Karol Bielecki: Nie mam oka, nie stało się nic wielkiego

aktualizacja: 18.03.2017, 10:56
Foto: AFP

– Mogłem się położyć i płakać. Mogłem zacząć pić, ale dla mnie to żałosne. Nie stało się nic wielkiego. Nie mam oka, ale przecież zostało mi drugie – mówi Karol Bielecki w rozmowie o powrocie do sportu po dramatycznym urazie, o harcie ducha i życiu, w którym nic nie jest dane na zawsze.

REDAKCJA POLECA

Plus Minus: Jak to jest, gdy połowa głowy siedzi w ciemnym pokoju?

Karol Bielecki: Miałem takie wrażenie w trakcie rehabilitacji po utracie oka. Czułem to, czego nie widziałem. Teraz też wiem, że po lewej stronie mam rękę, ale jej nie widzę. Tak samo dzieje się po wyjściu na boisko. Kiedyś widziałem skrzydłowego, teraz biegnę przed siebie i czuję, że skrzydłowy tam jest, ale żeby mieć pewność, muszę się odwrócić. Wiem, że coś się dzieje, ale już tego tak nie ogarniam. Mam pole, które jest niewiadomą.

Czuje pan, że wracając do wielkiego sportu po takim urazie, został pan legendą?

Nigdy o sobie tak nie pomyślałem. Miałem fajną karierę, kocham sport, ale myślę, że jestem człowiekiem, który po prostu dał sobie radę i spokojnie sypia. Nie chciałem siedzieć i użalać się nad losem. Kiedy straciłem oko, miałem 28 lat i byłem w najlepszym momencie kariery, po wypadku mógłbym tylko to wspominać albo spróbować stanąć na nogi. Nie darowałbym sobie bierności, tego, że zrezygnowałem, kiedy była szansa. Poza tym nie oszukujmy się – sport to dla mnie także praca, sposób na zabezpieczenie rodziny, przyszłości dziecka. Chciałbym spokojnie żyć.

To lata treningów nauczyły pana wstawania z kolan?

Ciężko porównywać to, co mi się przytrafiło, z przeżyciami Maćka Szczęsnego, który stracił córkę, czy Kuby Błaszczykowskiego, który widział rodzinną tragedię. To są prawdziwe nieszczęścia, dramaty. Kiedy widzę, co przeżywają inni, sądzę, że los obszedł się ze mną łagodnie. Oczywiście takie chwile są bardzo ciężkie, na pewno kształtują charakter, ale uprawiając sport, łatwiej sobie z nimi poradzić. Bo sport to porażki, gorycz i upadki. Każdy mecz jest próbą, trzeba się nauczyć walczyć i godzić z każdym problemem, z presją. Znam ludzi, którzy z każdej rzeczy potrafią zrobić prawdziwy dramat. Czasami, jak kobieta złamie sobie paznokieć, jest załamana do końca wieczoru, bo uważa, że stało się coś strasznego. Nie rozumiem tego. Dla mnie utrata oka nie jest wielką tragedią.

Naprawdę?

To tylko oko. Mam przecież drugie. A za moje dziecko oddałbym także to drugie. Cokolwiek by się działo, trzeba potrafić na wszystko spojrzeć z dystansu. Co można zrobić, kiedy się upadnie? Można leżeć. Można znieczulać się alkoholem, ćpać. Ale to przecież nic nie da, trzeba wymyślić, co zrobić, by te dwadzieścia, trzydzieści lat życia, które nam zostało, przeżyć jak najlepiej. Trzeba skupić się na tym, co się ma, a nie na tym, czego nam brakuje. To chyba nie jest kwestia mentalności Polaków, ale każdego człowieka indywidualnie. Czasami po prostu nie mamy parcia, żeby zadbać o to, by było lepiej.

Zaraz po wypadku nie był pan tak silny.

Na początku uznałem, że to koniec przygody ze sportem i trzeba zacząć nowe życie. Wszystko zdarzyło się pod koniec sezonu, tuż przed urlopem, byłem zmęczony, grałem na wszystkich frontach. Kiedy powiedziano mi, że oka nie da się uratować, pocieszałem się, że w takim razie będę miał wolne weekendy, ułożę sobie życie prywatne, wrócę do Polski i jakoś to wszystko będzie wyglądało. Szukałem pozytywów.

Przecież miał pan problem nawet z chodzeniem.

Ciężko było dokładnie ocenić odległości. Bieganie po nierównym terenie nadal sprawia mi problem, na początku nie byłem w stanie jechać samochodem po wąskiej drodze czy nawet trafić w drzwi, żeby nie zahaczyć o futrynę. Zresztą takie rzeczy i teraz się zdarzają.

Podobno potrzeba roku, żeby mózg przyzwyczaił się do obrazu tylko z jednego oka?

Normalnie tak. Ale ja miałem specjalne treningi, przygotowywałem się do sezonu i cały proces przebiegał znacznie szybciej. Na boisko wróciłem po sześciu tygodniach, nie byłem oczywiście na to przygotowany i każdy lekarz odradziłby mi taki ruch, ale specjalnie rzuciłem się na głęboką wodę. Chciałem tego, czułem się silny.

Na czym polegała rehabilitacja?

Na przykład na ćwiczeniach z niebieską piłeczką. Była przywiązana na gumce i latała po niebieskim pokoju. We wszystkich kierunkach. Trenowałem oko, by móc ją złapać.

Sam miałbym problem.

To samo mówiła moja rehabilitantka. Piłka robiła różne dziwne rzeczy i zlewała się z otoczeniem. Przez połowę dnia miałem zajęcia z kobietą, która na co dzień pracowała z dziećmi, starając się poprawić ich spostrzegawczość. Miałem podobne zajęcia – znajdowałem w rozsypance dwa takie same obrazki albo zbierałem palcami drobne rzeczy i wrzucałem je do butelki, żeby wyrobić sobie poczucie głębokości. Moja córka Hania teraz tak samo bierze makaronik z talerza... Na siłowni nie wiedzieli, co ze mną robić, bo wcześniej nie spotkali się z takim przypadkiem. Chwytałem różne piłki: większe, mniejsze, cięższe, lżejsze. Pracowałem ogólnie nad koordynacją i stabilizacją.

Pierwszy lekarz stwierdził, że nie ma pan szans na powrót do zawodowstwa.

To było zaraz po pierwszej operacji w Tybindze, kiedy okazało się, że oka nie uda się uratować. Lekarz odradził mi piłkę ręczną, w ogóle sport. Później, w Heidelbergu, trafiłem już jednak do kogoś, kto przekonywał mnie, że wszystko zależy ode mnie. Nie wiem, jak nazwać jego postawę. To chyba nie wyrozumiałość, ale próba ratowania mnie jako człowieka. Lekarz zachęcał mnie do intensywnej rehabilitacji, żeby spróbował wrócić do gry, nawet jeśli nie na poziomie Bundesligi, to w drugiej lidze albo trzeciej. Twierdził nawet, że mogę grać bez żadnych okularów zabezpieczających drugie oko, bo na podobny wypadek nie mam szans. Słuchałem go uważnie, właściwie to nie miałem takiego okresu, że byłem załamany. Oczywiście sama wiadomość o tym, jak poważny mam uraz, trochę zabolała.

Podobno pan zemdlał?

To jeszcze tutaj, w szpitalu w Kielcach, gdzie trafiłem bezpośrednio z hali. Sport to kontuzje, więc w karetce myślałem sobie, że „uraz, jak uraz". A później usłyszałem: „Wszystko wypłynęło i brakuje siedmiu części oka". Zdałem sobie sprawę, że jest źle. Zemdlałem, a później już nie pamiętam.

Kto trzymał pana za rękę?

Miałem wsparcie, ale wie pan... Takie gadanie. Wszyscy mówili, że będzie dobrze, a potem trzeba było się zmierzyć z rzeczywistością. Zostałem sam. Nie chciałem o tym rozmawiać z najbliższymi, obciążać ich. Wcześniej też, gdy coś się działo niedobrego, to raczej nie dzwoniłem do rodziców, brałem wszystko na siebie. Musiałem przetrawić problem, a później sobie z nim poradzić. W Tybindze dowiedziałem się, że nie będę mógł uprawiać sportu, więc zastanawiałem się, co dalej, w Heidelbergu była już przy mnie siostra. Nie miałem kredytów, żony, dzieci, żadnych wielkich obciążeń finansowych, w Polsce miałem gdzie mieszkać, na koncie były odłożone pieniądze za grę w Niemczech. Dałbym jakoś radę. Ta świadomość pomagała też w rehabilitacji.

Rozpoczął ją pan, żeby wrócić do sportu czy żeby po prostu normalnie żyć?

Zacząłem od rachunku sumienia, myślenia o tym, co mógłbym robić, gdybym nie mógł wrócić do sportu. Trwało to jednak tylko tydzień, a później głowę zajęła mi rehabilitacja. Każdy mały kroczek do przodu dawał mi siłę. Nie robiłem postępów w takim tempie jak dziecko, ale odczuwałem zmiany na lepsze. Zacząłem łapać piłkę – zaliczone, przebiegłem sto metrów – zaliczone. Po miesiącu wszedłem w treningi, wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale miałem wsparcie od trenera i kolegów z drużyny. Traktowali mnie normalnie, nie miałem żadnej taryfy ulgowej. Umowa była prosta, miałem po prostu spróbować, zagrać dwa, trzy mecze i określić czy chcę i dam radę, czy nie.

I w pierwszym meczu Bundesligi po powrocie rzucił pan jedenaście goli.

No i wtedy się rozkleiłem.

Od razu w szatni?

Tak. Wcześniej było mi tak ciężko, a w głowie znak zapytania gonił wątpliwość, że kiedy okazało się, że wszystko jest jednak możliwe, to nie wytrzymałem z emocji. Wszyscy mi gratulowali, cieszyli się razem ze mną. Mocno to wszystko przeżyłem, bo cały mecz miałem zaplanowany w głowie wcześniej. Musiałem sobie wymyślić, co się wydarzy, przewidzieć, co będzie się działo na boisku. Taktyka taktyką, w głowie narysowałem swoją dużo wcześniej. Myślę, że teraz mi nawet trochę tego brakuje, takiej analizy przed meczem, żeby mieć te sytuacje ustawione w głowie.

Powiedział pan kiedyś: „Nie zniósłbym życia w klęsce". O co dokładnie chodziło?

Bałem się, że czeka mnie rozdrapywanie w myślach tego, co było. Przecież Polska jest pełna tak zwanych niespełnionych talentów. Ludzi, którzy mieli wszystko, by osiągnąć sukces, ale nagle przytrafiło się nieszczęście albo życiowe drogi okazały się zbyt kręte. Czasami nawet weszli na szczyt tylko po to, by z hukiem z niego zlecieć. Później mieli piękne wspomnienia do opowiadania przy alkoholu. Dla mnie to żałosne, nie chciałem pójść tą drogą. Nie miałem żadnego załamania, moje życie niemal natychmiast wróciło na trasę szybkiego ruchu. Wypadek w Kielcach, szpital w Lublinie, pierwsza klinika w Niemczech, później druga. Zajęcia rehabilitacyjne dwa razy dziennie, zrobił się młyn. To było świetne rozwiązanie, bo nie miałem czasu myśleć. Wypadek miał miejsce podczas meczu reprezentacji Polski, więc koledzy z kadry bardzo często do mnie dzwonili i pisali. Nikt nie mówił, żebym dał sobie spokój i że wszystko jest bez sensu. Specjalnie nie analizowałem tego, co będzie się działo. OK, zarabiałem dużo jako piłkarz ręczny, jeżeli nie mógłbym być nim dłużej, pewnie zarabiałbym mniej w innym zawodzie. Żaden dramat.

Kim mógłby pan być?

Wtedy nie wiedziałem, jako dzieciak miałem proste pomysły. Gdybym nie poszedł w sport, zapewne zostałbym hydraulikiem, jak mój ojciec. Taka była perspektywa. Jako nastolatek pracowałem z nim podczas wakacji na budowach, dostawałem parę złotych i byłem szczęśliwy. Nie wiem, może założyłbym z tatą jakąś firmę, wielkiego pola manewru nie miałem. Pochodzę z małej miejscowości, sport był dla mnie szansą na lepsze życie, byłem zdeterminowany, ale nigdy się nie spodziewałem, że zostanę zawodowcem.

Drogę na treningi miał pan pod górkę czy z górki?

Wiele zależało od samozaparcia, utrzymania dyscypliny. Na początku sport był dla mnie zabawą. Oczywiście miałem swoje marzenia, ale na treningi chodziłem z nudów. Fajnie wyjść wieczorem na zajęcia, porzucać piłką, mieć kolegów, tworzyć grupę. To było też ułatwienie w szkole, bo zawsze miało się po swojej stronie nauczyciela wychowania fizycznego. W małych miastach, jak Sandomierz, młodzi ludzi mają większą determinację do osiągnięcia sukcesu, bo nie mają wielu rzeczy, które mogłyby im przeszkadzać. Kiedy miałem osiemnaście lat i byłem już w Kielcach, dostawałem od rodziców pieniądze na przeżycie, które oczywiście mogłem wydawać niekoniecznie na jedzenie. Zawsze jednak czułem, kiedy przeginałem, zapalała mi się czerwona lampka, że wyjechałem z domu nie na imprezę, ale żeby coś osiągnąć. Nie zadowalałem się tym, że jestem w ekstraklasie, chciałem wyjechać za granicę i tam zaistnieć.

To prawda, że wcześniej nie przyjęto pana do szkoły mistrzostwa sportowego, bo był pan za chudy?

Miałem piętnaście lat, starałem się o przyjęcie do klasy, która już rok ze sobą pracowała. Uznano, że jestem nie „do opracowania", że nie nadrobię zaległości, że uczniowie są już dużo bardziej zaawansowani technicznie i nie mam szans wejść na ich poziom. Ich decyzja, na dobre mi to wyszło. Zahartowałem się, to zaprocentowało w przyszłości. Także po urazie, kiedy nie tylko wróciłem do gry, ale później przez dwa lata występowałem jeszcze w Niemczech, a później przeniosłem się do VIVE Kielce, najsilniejszego polskiego klubu, z którym wygrałem Ligę Mistrzów.

Do reprezentacji też pan wrócił.

Na początku trochę na wyrost. Powołanie na pierwsze mistrzostwa przyszło trochę za zasługi, byłem tam, chociaż do końca nie potrafiłem złapać piłki. Gra na mojej pozycji nie jest jednak specjalnie skomplikowana. Nabiec, złapać, rzucić. Myślenie tylko o tym na początku wracania do normalnej gry było najlepszym rozwiązaniem. Nie komplikowałem sobie specjalnie życia. Byłem takim automatem: łapałem piłkę, wychodził obrońca, nie mogłem rzucić, to podawałem dalej. Wszystko było do przetrawienia, bo taki miałem styl. W Berlinie podczas meczu oko stracił koszykarz i on już do sportu nie wrócił. W koszykówce dużo więcej się dzieje, jest coś takiego, jak poczucie głębokości kosza. Ja też, jak rzucam śmieciem do kosza, to nie trafiam. Wody nie mogę nalać z butelki do szklanki. Na szczęście w piłce ręcznej bramka jest zawsze w tym samym miejscu i do tego jest dla mnie płaska. Mam w nią trafić, proste.

Normalnie prowadzi pan już samochód?

Prowadziłem po dwóch tygodniach. Nawet nie obiłem. A nie, raz zdarzyło się zniszczyć lusterko. Na parking podjeżdżam niby powoli, ale i tak czasami żona mówi, że chyba jednak się nie da tak zostawić samochodu...

Ma pan dystans do siebie? Dopuszcza żarty z tego, co się panu przytrafiło?

Podchodzę do tego na luzie. Teraz już nie zwracam na to uwagi, jak stoję przed lustrem, to nie myślę o tym, że nie mam oka. Po wypadku żartów było znacznie więcej. Sam mówiłem, że przez całą karierę grałem i dałbym sobie rękę uciąć, że nie stracę oka. I teraz nie miałbym ani oka, ani ręki. Kiedy podróżowaliśmy na mecz, koledzy w autobusie mnie nie oszczędzali, ale odbierałem to pozytywnie. No bo niby co miałem robić? Udawać, że mam oko?

Koledzy śmieją się też, że musi pan być wyjątkowy, skoro już po urazie ożenił się pan z kobietą nagradzaną w konkursach na miss piękności.

Olę poznałem dużo wcześniej i już gdy ją zobaczyłem pierwszy raz, to wiedziałem, że tak bardzo mi się podoba, że chciałbym z nią być. Myślałem o niej w Niemczech jak o najlepszej osobie, którą znam. Wróciłem do Polski także po to, by normalnie ułożyć swoje życie. Tak chciał los.

Powiedział pan kiedyś, że być może Bóg przez utratę oka chciał panu pokazać, że za mało czasu poświęca najbliższym.

Nigdy nie użyłem takich słów. Chwilę przed wypadkiem rzeczywiście byłem w kościele, chciałem podziękować Bogu za świetny sezon, za nowy pięcioletni kontrakt z Rhein-Neckar Loewen i za to, że wszystko się tak pięknie układa. Wszyscy znamy takie uczucie, kiedy ma się świadomość, jak wiele się osiągnęło, a przyszłość widzi się tylko w kolorze. Poczułem się mocny i pojechałem do Polski na mecz reprezentacji z Chorwacją. Jakieś dwa tygodnie po wizycie w kościele nie miałem oka.

Miał pan pretensje do Boga?

Nie. Do nikogo. Do rywala także nie. Nie zostaliśmy przyjaciółmi, ale przecież sytuacja na boisku była taka, że facet nie wiedział, co się dzieje. Ja także. Więc nie mam żalu.

Powiedział pan, że po urazie jest pan życiowo silniejszy. Po urazie czy po tym, gdy udało się panu wrócić do sportu?

Nie boję się tego, co się stanie. Zdaję sobie sprawę, że życie jest ulotne. W każdej chwili może się wydarzyć coś, co zburzy dotychczasowy porządek i wywróci wszystko do góry nogami. To, co mamy, nie jest nam dane na zawsze. Trzeba szanować czas, który dostaje się od losu. Każdy czas, także ten gorszy, z którego trzeba wyciągać wnioski, by później być silniejszym. Cokolwiek by się działo, zawsze trzeba szukać innego punktu widzenia. Chcę ze spokojem na starość patrzeć w lustro.

To prawda, że nie znosi pan słowa „litość"?

Nie chciałem mieć taryfy ulgowej. Walczyłem, żeby jakoś grać i żeby przynosiło to korzyści na boisku. Bolało mnie, kiedy słyszałem za plecami, jak ktoś mówił, że lepiej by było, gdyby ta kaleka nie grała, że niepotrzebnie pcham się do sportu, który już nie jest dla mnie. Był czas, kiedy bardzo przejmowałem się komentarzami. A później, chyba Sławek Szmal mi to uzmysłowił, przypomniałem sobie, że przed kontuzją także nie miałem genialnego całego sezonu, tylko gorsze i lepsze mecze. Dołki i wzloty u sportowca to normalna rzecz, dlaczego więc po urazie miałbym się przejmować jakimś gorszym występem?

Podobno przeciwnicy na początku każdego meczu próbowali wzbudzić w panu strach atakiem na twarz.

Chcieli, żebym miał blokadę i nie pokazał swoich możliwości – tak było na początku w Niemczech. Rywale starali się wykorzystywać każdą słabość do tego stopnia, że brudzili mi „niechcący" klejem okulary, żebym tracił czas na ich przemywanie. To było zwykłe frajerstwo. Na parkiecie możesz niby wszystko, ale takie zagrania to wstyd.

Podczas ceremonii otwarcia igrzysk w Rio de Janeiro niósł pan sztandar reprezentacji Polski. To była nagroda za pana siłę czy za osiągnięcia sportowe?

To był honor i zaszczyt, którego dostąpiłem za hart ducha. Wielu sportowców na igrzyskach było lepszych ode mnie, jeżeli chodzi o dorobek medalowy. Ale to ja się podniosłem, kiedy leżałem. Podniosłem się także po to, by dalej grać dla Polski.

Pamięta pan, kiedy przyjechał ze swoim niemieckim klubem po raz pierwszy po urazie do Polski?

Tak, wróciłem do hali w Kielcach, gdzie ten wypadek miał miejsce. Walczyliśmy z VIVE o Ligę Mistrzów, ale miejscowi kibice rozwinęli transparent: „Cały kraj, cała hala, chyli czoła przed dumą handballa". Ludzie docenili moją pracę, bardzo im jestem wdzięczny. Premier Donald Tusk też napisał do mnie wtedy list z gratulacjami, ale nie przywiązuję się do takich rzeczy. Leży gdzieś w garażu, tak jak inne medale czy trofea.

Często dostaje pan teraz zaproszenia, by wygłosić jakieś motywacyjne przemówienie?

Moja kariera niedługo się skończy i chcę się tym zająć na poważnie. Będę zakładał firmę razem ze Sławkiem Szmalem, poprowadzimy szkolenia motywacyjne, będziemy chcieli organizować spotkania z dziećmi, młodzieżą, która potrzebuje autorytetów i wzorów. Ci ludzie niekoniecznie muszą być sportowcami, ale znalezienie w sobie siły może im pomóc w codziennym życiu.

Od 2008 roku regularnie co cztery lata kończy pan grę w reprezentacji. Teraz to już tak naprawdę?

Widocznie co cztery lata mam dość... Może, jeśli będzie potrzeba, to jeszcze coś w kadrze zagram, chociaż jesienią ubiegłego roku była potrzeba, a wiele nie pomogłem. W karierze sportowca są takie chwile, gdy człowiek czuje się jak balon, z którego zeszło powietrze. W 2008 roku miałem wszystkiego absolutnie dość. Nie miałem siły podnieść ręki. Cisnęli wszędzie: Bundesliga, puchary, reprezentacja, mecze towarzyskie. Czułem się całkowicie wypalony. Miałem dwa tygodnie urlopu na rok, wcześniej, gdy grałem jeszcze w kadrach juniorskich i młodzieżowych, o wakacjach w ogóle musiałem zapomnieć. Naprawdę nie życzę nikomu, by przez dziesięć lat żył z taką perspektywą. Cztery lata później było podobnie.

Teraz zatrzymał się pan na 954 golach...

Gdybym wcześniej o tym wiedział, to pewnie dorzuciłbym coś, żeby dozbierało się do tysiąca, ale zupełnie się na tym nie skupiałem. Nie liczyłem, nie chodziło mi o żadne rekordy. Szkoda, że po naszym pokoleniu nie widać specjalnie następców, ciągłości szkolenia.

Sukces, jakim było wicemistrzostwo świata w 2007 roku, nie został odpowiednio skonsumowany?

Mówiłem to od razu, rok po tamtym turnieju. Moje słowa traktowano jako wrzucanie kamyka do własnego ogródka, a mnie chodziło o rozwój dyscypliny. Roku 2007 nie przekuliśmy w nic. Siatkówka wyrobiła sobie fajny system, strategię rozwoju, a my zostaliśmy z pustymi rękoma. U nas 26-letni zawodnik jest młody i perspektywiczny. 21-letni Niemiec jest mistrzem Europy, ma brąz na igrzyskach i gra w trzecim zespole Bundesligi. I to jest dla mnie zawodnik.

Pan czuje się spełniony?

Ligę mistrzów udało mi się wygrać, ale złotych medali wielkich imprez z reprezentacją nie mam. Spełniony to może się czuć Nikola Karabatić, mistrz świata, mistrz Europy i facet z najwyższego podium na igrzyskach. My mieliśmy superzespół, ale w Polsce, jak ktoś rzuci brąz, to już jest bogiem. Nie rozdmuchaliśmy sukcesu, nie stworzyliśmy marki. Niby są zajęcia z piłki ręcznej w szkołach podstawowych, ale do ligi nikt nie trafia, nie widać w wystarczającym stopniu pracy trenerów. Siatkarze na każdy turniej jadą innym składem, faceci po dwa metry, utalentowani... W piłce nożnej też widać efekt Roberta Lewandowskiego i sukcesów reprezentacji. Przecież są młodzi, Arkadiusz Milik czy Piotrek Zieliński. Odnoszę wrażenie, że w piłce ręcznej jest inaczej.

Byliście bohaterami stycznia, kiedy telewizja transmitowała mistrzostwa. Na kolejne 11 miesięcy znikaliście ze świadomości kibiców.

Nasze osiągnięcia nie zostały dobrze sprzedane, a potencjał marketingowy odpowiednio wykorzystany. Sukces trzeba było wrzucić w środowisko juniorów, dać wsparcie trenerów, pokazać, że piłka ręczna może być sposobem na życie i też może być fajna. Da się przecież normalnie skończyć studia i trenować, a nawet jeśli się nie zostanie wielką gwiazdą, to z treningów zawsze są jakieś wartości dodane, które mogą zaprocentować w dalszym życiu. W świadomości przeciętnych ludzi są jednak piłkarze nożni – to, jak żyją, czym jeżdżą. Nie myśli się o tym, że sport przede wszystkim wychowuje.

Pan raczej też dobrze żyje i nie jeździ komunikacją miejską.

Nie narzekam. Chodzi mi bardziej o przekaz, jaki dostają kibice. O piłkarzach ręcznych ludzie coś wiedzą w Kielcach, Płocku i jeszcze kilku innych mniejszych ośrodkach. Nie zostaliśmy sprzedani do świadomości przeciętnego kibica, rodzica, który zastanawia się, na jakie zajęcia wysłać swoje dziecko, który musi mieć pewność, że na piłce ręcznej jest bezpiecznie, że treningi mają swój rytm, że uczą odpowiedzialności. Gdyby dziecko spotkało jednego czy drugiego zawodnika, który osiągnął sukces, być może zapragnęłoby pójść jego drogą. Potrzebny jest dobry nauczyciel WF, który, tak jak kiedyś spotkało to mnie, dostrzeże talent i popchnie w odpowiednią stronę.

Podstawą sukcesu waszego pokolenia był talent czy także to, że potrafiliście się zaprzyjaźnić?

Umiejętności na pewno, bo trudno znowu będzie zebrać grupę, z której piętnastu, szesnastu zawodników na co dzień gra w Bundeslidze. Mieliśmy też odpowiednią osobę w postaci trenera. Bogdan Wenta wprowadził nową myśl, kiedy przejmował nad nami opiekę, sam jeszcze niedawno był zawodnikiem. Dobrze to wszystko poukładał i zdobyliśmy tytuł wicemistrzów świata. A raczej przegraliśmy mistrzostwo.

Naprawdę tak pan postrzega tamten sukces?

Mieliśmy głód, byliśmy chłopakami, którzy jeszcze nic w życiu nie osiągnęli. Pochodziliśmy z małych miasteczek. Chcieliśmy zaistnieć, szczęście trochę nam pomogło w drodze do finału, bo dobrze ułożyła się drabinka, ale przecież mogliśmy także wygrać ostatnie spotkanie i wrócić do kraju ze złotymi medalami.

Co z tymi przyjaźniami? Przetrwały?

Tak, oczywiście. Mam superkontakt z Grześkiem Tkaczykiem, ze Sławkiem Szmalem dalej jeździmy na mecze, siedząc obok siebie w autokarze, i wspólnie planujemy biznesową przyszłość. Poza tym mamy swoje interesy, które pozwalają nam trochę zabezpieczyć przyszłość.

Korzysta pan z popularności?

Ludzie mnie rozpoznają, ale może to dlatego, że mam ponad dwa metry i jestem rudy. Nie odmawiam zdjęć, daję autografy, na ogól jestem cierpliwy. Straż miejska też czasami łaskawiej spojrzy na niekoniecznie poprawnie zaparkowany samochód, ale po prostu staram się być grzeczny. Kiedy przekroczę prędkość nie wykorzystuję tego, że nazywam się Bielecki. Jak weszła nowa ustawa, jako jeden z pierwszych straciłem prawo jazdy. W Sandomierzu.

Pana znajomi opowiadają jak bardzo zmieniła pana mała córeczka.

Mam zajęcie. Rano i wieczorem jest maluszek. Urodziny Hani nadały mojemu życiu większy sens na dłuższą metę. Pewnie jakbym wiedział, że rodzicielstwo jest tak fajne, zdecydowałbym się na nie wcześniej. Nie wiem jednak, czy między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia podołałbym wszystkim zadaniom, odpowiedzialności. Pierwszy roczek Hani naprawdę dał mi w kość, ciężko to nocne wstawanie, budzenie w nocy połączyć z profesjonalną grą w piłkę ręczną. Zdarzało się, że byłem nieprzytomny. Ale już idzie wiosna, córka pewnie niedługo zacznie chodzić, będzie bardziej świadoma. Czuję, że już się zmieniłem. Otworzyłem się na nowe rzeczy, czytam jej bajki, wszystkie po kolei. Kiedyś mówiłem, że trzy zabawki wystarczą, to dziecko nauczy się szanować to, co ma, ale szybko się poddałem, bo każdy przychodził z prezentem. Teraz wszędzie na podłodze coś leży. Dochodzi przez to do małych spięć z moją żoną, ale szybko ogarniamy bałagan i wszystko jest w porządku.

Teraz syn?

Planujemy drugie dziecko, wszystko jedno, jakiej będzie płci. Cieszę się, że mam dziewczynkę. Śmieję się, że jak podrośnie, to będzie miała dużo czasu dla mamusi, a tata pójdzie sobie na rower.

— rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE