Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Agnieszka Kołakowska: Przedwyborcza wojna o kulturę we Francji

Paryskie ulice lubiš kpić z kandydatów na prezydenta Republiki. Na zdjęciu aktorzy przebrani za pretendentów do funkcji głowy państwa. W pierwszym rzędzie François Fillon (z lewej) i François Bayrou (z prawej). Za nimi Manuel Valls (z lewej) i Nicolas Sarkozy (z prawej).
AFP, Valery Hache
Francuzi wyczekujš kogoœ, kto oœmieli się wreszcie jasno powiedzieć, kim sš i co ich łšczy – zamiast wmawiać im, że wszystko ich dzieli. A klasa polityczna – jak w Anglii, jak w Ameryce, jak i w Polsce – cišgle nie rozumie, że sama ponosi winę za własnš klęskę.

Przygnębiajšcy przedwyborczy chaos, jaki panuje we Francji, wydaje się bardziej przygnębiajšcy i chaotyczny niż kiedykolwiek przedtem. Że jest chaos – to jeszcze pół biedy; przy ostatnich wyborach też mieliœmy poczucie chaosu. Ale to, co jest przygnębiajšce i niepokojšce, przygnębia i niepokoi jeszcze bardziej niż w przeszłoœci.

Nie chodzi tylko o to, że bardzo długo nie było wiadomo, kto dokładnie kandyduje, choć wybory już za moment; na przykład François Bayrou, radykalny centrysta, dopiero teraz zdecydował, że nie będzie kandydował – poprze Emmanuela Macrona. O którym z kolei wiadomo tylko tyle, że – choć był ministrem ekonomii u socjalistów – nie jest, jak twierdzi, ani lewicowy, ani prawicowy, tylko „postępowy", a jego program jak dotšd jest znany tylko w zarysach. Poza François Fillonem jest jedynym nieskrajnym kandydatem. Nie wiem, czy komuniœci wreszcie zdecydowali, czy poprš Jeana-Luca Melenchona jako swojego kandydata, czy znajdš kogoœ innego. A jeœli to drugie, to kogo? O (osobliwym, trzeba przyznać) sojuszu Macron–Bayrou komentatorzy nie bardzo wiedzš, co myœleć, więc co chwila zmieniajš zdanie. Przewidywania co do wyników drugiej tury, w której przypuszczalnie spotkajš się Macron i Marine Le Pen, też co chwila się zmieniajš: jeszcze tydzień temu Macron miałby – według sondaży–- powalajšcš przewagę; teraz wyglšda na to, że różnica między nim a Le Pen się skurczyła.

Francuska Thatcher i islamolewica

Nie chodzi też o to, że Fillon w końcu nie wycofał się (wbrew swoim wczeœniejszym deklaracjom), mimo że wisi nad nim sprawa sšdowa za przekręty dotyczšce fikcyjnych prac dla swojej rodziny. Fillon w pierwszej turze może przegrać w Macronem, który z kolei mógłby w drugiej turze przegrać z Marine Le Pen. Ludzie nerwowo wskazujš na przykłady Brexitu i Trumpa: myœleliœmy, że to niemożliwe, a jednak... Z różnych powodów nie sš to przykłady całkiem przekonujšce: Le Pen nie jest ani niekompetentna, ani szalona, nie sš też szaleńcami ci, którzy głosowali za Brexitem. Prawdš jednak pozostaje, że wszystko może się zmienić. I pod jednym bardzo ważnym względem te wybory – owszem, jednak majš coœ wspólnego z Trumpem i z Brexitem. O tym za chwilę.

Nie chodzi też o to, że jeœli Fillon przegra, nie będzie wyczekiwanej od dziesięcioleci reformy (desocjalizacji) gospodarki, ponieważ jest to jedyny ekonomiczny liberał wœród kandydatów. Można się pocieszać, że i tak by mu się to nie udało, bo jeszcze nikomu się nie udało. Jak dotšd wiara w „wyjštek francuski" i nietykalnoœć œwiętych acquis sociaux (osišgnięć społecznych – przyp. red.) załatwiała każdš próbę reformy. Fillon bywał optymistycznie zwany francuskš paniš Thatcher; ale francuska pani Thatcher jest chyba sprzecznoœciš wewnętrznš – bytem, który nie może istnieć.

Nie chodzi nawet o to, że w tym całym cyrku dominujš podejrzenia przekrętów i teorie spiskowe. Jedni węszš spisek w nagłym odkryciu dawnych przekrętów Fillona i podejrzanie szybkim tempie, w jakim prokuratura się na nie rzuciła. Jeszcze inni wypatrujš czegoœ podejrzanego w tempie, w jakim prokuratura rzuciła się na Sarkozy'ego. Kršżš pogłoski, że to z pomocš Putina Alain Juppé został wyrolowany na korzyœć Fillona.

I nie chodzi również o to, że kandydat socjalistów Benoît Hamon jest politykiem skrajnie lewicowym. Ani wreszcie o to, że nowa lewica w postaci Hamona jest islamolewicš oddajšcš czeœć przed ołtarzem multikulturalizmu. Koniec z zasadš „laicité"; prawdziwa wolnoœć ma polegać na wolnoœci noszenia chust islamskich. Koniec też, jak rozpaczał pewien francuski komentator (przypuszczalnie nagle obudzony z wieloletniego snu albo œwieżo przybyły z innej planety), z „narodem, ojczyznš, patriotyzmem, suwerennoœciš, edukacjš i pracš" – bo wszystkie te niegdyœ drogie lewicy wartoœci przeszły na przechowanie do Frontu Narodowego, któremu oddał je François Mitterrand, gdy – jak uczeń czarnoksiężnika – wspierał go, by zniszczyć francuskš prawicę. Ale francuska lewica, jak każda europejska lewica, już doœć dawno wszystkie te przestarzałe zabobony i symbole opresji odrzuciła, niezależnie od Mitterranda. Stało się tak wszędzie, nie tylko we Francji. Tym bardziej więc nie o to chodzi. Ostała się jednak wcišż zasada „laicité", jako jeden z podstawowych filarów Republiki, i odejœcie od niej przez lewicę rokuje Ÿle. Niemniej cišgle nie o to chodzi.

Cztery słonie w pokoju

Chodzi o coœ innego: o to, o czym się nie mówi. Sš to cztery sprawy: islam, oligarchia klasy politycznej, Rosja i antysemityzm. Niestety, tylko dwie pierwsze będš istotne w tych wyborach, ale szokujšca jest ich nieobecnoœć w publicznej przestrzeni. Politycy o nich milczš (oprócz Marine Le Pen, ale tylko na temat islamu), choć stojš one jak cztery wielkie słonie w pokoju. A poza gospodarkš, na której uzdrowienie nadziei nie ma, sš to najważniejsze kwestie dla Francji.

Pierwszy i najważniejszy słoń, dla większoœci Francuzów najistotniejszy z tej czwórki, to islam. Islam jest tematem tabu. Kandydaci w swoich programach niechętnie mówiš o emigrantach: o tym, ilu chcš wpuszczać i co następnie majš zamiar z nimi robić. O islamizacji Francji, o terroryzmie islamskim, muzułmańskich gettach, bezprawiu, jakie w nich panuje, radykalizacji młodych muzułmanów, muzułmańskim antysemityzmie – o tych sprawach mówi tylko Marine Le Pen, choć też bardzo niewiele i doœć selektywnie. O tym, jak w liberalnej demokracji chronić judeochrzeœcijańskie wartoœci, by zarazem zachować liberalnš demokrację, nie mówi nikt. I tu jest to coœ, co te wybory łšczy z Trumpem i z Brexitem: w obu przypadkach przegrali ci, którzy z braku odwagi czy przez ideologicznš œlepotę udawali, że nie widzš słonia w pokoju.

Ten słoń jest zwišzany z uszczuplajšcš się w niepokojšcym tempie wolnoœciš słowa i postępujšcš cenzurš, z politycznš poprawnoœciš i politykš tożsamoœci grupowej. Głos majš jedynie grupy mniejszoœciowe uznawane za przeœladowane przez „zinstytucjonalizowany" rasizm, ksenofobię, islamofobię i homofobię. Co więcej, wszyscy ci, którzy oœmieliliby się odrzucić podział społeczeństwa według kategorii tożsamoœci grupowej i oprzeć życie społeczeństwa na wspólnych Francuzom wartoœciach i historycznych tradycjach, zostajš automatycznie objęci cenzurš, dyskwalifikowani z uczestniczenia w życiu publicznym i potępieni jako rasiœci, ksenofoby, homofony i islamofoby. Wszelka krytyka islamu jest automatycznie uznana za rasizm. Tak więc nikomu nie przychodzi do głowy, by Mehdiemu Meklatowi (o którym za chwilę) wytoczyć jakikolwiek proces za jego antysemickie tweety; ale już historyk Holokaustu George Bensoussan oraz pisarz i filozof Pascal Bruckner stanęli przed sšdem, podobnie jak niedawno Geert Wilders w Holandii.

Nowa sprawa Dreyfusa

Warto pokrótce wspomnieć o tych dwóch sprawach. George Bensoussan jest znanym i powszechnie szanowanym uczonym, historykiem Holokaustu urodzonym w Maroku, specjalizujšcym się w historii Żydów w krajach arabskich. Półtora roku temu wystšpił w programie radiowym Alaina Finkielkrauta, w którym zacytował z pamięci wypowiedŸ profesora Smaina Laacherona, francuskiego socjologa z Algierii, na temat antysemityzmu w arabskich rodzinach we Francji. Cytat był nieœcisły, ale całkowicie zgodny z duchem i sensem wypowiedzi – wypowiedzi, która padła w filmie wyœwietlonym we francuskiej telewizji. Laacheron mówił o „domowym", głęboko zakorzenionym antysemityzmie wœród francuskich Arabów, przejawiajšcym się na przykład tym, że gdy rodzice chcš skarcić za coœ dzieci, majš zwyczaj wyzywania ich od Żydów. Laacheron powiedział, że w rodzinach arabskich antysemityzm jest „w samym powietrzu, którym oddychajš". W programie radiowym Bensoussan powiedział: „W arabskich rodzinach we Francji, jak Laacheron z wielkš odwagš zauważył, antysemityzm jest wsysany z mlekiem matki". Nie minęło kilka dni, a islamscy i proislamscy aktywiœci rozpętali na Bensoussana nagonkę i oskarżyli o propagowanie „biologicznego rasizmu". Proislamska organizacja CCIF podała go do sšdu; do ataku dołšczyła się Międzynarodowa Liga przeciwko Rasizmowi i Antysemityzmowi (z której Finkielkraut w proteœcie wystšpił), Francuska Liga Praw Człowieka, SOS Racisme – skrajnie lewicowa organizacja muzułmańska – i kilka innych. Film, z którego Bensoussan cytował wypowiedŸ Laacherona, został po raz kolejny wyœwietlony we francuskiej telewizji parę tygodni po wypowiedzi Bensoussana w radiu, ale Laacherona nikt o nic nie oskarżył. Podobnymi wypowiedziami arabskich uczonych na ten temat ani prefektura, ani powyżej wymienione organizacje się nie zainteresowały. Mówi się o nowej sprawie Dreyfusa. Wyrok w procesie Bensoussana właœnie zapadł: uniewinniajšcy.

Pascal Bruckner, znany francuski pisarz i filozof, został oskarżony przed sšdem o obraŸliwe wypowiedzi o islamie i o to, że w telewizji nawoływał do „założenia teczek" z nazwiskami „kolaborantów i mordercy" dziennikarzy w „Charlie Hebdo". W swojej obronie mówił, jak doniósł tygodnik „Le Figaro", że chodziło mu o „ujawnienie ideologii tożsamoœciowej, której aktywiœci, prócz walki z rzekomym rasizmem państwa francuskiego, lubiš z terrorystów robić ofiary tego rzekomo rasistowskiego państwa, z ofiar zaœ -– głównych sprawców, ponoszšcych winę za własny los". Sprawa Brucknera też się zakończyła wyrokiem uniewinniajšcym, co zostało przez niektórych uznane za triumf wolnego słowa. Ale – jak zapytał pewien komentator – czy jesteœmy w Korei Północnej? Czy wolnoœć słowa i wyrok uniewinniajšcy w takich sprawach stały się we Francji rzeczš tak rzadkš? NajwyraŸniej tak...

Mehdi Meklat jest pisarzem urodzonym na paryskich przedmieœciach, piszšcym pod pseudonimem, uznawanym za „wschodzšcš gwiazdę dziennikarstwa przedmieœć" i idola francuskiej lewicy, regularnie zapraszanym do kulturalnych programów radiowych i telewizyjnych. Niedawno wyszło na jaw, że jest autorem tysięcy antysemickich tweetów, w których m.in. wychwalał morderstwa w piœmie „Charlie Hebdo", groził œmierciš dziennikarzom tego pisma i mówił o potrzebie nowego Hitlera, który by zrobił porzšdek z Żydami. Ale Meklatowi nikt nawet nie myœli wytaczać procesów. Jedni go broniš, inni potępiajš, w mediach lewicowi intelektualiœci się spierajš, czy potępić, czy usprawiedliwiać, i jak to pogodzić z jego pisarstwem. Trwa dyskusja. Ożywiona, ale pełna pobłażliwoœci.

Kultura francuska i kultura we Francji

Ten słoń może mieć decydujšcš wagę w wyborach. Marine Le Pen po wizycie w Libanie, gdzie odmówiła noszenia chusty podczas spotkania z wielkim muftim, podskoczyła w sondażach. Wydaje się, że podskoczyła też, gdy lewicowy komentariat zaczšł wyć o koniecznoœci pozbawienia jej immunitetu, by mogła zostać przesłuchana w sprawie dotyczšcej fikcyjnych prac w parlamencie (tak jak Fillon), tym razem europejskim. I za chwilę przypuszczalnie jeszcze wyżej w tych sondażach podskoczy, bo Parlament Europejski postanowił z niej immunitet zdjšć. Lecz nie o tę sprawę chodziło. Immunitetu pozbawiono jš za „diffusion d'images violentes" – przestępstwo, za które grożš trzy lata więzienia i grzywna w wysokoœci 750 tys. euro. Chodzi o rozpowszechnianie tweetów ze zdjęciami okropieństw popełnianych przez ISIS, w tym morderstwa amerykańskiego dziennikarza – zdjęcia, które (jak twierdzi Marine Le Pen) można z łatwoœciš znaleŸć w internecie.

Tu do pokoju wkracza drugi słoń – oligarchii klasy politycznej. Nietrudno zrozumieć, jak te dwa słonie mogš doprowadzić do zwycięstwa Marine Le Pen w drugiej turze wyborów. O stronniczoœci sšdów mówił już Fillon; o zamkniętej klasie politycznej, instytucjonalnej oligarchii, pogardzie elit zaczyna się mówić coraz więcej. Skoki w sondażach Marine Le Pen pokazujš, jak ważne sš te słonie w tych wyborach. Mieszanka politycznej poprawnoœci, ideologii tożsamoœci grupowej i pogardy dla prawa ze strony francuskiej klasy politycznej doprowadziła do coraz większej cenzury, ograniczenia wolnoœci i swobód, coraz większych politycznych manipulacji – w imię wolnoœci, emancypacji i walki o równoœć. Francuzi, jak inni w Europie i w Ameryce, sš tego coraz bardziej œwiadomi. I zaczęli się buntować. Tak samo jak w przypadku Brexitu, tak samo jak z Trumpem, francuskie wybory będš w dużej mierze rozgrywać się wokół tych dwóch słoni. Innymi słowy: wygrana Marine Le Pen jest jak najbardziej do pomyœlenia.

Zwłaszcza że Macron kilka dni temu częœciowo ujawnił nam istotę swojej postępowoœci, między innymi w dziedzinie kultury: „Nie ma jednej kultury dla jednych i innej dla innych. [Inaczej] nie byłoby tego wspaniałego francuskiego bogactwa, które mamy i którego częœć mielibyœmy odrzucić" – powiedział. (Wolno tu zapytać: kto komukolwiek każe cokolwiek odrzucać? Brzmi to jak nieuczciwa demagogia, podobna do idiotycznych lamentacji lewicowych brytyjskich elit po Brexicie, że nie będš mogli już czytać europejskich ksišżek ani słuchać europejskiej muzyki, tylko – przypuszczalnie – będš gnić w szczelnie zamkniętym kraju, jedzšc tłustš baraninę). I dodał: „Zresztš nie ma czegoœ takiego jak francuska kultura; jest kultura we Francji. Jest ona różnorodna i wieloraka. Nie chcę wykluczyć z obrębu tej kultury autorów, muzyków czy artystów pod pretekstem, że pochodzš skšdinšd".

Celnie tę wypowiedŸ skomentował Alain Finkielkraut: „Konserwatyœci broniš kultury francuskiej, postępowcy celebrujš kulturę we Francji. Innymi słowy, dla tych, którzy się znajdujš pod tym sztandarem, Francja to już nie historia, to już nawet nie kraj: to czysta przestrzeń. Przestrzeń-Francja przyjmuje różnorodnoœć i w tej różnorodnoœci nie ma żadnej historii, żadnej tradycji, żadnej hierarchii. Wszystko jest równe; skoro wszystko jest inne, wszystko jest takie samo". Ideologia multi-kulti jest nierozłšcznie zwišzana, zarówno w praktyce, jak w teorii, po pierwsze z lewicš, po drugie – co ważniejsze – z ideologiš walki z „islamofobiš". Co z kolei jest w praktyce zwišzane z antysemityzmem. Więc jesteœmy w domu. Cały piękny dyskurs Macrona, że nie jest ani prawicš, ani lewicš, jest mydleniem oczu. Na dodatek widać u niego tę samš pogardę – typowš dla europejskich (i amerykańskich) elit – co na lewicy; tę samš skłonnoœć do kneblowania i oskarżania o rasizm i ksenofobię każdego, kto oœmieli się napomknšć o wspólnej francuskiej kulturze, tradycjach, wartoœciach. Kolejne kilka procent dla Marine Le Pen.

Słonie istotne i nieistotne

Trzeci słoń to Rosja. Prawie wszyscy poważni kandydaci w wyborach prezydenckich sš prorosyjscy w mniejszym lub większym stopniu. Marine Le Pen normalnie dostaje pienišdze z Moskwy; Fillon lubi mówić o swoim „przyjacielu Putinie". W jakim stopniu jest zależny od Moskwy – nie wiadomo. Ale Macron był niedawno ofiarš rosyjskich prób umoczenia go w rozmaite przekręty. Możliwe, że celem tego było wyrolowanie go na korzyœć Fillona. Możliwe nawet (tu znów teoria spiskowa), że ma to jakiœ zwišzek z decyzjš Fillona, by nie wycofywać się z wyborów. Innymi słowy, że decyzja ta została powzięta po porozumieniu z Moskwš. Nie wštpię w to, ale dowodów nie ma. Choć sam Macron też bynajmniej antyrosyjski nie jest: nawołuje do dialogu z Rosjš, dialogu „niezależnego", „znormalizowanego" i „stałego", głównie dotyczšcego Ukrainy i Syrii. Co więcej, dialog ten ma być prowadzony „w kontekœcie europejskim". Niejasne jest, co to znaczy. Macron jest bardzo proeuropejski i podkreœla wagę strzeżenia granic Europy, a nie poszczególnych państw; ale co ma to wspólnego z dialogiem z Rosjš – nie bardzo wiadomo.

Nie wiadomo też, w jakim stopniu jego prorosyjskoœć jest po prostu drugš stronš medalu jego antyamerykańskoœci: chciałby osłabić sankcję wobec Rosji, bo „Francja nie może pozwolić, żeby jej politykę międzynarodowš dyktowały Stany Zjednoczone". Może to być po prostu objawem powszechnej francuskiej choroby, w której antyamerykańskoœć jest powišzana z przekonaniem, że Francja jest pępkiem œwiata: francuscy komentatorzy oburzali się, że Theresa May nie chce przyjechać do Paryża na rozmowy o sprawie palestyńskiej, przekonani, że œwiadczy to o jej pogardzie dla Francji i nadmiernym przywišzaniu do Ameryki. Nikomu nie przyszło do głowy, że może miała coœ przeciwko jednostronnym rozmowom na ten temat, bez udziału Izraelczyków ani Palestyńczyków. Macron podkreœla różnicę między sobš a Fillonem pod względem stosunku do Rosji: „Ja nie jestem zafascynowany Putinem, nie podaję się też za jego przyjaciela. Jestem dla Rosjan mniej pobłażliwy". Nie brzmi to jednak zbyt przekonujšco.

Francuskie gazety o tym wszystkim informujš, ale bez zadawania zbyt wielu pytań, bez szczególnego niepokoju i tym bardziej bez oburzenia. Czasem nawet, w porywie pobłażliwoœci, odsyłajš do artykułów sowietolożki Françoise Thom – jednej z bardzo niewielu francuskich uczonych, poza Alainem Besançonem, którzy widzš w Rosji zagrożenie. Niekiedy posuwajš się nawet do cytowania krótkich wyjštków z jej artykułów, np. w „Le Monde": „Nasi suwereniœci, którzy tak się troszczš o naszš niezależnoœć od Stanów Zjednoczonych, nie majš najmniejszych problemów z dopasowywaniem się do woli Kremla, co można było zauważyć zarówno na prawicy, jak na lewicy, podczas wojny z Ukrainš (...). Cierpliwa strategia Kremla przejmowania elit i opiniotwórczych œrodowisk zaczyna owocować". Ale to wszystko. Ogromna większoœć francuskiej inteligencji, nie mówišc o politykach, nie widzi w Rosji zagrożenia i nie oburza się szczególnie zależnoœciš francuskich polityków od Kremla. Pokutuje przekonanie, że lepsze to od Ameryki. Tak więc, niestety, nie jest to kwestia, wokół której będš się rozgrywać te wybory. Ten słoń pozostanie niezauważony.

Nie jest też istotnš kwestiš czwarty słoń: antysemityzm. Nie tylko muzułmański, lecz rozpowszechniony na całej lewicy. I to – jak pokazujš sprawy Melkata, Bensoussana czy Pascala Brucknera – bynajmniej nie tylko na skrajnej. Na skrajnej lewicy jest to „nowy" antysemityzm: antysemityzm zwišzany z politykš tożsamoœci, pozornie już nie rasowy, lecz polityczny i antyizraelski, kryjšcy się pod starym jak œwiat i zawsze antysemickim hasłem antysyjonizmu, za troskš o los Palestyńczyków i walkš z islamofobiš. Lecz to, że dziœ przedstawia się on jako polityczny i antyizraelski, w niczym nie zmienia faktu, że jest antysemityzmem. Hasła, za którymi się kryje, nie przeszkadzajš islamistom w mordowaniu Żydów ani sprzyjajšcym im lewicowcom w nawoływaniu do ich mordowania. Umiarkowana lewica, a także w pewnej mierze nawet centroprawica, nie umie albo nie oœmiela się przed tym bronić i najwyraŸniej szczególnie jej na tym nie zależy: zadowala się potępiajšcymi frazesami, często opatrzonymi cišgiem dalszym, który zaczyna się od słowa „ale"...

Na skrajnej prawicy natomiast „stary" antysemityzm jest nadal żywy, jakkolwiek Marine Le Pen próbowałaby się od niego odcišć, w dobrej wierze czy nie. A można wštpić, czy w dobrej wierze: wymierzona przeciwko Żydom insynuacja wštpliwej lojalnoœci jest tradycyjnš częœciš antysemickiego dyskursu i gdy Marine Le Pen oœwiadczyła, że chce znieœć prawo do podwójnego obywatelstwa dla obywateli pozaeuropejskich państw, wymieniajšc w szczególnoœci Francuzów-Izraelczyków, sama posłużyła się tš retorykš. Trudno uwierzyć, że nieœwiadomie. Równie trudno uwierzyć, że nie liczy na antysemickie głosy. Ale nikt o tym słoniu nie wspomniał. Nawet żydowskie organizacje, wyrażajšc swoje oburzenie, nie przypomniały starej insynuacji, jaka się z takim krokiem kojarzy, podkreœlajšc jedynie aspekt sprawy zwišzany z bezpieczeństwem: że wobec rosnšcego antysemityzmu i ataków na Żydów we Francji Żydzi francuscy muszš mieć możliwoœć bezpiecznego schronienia się w Izraelu.

Problem antysemityzmu i problem Rosji pozostajš dla francuskich wyborców słoniami mało istotnymi. Ale słonie islamu i klasy politycznej domagajš się zauważenia. We Francji, tak samo jak w Anglii i w Ameryce, wyborcy sztucznie podzieleni według rasy, religii i płci przez narzuconš im politykę tożsamoœci, traktowani z pogardš przez elity i klasę politycznš, pouczani, że nie wolno im mówić o swoim kraju i swojej kulturze, swojej historii i swoich tradycjach, wyczekujš kogoœ, kto oœmieli się wreszcie jasno powiedzieć, kim sš i co ich łšczy – zamiast wmawiać im, że wszystko ich dzieli. A klasa polityczna – jak w Anglii, jak w Ameryce, jak i w Polsce – cišgle nie rozumie, że sama ponosi winę za własnš klęskę.

Autorka jest filologiem klasycznym, tłumaczkš i eseistkš, córkš filozofa Leszka Kołakowskiego. Wydała ksišżki: „Wojny kultur i inne wojny" (2010), „Plaga słowików" (2016)

Magazyn Plus Minus

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL