Plus Minus

Robert Harris: Roman Polański przeżył podobną sytuację, jak bohater „Autora Widmo”

Robert Harris, pisarz, autor „Oficera i szpiega"
AFP
Rzymianie traktowali swoje skomplikowane mechanizmy kontroli i równowagi jako doskonałe i niezmienne, przez co nie umieli przystosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Podobnie robi teraz Zachód. A to błąd - mówi Robert Harris, pisarz, autor „Oficera i szpiega".

Plus Minus: Najkrócej jak to możliwe, o czym jest książka „Konklawe", która 15 marca trafi do polskich księgarni?

Robert Harris: Przedstawiając kulisy wyboru papieża, obnażam mechanizmy władzy w Kościele rzymskokatolickim.

Skąd taki temat?

Polityką interesuję się od zawsze, opisuję ją z różnych perspektyw właściwie w każdej z moich powieści. Ale od dawna zajmowały mnie też same konklawe, to, jak tak naprawdę się odbywają, co jest niedostępne dla opinii publicznej. Ponad stu mężczyzn zamyka się przed światem, a po kilku dniach wybiera spośród siebie głowę Kościoła. Kiedy zacząłem zbierać materiały, utwierdziłem się w przekonaniu, że to właściwy punkt wyjścia do niesamowitej historii.

Dużo tych materiałów pan zebrał?

Całkiem sporo. Oczywiście przeczytałem wszystko, co było dostępne, ale ważniejsze było uzyskanie dostępu do wnętrz watykańskich. A miałem to szczęście, że wpuszczono mnie gdzie tylko chciałem, praktycznie do wszystkich miejsc związanych z konklawe. Mam na myśli zarówno Dom Świętej Marty, gdzie kardynałowie wówczas mieszkają, jak i drogę, jaką pokonują do kaplicy Sykstyńskiej, a nawet prywatne pomieszczenia papieskie.

Dzięki temu i rozmowom m.in. z kardynałami byłem w stanie złożyć w całość obraz poprzednich konklawe, a dzięki temu wyobrazić sobie, jak wyglądałoby kolejne. Szczególnie użyteczne okazały się informacje na temat konklawe z 2005 roku, gdy po śmierci Jana Pawła II wybrano Benedykta XVI.

Nic przed panem nie tajono, nie było żadnych problemów?

Technicznych nie, bo właściwie wszelkie potrzebne źródła czy obiekty dzieli w Watykanie raptem kilkuset metrów. Jednak zasadniczym problemem był fakt, że jestem osobą świecką, a musiałem napisać wiarygodną książkę o osobach głębokiej wiary, które są przekonane, że to Bóg kieruje ich uczynkami i prowadzi do wyboru właściwej osoby na papieża. Wymagało to sporego wysiłku.

Skoro już pan o tym wspomniał, niech pan wybaczy, że pytam o tak intymną sprawę, ale czy wierzy pan w Boga?

Nie mogę nazwać się gorliwym katolikiem, ale jestem otwarty na cudzą wiarę. Nieprzypadkowo głównym bohaterem „Konklawe" jest kardynał Lomeli, z jego poszukiwaniami Boga i wątpliwościami, bo bez wątpliwości nie ma prawdziwej wiary. Zatwardziały ateista nie byłby w stanie napisać takiej książki.

A co najbardziej pana zaskoczyło podczas zbierania materiałów?

Chyba to, w jakim stopniu, pomimo wspomnianej przed chwilą roli boskiego czynnika, wybór papieża zależy od watykańskiej polityki. Wprawdzie w kaplicy Sykstyńskiej odbywa się słynne liczenie głosów, ale prawdziwe zabiegi o nie mają miejsce w korytarzach, w Domu Świętej Marty, w jadalniach.

Ten polityczny pierwiastek jest niezwykle istotny w pana książce. A ile w niej prawdy, ile fikcji?

Oczywiście sama fabuła i postaci są zmyślone, ale sam proces starałem się przedstawić na tyle wiernie, na ile to możliwe. Kardynał, którego poprosiłem o przeczytanie książki, potwierdził, że celnie opisałem miejsca, modlitwy i rytuały. Czerpałem też z prawdziwych zdarzeń, opisując skandale m.in. finansowe, które dotknęły Kościoła. Nie oznacza to jednak, że wzorowałem postaci na konkretnych, istniejących kardynałach.

Na czym polega przełomowość „Konklawe"?

To bodaj pierwsza próba tak precyzyjnego odmalowania procesu konklawe w powieści. Oczywiście, motyw konklawe przewija się w innych książkach, ale dzięki unikalnej wiedzy byłem w stanie najpełniej dać czytelnikowi poczucie wtajemniczenia, obserwowania wyboru papieża z punktu widzenia jednego z kardynałów.

Konklawe to chyba najstarsze i najbardziej tajemnicze wybory na świecie. Przeżytek?

Moim zdaniem nie, to wciąż całkiem sprawny system wyłaniania głowy Kościoła. Wszyscy kandydaci mają szanse się nawzajem poznać, a wymóg większości dwóch trzecich w Kolegium Kardynałów wymusza poszukiwanie konsensusu. Nawet jeśli ktoś woli to nazywać wolą Boga, to efekt jest ten sam: kardynałowie dyskutują o problemach, ale ostatecznie jednoczą się wokół kandydata. Myślę, że także dzięki takiemu kształtowi konklawe Kościół przetrwał tyle zawieruch.

A jaka będzie kolejna? Jakie jest największe wyzwanie stojące przed Kościołem?

Moim zdaniem pogodzenie różnych nurtów, bo Watykan zastyga w coraz mniej wygodnym szpagacie. Podejście do wiary w Ameryce Północnej i Europie jest zupełnie inne niż na przykład w Afryce, wielu krajach trzeciego świata. Liczba wiernych wyraźnie rośnie w tej drugiej grupie państw, a zmniejsza w tej pierwszej, co musi doprowadzić do starcia „starego" z „nowym", czy też raczej liberalnego i konserwatywnego oblicza Kościoła, a w konsekwencji do schizmy. Została ona jedynie opóźniona poprzez obecnego papieża Franciszka, który dzięki nieprzeciętnej osobowości był w stanie utrzymać delikatną równowagę. W „Konklawe" sugeruję, że jego następcy, nawet jeśli będzie podobnym przykładem skromności, trudno będzie poruszać się z taką gracja po wąskiej ścieżce między konserwatystami i progresywistami.

A czy zagrożenia nie należy raczej wypatrywać z zewnątrz w postaci islamu?

Oczywiście, rosnące tarcia z muzułmanami mogą być zarzewiem konfliktu między religiami, które w ostatnich stuleciach współistniały względnie pokojowo.

W pana książce jeden z kardynałów nie waha się nazwać przeprowadzanych przez dżihadystów zamachów wprost wojną religijną. To również pana pogląd?

Liczby mówią same za siebie. 15 lat temu w Iraku było półtora miliona chrześcijan, pozostało 150 tys. W Afryce i na Bliskim Wschodzie wielokrotnie dochodziło do masakr, a prześladowania się nasilają.

Niezależnie od tego, czy nazwiemy to wojną religijną, czy uznamy to za określenie zbyt dosadne, ewidentnie Kościół katolicki boryka się z poważnym problemem.

Jak ocenia pan dorobek Jana Pawła II?

Był konserwatystą, który odcisnął silne piętno na wizerunku Kościoła. Fakt, że pozostał papieżem tak długo, mimo swojej choroby, sprawił, że stracił pełną kontrolę nad tym, co działo się w Watykanie. Zostawił Benedyktowi w spadku szereg skandali, m.in. finansowy czy związany z molestowaniem seksualnym. Jan Paweł II to postać z innej ery niż Franciszek.

Z której książki jest pan najbardziej dumny?

Szczególną słabość mam do powieści na temat afery Dreyfusa „Oficer i szpieg". Zanim się do niej nie zabrałem, nie wiedziałem zbyt wiele na temat tego okresu, ale zarówno zbieranie materiałów, jak i pisanie okazało się ogromną frajdą. To szczególna historia, „samograj" zarówno z punktu widzenia czytelnika, jak i autora. A poza tym widzę wiele podobieństw do współczesności. Trudno mi też nie wspomnieć o pisanej przez dziesięć lat „Trylogii rzymskiej", której bohaterem jest żyjący w I wieku p.n.e. Marek Tulliusz Cycero, wybitny mówca, polityk i popularyzator filozofii greckiej.

Co pana zainteresowało w historii Cycerona?

Jak już wspomniałem, specjalizuję się w powieściach politycznych. Zawsze chciałem napisać sagę polityczną, ale nie chciałem umieszczać wydarzeń w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych, szukałem bardzie uniwersalnego tła. Ostatnie ćwierćwiecze republiki rzymskiej wydało mi się idealnym czasem i miejscem, bo wiele z obecnych procesów i zjawisk politycznych jest echem tego, co się wówczas działo. Szczególny rodzaj ludzi, którzy garną się do polityki, wszechobecna korupcja, triki i demagogia, nieuchronny upadek – to wszystko już było. A przede mną autorzy książek koncentrowali się raczej na innej wielkiej postaci tamtych czasów, czyli na Juliuszu Cezarze.

A jak wpadł pan na pomysł, by historię Cycerona pokazać oczami jego sekretarza Tirona?

Kiedy trafiłem na postać Tirona, początkowo miałem poczucie, że to zbyt szczęśliwy zbieg okoliczności, by mógł być prawdą. Wszak Tiron był cały czas tuż przy Cyceronie, oglądał kulisy wydarzeń, był wtajemniczony we wszystkie sekrety. Sporządzał notatki ze spotkań Cycerona, był niczym kamera, która utrwala całą historię, to po prostu wymarzony narrator. Tym bardziej że geniusza takiego jak Cyceron lepiej przedstawić z zewnątrz, bo trudno byłoby „wejść do jego głowy". A relacja tych dwóch mężczyzn nadawała ludzkiego wymiaru wielkiej historii, która działa się w tle: decyzjom senatu, wojnie domowej, zabójstwu Cezara itp.

Nie bał się pan, że narracja Tirona wypaczy prawdę o Cyceronie?

Starałem się uwzględnić całą wiedzę historyków, m.in. setki pisanych przez niego listów. A wyłania się z nich obraz człowieka odważnego, trzymającego się zasad, a jednocześnie w tych barbarzyńskich czasach życzliwego innym i obdarzonego dużym poczuciem humoru. Łatwo mi wyobrazić go sobie dziś jako, powiedzmy, prawnika „pod krawatem" praktykującego w którymś z krajów Europy Zachodniej. To bardzo współczesna postać.

A jakie wnioski współcześni politycy powinni wyciągnąć z losów Imperium Rzymskiego?

Analogie są uderzające, szczególnie jeśli przyjrzeć się Stanom Zjednoczonym. Przede wszystkim należy pamiętać, że wszystko ma swój kres. Rzymianie traktowali swoje skomplikowane mechanizmy kontroli i równowagi jako doskonałe i niezmienne, przez co nie umieli przystosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Także dzisiejszy Zachód traktuje zastane mechanizmy i instytucje demokratyczne jako ostateczne, a to błąd. Galopujące przeobrażenia właśnie kruszą fundamenty świata, jaki znamy.

Jak więc amerykańscy politycy powinni zareagować?

Przede wszystkim muszą szanować prawo. Zawieszanie praw obywatelskich może wydawać się uzasadnione wyjątkową sytuacją bieżącą – np. zagrożeniem terroryzmem, ale precedens stworzony w dobrej wierze i przekazanie komuś specjalnych uprawnień może okazać się początkiem końca demokracji, podobnie jak skończyło się to w Imperium Rzymskim. Drugim aspektem jest rosnąca przepaść między elitami i masami. W rękach zręcznego demagoga to materiał wybuchowy.

Roman Polański chciał zekranizować pana powieść „Pompeje", przygotował pan nawet scenariusz. Dlaczego ostatecznie filmu nie zrealizowano?

Sprawa rozbiła się o pieniądze. To był niezwykle kosztowny projekt. Nie chodzi jedynie o scenografię, bo wymagał też gwiazdy do głównej roli, a Hollywood borykało się wówczas ze strajkiem aktorów. Mieliśmy po prostu pecha.

Zamiast tego Polański zabrał się do „Autora widmo".

Tę powieść pisałem właściwie równolegle z przygotowywaniem scenariusza „Pompejów". Kiedy upadł projekt ekranizacji historii kostiumowej, wysłałem Romanowi książkę, podkreślając, że nie ma w niej wybuchających wulkanów i innych pułapek budżetowych. Parę dni później zadzwonił do mnie przeszczęśliwy, by powiedzieć, że od dawna korciło go nakręcenie politycznego thrillera.

„Autor widmo" przywodził mi na myśl filmy z lat 70. XX wieku, takie jak „Wszyscy ludzie prezydenta" czy „Trzy dni Kondora". Czy omawiał pan któryś z tych filmów z Polańskim?

Nie. Miałem wrażenie, że kusił go raczej chandlerowski klimat, jak w „Chinatown", i pewien stopień paranoi. Natomiast obejrzeliśmy wspólnie „Bulwar Zachodzącego Słońca", bo to – podobnie jak „Autor widmo" – film, w którym narratorem jest osoba, która już nie żyje.

Kiedy Polański kończył prace nad „Autorem widmo", w 2009 roku został w Szwajcarii aresztowany na podstawie listu gończego wystawionego przez amerykańską prokuraturę w 1978 roku w związku z zarzutami o zgwałcenie 13-latki. Jak wpłynęło to na losy filmu?

Trochę osobliwie było patrzeć, jak film przeplata się z rzeczywistością. Roman trafił do aresztu domowego i był oblężony przez prasę, podobnie jak polityk w jego filmie. Podobnie jak tam nad jego domem unosił się helikopter z reporterami żądnymi sensacji. I podobnie jak bohater filmu zagrożony był ekstradycją w związku ze zdarzeniami sprzed lat. Na pewno zakłóciło to nie tylko prace nad samym filmem, ale i promocję, z której Roman musiał zostać wyłączony.

Połączyliście siły także w kolejnym projekcie, czyli opisaniu historii Alfreda Dreyfusa, francuskiego oficera, którego niesłusznie obwiniono i skazano za zdradę państwa.

Po „Autorze widmo" Roman chciał dalszej współpracy. Zaproponowałem zupełnie inną historię, a Roman się zgodził. Podczas spotkania rozmawialiśmy jednak sporo o aferze Dreyfusa, bo na półkach jego paryskiej rezydencji natknąłem się na wiele książek na ten temat. Ku mojemu zdumieniu parę dni później Polański zadzwonił do mnie i zaczął przekonywać, że powinniśmy zmienić plany i nakręcić film właśnie o Dreyfusie. Szczerze mówiąc, serce mi zamarło, bo sądziłem, że dziś trudno będzie zainteresować szerszą publiczność tą historią. A jeszcze trudniej zamknąć zawiłą, ciągnącą się 12 lat batalię o rehabilitację skrzywdzonego oficera w dwugodzinnym filmie.

Jak pan z tego wybrnął?

Uznałem, że głównym bohaterem należy uczynić pułkownika Georgesa Picquarta, który już po skazaniu Dreyfusa awansował na szefa tajnej sekcji wywiadu wojskowego i odkrył, że dowody winy zostały sfabrykowane. Postanowił walczyć o prawdę, choć jego przełożeni wolą zatuszować sprawę. Wprawdzie Polański chciał początkowo nakręcić film o francuskim antysemityzmie, ale udało mi się go przekonać, że lepiej skupić się na wątku Picquarta i stworzyć thriller polityczny o whistleblowerze (osobie informującej opinię publiczną o nieprawidłowościach – red.). Dzięki temu historia nabrała świeżego wymiaru z wieloma odniesieniami do współczesności, m.in. pokazała, jak ważna jest rola np. wolnej prasy, bo do skazania Dreyfusa prawdopodobnie by nie doszło, gdyby nie wykluczenie dziennikarzy z procesu. Miałem przy tym sporo szczęścia, bo dokładnie w momencie, kiedy zabrałem się do pracy, francuski rząd odtajnił spore dossier z kluczowymi z mojego punktu widzenia dokumentami.

Polański zgodził się na to, by przed dostarczeniem mu scenariusza wydał pan książkę na ten temat. Pisząc ją, układał pan już w głowie sceny filmu?

Nie, wydaje mi się, że „Oficera i szpiega" pisałem tak samo jak inne powieści. Co nie zmienia faktu, że ta historia jest pod tym względem samograjem, pełnym dramatycznych scen, takich jak publiczne zdegradowanie Dreyfusa, sam proces, uwięzienie go na wyspie, próba zamachu na jego prawnika.

Wie pan, że pańska książka „Enigma" o złamaniu nazistowskich szyfrów wywołała w Polsce spore kontrowersje?

Myślę, że zarzuty związane z niedocenieniem wkładu Polaków dotyczyły raczej filmu niż powieści, w której motywacje polskiego bohatera były jaśniej przedstawione. Paradoks polega na tym, że zawsze interesowałem się polską historią, jako dziennikarz telewizyjny w stanie wojennym obserwowałem w Warszawie znicze zapalane w intencji ofiar masakry w Katyniu. Dlatego tym bardziej oburzał mnie fakt, że choć dzięki pomocy Polaków w złamaniu szyfrów Enigmy Brytyjczycy wiedzieli, że zbrodni w Katyniu dokonali Rosjanie, a nie Niemcy, to udawali, że winę ponoszą naziści.

Rozczarowanie brytyjską polityką przeżył pan także w przypadku Tony'ego Blaira – niegdyś pana bliskiego przyjaciela. Dlaczego wasze drogi się rozeszły?

Początkowo wierzyłem w jego misję. W czasie kampanii wyborczej w 1997 roku byłem felietonistą „The Sunday Times" i znaleźliśmy wspólny język do tego stopnia, że stałem obok niego, gdy ogłaszano triumf kierowanej przez niego Partii Pracy. Ale przeżyłem ogromne rozczarowanie sposobem, w jaki potraktował mojego przyjaciela Petera Mandelsona, którego usunął z rządu niczym zbędny mebel. Poza tym od samego początku byłem przeciwnikiem wojny w Iraku. I nie chodzi jedynie o wątpliwe podstawy prawne decyzji o przystąpieniu Wielkiej Brytanii do inwazji w 2003 roku czy wadliwe informacje wywiadowcze o domniemanej broni masowej zagłady w posiadaniu Saddama Husajna. Uważam, że wszczynanie wojen prewencyjnych przez kraje demokratyczne jest z gruntu niesłuszne i kończy się katastrofą.

Blair słono zapłacił za swój błąd...

Niestety, nie tylko on. Bo wiele osób odwróciło się nie tylko od Tony'ego Blaira, ale i stylu, w jakim uprawiał politykę. A to utorowało drogę do stanowiska szefa Partii Pracy Jeremy'emu Corbynowi, co w konsekwencji doprowadziło do Brexitu. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oznacza zaś dodatkową destabilizację Europy w i tak niepewnych czasach. Nie mówiąc już o tym, że ten rozwód będzie sporo kosztował naszą gospodarkę.

Dostrzega pan analogie między Brexitem i zwycięstwem Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA?

Oczywiście. Sam Trump nazwał swoje zwycięstwo Brexitem+. Polityka w USA i Wielkiej Brytanii wydaje się nierozerwalnie połączona; wystarczy wspomnieć takie pary polityków jak Thatcher i Reagan, Clinton i Blair. Moim zdaniem obecny upadek lewicy, czyli Partii Demokratycznej za oceanem i Partii Pracy na Wyspach, wydaje się mieć to samo źródło – brak pomysłu i odpowiedzi na procesy globalizacyjne. Złudne okazało się przekonanie, że klasa robotnicza jest skazana na popieranie lewicy. Na całym świecie obserwujemy triumf partii prawicowych i konserwatywnych, takich jak Front Narodowy Marine Le Pen czy Alternatywa dla Niemiec, a nawet Prawo i Sprawiedliwość.

Skąd ten sukces?

Po części z nudy. Ludzie mają dosyć dotychczasowej polityki do tego stopnia, że są gotowi kopnąć w stolik i go wywrócić. Nawet jeśli upadając, miałby zmiażdżyć im nogi.

Robert Harris (ur. 1957) jest autorem międzynarodowych bestsellerów, przełożonych na ponad 30 języków, takich jak „Vaterland", „Enigma", „Autor widmo", „Indeks strachu", „Oficer i szpieg", „Trylogia rzymska". Najnowsza książka Harrisa to „Konklawe", ukaże się po polsku 15 marca

Magazyn Plus Minus

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL