się, iż w trakcie koncertów Osjana ludzie wpełzali na kolanach na scenę i całowali ich po rękach. Mnie to nigdy nie spotkało. Parę razy mieliśmy kontakt z ludźmi niezrównoważonymi psychicznie. Ale takie przejawy kultu? Nie, nigdy. To by był dla mnie znak ostrzegawczy, że trzeba zmienić formułę grania.

Budzyński mówi, że się tego przestraszył.

Dobrze go rozumiem.

Czasem lider zespołu staje się dla fanów kimś więcej niż muzykiem. Kimś w rodzaju guru, kapłana, nauczyciela.

W sposób przemyślany unikałem w swoich tekstach wszelkiego nauczania. Jak na dzień dobry mówisz ludziom: rób to, nie rób tego, to jest dobre, to jest złe, to w konsekwencji mogą zacząć cię traktować jak Boga. Moje teksty mówią o słabościach: o poszukiwaniu miłości, poszukiwaniu Boga, raz udanym, raz nieudanym, o zmaganiu się z samym sobą. Jeśli pojawia się u mnie tryb rozkazujący, to bardziej jako chwyt retoryczny. To nie jest nic apodyktycznego, raczej rzucam hasła typu: zwolnij, zatrzymaj się, pomyśl.

A jaki jesteś w stosunku do fanów? Bo na forach są różne opinie. Jedni piszą, że równy gość z ciebie, a inni, że bufon.

Większość artystów, których uwielbiałem i uwielbiam, od Tadeusza Kantora do Milesa Davisa, to była kwintesencja bufonady. Jest taka rzecz, z której ludzie rzadko zdają sobie sprawę: kiedy artysta jest atakowany, to – inaczej niż na przykład polityk – na ogół nie odpowiada atakiem, bo nie ma na to czasu, nie umie, nie wie jak i tak dalej. Jego obroną przed krytyką jest ciągłe wzmacnianie w sobie przekonania, że jest najlepszy i zawsze ma rację. Czasem rozmawia się z jakimś artystą i wydaje się, że to buc na maksa. A to tylko forma obrony.

Zauważyłem, że ludzie, którzy są skoncentrowani na tym, co robią, nie są osobami specjalnie medialnymi. Nawet przychylna krytyka może artystę wk...ć, bo na przykład nieustannie się go z kimś porównuje. Mnie przez całe lata porównywano do Stinga, chociaż nic nas muzycznie nie łączyło i nie łączy. Pamiętam, Voo Voo miało jechać na swój pierwszy zagraniczny festiwal, do Rotterdamu. Zaglądam do dossier, a tam napisano, że Waglewski to polski Sting. Dostałem piany. Najlepsze w polskiej muzyce rozrywkowej było i jest to, czego nie da się do niczego porównać: Niemen, Grechuta, Demarczyk. Wtórność jest dla artysty nieszczęściem, a niestety w Polsce niektórzy piszący o muzyce uczyli tej wtórności przez całe swoje życie.

Każdy z nas ma jakiś obraz samego siebie i broni tego obrazu. W Polsce przez lata było tak, że koncert to była walka: wychodziłeś i czułeś, że masz tę publiczność – nie całą, ale część – przeciwko sobie. Na świecie, jak ci się coś nie podoba, to się odwracasz i wychodzisz. A w Polsce nie: zostajesz i manifestujesz swoją niechęć. Tak jesteśmy skonstruowani. Dop...nie się jest tu najpopularniejszą formą krytyki. I tu nie ma przystanku, nie ma emerytury. Jak jesteś młody, to cię atakują, bo za mało jeszcze umiesz albo nie należysz do tej czy innej sekty. A jak jesteś stary – bo za długo już jesteś na scenie, bo mendzisz i tym podobne.

Miewałeś kłopoty z fanami? W jednym z wywiadów wspominasz o dziewczynie, która latała za Tobą z nożem.

Zdarzało się nam, zwłaszcza na początku, po pierwszej, mocno surrealistycznej płycie, że kręciło się wokół nas sporo osób nieszczęśliwych, a niekiedy ewidentnie zaburzonych. Kiedyś w Toruniu podeszła do mnie po koncercie dziewczyna i powiedziała, że u jej mamy na ścianie wisi gitara dwunastostrunowa. Czy jestem zainteresowany? Odpowiedziałem, że tak, chętnie zobaczę. Na co ona: „Dobrze, to porozmawiam z mamą". Minął miesiąc, ktoś puka do naszego mieszkania, Grażyna otwiera – a tam ta dziewczyna (nie wiem, skąd miała adres) z gitarą, karimatką i plecakiem. „Gdzie będę spać?", pyta. Grażyna się troszkę zdziwiła, ale udało mi się jakoś to załatwić i rozstaliśmy się z dziewczyną w spokoju.

Historia z nożem była poważniejsza. Mieliśmy wtedy koncert w Żarnowcu, pojechaliśmy tam z dziećmi, jeszcze zupełnie małymi. Niosłem te śpiące dzieci do samochodu, kiedy podeszła do mnie dziewczyna i powiedziała, że musi ze mną porozmawiać. Ja na to: „Chyba żartujesz?". A było tak, że już kilka razy wcześniej mnie zagadywała, a ja ciągle odpowiadałem, że później. No i idę z tymi dzieciakami pod pachą, a ona, że musi koniecznie teraz. „Powiedz z grubsza, o co ci chodzi, to ci powiem, czy jest o czym gadać". A ona, że musimy porozmawiać na osobności, bo to będzie długa rozmowa. „No ale chyba widzisz, że ja tu jestem w pracy i w dodatku z rodziną". I ona siadła mi wtedy na masce samochodu i powiedziała, że się nie ruszy. Musiałem poprosić ochroniarzy, żeby ją zdjęli. Przyjechaliśmy do hotelu, położyliśmy się spać, za godzinę słychać pukanie do drzwi. Otwieram – ona. Stoi w drzwiach i znów: „Muszę z tobą porozmawiać". Mówię, że jestem zmęczony i żebyśmy się spotkali o dziesiątej rano, po śniadaniu. Czekałem następnego dnia o tej dziesiątej, ale się nie pojawiła.

Minęło pół roku, graliśmy w jakimś klubie, bodajże w Bydgoszczy. Stała w drzwiach garderoby jakaś dziewczyna, nie skojarzyłem, że to ona. Zaczęła się do mnie zbliżać i Janek Pospieszalski [muzyk Voo Voo, obecnie prowadzi programy w TV – red.] zauważył, że za plecami ma schowany nóż, więc pewnie zbliżała się do mnie w celach niecnych. Janek ją złapał, oddał w ręce ochroniarzy. Co się z nią dalej stało, nie wiem.

Czy można się przed takimi sytuacjami ustrzec?

Tak całkiem to chyba nie. Jedyne, co możesz zrobić, to właśnie wprowadzić do swoich występów ten element intelektualny, pomóc ludziom jakoś sobie te emocje poukładać. Cieszę się, że na nasze koncerty przychodzą ludzie z dziećmi. Mam nadzieję, że my w czasie koncertów tworzymy wspólnotę. Nie lubię tego grupowania się w imię nienawiści do kogoś: punki przeciwko hipisom, heavymetalowcy przeciwko punkom. Pamiętam takie koncerty, na których grała Armia – już w imię Boże. Przychodziły całe załogi ze sztandarami, okrzykami, w czasie występu Armii robiła się zadyma, a potem Armia schodziła i pod sceną robiło się pusto. Bo oni przyszli tylko na swój zespół, pokazać siłę. Ja nie chcę mieć takiej publiczności. Chcę, żeby słuchała różnej muzyki i różną muzykę szanowała.

Podobną sytuację miałem kiedyś z Kultem. Graliśmy „na świeżaczku", było jakieś dwadzieścia tysięcy ludzi. No ale jak zszedł Kult, a wyszliśmy my, te dwadzieścia tysięcy rzuciło się do wyjścia, pod sceną została może setka, może kilka setek. Wyobrażasz sobie ten widok – dwadzieścia tysia ludzi w pośpiechu opuszczających stadion?! Lekcja pokory.

To dziwne, bo wydawało mi się, że dużą część publiczności macie wspólną.

Tak by wynikało z forów. W praktyce oni mają więcej publiczności takiej typowo rockowej, która chce ostrego grania. Ale grywaliśmy potem z Kultem przy różnych okazjach – i było fajnie. Tylko pod jednym warunkiem: że się kolejność zmieni. Nasi z Kultu nie wychodzą.

Pokora w takim zawodzie jak nasz jest niezbędna. Świadomość tego, że się niewiele umie, że są autorytety, i wreszcie – jakie jest miejsce tej „sztuczki" w społeczeństwie. Pracownik muzyczny to ktoś, kto cały czas boryka się z problemami finansowymi, bywa upokarzany, oszukiwany. Niewielu ma taki komfort, jak my dzisiaj, że gramy właściwie wyłącznie prawdziwe koncerty. Codzienne życie muzyka, nawet bardzo znanego, to jest grywanie koncertów usługowych: jesteś wynajęty i masz grać dla publiczności, która często jest już zwarzona, ma cię w dupie lub w najlepszym razie traktuje cię jak zło konieczne. My tego typu imprez staramy się unikać, ale dla wielu wykonawców są one chlebem powszednim, bo pozwalają utrzymać zespół i menedżerów. Koncerty klubowe to są koncerty, które dają najwięcej radości, ale najmniej pieniędzy.

Fragment książki Wojciecha Waglewskiego i Wojciecha Bonowicza, „Wagiel. Jeszcze wszystko będzie możliwe", która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Znak. Bonowicz jest poetą, felietonistą „Tygodnika Powszechnego", autorem książki o ks. Józefie Tischnerze. Waglewski to gitarzysta, kompozytor, założyciel Voo Voo, antycelebryta.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE