Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Jan Bończa-Szabłowski: Skandaliści, klasycy i reformatorzy teatru

Romeo i Julia Szekspira w inscenizacji Andrija Żołdaka.
SE/EAST
Skandal w teatrze jest wyrazem postępu czy taniš sensacjš? Wyrywa sztukę z zastoju i odrętwienia czy schlebia najtańszym gustom widzów? Na pewno nie pozostawia ich obojętnymi. Niektórzy skandaliœci po latach doczekali się miana klasyków i reformatorów.

Bohaterka sztuki „Człowiek w stanie zawieszenia" wygłasza takie sentencje: „Sztuka, w której każecie nam grać, bardziej niż do teatru nadawałaby się do cyrku albo wręcz do burdelu. To jakaœ tania pornografia. A gdzie podziały się takie pojęcia jak: przyzwoitoœć, sumienie, patriotyzm, przyjaŸń, gdzie miejsce na miłoœć. Pięknš i nieskalanš. Dlaczego o tym nie mówimy na scenie? Przecież to, co mówimy, to same plugastwa. I dlaczego ja mam o sobie mówić per „suka". Nawet jeœli uważacie, że życie to g... to teatr powinien być œwiętoœciš.

Za tę sztukę Pavlo Arie, utytułowany ukraiński dramaturg i artysta konceptualny, otrzymał „Koronację słowa", jednš z najważniejszych nagród literackich Ukrainy. Tekst stał się rodzajem zemsty za „katorgę", jakiej doœwiadczył podczas realizacji swego dramatu „Kolory" w Narodowym Teatrze Akademickim we Lwowie. Autor dwunastu sztuk wystawianych m.in. we Lwowie, w Kijowie, Berlinie, Brnie, Moskwie, uczestnik międzynarodowego programu British Council Ukraine oraz Royal Court Theatre w Londynie tamtš pracę wspominał jak drogę przez mękę, musiał negocjować z aktorami użycie każdego kolokwializmu. W jego utworze próba przełamania barier i pójœcia w kierunku nowoczesnego teatru kończyła się podpaleniem scenografii przez nieznanych sprawców. A teatralni moraliœci usiłujšcy utrzymać dotychczasowy porzšdek przybierajš postać zombi, tułajšcych się od lat po teatrze.

Szekspir w ekskrementach

Potrzebie rewolucji w teatrze ukraińskim poœwięciła swego czasu ciekawy artykuł Joanna Wichowska w „Dwutygodniku.com". W gronie rewolucjonistów, a może nawet „wywrotowców", wymieniła nie bez racji także Andrija Żołdaka. Ten jeden z najbardziej kontrowersyjnych reżyserów przyznał w jednym z wywiadów: „Ukrainie potrzebna jest kulturowa Al-Kaida, kulturowi terroryœci, którzy zniszczš istniejšcy system. Nasz teatr jest jak wrzštek bez herbaty. Aktorom i reżyserom brakuje energii".

Spektakle Andrija Żołdaka u jednych wywoływały szok i obrzydzenie, u drugich niekłamanš fascynację. Jedni widzš w nim drugiego Antonina Artauda, inni cynicznego kabotyna nastawionego na wywołanie skandalu. Kiedy po protestach aktorów, władz i publicznoœci w 2007 roku został usunięty z dyrekcji Teatru Dramatycznego im. Tarasa Szewczenki w Charkowie, jego legenda wyszła poza granice Ukrainy i nadal roœnie.

W Polsce przed kilkoma laty mieliœmy okazję oglšdać jego wersję „Romea i Julii". Powiedzenie, że była to luŸna wersja dramatu Szekspira, byłoby nadmiernym eufemizmem. Pokazy na Ukrainie zostały przez władze zabronione, restrykcje zaœ miały ponoć powód polityczny. W jednym z ujęć filmowych spektaklu zrównano bowiem pomarańczowš rewolucję z wiecami jej przeciwników, dowodzšc, że obie strony sš siebie warte. Władze nie dopuœciły do premiery, w ten sposób spektakl zyskał męczeńskš legendę.

Kreujšc się na artystę wyzwolonego, Żołdak starał się łamać kolejne tabu, choć niektóre rozwišzania musiały wywołać zdecydowany sprzeciw. Częœć warszawskiej publicznoœci nie kryła oburzenia, kiedy aktorzy biegali nago po scenie, rytmicznie recytujšc strofy „Romea i Julii". Potem na rozkaz korzystali z jednego klozetu, by następnie wymazywać się wspólnymi ekskrementami.

Być może sięgajšc po jednš z najsłynniejszych tragedii Szekspira, ukraiński reżyser chciał pokazać œwiat zdegradowany, pozbawiony uczuć, udowodnić, że w dzisiejszych czasach nie ma miejsca na prawdziwš miłoœć. To co zaprezentował, budziło jednak niesmak i odrazę. Rzadko można było zobaczyć w teatrze sceny takiego upodlenia człowieka, nasuwajšce skojarzenia z życiem obozowym, czy zakładem karnym.

Po pierwszych kadrach z „Romea i Julii" Zefirellego następowała na ekranie kilkuminutowa scena gwałtu z innego filmu. Czy takim „Szekspirem" reżyser powiedział coœ nowego o œwiecie? Była mowa o braku autorytetów, młodzi buntowali się przeciw dorosłym, a większoœć twierdziła, że cały œwiat to jedno wielkie g... Taki wniosek trudno jednak uznać za odkrywczy.

Ciało, perwersja, przemoc

Spektakl Żołdaka miał z pewnoœciš tyle wspólnego z dramatem Szekspira co ostatnio „Klštwa" Olivera Frljicia z utworem Stanisława Wyspiańskiego w przedstawieniu Teatru Powszechnego w Warszawie, które wywołało burzę.

Sam Wyspiański w „Studium o Hamlecie" pisał: „Powiadajš, że zatwardziali złoczyńcy, obecni na przedstawieniu okropnych widowisk, tak silnie zdjęci byli wrażeniem, że sami swoje wyznawali zbrodnie. I oto urasta scena i sala widzów – teatrum do sali sšdowej – gdzie sztuka, dramat, artyzm sšdzi i takie bierze nuty – że jak na Wedę sumienia na wierzch wydobywa".

Nadzieje Wyspiańskiego, niestety, okazały się płonne. Czy spektakl w Powszechnym poruszy sumienie księży pedofilów? Wštpię. Czy będzie ważnym głosem w dyskusji na temat rozdziału państwa i Koœcioła, czego obrazem jest ostatnia scena? Też mam poważne obawy. Na razie wywołał wrzawę i jeszcze większš hipokryzję. Co ciekawe, po krytycznej recenzji w „Rzeczpospolitej" zostałem zakwalifikowany przez niektórych „oœwieconych" jako konserwatysta, a po podobnie krytycznej ocenie spektaklu, jakš umieœciłem w „Więzi", uznano mnie niemal za liberała. Szybko przekonałem się, że nie ma szans na jakiekolwiek dyskusje.

Fakt, że premiera Olivera Frljicia zakończy się skandalem, nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem. Ze skandalu bowiem chorwacki artysta już dawno uczynił swój znak rozpoznawczy. Zaczęło się od inscenizacji sztuki poœwięconej œmierci byłego premiera Serbii Zorana Inicia. W „Œmierci Dantona" zszokował widzów scenami, w których aktorzy zabijali żywe kurczaki. Ingerencja służb weterynaryjnych spowodowała zdjęcie spektaklu. W Boœni i Hercegowinie kontrowersje wywołał jego „List z 1920 roku" na podstawie tekstów Ivo Andricia, w których literacki noblista prezentuje Boœnię jako ziemię nienawiœci. W Polsce stał się głoœny, gdy w Starym Teatrze na skutek m.in. reakcji aktorów przerwał próby do „Nie-Boskiej komedii". Majšc na koncie studia z zakresu filozofii i kultury religijnej w jednej z uczelni jezuickich, chciał się skupić na polskim antysemityzmie.

Teraz sięgajšc po „Klštwę" Wyspiańskiego, postanowił rozprawić się z polskš religijnoœciš, duchowieństwem i relacjami między państwem i Koœciołem. Nie było miejsca na poważnš dyskusję. Każda ze stron utwardziła swoje stanowisko, przerzucajšc się obelgami. A wszystkie ładunki, które Frljić podłożył pod ksenofobię, dewocję, zakłamanie itp., zaczęły wybuchać w œciœle okreœlonym czasie, wynoszšc go na piedestał artysty wyklętego.

To zresztš niejedyny skandalista z terenów dawnej Jugosławii. W podobnym wieku jest Mirko Mandić. Aktor i reżyser słoweński zwišzany przez lata z Teatrem Narodowym w Lublanie. Ma w dorobku postacie w sztukach Szekspira, Ibsena, Eurypidesa i nieformalny tytuł „najchętniej rozbierajšcego się aktora w Słowenii". Z tego właœnie okreœlenia postanowił w którymœ momencie uczynić atut, łechczšc przy okazji nieco swojš próżnoœć. Na festiwalu w Mariborze zaprezentował monodram pod wiele mówišcym tytułem „Viva Mandić". Na telebimach pokazywane były fragmenty spektakli z jego udziałem. On zaœ po zdjęciu ubrania owinšł się szczelnie foliš przezroczystš i stał tak nieruchomo przed widzami około godziny. Po zakończeniu projekcji odwinšł się z folii i zgromadzony na niej pot zlał do kieliszka, częstujšc następnie widzów tš cennš zawartoœciš. Chętnych do skosztowania tego nieziemskiego nektaru jakoœ nie było.

Nagoœć w teatrze już dziœ nikogo nie szokuje. Sš spektakle, zwłaszcza taneczne, grane wyłšcznie nago. Specjalizuje się w nich m.in. Daniel Leveille, jeden z najgłoœniejszych awangardowych artystów kanadyjskich, twórców Nowej Fali, który goœcił w Poznaniu oraz na jednej z edycji festiwalu Ciało/Umysł.

Tego niedoszłego architekta doœć szybko zainteresowała architektura ludzkiego ciała, jego możliwoœci i ograniczenia. Sam doœwiadczał tego jako tancerz i choreograf, a potem stworzył własnš grupę. Pierwsze prace Leveille'a wpisywały się w charakterystyczne dla lat 80. ub. wieku trendy teatralne. To były krótkie, ale intensywne, czasem brutalne przedstawienia. Pojawiały się w nich trudne do zdefiniowania formy ruchu: drżenia, wstrzšsy, spazmy czy krzyki. Działania choreografa i reżysera szły w kierunku minimalistycznej czy wręcz ascetycznej formy ekspresji. Interesowały go takie tematy jak samotnoœć, odrzucenie. Ciało ujawniało piękno i kruchoœć, ale też perwersję i przemoc.

Te wszystkie stany człowieka mogliœmy obejrzeć w Warszawie w spektaklu pod zagadkowym tytułem „Skromnoœć lodowców" z zagmatwanym dopowiedzeniem: „krystalizacja procesu myœlowego poprzez kruchš obecnoœć JaŸni w obcoœci". Spektakl, podobnie jak ten prezentowany przed rokiem w Poznaniu, to z pewnoœciš coœ więcej niż test na bezpruderyjnoœć. Dominował podziw dla techniki i bezradnoœć wobec fabularnych skojarzeń. Kilkanaœcie scen częstokroć powtarzanych w perfekcyjnym wykonaniu nie robiło już wrażenia.

Opinie o skandalach, prowokacji czy wręcz bluŸnierstwie towarzyszyły oczywiœcie także polskiemu teatrowi. Œledzšc jego powojenne dzieje, widać wyraŸnie, że niektórzy artyœci uznawani za wyklętych dziœ uchodzš za wizjonerów, dali teatrowi nowš jakoœć, a ich spektakle stały się wręcz dŸwigniš postępu. Dziœ trudno uwierzyć, ale jeden z największych twórców teatru XX wieku Jerzy Grotowski przez lata był odsšdzany od czci i wiary. Jego metoda pracy z aktorem stanowi inspirację dla wielu grup teatralnych. Napisano o nim wiele ksišżek, rozpraw naukowych. Tymczasem szanowany powszechnie kardynał Stefan Wyszyński grzmiał z krakowskiej Skałki w roku 1976 na temat legendarnego dziœ spektaklu „Apocalypsis cum figuris", nazywajšc go prawdziwym œwiństwem, które demoralizuje polski naród tak jak pijaństwo.

Rodzime obsesje i zwidy

Andrzej Kijowski w recenzji zatytułowanej „Grotowski jest geniuszem" zauważył m.in.: „Materiałem gry Grotowskiego nie jest ani słowo, ani ruch, ani wizja, ani żaden inny system porozumienia. Z wrzaskliwego bełkotu zdołałem wyłowić kilka znanych cytatów z Ewangelii, kilka zdań z Dostojewskiego; usłyszałem kilka pieœni koœcielnych, kujawiaka oraz lament Jeremiasza z ťCiemnej JutrzniŤ. Czynnoœci aktorów przypominały chwilami liturgię, chwilami orgię, chwilami onanizm, chwilami bijatykę, chwilami tortury. Gdy usiłowałem patrzeć na ich ruchy z punktu widzenia teatralnej sprawnoœci, dostrzegałem brak precyzji, rytmu, inwencji; powtarzały się sytuacje i powracały wcišż te same ťszokiŤ: zespół zdawał się gubić w zbyt wielkiej dla niego przestrzeni i szukać w niej; nic dziwnego, wszak zadaniem jego nie było skupienie się dla zespołowej gry, ale atakowanie widzów przylepionych do œciany".

Do grupy skandalistów włšczony został też Tadeusz Różewicz. Ceniony i szanowany w Polsce i na œwiecie poeta i dramaturg przez wiele lat uważany za niemal pewnego kandydata do literackiej Nagrody Nobla został wręcz zhejtowany po napisaniu „Białego małżeństwa". Sztuka na temat dorastania wywołała obyczajowy skandal. „Błaha komedyjka o obsesjach i zwidach erotycznych panienek z epoki Zapolskiej" – pisano w recenzjach, przedstawiajšc Różewicza jako starzejšcego się faceta o niezdrowych tęsknotach. Pastisz i pewnš przewrotnoœć odczytywano wprost. Recenzent „Szpilek" zauważył: „Może za ileœ lat jaki teatr w Warszawie wystawi znów ťBiałe małżeństwoŤ, jako kabaret, erotycznš rewię, „fallus show"... Wtedy okaże się, że Różewiczowi nie chodziło o to, by załapać brawka po kwestii: Czy z przodu czy z tyłu ten sam rubel i ta sama d... i grzechu tu nie ma...".

Tadeusz Różewicz ledwie ochłonšł po tym, jak nazwano go skandalistš obyczajowym, a zaczšł otrzymywać ciosy jako skandalista polityczny za sprawš „Do piachu". Premiera w reżyserii Tadeusza Łomnickiego w Teatrze Na Woli oraz telewizyjna przygotowana przez Kazimierza Kutza wywołały ostre protesty œrodowisk AK. Jacek Lutomski w 1990 roku na łamach „Rz" zanotował, że „Do piachu" Tadeusza Różewicza „jest w swej warstwie fabularnej opowieœciš partyzanckš, czy może trafniej byłoby powiedzieć antypartyzanckš. To już nawet nie ironia wobec bohaterszczyzny, przelotnych wodzów – hochsztaplerów głoszšcych patriotycznš grafomanię. To brutalny obraz wszechogarniajšcej wojny niszczšcej niemal wszystko, kastrujšcej elementarne ludzkie odczucia i reakcje. Rażšco sprzeczny z kreowanym przez lata mitem ťleœnej wojny w barwach walkiŤ".

Po prapremierze atakowali Różewicza partyzanci wszystkich krajów i opcji. Bo też autor z naiwnš otwartoœciš mówi słowami Komendanta: „Takie gówno nam na głowę spadło – z jednej komuna, z drugiej NZS". Tego prostego człowieka nie interesuje polityka, ale on i jego ludzie sš w niš beznadziejnie uwikłani. Różewicz zaœ na tyle mocno przeżył te wszystkie ataki, że przez wiele lat zabronił kolejnej inscenizacji „Do piachu". Zmienił zdanie dopiero po kilkunastu latach, gdy powstał spektakl Teatru Prowizorium.

Interpretacja historii bezustannie wzbudza kontrowersje. Lech Raczak, współtwórca legendarnego, znanego z bezkompromisowoœci w czasach PRL Teatru Ósmego Dnia, obserwujšc, jak po wielkiej tragedii smoleńskiej narasta w Polsce smoleńska religia, wystawił na ten temat sztukę. W „Spisku smoleńskim" zacytował najczęœciej powtarzane opowieœci, wypowiedzi polityków. Dopuszczajšc do głosu przedstawicieli obu stron. „Kiedy zobaczyłem, jak wokół teorii wybuchu Antoni Macierewicz w Sejmie zgniata puszki i gotuje parówki, pomyœlałem, że trzeba na to odpowiedzieć – wyjaœnił w jednym z wywiadów reżyser. „Moja reakcja na propozycję zagrania w tym spektaklu była taka, że najpierw myœlałem, że Raczak oszalał, a jak przeczytałem scenariusz, to zrozumiałem, że wielu osób reżyser broni" – powiedział jeden z aktorów. Spektakl miał premierę w poznańskim klubie Pod Minogš, wywołał głosy oburzenia, a z drugiej strony chwilę refleksji. Do niedawna jeszcze jeŸdził po Polsce. Można powiedzieć, że zdecydowanymi przeciwnikami tej wizji byli ci, którzy jej nie widzieli.

Zakazany piknik

Poznański Festiwal Malta był zaœ miejscem wielkiego teatralnego skandalu i to jeszcze z powodu spektaklu, którego nie było. „Golgota Picnic" pokazywany był w wielu miejscach na œwiecie, wszędzie wzbudzajšc skrajne emocje. Argentyński reżyser Rodrigo Garcia – jak pisała prasa – wykorzystał motywy chrzeœcijańskie w sztuce różnych epok, a tytułowy piknik posłużył mu jak obraz współczesnej Ostatniej Wieczerzy. W wyniku protestów głównie œrodowisk katolickich dyrektor Malty w trosce – jak mówił – o bezpieczeństwo widzów zdecydował się odwołać spektakl. Widzowie mogli jednak zajrzeć do internetu, a nagranie spektaklu kršży po Polsce. Teatry i instytucje kulturalne w całym kraju zorganizowały akcję „Piknik Golgota – zrób to sam", w ramach której odbywały się projekcje wideo przedstawienia, czytanie dramatu i dyskusje. Œrodowiska przeciwne alarmujš, że „Golgota Picnic" obraża uczucia religijne i godzi w postać Chrystusa. Po raz kolejny okazało się, że najwięcej uwagi poœwięcajš wydarzeniu ci, którzy go nie oglšdali.

Kto wœród współczesnych twórców teatru polskiego zasługuje na miano skandalisty? Nie ma jednoznacznych typów, niektórzy przypisujš to miano Janowi Klacie, duetowi Strzępka–Demirski, Krzysztofowi Warlikowskiemu czy Michałowi Zadarze. To sš z pewnoœciš „najgorętsze" i najmocniej dyskutowane dziœ nazwiska polskiego teatru. Ale czy na pewno skandaliœci? No jest oczywiœcie i Maja Kleczewska, która nurza aktorów we krwi, kremie czekoladowym udajšcym ekskrementy i rozbiera niemal do koœci. A w bezkompromisowych wywiadach deklaruje, że lubi podglšdać człowieka w sytuacjach ekstremalnych. Bo „teatr to włożenie widelca w oko". Tylko czy wtedy da się coœ jeszcze zobaczyć.

Magazyn Plus Minus

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL