Plus Minus

Irena Lasota: Dyskurs o odpowiedzialności za Holokaust. Babranie się w tej samej rzece

Fotorzepa, Darek Golik
Stan Missouri leży gdzieś pośrodku Ameryki, ma 6 mln mieszkańców. Jego stolicą jest Jefferson City (ok. 40 tys. mieszkańców), gdzie wydawana jest gazeta „News Tribune". Otóż w Google znalazłam informację, że w tej gazecie ukazał się artykuł o doradcy prezydenta Polski prof. Andrzeju Zybertowiczu, który twierdzi, że Izrael reaguje wrogo na nowelizację ustawy o IPN z poczucia winy, że Żydzi są współwinni Holokaustu ze względu na swoją bierność.

Na wszelki wypadek sprawdziłam liczbę Żydów w Jefferson City. Musi być ona bardzo niewielka, bo nie ma tam rabina, choć jest bóżnica – „dopiero w latach 50. znalazła w Chicago darczyńcę, który zafundował toaletę, bo do tego czasu wierni musieli udawać się za potrzebą do sąsiadującej stacji benzynowej". Trudno więc nazwać Jefferson City stolicą międzynarodowego żydostwa. Trudno też uznać twierdzenie Zybertowicza za odkrywcze (czy też naukowe), mimo że obiegło kulę ziemską.

„Obecna debata doprowadziła do gwałtownych stwierdzeń i eskalacji zarzutów. Wywołała wysoką temperaturę, ale nie rzuciła więcej światła, i prawda historyczna tylko na tym ucierpiała. Nie widzę sensu w kontynuowaniu tej coraz bardziej wrogiej polemiki, opartej na niezidentyfikowanych osobistych oskarżeniach, semantycznym dzieleniu włosa na czworo i potrzebie zaliczania punktów i niszczeniu przeciwnika zamiast próby zrozumienia jego punkt widzenia. To nie jest poziom dyskusji, na którym można dotrzeć do prawdy. Próbuję powiedzieć tylko tyle: Arendt poruszyła pewne niepokojące aspekty Holokaustu, których nie ma co gloryfikować, ale należy dokładnie przestudiować. Jej opinia pozbawiona jest i znajomości faktów, i umiejętności stawiania ocen, nie próbuje ona przedstawić wyników swoich badań, gdyż wszystko, co ma do powiedzenia, zostało już wcześniej opisane. Obawiam się jednak, że nic, co powiem, jej nie przekona, bo i tak uważa ona, że wszystko jest częścią wielkiego spisku. Jej przeciwnicy, z drugiej strony, wylewają dziecko z kąpielą. Oburzeni jej obraźliwymi uwagami i błędami odsuwają na bok dyskusję ważnych wątków, które ona podjęła, i debata stała się tak zapalna, że nie można jej już na razie zawrócić na racjonalne tory."

Powyższy cytat jest fragmentem polemiki sprzed 52 lat (!) mojego przyjaciela i mentora Waltera Laqueura z Hanną Arendt. Dedykuję ten akapit zarazem Jerzemu Robertowi Nowakowi, jak i Janowi Tomaszowi Grossowi.

Wszystko już niestety było i nieprawdą jest, że nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki; przeciwnie, bez przerwy się w niej babrzemy. Tyle że nie wszyscy o tym wiemy i myślimy czasem, że kąpiemy się w czystym źródle mądrości.

W 1963 r. Hannah Arendt opublikowała książkę „Eichmann w Jerozolimie: rzecz o banalności zła". Jedną z tez książki było, że nie tylko miliony Żydów poszły biernie na śmierć, ale Niemcom pomagali w tym przedstawiciele judenratów. Teza ta wywołała gorące polemiki i właśnie dziś w Polsce ktoś mógłby zwrócić uwagę, że taki argument wybiela Niemców w podobny sposób co mówienie o polskim współuczestnictwie w zbrodniach niemieckich.

Można śmiało powiedzieć, że sama książka i trwająca nad nią do dziś debata jest najbardziej zapalnym tematem dotyczącym Holokaustu, który rozdzielił przyjaciół, rozbił stronnictwa i sympatie polityczne, szczególnie w dwóch największych zbiorowiskach żydowskich na świecie: Izraelu i Nowym Jorku. A dziś podobna dyskusja rozgorzała w Polsce. Irving Howe zauważył kiedyś, że te kontrowersje nie wygasną, będą się tliły, by znowu zamienić się w ogień. Bardzo radzę rozpalonym głowom, a zwłaszcza językom, zajrzeć do polemik na temat tez Arendt. Czy choćby do tekstów pisanych przez historyków.

Postscriptum. Panu Rafałowi Ziemkiewiczowi raczej się upiekło, w każdym razie w USA. Użył słowa „parch" w stosunków do Żydów. Jest to słowo, którego – w każdym razie w moich czasach – nikt by nigdy nie użył publicznie czy w druku na określenie kogokolwiek. Panu Ziemkiewiczowi się udało, bo „parch" nie jest słowem specjalnie rozpracowanym w słownikach, ale w Google można znaleźć, że w przekładzie na jidysz wymawia się to „strup", co jest również jednym z polskich synonimów, ale po angielsku tłumaczy się na „scab", którego pierwszym znaczeniem jest „łamistrajk", co nie pasowało do ogólnej dyskusji na tematy Polski.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL