Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Leśnodorski: Dla kibiców Legia Warszawa to coś więcej niż drużyna

Fotorzepa, Piotr Nowak
Bogusław Leœnodorski, prezes Legii Warszawa: „Ojciec chrzestny" to najlepszy film w historii. Obejrzałem go kilkaset razy, mama mnie na nim wychowała. Jeœli chodzi o płaszczyznę emocjonalnš, to rzeczywiœcie klub funkcjonuje jak społecznoœć włoska albo irlandzka w Nowym Jorku tamtych lat.

Jak ważny jest dla pana spokój?

Bardzo ważny, ale nieosišgalny. Tu, gdzie jestem, to niemożliwe.

Ale na własne życzenie...

Teraz to już sam nie wiem, czy jestem panem swojego losu. Do Legii trafiłem na własne życzenie, a teraz doszło do tego dużo ludzkich emocji. Ciężko się odcišć, powiedzieć, że zabieram zabawki.

Przejmuje się pan innymi?

A zna pan kogoœ, kto się nie przejmuje?

W korporacjach prezesi nie majš problemu, by zwolnić jednego dnia dwieœcie osób...

A potem wracajš do domu i chlejš na umór, bo chcš o tym jak najszybciej zapomnieć.

Pan nie pije?

W sytuacjach stresowych picie na dłuższš metę nie jest dobre. Lepiej się napić po osišgnięciu sukcesu, w dobrym humorze. Ale gdy musisz walczyć, pijšc, sam się osłabiasz i zwiększasz szanse rywala – codziennoœci. Rano jest moralniak, że nie robisz wszystkiego, co mógłbyœ, by wygrać. We mnie jest za duże poczucie obowišzku. Jedynš głupiš rzeczš, jakš ostatnio robiłem, było palenie papierosów. Zawsze byłem wrogiem palenia, pierwszego papierosa zapaliłem dopiero dwa lata temu, gdy UEFA wykluczyła nas z rozgrywek po meczach z Celtikiem Glasgow za kilka minut gry nieuprawnionego zawodnika. To był szczyt głupoty.

To gdzie pan ucieka?

Po nikim normalnym problemy nie spływajš same. Ja znam Legię, znam ludzi, ale silne sš też relacje z normalnymi kibicami, nieważne, czy z Żylety czy z trybuny rodzinnej. Dla nich klub znaczy coœ więcej niż drużyna. Żeby złapać oddech, uciekam w góry albo nad morze. Trzymam się różnych sportów, normalnie o 6–7 rano staram się biegać albo jeŸdzić na rowerze, żeby być fizycznie przygotowanym na codziennš walkę. Chociaż dbam głównie o to, by nie zrobić sobie krzywdy, bo znam takich, którzy jš sobie zrobili, udajšc bohaterów. Teraz modny jest triatlon i nagle wiele osób po czterdziestce, które wczeœniej nie uprawiały sportu, robi z siebie herosów. Fajnie, że się ruszajš, ale moim zdaniem przekraczajš niebezpieczne granice. Ja sport mam dla siebie, nie na pokaz, nie dla rywalizacji.

Podobno jest pan instruktorem narciarskim?

Byłem już jako dziecko. Na nartach, dla własnej satysfakcji, sięgnšłem po wszystko, co było w moim zasięgu, chociaż nigdy się na nich nie œcigałem. JeŸdziłem off-road, lubiłem szybkoœć, dalej lubię. Ostatnio się nawet odmroziłem, bo zapomniałem, że prędkoœć sprawia, że odczuwalna temperatura jest jeszcze niższa. Gogle przymarzły mi do twarzy, cztery dni wyglšdałem jak debil, ale na szczęœcie medycyna poszła bardzo do przodu i po szybkiej interwencji można było doprowadzić mnie do porzšdku.

Za mało panu adrenaliny w klubie?

Nie, ale narty sš po prostu ze mnš zgodne, nie wyzwalajš dodatkowych emocji, lecz właœnie uspokajajš. Nigdy nie bałem się gór. No, raz, ostatnio, kiedy w pięknš pogodę w sylwestra poszliœmy na Giewont. Poœlizgnšłem się, przewróciłem i już nie wstałem. Złapał mnie taki stres, że nie byłem w stanie tego zrobić. Powiedziałem głoœno, że więcej na żadnš górę bez nart nie wchodzę.

Motocross też pana rozluŸnia?

Też. Pływam na skuterach wodnych, lubię też te œnieżne, jeżdżę rowerem, a to w polskich warunkach wyjštkowo ekstremalny sport. Oczywiœcie można sobie pojechać rowerem górskim do lasu, ale na kolarce przy 40 kilometrach na godzinę po szosie, albo powyżej 70, gdy zjeżdża się z górki, robi się naprawdę niebezpiecznie. Uwielbiam sport, zostałem na nim wychowany.

To znaczy?

Chodziłem do szkoły sportowej, trenowałem pięciobój. Nie tak, jak dzisiaj, kiedy toczy się dyskusja, czy dwa treningi dziennie dla dzieciaków to za dużo. My mieliœmy do czterech treningów dziennie, niekiedy nawet więcej. Spotykaliœmy się o 4.45 rano i jechaliœmy do Wojskowej Akademii Technicznej na basen. Ostatnie zajęcia mieliœmy o 19. Dookoła miałem zawodowców, takich jak mój przyjaciel pięcioboista Igor Warabida, siedmiokrotny medalista mistrzostw œwiata i uczestnik dwóch igrzysk olimpijskich, czy inni sportowcy trenujšcy na Fortach Bema. Do tego Mateusz Kusznierewicz czy Otylia Jędrzejczak, których znałem od dziecka – to całe moje pokolenie. Widziałem, na czym polega poważne przygotowanie do zawodów, jakie trzeba mieć warunki, i szybko dostrzegłem różnice między zawodowcem a amatorem. Kiedy jako dziecko biłem swój rekord w biegu na kilometr, osišgajšc wynik 2.58, a taki Warabida na luzie osišgał 2.38, zrozumiałem, że to nie dla mnie.

W liceum rodzice wysłali pana do Stanów Zjednoczonych, bo obawiali się, że nie ukończy pan szkoły w Polsce.

Za dużo na nartach jeŸdziłem w podstawówce i kiedy trafiłem do liceum, rzeczywiœcie w normalnym trybie mógłbym mieć kłopoty z jego ukończeniem. W Stanach nart nie było, grałem za to w futbol.

I podobno dużo pan imprezował.

To już raczej na studiach, kiedy ostatecznie dotarło do mnie, że nie będę sportowcem. Może gdybym urodził się w górach, zaczšł grać w hokeja, miałbym coœ przypięte do nóg, mógłbym osišgnšć jakiœ sukces. A tak – robiłem rzeczy, które były fajne, ale na pewno nie dla mnie. Poza tym nie miałem specjalnych predyspozycji. Chodziłem na zajęcia, jednak wolałem rzeczy, które sprawiały mi przyjemnoœć, a nie bieganie czy pływanie. W liceum trudno było mi się odnaleŸć, więc grałem we wszystkich reprezentacjach – nieważne, czy w koszykówce czy w piłce ręcznej. Szło mi bardzo dobrze, jednak odbijało się to na nauce. Rodzice wysłali mnie do Stanów, żebym ochłonšł. Uratowali mnie.

Przed czym?

Przed życiem. Nie ćpałem, nie piłem, ale powiedziałbym, że byłem aktywny. W karty grałem na przykład.

Na pienišdze?

Wszyscy grali na pienišdze. Ale żeby było œmiesznie – w karty zaczšłem grać z mamš.

To prawda, że poczštkowo rodzice chcieli wysłać pana na wieœ?

Mama wysłała mnie do szkoły ojców pijarów, takiej z internatem, jednak do niej nie dotarłem. Cały proces decyzyjny już się zakończył, jednak w którymœ momencie zwyciężył rozsšdek i rodzice zrozumieli, że w moim przypadku to się nie uda. Trafiłem na wieœ, ale amerykańskš, do Kansas. Mieliœmy u siebie w miejscowoœci takš tablicę: 1571 mil do Nowego Jorku, 1571 mil do San Francisco. Taka prawdziwa wiocha, gdzie żarty o głupich Polakach były najœmieszniejsze, bo nikt nigdy Polaka na oczy nie widział. Trzeba było sobie radzić, przeszedłem prawdziwš szkołę.

Nadal nie uczył się pan zbyt dobrze...

To nie tak. W ogóle mało się uczyłem, ale za to od dziecka czytałem bardzo dużo. Grałem w szachy, byłem dobry z matematyki – klasówki zdarzało mi się pisać na korytarzu, bo kiedy byłem w sali i kończyłem swoje zadania w kwadrans, to jeszcze dwie inne zrobiłem za kolegów. Ale rzeczywiœcie stopni genialnych nie miałem. Jeœli przyjdziesz w pierwszej klasie na chemię bez wykutych siedmiu wzorów, to jakkolwiek byœ był inteligentny, sam ich nie wymyœlisz.

Jak pan w końcu trafił na prawo na Uniwersytecie Warszawskim? Rodzinna presja? Wstawił się dziadek – profesor, autor prawniczych podręczników?

Babcia mnie namówiła, żebym wrócił, a kiedy okazało się, że na tym kierunku nie ma prawie żadnych zajęć obowišzkowych, zrozumiałem, że to szkoła dla mnie. Znowu więc jeŸdziłem na nartach i zaczšłem pracować. Nie byłem bananowš młodzieżš, utrzymywałem się od 17. roku życia. Po powrocie do Polski uczyłem angielskiego, grałem w piłkarzyki na pienišdze, uczestniczyłem w raczkujšcych wtedy programach międzynarodowych, spore zamieszanie robiliœmy też na giełdzie sprzętu narciarskiego. Chciałem być niezależny. Tata zawsze mi powtarzał, że wolnoœć nie ma ceny. A przecież gdybym brał pienišdze od mamy, to byłbym od niej zależny.

Nie odpowiedział pan: nazwisko na studiach pomogło?

Wręcz przeciwnie. Dwa razy nie zdałem egzaminów z ksišżki, którš napisał dziadek, i był to ciężki moment. Babcia się do mnie pół roku nie odzywała, na gwiazdkę dopiero przemówiła. Nie mogłem się przecisnšć przez prawnicze nazwisko, presja rodziny była duża, chociaż rodziców miałem, że tak powiem, normalnych.

To znaczy?

Nie mieli nic wspólnego ze studiami prawniczymi. Mama była szefowš redakcji „Szpilek", równoczeœnie pracowała też w „Teatrze". Tata wyłamał się jeszcze bardziej, bo był inżynierem, chociaż tak mentalnie – kaskaderem. Współzakładał pierwszš profesjonalnš grupę kaskaderskš w Polsce. Uwielbiał samochody, mama też. Zresztš moi rodzice poznali się przez poważne wypadki samochodowe. Trafili do szpitala w Konstancinie, pół roku mieszkali pokój w pokój i zaiskrzyło.

To co sprawiło, że ostatecznie został pan prawnikiem, skoro studia szły tak opornie?

Dwa lata kompletnie ich nie czułem, na trzecim roku zakochałem się w prawie. Zaczęło mi się robić trochę wstyd. Pamiętam, że kiedy przychodziłem po wpis z prawa konstytucyjnego do auli, w której było tysišc osób, a profesor przez mikrofon czytał: „O, pan Leœnodorski, ale pan obciachu narobił", to nie było zbyt miłe uczucie. Na szczęœcie kiedy pojawiły się przedmioty bardziej merytoryczne, zaczęło mi się podobać. Do końca studiów uczyłem się jak dziki.

I tak w wieku 22 lat założył pan własnš kancelarię. Szybko.

Lubiłem to robić i spotkałem sensownych ludzi. Przez dziesięć lat nie wychodziłem z biura, chyba że na imprezy albo po to, żeby uprawiać sport. Nie miałem żadnych zobowišzań. Młody byłem, szybko się regenerowałem, a biznes mnie pochłaniał. Chcieliœmy się dobrze bawić, a okazało się, że mamy coraz więcej zleceń, i popłynęliœmy.

To były dobre czasy czy byliœcie tak zdolni?

Na poczštku lat 90. każdy, kto znał angielski, otwierał firmę prawniczš, my jednak startowaliœmy trochę póŸniej i nie załapaliœmy się na ten okres. Trzeba było sobie radzić samemu. Nie mieliœmy wsparcia, pleców, nigdy nie mieszaliœmy się w politykę. Wszyscy, którzy z nami pracowali, byli dobrzy. Z prawem jest jak z medycynš – ważny jest wizerunek, PR, ale koniec końców i tak liczy się to, co potrafisz. Ludzie muszš mieć do ciebie zaufanie, ten biznes polega na rekomendacjach, cała reszta to otoczka.

Kiedy pan poczuł, że jest bogaty?

Nigdy nie poczułem, nie funkcjonuję w ten sposób. Nie gromadzi się pieniędzy, ale wpada w spiralę œmierci. Coraz więcej pracujesz, więcej zarabiasz i więcej wydajesz. Teraz, z perspektywy, patrzę na to jak na kompletny absurd. Jak wszystko kupisz, to możesz mieć najwyżej kolejny dom albo samochód. Fajnie, ale szczęœcia nie daje.

No, ale pana kolekcja samochodów robi wrażenie.

Już się zmniejszyła. Miałem kilkanaœcie aut, teraz zostały tylko te stare, do których mam słaboœć. Jakiœ mercedes, jeep, ferrari. To był dobry biznes w pewnym momencie. Stare samochody były bardzo tanie, bo nie były jeszcze modne. Po wyremontowaniu bardzo zyskiwały na wartoœci, a po dziesięciu latach stawały się poszukiwanym towarem na rynku. Nie była to więc działalnoœć, na której się traciło. Od kiedy pracuję w Legii i znajdowałem ze trzy dni w roku, żeby się tymi samochodami nacieszyć, stwierdziłem, że to nie ma sensu, i częœci się pozbyłem.

Pienišdze lubiš ciszę, a pan, zostajšc właœcicielem Legii, wystawił się na widok publiczny.

Nigdy kasa nie nakręcała mnie do działania. Mam kolegów z motywacjš negatywnš – wstajš rano i zastanawiajš się, co zrobić, żeby nie stracić tego, co majš. A ja chcę mieć motywację pozytywnš – tworzyć coœ nowego. Kiedy prezesami Legii byli moi poprzednicy, nikt w mojej kancelarii nawet nie wiedział, kim sš te osoby, a ja uważałem, że klub jest własnoœciš ludzi i powinien być na nich otwarty. Swoim podejœciem zaraziłem wiele osób, kiedy trafiłem na Łazienkowskš. Chociaż bywa trudno. Wszyscy ci, którzy nie sš zainteresowani utrzymywaniem się z bycia celebrytš, wiedzš, jak medialnoœć Legii potrafi być ucišżliwa.

Z czego pan żyje?

Z rozpędu. Nie mam dużych potrzeb. Płacš mi pensję, wspólnicy mnie nie zostawili. Mam mieszkanie, samochód.

Wojna na Ukrainie bardzo pokrzyżowała rozwój pana kancelarii? Podobno byliœcie nastawieni na rynki wschodnie?

Rzeczywiœcie, na Ukrainie czy Białorusi mieliœmy jakieœ biznesy i nawet zastanawialiœmy się nad otworzeniem tam biur, ale nie była to nasza główna gałšŸ. Kiedy po naszym wejœciu do Unii Europejskiej wszyscy pognali szukać rynku w Brukseli, doszedłem do wniosku, że nie możemy robić tego co wszyscy, i spojrzeliœmy na wschód. Swoje zrobiliœmy, ale niespecjalnie ucierpieliœmy przez wydarzenia, które miały tam miejsce.

Ale jakieœ przygotowanie do prowadzenia klubu piłkarskiego pan miał czy też zajšł pan to stanowisko jako prezes-kibic?

Całe życie zajmowałem się biznesem, zarzšdzałem kancelariš, w której pracowało ponad sto osób, więc wiedziałem, co to znaczy duży organizm. Zawsze byłem blisko zarzšdzania, ukończyłem Advanced Management na IESE Business School, która niedawno została uznana przez „The Economist" za jednš z najlepszych tego typu placówek na œwiecie. Siedziałem w radach nadzorczych wielu spółek, funduszy. Obserwowałem wielki biznes, a finanse zawsze były moim hobby. Tyle że co innego umieć dodać dwa do dwóch, a co innego – prowadzić klub piłkarski. Szczególnie w tym pierwszym etapie prezesowania bardzo pomagał mi Maciek Wandzel, który wówczas wiedział o tym więcej ode mnie. Klub do biznesu ma się nijak. Mam przekonanie graniczšce z pewnoœciš, że im więcej doœwiadczeń ktoœ próbuje przenieœć z normalnej korporacji do sportu, tym pewniejsza jest katastrofa.

Bo dochodzš emocje?

Emocje, ludzie. Wszystko wyglšda zupełnie inaczej. Œwiadczš o tym przykłady z historii – Bogusława Cupiała w Wiœle, Zbigniewa Drzymały z Groclinu czy Mariusza Waltera z Legii. W Manchesterze City też pompujš niewyobrażalne pienišdze, a Ligi Mistrzów jeszcze nie wygrali.

A pan nie jest człowiekiem Waltera?

Nie jestem. Jeœli już, to raczej Wojtka Kostrzewy (od 2005 r. prezes i dyrektor generalny Grupy ITI – red.). Trafiłem na Łazienkowskš po przegranym sezonie, Walter póŸniej odszedł sam. Rok naszej współpracy był bardzo dobry, dużo razem zrobiliœmy, wiele się nauczyłem. A kiedy w ITI podjęto decyzję, że zamykajš biznes piłkarski, odbyłem kilka rozmów z Walterem. To bardzo silna osobowoœć. Mogę szczerze przyznać, że najwięcej wniosków wycišgnšłem właœnie z niepowodzeń poprzednich właœcicieli.

Dlaczego pomysł Waltera na Legię nie wypalił?

Zrobił telewizję, to pomyœlał, że zrobi też klub piłkarski. Wydaje mi się, że dotknšł go grzech pychy. Nie chciałbym oceniać okresu, kiedy zarzšdzał klubem, bo nie było mnie wtedy w œrodku. Sportowo nie był to czas zbyt udany, ale nie było też dramatu. Mam szacunek do siwych włosów, wiele się nauczyłem, także na błędach, jakie Walter popełnił. Czasami nawet lepiej jest wiedzieć, czego na pewno nie można robić, niż mieć pewnoœć, że coœ zadziała. Chociażby dzięki temu wszyscy już dziœ wiedzš, że nie tędy droga i próba ponownego pójœcia tš œcieżkš musi się skończyć katastrofš.

Wprowadził pan trochę nowy sposób zarzšdzania – przez dialog. Wiele osób twierdziło, że szybko dostanie pan po głowie.

I dostałem już kilka razy. Kiedy siedzisz z boku i dzieje się coœ złego, to zwalniasz jakiegoœ dyrektora albo pełnomocnika i niczym się nie przejmujesz. Albo przynajmniej dobrze to udajesz. Nie bierzesz za nic odpowiedzialnoœci. A właœnie odpowiedzialnoœć jest najwyższš cenš, jakš zapłaciłem za swojš politykę, ale nadal uważam, że nie ma innej drogi niż dialog. To mój sposób działania, nie mówię, że najlepszy dla każdego, ale najgorsze to wpaœć w ramy i funkcjonować na nie swoich zasadach. Trzeba działać zgodnie ze swoim sumieniem.

Po tym, gdy kibice Legii próbowali zaatakować kibiców Borussii Dortmund w czasie meczu Ligi Mistrzów, postawiono pana z nimi w jednym rzędzie. „Leœnodorski: kibic-chuligan" – pisano.

Mocnš mam klatkę. Wzišłem na siebie.

Nie przeszkadza to panu? Nie psuje wizerunku?

Znowu wracamy do odpowiedzialnoœci. Wiem, ile osób, w różnym wieku, różnej płci, z kompletnie innych œrodowisk łšczy ten klub. Wiem, ile osób tu pracuje, ile osób inwestuje tu na co dzień emocje, chcšc lepszego jutra. I kiedy nagle jest Ÿle, to musi być ktoœ, kto ich nie zostawi, kto ustawi się w pierwszym szeregu. Oczywiœcie można byłoby zbudować strukturę klubu w ten sposób, by odpowiedzialnych było pięć innych osób, tylko nie ja. Ale to nie w moim stylu. Akurat z tego zdawałem sobie sprawę w stu procentach, zanim pojawiłem się w klubie.

Ale o Legii kilka razy w roku jest głoœno właœnie ze względu na chuliganów albo problemy z UEFA.

Na poczštku płaciliœmy cenę za niewiedzę. O wielu rzeczach nie mieliœmy pojęcia, wszyscy się dopiero uczyliœmy, a że byliœmy ambitni, to chcieliœmy wszystko naraz, jak najszybciej i jak najwięcej. Drogo nas to kosztowało. Przecież na poczštku nikt z nas nie ogarniał sprawy z banerami, które wywieszajš kibice. Nie było pełnej jasnoœci, jaka symbolika jest zakazana przez UEFA, zresztš UEFA też nie była do końca pewna swoich racji, dopiero wypracowała standardy. O racach się nie wypowiem, bo uważam, że jest to problem nie do rozwišzania w sposób siłowy, o czym przekonały nas na przykład mistrzostwa Europy we Francji.

A może wszystko się dzieje, bo prezes przymyka oko? Bo ma pan za lekkš rękę do kibiców?

Nawišzuje pan do mitycznej twardej ręki Mariusza Waltera, który miał puste trybuny, czy do setek innych klubów w Europie, gdzie na meczach pojawiajš się race?

Wiem, że panu race się podobajš.

Pewnie dlatego przy każdej sprawie zwišzanej z pirotechnikš pojawia się zdjęcie, jak trzymam racę na Starym Mieœcie...

To przymyka pan oko czy nie?

Jak mam przymykać oko? Po prostu nie jestem idiotš i pewnych rzeczy się domyœlam. Œrodowiska kibicowskie doœć szybko uznały, że nie ma sensu stawiać mnie w niezręcznej sytuacji, więc postanowiły mnie o niczym nie informować. A poza tym – przy 10 tysišcach ludzi na trybunach nie ma możliwoœci, by wiedzieć, czy ktoœ założy koszulkę z głupim napisem albo debilny szalik. A jak kibiców mam 30 tysięcy? Z racami jest tak, że nikt nie potrzebuje pomocy, by wnieœć je na trybuny.

Ale przecież dzwonił pan do przywódców grup kibicowskich z pytaniem, jaki będzie transparent.

Raz. Trzy lata temu przed meczem ze Steauš Bukareszt. Bałem się reakcji UEFA, która już zamknęła nam jednš trybunę, bałem się jeszcze większych problemów. Wiedziałem, że jak będzie przegięcie, nasza sytuacja się pogorszy.

I jakš odpowiedŸ pan usłyszał?

„Nie martw się. Będzie OK". Zrozumiałem, że dalej nie ma sensu pytać. Kibice ułożyli z kartonów wielkie serce z napisem „UEFA". A potem były race.

„Pan i Władca trybun" – podoba się panu takie okreœlenie?

99,5 procent kibiców na trybunach to osoby przewidywalne, ale i tak mam problem.

Jaki?

Pół procentu to 150 osób.

Nie można ich zidentyfikować?

Na każdym meczu jest trochę inny zestaw ludzi. Nasz stadion rocznie odwiedza ponad pół miliona kibiców, z czego duża częœć pojawia się raz, dwa razy na sezon. Nie panuję nad trybunami, to nierealne. Nie tędy droga. Legia zbiera cięgi za każdego, kto nosi jej szalik, a ci ludzie często nawet nie bywajš na meczach. Jeœli chodzi o kontakt z kibicami, to lepszy jest na wyjazdach, zwłaszcza w europejskich pucharach, bo to jest mniej więcej ta sama grupa. Wtedy można mówić o współpracy.

I wtedy jest jak w Rzymie przed meczem z Lazio, kiedy włoska policja wydała aresztowanych kibiców Legii, bo ci zgodzili się oddać broń, którš zabrali policjantom?

Nie byłem przy tym, ale Włosi sš normalni, sensowni. W Rzymie czy Neapolu miejscowe władze były zaskoczone pozytywnie naszymi kibicami, bo na co dzień majš gorzej. Przed meczem z Lazio rzeczywiœcie były jakieœ przepychanki.

No nie. Była wymiana jeńców. Dla policjanta stracić broń to tak, jak stracić etat.

Szef policji był bardzo zadowolony. Œmiał się, że któryœ z karabinierów musiał się przewrócić i pogubić kaski i pałki. Ci policjanci chyba sš lepsi od karabinierów i majš z nich ubaw. Kibice oddali zgubę, a w zamian odzyskali zatrzymanych kolegów. Ale to chyba nie był pistolet, tak jak w Wiedniu dziesięć lat temu. Tym razem chyba rzeczywiœcie chodziło tylko o pałki i kaski. Szef policji był pozytywnie zaskoczony.

Często pan idzie na ustępstwa wobec kibiców?

Nigdy nie szedłem.

Jakieœ darmowe bilety za spokój?

Takie rzeczy nie działajš. Nie wiem, jak w innych klubach, ale u nas nie. Postawię tezę, że się nie da.

Ile grup kibicowskich działa na stadionie?

Nie wiem. Wystarczy policzyć flagi.

17?

Raczej ze 30, każdy fanklub jest przecież grupš...

BšdŸmy poważni. Nie pytam o fanklub uczniów z WšbrzeŸna, tylko o takich, z których zdaniem warto się liczyć. Czuje się pan przez nich akceptowany?

Nie wiem, czy to odpowiednie słowo. Zaangażowanych kibiców mam nie tylko na Żylecie, ale też w sektorze rodzinnym czy na Trybunie Wschodniej. Wydaje mi się, że mamy dobre kontakty, rozmawiamy. Przecież zależy nam na tym samym.

Dlatego wycišgnšł pan rękę do Piotra Staruchowicza. „Staruch" prowadził doping na Legii jeszcze zanim pojawił się pan w klubie, póŸniej miał problemy z prawem...

Nie wycišgnšłem ręki, tylko go poznałem. Zaczęliœmy rozmawiać, megafajny goœć. Zaraz pan zapyta, czy robi mi tatuaże... Niech pan da spokój, bo tatuaże to doœć prywatna sprawa i jak będę miał chwilę wolnego, to zrobię sobie kolejny.

Też u „Starucha"?

Na to pytanie nie odpowiem wprost. Wiadomo, że Piotrek robi œwietne tatuaże, wiele osób z Legii, także zawodników, robi je u niego, ale teraz to pewnie trzeba czekać z pół roku. Mam jednak ciekawszy temat: „Staruch" zaprojektował dla nas Misia Kazka, klubowš maskotkę. Uprzedzę pana kolejne pytanie: zrobił to za darmo.

To pewnie żałuje pan teraz, że nie zawiózł go na œlub jednym ze swoich samochodów...

Nigdy nie chciałem go zawozić. Wpadł do mnie dziennikarz z wiadomoœciš, że podobno mam to zrobić, zadzwoniłem do kolegi, który zajmuje się moimi autami, z pytaniem, czy ktoœ coœ wypożyczał. To jakiœ wkręt był, nie było nawet takiego pomysłu.

To „Staruch" krzyczał na trybunach: „Jeszcze jeden!", kiedy zmarł Jan Wejchert, a klubem rzšdził Mariusz Walter.

Jestem w klubie od czterech lat. W wielu aspektach wiem, jak trudne, skomplikowane i wielowymiarowe jest zarzšdzanie Legiš. Mogę mówić o Piotrku od kiedy go poznałem. Reszta jest obarczona ryzykiem błędnej oceny, którš pan zna z przekazu z trzeciej ręki. Moja wypowiedŸ nic nie zmieni, o Legii mówi się Ÿle, ale pociesza mnie to, że każdego dnia o wiele więcej gorszšcych historii pojawia się o polskiej polityce niż o nas.

Jeszcze a propos tatuaży – ten z Donem Corleone ma jakieœ głębsze znaczenie?

„Ojciec chrzestny" to najlepszy film w historii. Obejrzałem go kilkaset razy, mama mnie na nim wychowała. Zresztš cišgle do niego wracam, wszystkie dialogi znam na pamięć, w razie czego mógłbym nagrać nowš œcieżkę dubbingowš.

To wzór zarzšdzania klubem piłkarskim?

W „Ojcu chrzestnym" jest wiele wštków. Jeœli chodzi o płaszczyznę emocjonalnš, to rzeczywiœcie klub funkcjonuje jak społecznoœć...

Jak mafia.

Jak społecznoœć włoska albo irlandzka w Nowym Jorku tamtych czasów, kiedy działały struktury ukształtowane bardziej przez codziennoœć niż prawo. Poczšwszy od pierwszej drużyny, akademię, ludzi, którzy przychodzš na trybuny, kupujš koszulki, oglšdajš mecze w telewizji, piszš o piłce artykuły, albo czytajš komentarze. Wszyscy żyjemy dla siebie i z siebie.

Dostał pan już rybę w gazecie?

Nie. Ani nie wysłałem. Nie wierzę w wielkie, zorganizowane siły wyższe, które czyhajš na moje życie, poza tym te czasy już minęły. Prawdziwym ryzykiem nie jest odwaga, ale głupota. Musiałem uwolnić się od strachu, inaczej cały czas żyłbym w stresie, który paraliżowałby moje zachowanie. Jak podczas ostatniego meczu Ligi Mistrzów ze Sportingiem Lizbona, gdy ktoœ zadzwonił, że na stadionie jest bomba.

Była?

Nie, ale trzeba było podjšć jakšœ decyzję. Graliœmy dalej.

Polityka to także Legia. Kiedy graliœcie z Górnikiem Łęczna, a w tym czasie był marsz KOD, miasto obawiało się bojówek PiS ze stadionu.

Totalny absurd. Kibice Legii majš zbliżonš strukturę do społecznoœci Warszawy, Mazowsza czy Polski. Przed meczem z Górnikiem rzeczywiœcie wpadliœmy w paranoję, bo wszyscy mówili, jak Ÿle będzie się działo. Zaczšłem rozmawiać z kibicami, a ci patrzyli na mnie, jak na wariata. Podobno posiłki z całego kraju były wzywane. Ale tak funkcjonujš media i do tego się przyzwyczaiłem. To było chore. Przewidywany był Armagedon, a nie wydarzyło się nic. Przekonania społeczne czy polityczne naszych kibiców oderwałbym od sympatii dla jakiejkolwiek partii.

Rzeczywiœcie dał pan zakazy chuliganom po meczu z Borussiš czy to była pożywka dla mediów?

Żartuje pan teraz? Mam tu listę. Zaraz sprawdzę... 91 osób.

Dlatego potrzebna panu ochrona z byłych pracowników CBŒ przed wejœciem do gabinetu?

To skomplikowane. Mam dzieci, powstał chaos. Nie rozumiałem tego, co się dzieje. Przecież zaczęliœmy rozmowę od tego, że najniebezpieczniejsza jest głupota.

Bał się pan o najbliższych?

Nie wiem, czy to był strach. Jako ojciec rodziny muszę czuć się odpowiedzialny. Odpowiedzialnoœć czasami polega tylko na minimalizowaniu ryzyka, z którym nawet nie trzeba mieć bezpoœredniej stycznoœci. Nie sš to miłe momenty, najgorszy jest brak wiedzy. Dopóki nie zdarzyło się nic złego, rozmawiamy o przypuszczeniach, a to nie ma sensu.

Pana ojciec rozwodził się trzy razy, bo wolnoœć nie ma ceny. A pan ile razy?

Ożeniłem się raz i nie zamierzam się rozwodzić. Stało się to w takim wieku, że miałem już odpowiedni bagaż doœwiadczeń. Po trzydziestce facet ma wystarczajšce doœwiadczenie, staje się bardziej odpowiedzialny. Wczeœniej miałem jakieœ zwišzki, ale szczęœliwie nie kończyły się one małżeństwem.

Pytam o rozwód z Legiš.

To trudne. Poczštek każdej analizy kończy się katastrofš, pytaniem, czy to wszystko ma sens.

Co?

Czy jestem potrzebny tej organizacji. Dostaję dużo pozytywnych sygnałów, ale nie wiem, czy tak jest rzeczywiœcie. Pewnie łatwiej na to patrzeć z boku przez pryzmat osišgnięć, rezultatów. Nie potrafię jednak uczciwie dojœć do wniosku, że nie jestem potrzebny w Legii. Inaczej bym tu nie był.

Jest pan najbardziej utytułowanym prezesem w historii klubu.

Powiedział mi to Wiktor Bołba, kustosz naszego muzeum. Przyszedł po meczu ze Sportingiem i mi to uœwiadomił. To dużo cenniejsze, niż kiedy doszedłbym do tego sam. To sš takie krótkie momenty...

A kiedy prezydent Realu Madryt Florentino Perez zaprosił pana na lunch, nie doszło do pana, gdzie jest Legia pod pana kierownictwem?

Piłka jest specyficzna. Funkcjonowałem w wielkim œwiecie od dziecka, mówiłem panu o mamie, o teatrze, polityce, kulturze. Kiedyœ mnie to fascynowało, teraz podchodzę do tego spokojnie. Legia to jest grupa osób. Często jestem tylko animatorem, rzucę jakiœ pomysł, który póŸniej zostanie przez innych wyœmiany. Daję wsparcie emocjonalne, ale to inni dŸwigajš ciężar.

Wychowali pana rodzice czy podwórko?

Rodzina. Podwórkiem był pięciobój. Wiele osób nienawidziło CWKS, a dla mnie wojsko, choć było częœciš reżimu, funkcjonowało w trochę innych standardach etycznych, dla mnie było częœciš historii... Inni œcišgali piłkarzy do kopalni, my do wojska. Takie były czasy. Byłem dzieckiem Warszawy, szkoły, rodziców, podwórka. Jestem sumš wielu składników. Jakbym teraz sprzedał Legię to zarobiłbym 10 razy tyle, ile za niš zapłaciłem, ale nie da się funkcjonować, myœlšc tylko o pienišdzach. Trzeba kochać to, co się robi.

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

Magazyn Plus Minus

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL