Kosmos Humboldta. Jak zapomnieliśmy o niemieckim geniuszu

aktualizacja: 05.03.2017, 06:52

Za życia sławą ustępował tylko Napoleonowi, inspirował setki uczonych, poetów i prozaików. Popadł w zapomnienie, choć niemal w pojedynkę wymyślił naturę.

REDAKCJA POLECA
15.12.2016
Oceaniczny comeback. Rosną miasta podwodne
16.06.2016
Czy Terlikowski jest poganinem?
kariera
Wulgaryzmy w pracy niedopuszczalne, chociaż powszechne

Kiedy w 1847 roku ukazał się drugi tom „Kosmosu", dzieła życia Alexandra von Humboldta, pruski naturalista – tym terminem określano wówczas przyrodników – z niepokojem pytał swego wydawcę o reakcje. Nigdy nie zapominał negatywnych recenzji, choć te prawie się nie pojawiały. Wydawca Johann Georg von Cotta uspokoił swojego autora, zapewniając, że ludzie „dosłownie bili się" o egzemplarze, a jego biura zostały „wręcz splądrowane". Publikacja cieszyła się takim powodzeniem, że oferowano za nią łapówki, a paczki z książkami przeznaczonymi dla księgarzy w Londynie i Petersburgu w tajemniczych okolicznościach ginęły, trafiając do – jak pisze w świetnej biografii Humboldta „Człowiek, który zrozumiał naturę" Andrea Wulf – „zdesperowanych klientów w Hamburgu i Wiedniu".

Humboldt był wówczas u szczytu. Pierwsze dwa tomy „Kosmosu" z czterech opublikowanych za jego życia doczekały się w ciągu czterech lat aż trzech angielskich wydań (wyłączając skandalicznie źle przetłumaczoną wersję piracką), rozchodząc się w nakładzie 40 tysięcy egzemplarzy w samej Wielkiej Brytanii. W Niemczech pierwszy tom sprzedał się w kilka miesięcy w 20 tysiącach. Przekłady, w tym na język polski, pojawiły się natychmiast. Wspomniany von Cotta mówił o „epokowej" popularności książki. Nie widział tylu zamówień nawet wtedy, gdy Goethe – zresztą przyjaciel Humboldta – opublikował swoje opus magnum, „Fausta".

Skąd wzięło się to szaleństwo na punkcie „Kosmosu"? Otóż Humboldt pisał o przyrodzie jak nikt przed nim, łącząc wrażliwość poety z niekwestionowanym autorytetem naukowca. W jego prozie kolorowe promienie zorzy „splatały się w migoczącym morzu ognia", a opowieści o migracjach ludzi, o roślinach i zwierzętach sąsiadowały z trudniejszymi zagadnieniami i nowatorskimi ustaleniami na temat magnetyzmu ziemskiego, wulkanów czy linii wiecznego śniegu. Zachwyt artysty i „twórcza siła wyobraźni" były dla tego berlińczyka tak samo istotne, jak skrupulatność pomiarów i sumienność naukowca. W drugim tomie – równie popularnym co pierwszy – Niemiec ukazał historię ludzkości od czasów starożytnych do współczesności, ale zamiast suchych faktów pisał m.in. o poezji, sztuce, polityce, rolnictwie, a także o uczuciach.

Wszyscy z niego

W całym „Kosmosie" Humboldt przedstawił swoją wizję świata i życia, nad którą pracował przez bez mała pół wieku. Świat organiczny w jego ujęciu przestał być sumą części, którą chcieli w nim widzieć oświeceniowi naturaliści. Humboldt odrzucił mechanicyzm, dojrzał w naturze „żyjącą całość", w której wszystko jest ze sobą powiązane i tworzy przypominającą sieć „misterną konstrukcję". „W tym wielkim ciągu przyczynowo-skutkowym – pisał, wyprzedzając epokę – żaden element nie może być rozważany w oderwaniu od innych".

Ale już przed wydaniem „Kosmosu" uważano Humboldta za największego naukowca swoich czasów – uchodził za człowieka, który zrewolucjonizował sposób postrzegania świata ożywionego. Legendą uczyniła go pięcioletnia podróż, w trakcie której oczarowały go tropiki, wspiął się na uważany wówczas za najwyższy szczyt na Ziemi ekwadorski wulkan Chimborazo i dowiódł, że istnieje wodne połączenie między dwiema największymi rzekami Ameryki Południowej: Amazonką i Orinoko. Zasłynął między innymi tym, że wymyślił znane dziś ze wszystkich map pogody izotermy, odkrył równik magnetyczny, wprowadził pojęcia wegetacji i stref klimatycznych. Jako pierwszy mówił też – na przykładzie wenezuelskich plantacji – o szkodliwych zmianach klimatycznych wywołanych przez człowieka. Zamiast umieszczać rośliny w przyjętych z góry kategoriach, ukazał wegetację przez pryzmat klimatu i położenia, co było radykalną nowością, która dziś kształtuje nasze rozumienie ekosystemów, a jego „Ansichten der Natur" („Widoki natury") dały początek nowoczesnej literaturze podróżniczej.

Jeśli chcielibyśmy sporządzić krótką listę tych, którym Humboldt dostarczył inspiracji, znalazłyby się na niej niemal wszystkie największe znakomitości XIX wieku z zakresu nauk przyrodniczych. Humboldt natchnął między innymi: autorów teorii ewolucji Charlesa Darwina i Alfreda Russella Wallace'a, ojca nowoczesnej geologii Charlesa Lyella, ojca ekologii Ernsta Häckla i George'a Perkinsa Marsha, który zainicjował współczesną ochronę przyrody. A mowa tu wyłącznie o wpływach bezpośrednich i takich, do których naukowcy otwarcie się przyznawali! „Nic nigdy nie rozbudziło mojego zapału bardziej niż »Personal Narrative« Humboldta" – pisał Darwin, dodając, że „znał ją niemal na pamięć". Darwin wprost „wielbił" Humboldta. Bez niego nie wsiadłby na okręt „Beagle", a co za tym idzie nie dotarłby na Galapagos, gdzie narodziły się zręby jego najważniejszej teorii. Warto zresztą dodać, że i Humboldt cenił Darwina. Po lekturze „Podróży na okręcie »Beagle«" napisał do niego: „Ma pan przed sobą wspaniałą przyszłość".

Ale berlińczyk inspirował nie tylko naukowców. Dla Goethego był częściowym natchnieniem przy kreacji postaci Heinricha Fausta, pojawia się także w jego „Powinowactwach z wyboru", w których Ofelia mówi: „Jakże chętnie słuchałabym kiedyś opowiadającego Humboldta". Wielu ludzi miało się zresztą przekonać o prawdziwości słów największego niemieckiego poety, że spędzić kilka dni z autorem „Kosmosu" to „jak przeżyć kilka lat". Wszechstronną wiedzą oszałamiał, a poza tym... nie dawał nikomu dojść do słowa. Humboldt zainspirował ponadto „Waldena" Henry'ego Davida Thoreau, a także ostatni poemat Edgara Allana Poego „Eureka" (odpowiedź na „Kosmos"). Hołdem dla jego wypraw jest „Wspaniałe Orinoko" Jules'a Verne'a (kapitan Nemo ma z kolei wszystkie dzieła Humboldta). Cytują go zresztą właściwie wszyscy wielcy romantycy – obok utworów Goethego i Poego naturalista gości także w twórczości lorda Byrona, Williama Wordswortha i Walta Whitmana.

Z kopalni do tropików

Autor „Kosmosu" pochodził z dobrej pruskiej arystokratycznej rodziny. Urodził się w Berlinie w 1769 roku. Jego ojciec, Alexander Georg, był szambelanem u Fryderyka Wilhelma II (chrzestnego Alexandra, który z kolei będzie piastował tę samą funkcję u dwóch kolejnych Fryderyków Wilhelmów), matka Marie Elisabeth była córką bogatego przedsiębiorcy. Zimy Humboldtowie spędzali w Berlinie, miesiące letnie w rodzinnej posiadłości w Tegel. Alexander Georg zmarł, gdy jego synowie Alexander i Wilhelm mieli odpowiednio 9 i 11 lat. Śmierć ojca oznaczała koniec sielskiego dzieciństwa. Apodyktyczna matka – być może to jej zawdzięczał cięty język, z którego słynął – postanowiła zapewnić chłopcom jak najlepsze wykształcenie i zatrudniła wymagających guwernerów. Nigdy nie była zadowolona z ich postępów, a sam Alexander uchodził nawet za przygłupiego. Marie Elisabeth miała też jasno określoną wizję przyszłości synów: pragnęła, by pracowali w pruskiej administracji.

Choć przyrodnicze zainteresowania Humboldta ujawniły się już w jego dzieciństwie, chłopak nie zamierzał buntować się przeciwko matce. Wprawdzie marzył o podróżach, ale ukończył Akademię Górniczą we Freibergu i mimo wszystko przygody z górnictwem nie traktował do końca jako przykrego zesłania. Trzyletni kurs na uczelni zajął dysponującemu wprost niewiarygodną pamięcią młodzieńcowi osiem miesięcy i w wieku zaledwie 22 lat został on inspektorem górniczym. Na tym nie koniec – porażony brakiem podstawowej wiedzy u górników, napisał dla nich podręcznik. Skonstruował lampę działającą głęboko pod ziemią, wynalazł maskę do oddychania, wreszcie zaś otworzył darmową szkołę dla górników (warto dodać, że jego brat założył pierwszy berliński uniwersytet, znany dziś jako Uniwersytet Humboldtów). Wymarzoną wyprawę do Ameryki Południowej umożliwiły Alexandrowi śmierć matki w 1796 roku i spadek w wysokości stu tysięcy talarów (jak ogromna to suma uświadamia fakt, że wystarczyła ona z nawiązką na pięcioletnią podróż, a kiedy Fryderyk Wilhelm III przyznał mu przyzwoitą roczną pensję jako szambelanowi, miała ona wysokość 2,5 tysiąca talarów).

Gdy tylko odziedziczył pieniądze, zabrał się do dzieła. Najpierw uznał, że musi się dokształcić z geologii, botaniki, zoologii i astronomii. W Jenie eksperymentował z elektrycznością, w Dreźnie opanował sekstans, w Wiedniu badał rośliny tropikalne w cieplarniach cesarskich ogrodów. Zimę spędził w Salzburgu, gdzie zdobywał doświadczenie w pomiarze gór i meteorologii. W 1798 roku był już gotów, ale z powodu wojen morskich nie mógł opuścić Francji drogą morską. Szczęśliwie rok później udało mu się wyprosić u króla Hiszpanii Karola IV paszport umożliwiający poruszanie się po wszystkich hiszpańskich terytoriach zamorskich. 16 lipca 1799 roku Humboldt wraz z poznanym w Paryżu botanikiem Aimé Bonplandem przybył do Cumany w Nowej Andaluzji (dzisiejsza Wenezuela). Bogactwo tropikalnego życia z miejsca go poraziło.

W lutym 1800 roku wybrał się na poszukiwanie Casiquiare, rzeki łączącej Orinoko z Amazonką, której istnienie powszechnie podawano w wątpliwość. W ciągu czterech miesięcy niesamowitej wędrówki pokonał niespełna 2800 kilometrów. Sławę przyniosły mu już same listy z podróży, w których opisywał cuda natury. Czytelnicy nie mogli się oprzeć choćby tchnącemu duchem epoki opisowi wnętrza ekwadorskiego wulkanu Pichincha: „Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie nic równie ponurego, bezgranicznie smutnego i ostatecznego jak to, co tam zobaczyłem". Podczas gdy w Europie znano 6 tysięcy gatunków roślin, Humboldt przywiózł ze swej wyprawy 60 tysięcy okazów, w tym 2 tysiące gatunków, o których do tej pory w Europie nikt nie słyszał. „Czytał rośliny – pisze Andrea Wulf – jak inni czytają książki".

Tak szczęśliwy jak w Ameryce Południowej miał już Humboldt nie być nigdy, po powrocie do Europy osiadł w Paryżu, do Berlina – prowincjonalnego, jak zauważał – wybrał się dopiero rok później i utknął tam z powodu wojny Prus z Francją. Ale to Paryż miał się stać – ku zgorszeniu niektórych rodaków – jego drugim domem, tam środowisko naukowe było najprężniejsze. Humboldt nie wiedział, że na następną wyprawę przyjdzie mu czekać ćwierć wieku. Marzył o Indiach i Himalajach, ale Kompania Wschodnioindyjska – znająca poglądy niemieckiego naturalisty na niewolnictwo – storpedowała jego plany.

Ponownie miał wyruszyć dopiero w 1829 roku do Rosji, gdzie zobaczył i zbadał Sybir, Ałtaj, Step Kazachski i Morze Kaspijskie. Druga wyprawa, choć nie tak efektowna, pomogła mu ostatecznie „scalić, potwierdzić i powiązać" wszystko, nad czym latami pracował. Rosjan najbardziej uradowało to, że potwierdziła się teza Humboldta, iż występowaniu złota i platyny towarzyszy obecność diamentów. W trakcie wyprawy odnaleziono je na Uralu. W Orsku Humboldt poznał z kolei Polaka Jana Prospera Witkiewicza, zagorzałego miłośnika jego twórczości i zesłańca, któremu karę śmierci za udział w organizacji uczniowskiej Czarni Bracia zamieniono na dożywotnią służbę wojskową na Syberii. Niemiec marzył o wyzwoleniu rosyjskich chłopów, ale wiedział, że to nierealne, udało mu się jednak wpłynąć na ułaskawienie kilku skazańców. Za jego wstawiennictwem Mikołaj I awansował i przeniósł Witkiewicza.

Dziecię wieku

Humboldt nie pojawił się oczywiście znikąd, samorodni geniusze, którzy w pojedynkę odkrywają nowe światy, raczej w nauce nie występują. Choć wyrósł ponad naukowców swoich czasów, był niewątpliwie dziecięciem epoki. W równej mierze ukształtowały go oświeceniowe ideały, co romantyczna wrażliwość. Nic nie miało większego wpływu na niemieckiego przyrodnika niż rewolucja francuska 1789 roku, która dla całego pokolenia romantyków stała się nośnikiem oświeconych wartości. Młody Alexander wielkim podziwem darzył także ojców założycieli Stanów Zjednoczonych i gorąco popierał przyświecające im ideały, którym przeciwstawiał europejski despotyzm. Przyjaźnił się z Thomasem Jeffersonem (amerykański prezydent skwapliwie korzystał z wiedzy Humboldta o Meksyku) i słynnym rewolucjonistą Simónem Bolívarem.

Ale opiniom wielkiego przyrodoznawcy nie brakowało wyważenia. Dostrzegał, że „ojczyzna wolności" opiera swoją potęgę na niewolnictwie, rozumiał też, jak łatwo rewolucja przeciwko kolonialistom i „barbarzyństwu cywilizowanego człowieka" potrafi obrócić się w dyktaturę. Prorocze okazały się też jego słowa o Stanach Zjednoczonych, które określił jako „kartezjański wir, który porywa i wciąga wszystko w mdłą monotonię".

Mierzył, notował, klasyfikował i badał z gorliwością godną encyklopedysty, ale wniósł do nauki także „czucie i wiarę", odchodząc przy tym od wizji człowieka jako pana i posiadacza natury. Romantyzm, kojarzony w Polsce za sprawą Adama Mickiewicza ze sprzeciwem wobec „szkiełka i oka", w Europie – szczególnie w Anglii i Niemczech – był w istocie bardzo mocno związany z nauką, czego znakomitym przykładem piszący wiersze chemik Humphry Davy, wybitny poeta Samuel Coleridge czy sam Johann Wolfgang Goethe, który zajmował się m.in. optyką, anatomią porównawczą i wulkanami. To właśnie za sprawą romantycznych inspiracji Humboldt przeniósł Kantowską koncepcję wiedzy jako systematycznego konstruktu na świat przyrody. Kant uświadomił mu także doniosłość subiektywnego poznania. W naturze zaś, jak na romantyka zaznajomionego z filozofią Friedricha Schellinga przystało, niemiecki przyrodnik dostrzegał żywy organizm.

Zapewne nie byłoby romantyzmu Humboldta i takiego Humboldta, jakiego poznała nauka, gdyby nie spotkanie ze wspomnianym już Goethem. Umożliwił je młodemu Alexandrowi mieszkający w Jenie i obracający się w kręgach niemieckich romantyków brat. Wilhelm w 1794 roku przedstawił Alexandra Goethemu i Schillerowi (ten drugi zresztą uważał, że młodszy Humboldt odciąga autora „Cierpień młodego Wertera" od poezji i estetyki ku nauce). To dzięki Goethemu Humboldt uznał, że „to, co przemawia do duszy, umyka pomiarom". Stąd wzięło się także jego – tak pociągające z punktu widzenia czytelników – holistyczne podejście, w którym wszystko się ze sobą łączyło: to, co wielkie i małe, wyczulenie na szczegół z wielką wizją, nauka ze sztuką, poezją i historią. Dług wobec autora „Fausta" naukowiec spłacił dedykacją w „Essai sur la géographie des plantes" (Esej o geografii roślin), ale trzeba pamiętać, że i Goethe niemało mu zawdzięczał. Wspólnie spędzili wiele godzin na dyskusjach i... w laboratoriach.

Wielki zapomniany

Nie ma człowieka, którego nazwisko nosiłoby więcej obiektów, poczynając od pasm górskich, a na 300 gatunkach roślin i 100 zwierząt kończąc. Dlaczego więc kolos zwany „Szekspirem nauki" (w moskiewskiej gazecie), „jednym z cudów świata" (przez amerykańskiego transcendentalistę Ralpha Waldo Emersona) i „największym człowiekiem od czasów potopu" (przez Fryderyka Wilhelma IV), którego stulecie urodzin świętowano na całym świecie (w Nowym Jorku zebrał się 20-tysięczny tłum, w Berlinie na ulice wyległo 80 tysięcy osób mimo rzęsistego deszczu), ostatecznie popadł w zapomnienie, bo tak chyba należy określić jego dzisiejszą pozycję w świecie nauki?

Powody tego stanu rzeczy są złożone. Należałoby wśród nich wymienić choćby niechęć do niemieckich naukowców po obu wojnach światowych (dotknęła ona także m.in. Ernsta Häckla). Przede wszystkim jednak autor „Kosmosu" nie sformułował żadnej wielkiej teorii. To dlatego dziś w łańcuchu wielkich naturalistów i biologów wymienia się jednym tchem Linneusza, Darwina i Watsona z Crickiem, a o pruskim geniuszu zapomina się chyba nawet częściej niż o pierwszym genetyku Mendlu. Popularnością Humboldt cieszy się głównie w Ameryce Południowej (jako inspirator Bolivara i piewca kontynentu), a także w Niemczech, gdzie Daniel Kehlmann poświęcił mu i wielkiemu matematykowi Gaussowi bestsellerową (i przeniesioną na duży ekran) powieść „Rachuba świata".

Dobrze więc, że ukazała się znakomita książka Andrei Wulf, tym bardziej że dopiero dziś widać, jak wiele dla nauki – szczególnie dla ekologii – i dla naszego zrozumienia własnej pozycji i roli w świecie zrobił Humboldt. W dobie „szóstego wymierania" (zagłady gatunków za sprawą m.in. globalnego ocieplenia, z którą aktualnie mamy do czynienia) jego przesłanie jest szczególnie żywe: „Człowiek może jedynie działać w zgodzie z naturą i dostosowywać jej siły na swój użytek, pojmując jej prawa".

Niemiecki naturalista dożył niemal dziewięćdziesiątki, ale można zaryzykować twierdzenie, że jego największe dzieło ukazało się kilka miesięcy po jego śmierci, kiedy pod koniec 1859 roku Charles Darwin opublikował „O powstawaniu gatunków". Bez wielkiej wizji Humboldta nie byłoby wielkiej teorii Darwina i całej plejady przyrodoznawców.

Magazyn Plus Minus  

Andrea Wulf, „Człowiek, który zrozumiał naturę", przeł. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Piotr Chojnacki, Wydawnictwo Poznańskie 2017

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE