Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Robert Harris: Roman Polański przeżył podobnš sytuację, jak bohater „Autora Widmo”

Robert Harris, pisarz, autor „Oficera i szpiega"
AFP
Rzymianie traktowali swoje skomplikowane mechanizmy kontroli i równowagi jako doskonałe i niezmienne, przez co nie umieli przystosować się do zmieniajšcej się rzeczywistoœci. Podobnie robi teraz Zachód. A to błšd - mówi Robert Harris, pisarz, autor „Oficera i szpiega".

Plus Minus: Najkrócej jak to możliwe, o czym jest ksišżka „Konklawe", która 15 marca trafi do polskich księgarni?

Robert Harris: Przedstawiajšc kulisy wyboru papieża, obnażam mechanizmy władzy w Koœciele rzymskokatolickim.

Skšd taki temat?

Politykš interesuję się od zawsze, opisuję jš z różnych perspektyw właœciwie w każdej z moich powieœci. Ale od dawna zajmowały mnie też same konklawe, to, jak tak naprawdę się odbywajš, co jest niedostępne dla opinii publicznej. Ponad stu mężczyzn zamyka się przed œwiatem, a po kilku dniach wybiera spoœród siebie głowę Koœcioła. Kiedy zaczšłem zbierać materiały, utwierdziłem się w przekonaniu, że to właœciwy punkt wyjœcia do niesamowitej historii.

Dużo tych materiałów pan zebrał?

Całkiem sporo. Oczywiœcie przeczytałem wszystko, co było dostępne, ale ważniejsze było uzyskanie dostępu do wnętrz watykańskich. A miałem to szczęœcie, że wpuszczono mnie gdzie tylko chciałem, praktycznie do wszystkich miejsc zwišzanych z konklawe. Mam na myœli zarówno Dom Œwiętej Marty, gdzie kardynałowie wówczas mieszkajš, jak i drogę, jakš pokonujš do kaplicy Sykstyńskiej, a nawet prywatne pomieszczenia papieskie.

Dzięki temu i rozmowom m.in. z kardynałami byłem w stanie złożyć w całoœć obraz poprzednich konklawe, a dzięki temu wyobrazić sobie, jak wyglšdałoby kolejne. Szczególnie użyteczne okazały się informacje na temat konklawe z 2005 roku, gdy po œmierci Jana Pawła II wybrano Benedykta XVI.

Nic przed panem nie tajono, nie było żadnych problemów?

Technicznych nie, bo właœciwie wszelkie potrzebne Ÿródła czy obiekty dzieli w Watykanie raptem kilkuset metrów. Jednak zasadniczym problemem był fakt, że jestem osobš œwieckš, a musiałem napisać wiarygodnš ksišżkę o osobach głębokiej wiary, które sš przekonane, że to Bóg kieruje ich uczynkami i prowadzi do wyboru właœciwej osoby na papieża. Wymagało to sporego wysiłku.

Skoro już pan o tym wspomniał, niech pan wybaczy, że pytam o tak intymnš sprawę, ale czy wierzy pan w Boga?

Nie mogę nazwać się gorliwym katolikiem, ale jestem otwarty na cudzš wiarę. Nieprzypadkowo głównym bohaterem „Konklawe" jest kardynał Lomeli, z jego poszukiwaniami Boga i wštpliwoœciami, bo bez wštpliwoœci nie ma prawdziwej wiary. Zatwardziały ateista nie byłby w stanie napisać takiej ksišżki.

A co najbardziej pana zaskoczyło podczas zbierania materiałów?

Chyba to, w jakim stopniu, pomimo wspomnianej przed chwilš roli boskiego czynnika, wybór papieża zależy od watykańskiej polityki. Wprawdzie w kaplicy Sykstyńskiej odbywa się słynne liczenie głosów, ale prawdziwe zabiegi o nie majš miejsce w korytarzach, w Domu Œwiętej Marty, w jadalniach.

Ten polityczny pierwiastek jest niezwykle istotny w pana ksišżce. A ile w niej prawdy, ile fikcji?

Oczywiœcie sama fabuła i postaci sš zmyœlone, ale sam proces starałem się przedstawić na tyle wiernie, na ile to możliwe. Kardynał, którego poprosiłem o przeczytanie ksišżki, potwierdził, że celnie opisałem miejsca, modlitwy i rytuały. Czerpałem też z prawdziwych zdarzeń, opisujšc skandale m.in. finansowe, które dotknęły Koœcioła. Nie oznacza to jednak, że wzorowałem postaci na konkretnych, istniejšcych kardynałach.

Na czym polega przełomowoœć „Konklawe"?

To bodaj pierwsza próba tak precyzyjnego odmalowania procesu konklawe w powieœci. Oczywiœcie, motyw konklawe przewija się w innych ksišżkach, ale dzięki unikalnej wiedzy byłem w stanie najpełniej dać czytelnikowi poczucie wtajemniczenia, obserwowania wyboru papieża z punktu widzenia jednego z kardynałów.

Konklawe to chyba najstarsze i najbardziej tajemnicze wybory na œwiecie. Przeżytek?

Moim zdaniem nie, to wcišż całkiem sprawny system wyłaniania głowy Koœcioła. Wszyscy kandydaci majš szanse się nawzajem poznać, a wymóg większoœci dwóch trzecich w Kolegium Kardynałów wymusza poszukiwanie konsensusu. Nawet jeœli ktoœ woli to nazywać wolš Boga, to efekt jest ten sam: kardynałowie dyskutujš o problemach, ale ostatecznie jednoczš się wokół kandydata. Myœlę, że także dzięki takiemu kształtowi konklawe Koœciół przetrwał tyle zawieruch.

A jaka będzie kolejna? Jakie jest największe wyzwanie stojšce przed Koœciołem?

Moim zdaniem pogodzenie różnych nurtów, bo Watykan zastyga w coraz mniej wygodnym szpagacie. Podejœcie do wiary w Ameryce Północnej i Europie jest zupełnie inne niż na przykład w Afryce, wielu krajach trzeciego œwiata. Liczba wiernych wyraŸnie roœnie w tej drugiej grupie państw, a zmniejsza w tej pierwszej, co musi doprowadzić do starcia „starego" z „nowym", czy też raczej liberalnego i konserwatywnego oblicza Koœcioła, a w konsekwencji do schizmy. Została ona jedynie opóŸniona poprzez obecnego papieża Franciszka, który dzięki nieprzeciętnej osobowoœci był w stanie utrzymać delikatnš równowagę. W „Konklawe" sugeruję, że jego następcy, nawet jeœli będzie podobnym przykładem skromnoœci, trudno będzie poruszać się z takš gracja po wšskiej œcieżce między konserwatystami i progresywistami.

A czy zagrożenia nie należy raczej wypatrywać z zewnštrz w postaci islamu?

Oczywiœcie, rosnšce tarcia z muzułmanami mogš być zarzewiem konfliktu między religiami, które w ostatnich stuleciach współistniały względnie pokojowo.

W pana ksišżce jeden z kardynałów nie waha się nazwać przeprowadzanych przez dżihadystów zamachów wprost wojnš religijnš. To również pana poglšd?

Liczby mówiš same za siebie. 15 lat temu w Iraku było półtora miliona chrzeœcijan, pozostało 150 tys. W Afryce i na Bliskim Wschodzie wielokrotnie dochodziło do masakr, a przeœladowania się nasilajš.

Niezależnie od tego, czy nazwiemy to wojnš religijnš, czy uznamy to za okreœlenie zbyt dosadne, ewidentnie Koœciół katolicki boryka się z poważnym problemem.

Jak ocenia pan dorobek Jana Pawła II?

Był konserwatystš, który odcisnšł silne piętno na wizerunku Koœcioła. Fakt, że pozostał papieżem tak długo, mimo swojej choroby, sprawił, że stracił pełnš kontrolę nad tym, co działo się w Watykanie. Zostawił Benedyktowi w spadku szereg skandali, m.in. finansowy czy zwišzany z molestowaniem seksualnym. Jan Paweł II to postać z innej ery niż Franciszek.

Z której ksišżki jest pan najbardziej dumny?

Szczególnš słaboœć mam do powieœci na temat afery Dreyfusa „Oficer i szpieg". Zanim się do niej nie zabrałem, nie wiedziałem zbyt wiele na temat tego okresu, ale zarówno zbieranie materiałów, jak i pisanie okazało się ogromnš frajdš. To szczególna historia, „samograj" zarówno z punktu widzenia czytelnika, jak i autora. A poza tym widzę wiele podobieństw do współczesnoœci. Trudno mi też nie wspomnieć o pisanej przez dziesięć lat „Trylogii rzymskiej", której bohaterem jest żyjšcy w I wieku p.n.e. Marek Tulliusz Cycero, wybitny mówca, polityk i popularyzator filozofii greckiej.

Co pana zainteresowało w historii Cycerona?

Jak już wspomniałem, specjalizuję się w powieœciach politycznych. Zawsze chciałem napisać sagę politycznš, ale nie chciałem umieszczać wydarzeń w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych, szukałem bardzie uniwersalnego tła. Ostatnie ćwierćwiecze republiki rzymskiej wydało mi się idealnym czasem i miejscem, bo wiele z obecnych procesów i zjawisk politycznych jest echem tego, co się wówczas działo. Szczególny rodzaj ludzi, którzy garnš się do polityki, wszechobecna korupcja, triki i demagogia, nieuchronny upadek – to wszystko już było. A przede mnš autorzy ksišżek koncentrowali się raczej na innej wielkiej postaci tamtych czasów, czyli na Juliuszu Cezarze.

A jak wpadł pan na pomysł, by historię Cycerona pokazać oczami jego sekretarza Tirona?

Kiedy trafiłem na postać Tirona, poczštkowo miałem poczucie, że to zbyt szczęœliwy zbieg okolicznoœci, by mógł być prawdš. Wszak Tiron był cały czas tuż przy Cyceronie, oglšdał kulisy wydarzeń, był wtajemniczony we wszystkie sekrety. Sporzšdzał notatki ze spotkań Cycerona, był niczym kamera, która utrwala całš historię, to po prostu wymarzony narrator. Tym bardziej że geniusza takiego jak Cyceron lepiej przedstawić z zewnštrz, bo trudno byłoby „wejœć do jego głowy". A relacja tych dwóch mężczyzn nadawała ludzkiego wymiaru wielkiej historii, która działa się w tle: decyzjom senatu, wojnie domowej, zabójstwu Cezara itp.

Nie bał się pan, że narracja Tirona wypaczy prawdę o Cyceronie?

Starałem się uwzględnić całš wiedzę historyków, m.in. setki pisanych przez niego listów. A wyłania się z nich obraz człowieka odważnego, trzymajšcego się zasad, a jednoczeœnie w tych barbarzyńskich czasach życzliwego innym i obdarzonego dużym poczuciem humoru. Łatwo mi wyobrazić go sobie dziœ jako, powiedzmy, prawnika „pod krawatem" praktykujšcego w którymœ z krajów Europy Zachodniej. To bardzo współczesna postać.

A jakie wnioski współczeœni politycy powinni wycišgnšć z losów Imperium Rzymskiego?

Analogie sš uderzajšce, szczególnie jeœli przyjrzeć się Stanom Zjednoczonym. Przede wszystkim należy pamiętać, że wszystko ma swój kres. Rzymianie traktowali swoje skomplikowane mechanizmy kontroli i równowagi jako doskonałe i niezmienne, przez co nie umieli przystosować się do zmieniajšcej się rzeczywistoœci. Także dzisiejszy Zachód traktuje zastane mechanizmy i instytucje demokratyczne jako ostateczne, a to błšd. Galopujšce przeobrażenia właœnie kruszš fundamenty œwiata, jaki znamy.

Jak więc amerykańscy politycy powinni zareagować?

Przede wszystkim muszš szanować prawo. Zawieszanie praw obywatelskich może wydawać się uzasadnione wyjštkowš sytuacjš bieżšcš – np. zagrożeniem terroryzmem, ale precedens stworzony w dobrej wierze i przekazanie komuœ specjalnych uprawnień może okazać się poczštkiem końca demokracji, podobnie jak skończyło się to w Imperium Rzymskim. Drugim aspektem jest rosnšca przepaœć między elitami i masami. W rękach zręcznego demagoga to materiał wybuchowy.

Roman Polański chciał zekranizować pana powieœć „Pompeje", przygotował pan nawet scenariusz. Dlaczego ostatecznie filmu nie zrealizowano?

Sprawa rozbiła się o pienišdze. To był niezwykle kosztowny projekt. Nie chodzi jedynie o scenografię, bo wymagał też gwiazdy do głównej roli, a Hollywood borykało się wówczas ze strajkiem aktorów. Mieliœmy po prostu pecha.

Zamiast tego Polański zabrał się do „Autora widmo".

Tę powieœć pisałem właœciwie równolegle z przygotowywaniem scenariusza „Pompejów". Kiedy upadł projekt ekranizacji historii kostiumowej, wysłałem Romanowi ksišżkę, podkreœlajšc, że nie ma w niej wybuchajšcych wulkanów i innych pułapek budżetowych. Parę dni póŸniej zadzwonił do mnie przeszczęœliwy, by powiedzieć, że od dawna korciło go nakręcenie politycznego thrillera.

„Autor widmo" przywodził mi na myœl filmy z lat 70. XX wieku, takie jak „Wszyscy ludzie prezydenta" czy „Trzy dni Kondora". Czy omawiał pan któryœ z tych filmów z Polańskim?

Nie. Miałem wrażenie, że kusił go raczej chandlerowski klimat, jak w „Chinatown", i pewien stopień paranoi. Natomiast obejrzeliœmy wspólnie „Bulwar Zachodzšcego Słońca", bo to – podobnie jak „Autor widmo" – film, w którym narratorem jest osoba, która już nie żyje.

Kiedy Polański kończył prace nad „Autorem widmo", w 2009 roku został w Szwajcarii aresztowany na podstawie listu gończego wystawionego przez amerykańskš prokuraturę w 1978 roku w zwišzku z zarzutami o zgwałcenie 13-latki. Jak wpłynęło to na losy filmu?

Trochę osobliwie było patrzeć, jak film przeplata się z rzeczywistoœciš. Roman trafił do aresztu domowego i był oblężony przez prasę, podobnie jak polityk w jego filmie. Podobnie jak tam nad jego domem unosił się helikopter z reporterami żšdnymi sensacji. I podobnie jak bohater filmu zagrożony był ekstradycjš w zwišzku ze zdarzeniami sprzed lat. Na pewno zakłóciło to nie tylko prace nad samym filmem, ale i promocję, z której Roman musiał zostać wyłšczony.

Połšczyliœcie siły także w kolejnym projekcie, czyli opisaniu historii Alfreda Dreyfusa, francuskiego oficera, którego niesłusznie obwiniono i skazano za zdradę państwa.

Po „Autorze widmo" Roman chciał dalszej współpracy. Zaproponowałem zupełnie innš historię, a Roman się zgodził. Podczas spotkania rozmawialiœmy jednak sporo o aferze Dreyfusa, bo na półkach jego paryskiej rezydencji natknšłem się na wiele ksišżek na ten temat. Ku mojemu zdumieniu parę dni póŸniej Polański zadzwonił do mnie i zaczšł przekonywać, że powinniœmy zmienić plany i nakręcić film właœnie o Dreyfusie. Szczerze mówišc, serce mi zamarło, bo sšdziłem, że dziœ trudno będzie zainteresować szerszš publicznoœć tš historiš. A jeszcze trudniej zamknšć zawiłš, cišgnšcš się 12 lat batalię o rehabilitację skrzywdzonego oficera w dwugodzinnym filmie.

Jak pan z tego wybrnšł?

Uznałem, że głównym bohaterem należy uczynić pułkownika Georgesa Picquarta, który już po skazaniu Dreyfusa awansował na szefa tajnej sekcji wywiadu wojskowego i odkrył, że dowody winy zostały sfabrykowane. Postanowił walczyć o prawdę, choć jego przełożeni wolš zatuszować sprawę. Wprawdzie Polański chciał poczštkowo nakręcić film o francuskim antysemityzmie, ale udało mi się go przekonać, że lepiej skupić się na wštku Picquarta i stworzyć thriller polityczny o whistleblowerze (osobie informujšcej opinię publicznš o nieprawidłowoœciach – red.). Dzięki temu historia nabrała œwieżego wymiaru z wieloma odniesieniami do współczesnoœci, m.in. pokazała, jak ważna jest rola np. wolnej prasy, bo do skazania Dreyfusa prawdopodobnie by nie doszło, gdyby nie wykluczenie dziennikarzy z procesu. Miałem przy tym sporo szczęœcia, bo dokładnie w momencie, kiedy zabrałem się do pracy, francuski rzšd odtajnił spore dossier z kluczowymi z mojego punktu widzenia dokumentami.

Polański zgodził się na to, by przed dostarczeniem mu scenariusza wydał pan ksišżkę na ten temat. Piszšc jš, układał pan już w głowie sceny filmu?

Nie, wydaje mi się, że „Oficera i szpiega" pisałem tak samo jak inne powieœci. Co nie zmienia faktu, że ta historia jest pod tym względem samograjem, pełnym dramatycznych scen, takich jak publiczne zdegradowanie Dreyfusa, sam proces, uwięzienie go na wyspie, próba zamachu na jego prawnika.

Wie pan, że pańska ksišżka „Enigma" o złamaniu nazistowskich szyfrów wywołała w Polsce spore kontrowersje?

Myœlę, że zarzuty zwišzane z niedocenieniem wkładu Polaków dotyczyły raczej filmu niż powieœci, w której motywacje polskiego bohatera były jaœniej przedstawione. Paradoks polega na tym, że zawsze interesowałem się polskš historiš, jako dziennikarz telewizyjny w stanie wojennym obserwowałem w Warszawie znicze zapalane w intencji ofiar masakry w Katyniu. Dlatego tym bardziej oburzał mnie fakt, że choć dzięki pomocy Polaków w złamaniu szyfrów Enigmy Brytyjczycy wiedzieli, że zbrodni w Katyniu dokonali Rosjanie, a nie Niemcy, to udawali, że winę ponoszš naziœci.

Rozczarowanie brytyjskš politykš przeżył pan także w przypadku Tony'ego Blaira – niegdyœ pana bliskiego przyjaciela. Dlaczego wasze drogi się rozeszły?

Poczštkowo wierzyłem w jego misję. W czasie kampanii wyborczej w 1997 roku byłem felietonistš „The Sunday Times" i znaleŸliœmy wspólny język do tego stopnia, że stałem obok niego, gdy ogłaszano triumf kierowanej przez niego Partii Pracy. Ale przeżyłem ogromne rozczarowanie sposobem, w jaki potraktował mojego przyjaciela Petera Mandelsona, którego usunšł z rzšdu niczym zbędny mebel. Poza tym od samego poczštku byłem przeciwnikiem wojny w Iraku. I nie chodzi jedynie o wštpliwe podstawy prawne decyzji o przystšpieniu Wielkiej Brytanii do inwazji w 2003 roku czy wadliwe informacje wywiadowcze o domniemanej broni masowej zagłady w posiadaniu Saddama Husajna. Uważam, że wszczynanie wojen prewencyjnych przez kraje demokratyczne jest z gruntu niesłuszne i kończy się katastrofš.

Blair słono zapłacił za swój błšd...

Niestety, nie tylko on. Bo wiele osób odwróciło się nie tylko od Tony'ego Blaira, ale i stylu, w jakim uprawiał politykę. A to utorowało drogę do stanowiska szefa Partii Pracy Jeremy'emu Corbynowi, co w konsekwencji doprowadziło do Brexitu. Wyjœcie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oznacza zaœ dodatkowš destabilizację Europy w i tak niepewnych czasach. Nie mówišc już o tym, że ten rozwód będzie sporo kosztował naszš gospodarkę.

Dostrzega pan analogie między Brexitem i zwycięstwem Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA?

Oczywiœcie. Sam Trump nazwał swoje zwycięstwo Brexitem+. Polityka w USA i Wielkiej Brytanii wydaje się nierozerwalnie połšczona; wystarczy wspomnieć takie pary polityków jak Thatcher i Reagan, Clinton i Blair. Moim zdaniem obecny upadek lewicy, czyli Partii Demokratycznej za oceanem i Partii Pracy na Wyspach, wydaje się mieć to samo Ÿródło – brak pomysłu i odpowiedzi na procesy globalizacyjne. Złudne okazało się przekonanie, że klasa robotnicza jest skazana na popieranie lewicy. Na całym œwiecie obserwujemy triumf partii prawicowych i konserwatywnych, takich jak Front Narodowy Marine Le Pen czy Alternatywa dla Niemiec, a nawet Prawo i Sprawiedliwoœć.

Skšd ten sukces?

Po częœci z nudy. Ludzie majš dosyć dotychczasowej polityki do tego stopnia, że sš gotowi kopnšć w stolik i go wywrócić. Nawet jeœli upadajšc, miałby zmiażdżyć im nogi.

Robert Harris (ur. 1957) jest autorem międzynarodowych bestsellerów, przełożonych na ponad 30 języków, takich jak „Vaterland", „Enigma", „Autor widmo", „Indeks strachu", „Oficer i szpieg", „Trylogia rzymska". Najnowsza ksišżka Harrisa to „Konklawe", ukaże się po polsku 15 marca

Magazyn Plus Minus

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL