Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Polska – Izrael. Wyjść z narodowych przegródek

AFP
W kwestii schematu „Polacy – Żydzi" zdarza się, że mimo pokonania hitleryzmu uparcie respektujemy podziały ustanowione przez owš ideologię. To przecież hitlerowcy wznieœli szczelny mur pomiędzy Polakami a Żydami. Nie dopuszczali, by można było być jednym i drugim naraz. Nie ma żadnego rozumnego powodu, by kontynuować ten styl myœlenia.

W obecnym kryzysie w relacjach z Izraelem Polska przypomina dziurawy garnek, rzucony do góry dnem na œrodek wyschniętego globalnego stawu. Teraz ktoœ go napełnił i woda wdziera się nam ze wszystkich stron do œrodka. Czegóż tu nie ma! Kłębiš się i krzyżujš ze sobš nurty wojny politycznej, kulturowej, wreszcie wojny informacyjnej. W wypadku tej ostatniej trudno wskazać palcem, skšd woda leci, ale że leci, to pewne. Słowa Piłsudskiego: „Podczas kryzysów strzeżcie się agentur", nie tracš na aktualnoœci. Prawa geopolityki sš niezmienne, podobnie jak prawa fizyki.

W tym stanie rzeczy biadolenie autorów ustawy o IPN, że kapie nam na głowę, jest – łagodnie mówišc – grubš hipokryzjš. Nie przewidzieli, co się stanie, gdy wrzucš ten garnek? I to w najgorszym z możliwych momentów. Tuż po wizycie sekretarza stanu USA Rexa Tillersona poprzedzonej idiotycznš, choć skutecznie nagłoœnionš, aferš wokół „brunatniejšcej Polski". Oraz dokładnie w momencie, gdy oczy całego œwiata zwrócone były na obóz w Auschwitz.

Ale garnek kiedyœ w końcu się wypełni i cała awantura przycichnie. Pozostanie pytanie: co zrobić z sadzawkš?

Niniejszy tekst jest próbš diagnozy stanu „polskiej odpowiedzialnoœci" za ciemne karty przeszłoœci, ale także propozycjš kierunku, w jakim mógłby pójœć proces jej przemodelowania w relacjach z państwem Izrael, Żydami w ogóle oraz z resztš œwiata.

Starcie dwóch wrażliwoœci

Z Żydami trudno nam się porozumieć, gdyż jesteœmy bardzo do siebie podobni. I my, i oni przekonani jesteœmy o wyjštkowoœci naszego niewinnego cierpienia. W dodatku obie strony majš dużo racji.

Argumentów na rzecz wyjštkowoœci cierpienia Żydów oraz potrzeby zrozumienia ich wrażliwoœci wyliczać nie będę – sš bowiem oczywiste. Skupię się na Polakach. Co takiego w naszych oczach, w naszej podœwiadomoœci wyróżnia nas spoœród innych narodów? Syndrom zdrady, której doœwiadczyliœmy od sojuszników w 1945 r. Syndrom obœmiewany na wszystkie możliwe sposoby: że anachroniczny, że stanowi tylko pretekst do usprawiedliwienia naszej nieudolnoœci. Zapewne jest trochę słusznoœci w tych zarzutach. Ale los Polski jako państwa, społeczeństwa i narodu w czasie wojny, okupacji oraz w pierwszych latach powojennych był naprawdę wyjštkowy. Zważywszy ogrom naszego wkładu w walkę z reżimem Hitlera, zostaliœmy przez Zachód potraktowani wyjštkowo haniebnie. Podobny los dzieli z nami tylko Jugosławia. Ale w Jugosławii nie było czegoœ takiego jak powstanie warszawskie.

Ten kompleks tkwi w nas głęboko, wychodzšc na wierzch w najróżniejszych momentach oraz przybierajšc kształty, które pozornie mało majš wspólnego z narodowš dyskusjš o wojennym rozrachunku. Nie szukajšc daleko, rozległe zjawisko polskiego chamstwa, opisane w ostatnim numerze „Plusa Minusa", też w jakiœ sposób jest z owym kompleksem zwišzane. Skoro zaœ syndrom ten jest tak silnie i tak powszechnie w nas obecny, należy się z nim liczyć w ocenie realnych możliwoœci „polskiego potencjału". Powinni też liczyć się z nim poważnie nas traktujšcy sšsiedzi. Nie chodzi tu o wysłuchiwanie biadoleń, lecz o próbę zrozumienia, która poprzedza trafnš diagnozę.

Klasycznym przykładem tej naszej wrażliwoœci jest stosunek do niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie". Film okrzyknięto stronniczym i antypolskim, co w chłodnej ocenie można uznać za przesadę. Chodzi o coœ innego. Swojš negacjš tego dzieła daliœmy sygnał sšsiadom: nie do was, Niemcy, należy wystawianie moralnych cenzurek Armii Krajowej. I ten argument można zrozumieć, choć raczej nie należy on do kategorii racjonalnych.

W panoramie kompleksu „niewdzięcznoœci œwiata" problem „polskich obozów" zajmuje miejsce poczesne. Nie chodzi tylko o miejsca zagłady. Sama zbitka słów „obóz" i „polski" jest przez nas odbierana jak bluŸnierstwo. A przecież istniał obóz w Jaworznie, istniał też obóz w Berezie Kartuskiej, który funkcjonował w państwie jak najbardziej suwerennym. Jednak tamte fakty przysłoniło nam straszliwe doœwiadczenie Auschwitz, Majdanka i Stutthofu. Do tej selektywnej wrażliwoœci mamy w pewien sposób prawo, dali nam je nasi rodzice i dziadkowie, którzy cierpieli i ginęli w tych niemieckich obozach. Dlatego, nie negujšc istnienia polskich obozów w ogóle, nie lubimy, gdy ktoœ z ostentacjš tym zwrotem się posługuje.

Popatrzmy teraz na ostatni spór oczami Żydów z Izraela czy Ameryki. Oni też – i także nie bez racji – uważajš samych siebie za najodpowiedniejszych, ba, jedynych arbitrów we wszelkich dysputach na temat Holokaustu. I nagle ktoœ im ten monopol odbiera. Ktoœ inny, niespecjalnie zresztš lubiany, z równš im apodyktyczoœciš orzeka, co jest, a co nie jest negowaniem Zagłady. W dodatku pouczajšc Żydów, by lepiej poznali historię drugiej wojny œwiatowej. Taka reakcja podgrzała spór do temperatury białej goršczki, włšcznie z finalnym wysypem słów krzywdzšcych i nieprzemyœlanych.

Historia 120 tysięcy

Tę litanię inwektyw zapoczštkowała wypowiedŸ izraelskiego polityka Jaira Lapida, który z ostentacjš mówił o „polskich obozach", dodajšc, że z ršk Polaków zginęły „setki tysięcy" Żydów. Warto zastanowić się nad genezš tego ostatniego zarzutu, mimo że brzmi on równie absurdalnie jak poprzedni.

Sprawa Jedwabnego obaliła pewne tabu dotyczšce udziału Polaków w niemieckiej machinie Zagłady. Okazało się, że na szali polskich win owego czasu nie wystarczy położyć szmalcowników i donosicieli. Byli wœród naszych rodaków ludzie, którzy Żydów mordowali. I nie był to tylko przypadek Jedwabnego i okolic, gdzie liczba ofiar w każdym z miejsc szła w setki. Co jakiœ czas z mroku niewiedzy wyłania nam się nazwa kolejnego miasteczka czy wioski, gdzie za jednym zamachem, w biały dzień, pozbawiono życia po kilkanaœcie, czasem kilkadziesišt osób. Ile takich miejsc było? Dwadzieœcia? Trzydzieœci? A może więcej? Strach odgadywać górnš granicę. A do bliższego okreœlenia brak nam wiedzy.

Mimo to w 2011 r. w kilku polskich mediach pojawiły się wypowiedzi osób twierdzšcych, że w czasie hitlerowskiej okupacji Polacy wymordowali 120 tys. Żydów. Autorzy tej szokujšcej nowiny, powołujšc się na badania naukowe, dodawali, że powyższa liczba jest zaledwie dolnš granicš szacunków, przekraczajšcych niekiedy 200 tys. ofiar. Zwrot o 120 tys. zabitych, powielany w kolejnych artykułach i wypowiedziach, zaczšł żyć własnym życiem, choć nie rozpętał dyskusji na miarę polemicznej burzy wokół „Sšsiadów" Jana Tomasza Grossa.

TrzeŸwa ocena tej liczby stawia jš jednak poza kręgiem wiarygodnoœci. Autorzy rzeczonej tezy posłużyli się wštpliwej wartoœci arytmetykš, całš różnicę między szacunkowš liczbš Żydów zbiegłych z gett a liczbš tych, którzy ujawnili się po wojnie, hurtowo wpisujšc do rubryki ofiar polskich morderców. Jak gdyby nie było Niemców, którzy na zbiegłych Żydów polowali (zgoda, że w dużej, zapewne nawet przeważajšcej mierze, na skutek donosów ze strony Polaków), jak gdyby też nie istniało zjawisko „naturalnej" œmiertelnoœci wœród zagłodzonych i wegetujšcych w skrajnych warunkach uciekinierów.

Inny sposób dotarcia do tej astronomicznej kwoty to przemnożenie œredniej liczby ofiar w znanych nam miejscach pogromów przez liczbę okupowanych gmin, gdzie istniały skupiska ludnoœci żydowskiej. Również i ta praktyka wiedzie nas na manowce. Jeœli rzekomš liczbę 120 tys. Żydów zamordowanych przez Polaków rozłożyć na liczbę ok. 3 tys. parafii, na terenie których przeprowadzono operację „Reinhard", to wyjdzie nam œrednia 40 zamordowanych na parafię. Nie można jednak zakładać, że skoro – według dostępnych nam danych – w jakimœ miasteczku w głębi okupowanego kraju Polacy zabili w 1942 r. czterdziestu Żydów, to wszędzie indziej było podobnie tragicznie. Takich miejsc było w Polsce najwyżej kilkadziesišt. Wydaje się, że całkowicie wystarczyłoby owe 3 tys. (liczba parafii) pomnożyć przez dziesięć. Suma 30 tys. ofiar jest nadal szokujšca, ale za to chyba znacznie bliższa prawdy. Przy 120 tys. byłby to już pogrom na skalę wołyńskiej rzezi UPA, który nie mógłby zostać dokonany bez wywołania powszechnej uwagi. Tymczasem o niczym takim nie wspominajš kronikarze czasu wojny. Wieœci o sšsiedzkiej rzezi Żydów nie wyszły poza granice miasteczek,w których się dokonała.

TrzeŸwa ocena nie ma jednak znaczenia, gdy w grę wchodzš mechanizmy plotki. Od kilku już lat w wielu miejscach zachodniego œwiata powtarzana jest wersja o „kilkuset tysišcach" Żydów zamordowanych przez Polaków. Wiele osób powtarza jš w dobrej wierze, zapewne niejedna też rozpowszechnia jš ze złš wolš. Jak Jair Lapid.

Spór o naród

Wróćmy do głównego wštku naszych rozważań, którym jest zjawisko nazywane roboczo narodowš wrażliwoœciš. Jest ono delikatne i skomplikowane. Błędem byłoby twierdzenie, że stanowi prostš sumę doœwiadczeń kolejnych pokoleń. Naród jako taki zawsze jest bowiem wspólnotš w większym stopniu wyobrażonš niż realnš. Jest jakby wypadkowš tego, jacy jesteœmy i jacy być chcielibyœmy. Realna jest tylko pamięć – ale ta zmienia się razem z odchodzšcymi i przychodzšcymi pokoleniami. Ale pamięć też nie jest niezmienna. Konserwuje poczucie wspólnoty losów – przez doœwiadczenie, ale i poprzez stereotyp. Przeszłoœć jest dla nas ważna, ale nie powinniœmy być niewolnikami jej wyobrażeń, klisz, które produkuje.

Przyjęcie tej perspektywy pozwala nam na zupełnie nowe spojrzenie na spór pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami tego, co „narodowe". Ci ostatni twierdzš, że wszystko, co ciemne i niemiłe w naszej historii, pochodzi stšd, iż myœlenia w kategoriach narodu było w niej za dużo. Wychodzš bowiem z założenia, że myœlenie takie generuje postawy dominacji nad innymi, roszczeniowoœci i rewanżyzmu – postawy, które odpowiadajš za słowa nietolerancji oraz akty przemocy. Im mniej w naszym umyœle zarazków „nacjonalizmu" – argumentujš – tym lepiej wyglšdać będzie nasza samoœwiadomoœć oraz relacje z innymi.

Diagnoza to doœć jednostronna, podobnie jak jednostronna jest propozycja recepty. Jest niš permanentne obniżanie poziomu „narodowej dumy". Modelowym przykładem tej postawy jest przekonanie, iż „pamięć o naszej chlubie jest ułomna, staje się zafałszowana bez pamięci o naszej hańbie" (jak pisał dwa lata temu w „Gazecie Wyborczej" Bogdan Białek, współprzewodniczšcy Polskiej Rady Chrzeœcijan i Żydów). To arcysłuszne zdanie prowokuje jednak pytanie: a odwrotnie? Czy pamięć o naszej hańbie nie staje się ułomna bez pamięci o naszej chlubie? Tego jednak pytania zwolennicy „denacjonalizacji" zbiorowej pamięci z reguły sobie nie stawiajš.

Prawdopodobnie z tych samych powodów wiosnš 2014 r. pojawił się protest przeciwko planom budowy pomnika Sprawiedliwych w pobliżu warszawskiego Muzeum Historii Żydów Polskich. Jeden z uczestników tego protestu uzasadniał swoje stanowisko argumentem, iż „pomnika nie można stawiać obok muzeum, bo będzie poprawiał polskie samopoczucie". Ktoœ mógłby prostodusznie zapytać: a dlaczego miałby go nie poprawiać? Otóż dlatego, by nie generowało to – jak czyni to z definicji – postaw pychy i nietolerancji.

Zgodnie z tš logikš wszystko, co w orbicie naszej historii szlachetne i wzniosłe, z samej definicji czynione jest wbrew poczuciu „polskiej dumy". W „Wyborczej" można było niedawno przeczytać, że „Sendlerowa nie jest symbolem bohaterstwa narodu polskiego, była w swoim bohaterstwie przeciwko swemu narodowi". Odpowiednim lekarstwem na nasze rany miałaby więc być akceptacja pedagogiki wstydu.

Takie postawy sš nie do zaakceptowania w oczach zwolenników tradycyjnie rozumianego patriotyzmu, dla których słowo „naród" stanowi jednš z najwyższych wartoœci. Przynależnoœć do narodu jest Ÿródłem dumy, a nie wstydu – przekonujš. Jeœli zjawiali się wœród nas ludzie podli, były to zdegenerowane jednostki. Ludzie ci swoimi czynami wykluczyli się zresztš z zaszczytnego grona przedstawicieli narodu. Bo ten jako taki podłym być nie może – ani w całoœci, ani po częœci.

Nietrudno zauważyć, że takie stanowisko jest prostym przeciwstawieniem poglšdu antynarodowców. I jedni, i drudzy tworzš wizje narodu z własnych wyobrażeń – tutaj tylko plus zmienia się na minus. I jedni, i drudzy biorš też swoje wyobrażenia za rzeczywistoœć. Jest jednak pewna różnica: o ile antynarodowcy chcieliby nas poprawić, rugujšc z naszej œwiadomoœci narodowe elementy, o tyle postawa ich adwersarzy jest postawš statycznš. Naród był, jest i będzie czymœ z definicji dobrym. I tak ma pozostać.

W idealizowaniu narodu antynacjonaliœci wietrzš podstęp, polegajšcy na wybielaniu wizji tego, co nigdy białe nie było. To prawda, że wybielanie na siłę wišże się zawsze z pewnym ryzykiem. Ale naprawdę bywa ono niebezpieczne jedynie wtedy, gdy wybielona wizja narodu służy za usprawiedliwienie niegodziwoœci jego poszczególnych członków. A także za usprawiedliwienie rezygnacji z poczucia odpowiedzialnoœci. A przecież tak być nie musi. Skoro naród jest wspólnotš wyobrażonš, nie musimy być skazani na odłożenie jej do lamusa – jak dzieje się to w przypadku wspólnot realnych, które nie sprawdziły się w działaniu. Naród możemy sobie wyobrażać jako zobowišzanie. Do czego? Do wspólnej realizacji zasad sprawiedliwoœci, w duchu wzajemnej uczciwoœci i wzajemnego poszanowania. Że niby takiej polskiej, narodowej wspólnoty nigdy w historii nie było? A od czego jest wyobraŸnia? Mimo złych doœwiadczeń przeszłoœci i przeszkód, jakie stawia teraŸniejszoœć, nie ma powodu, by nasze pokolenia z góry miały rezygnować z prób tworzenia tego rodzaju narodowej wspólnoty. Mamy do tego prawo.

Kto ma się wstydzić? I dlaczego?

Wychowany zostałem w poszanowaniu formuły „jeœli przyznajemy się do tych, z których jesteœmy dumni, przyznawajmy się też do tych, za których się wstydzimy". Zasadę tę europejscy intelektualiœci rozcišgnęli na sferę pożšdanych identyfikacji narodowych oraz relacji między narodami. Jednak gdy próbuję zastosować jš do relacji polsko-żydowskich, jej logika zdaje się nie do końca odpowiadać obecnej rzeczywistoœci. Sformułowano jš jakieœ 100 lat temu, w epoce kwitnšcego humanizmu pierwszej połowy XX w., a to, przyznajmy, epoka doœć dawna. Od tego czasu wiele się na œwiecie zmieniło.

Przede wszystkim sama idea narodu, któremu aplikowano owo poczucie dumy i wstydu, została poddana gruntownej krytyce. I to przez te same œrodowiska, które swego czasu tę szlachetnš, choć już nieco anachronicznš zasadę wylansowały. W tych kręgach nowy pršd „antynarodowego" rewizjonizmu przedziwnie jednak koegzystuje ze starš, zamrożonš na poziomie narracji z połowy XX w. wizjš relacji polsko-żydowskich. Kilka lat temu jeden z prominentnych przedstawicieli dialogu chrzeœcijańsko-żydowskiego próbował przekonać zgromadzenie, w którym brałem udział, że liniš podziału polskiego społeczeństwa jest i pozostanie ta na tych, których przodkowie stanowili ofiary oraz tych, których protoplaœci byli oprawcami. Nikt ze słuchajšcych prelegenta nie poparł jego stanowiska. I chwała Bogu! Konserwowanie podziałów ustanowionych przez Hitlera to nie najlepszy pomysł. Zresztš sam pomysłodawca szybko się z tego wycofał.

Logika polaryzacji i moralnego ekskluzywizmu typu „my i oni" kompletnie nie pasuje do pożšdanego opisu relacji łšczšcych dziœ polskich obywateli żydowskiego i nieżydowskiego pochodzenia. Skazuje tych pierwszych – którzy w zdecydowanej większoœci uważajš się za Żydów i Polaków równoczeœnie – na swoistego rodzaju schizofrenię. Bo jako Żydom każe im się być dumnymi dumš niewinnej ofiary. Jako Polacy powinni zaœ czuć wstyd z powodu Jedwabnego i szmalcowników.

Zbiorowa duma i zbiorowy wstyd sš kategoriami tożsamoœci. Dumni jesteœmy z „naszych", za „naszych" się też wstydzimy. Ale historie polska i żydowska tak się nam razem splotły, że niemożliwoœciš jest dziœ parcelacja tych uczuć na jakieœ narodowe przegródki. Spójrzmy na stanowisko Forum Żydów Polskich w sprawie ostatniego konfliktu Polski z Izraelem: jakaż różnica w porównaniu ze stanowiskiem przeciętnego œrodowiska żydowskiego spoza kraju! Dla tych ludzi opowieœci zarówno tych, którzy żyli wewnštrz murów getta, jak i tych, którzy mieszkali na zewnštrz, sš w jakiœ sposób częœciš jednej i tej samej historii. A zatem jednej i tej samej tożsamoœci. Choć z widocznymi jeszcze bliznami, które swego czasu przyniosła dramatyczna różnica doœwiadczeń.

Tożsamoœć ta zawiera w sobie zdolnoœć do odczuwania zarówno dumy, jak i wstydu za chlubne i niechlubne czyny własnych współobywateli. Ale ta duma i ten wstyd niewiele majš wspólnego z kwestiš, czy ktoœ jest, czy nie jest Żydem. Biorš się z poczucia wspólnej odpowiedzialnoœci – a ono nie ma narodowoœci.

Kolejnš sprawš jest ocena zła, które powoduje dziœ, że człowiek gardzi człowiekiem. W antynacjonalistycznej narracji wyglšda to tak, że motłoch gromił Żydów, bo był „za bardzo" polski. Tymczasem œwiadomoœć obywatelska podpowiada nam zupełnie inne rozwišzanie: motłoch gromił Żydów, bo był polski „za mało". Chodzi o to, że ludzie ci popełniali czyny haniebne, gdyż za mało zakorzenieni byli w kulturze odpowiedzialnoœci za wspólnotę, która w Polsce przybrała polskš szatę etnicznš. A polskie elity odpowiadajš za pogromy Żydów nie tyle przez czyny (szerzenie katolicko-narodowej ksenofobii), ile przez zaniechania poprzednich pokoleń. Zaniechania do dziœ skutkujšce brakami w edukacji mas.

Zdaję sobie sprawę, że z tak pozytywnym myœleniem o narodzie wišże się ryzyko wybielania narodowych grzechów. Ale ryzyko to nieunikniona kolej rzeczy. Każda, nawet najszlachetniejsza, idea w swojej zwulgaryzowanej formie obraca się przeciw intencjom jej wynalazców. Chodzi więc o to, by nie wulgaryzować. Bo czymże naprawdę jest dziœ na przykład zwulgaryzowana wersja ulubionej przez antynacjonalistów, a szlachetnej z założenia idei „pedagogiki wstydu"? W rzeczywistoœci służy stygmatyzowaniu, waleniu pałš jednego narodu przez drugi. Czyli – przewrotnie – brzydkiemu nacjonalizmowi właœnie.

Zresztš to nie nacjonalizm jest dzisiaj największym problemem. Nie on też odpowiada za współczesny antysemityzm. Lewicowa narracja, która tak czujnie wykrywa zarazki nacjonalizmu, jest kompletnie niewrażliwa na obecnoœć wirusów nihilizmu i zwykłej, prastarej dzikoœci, ubranej tylko w szatki idei. Tymczasem za zdecydowanš większoœć aktów zbiorowej agresji na œwiecie nie odpowiada taka czy inna ideologia (włšcznie z ideologiš nacjonalizmu, którego tak obawia się lewica), lecz kombinacja dzikoœci, która prze „od dołu" i jest brakiem, oraz nihilizmu, który napiera „od góry" i jest złowrogš wartoœciš. Ludzie agresywni instynktownie lgnš do nihilistów manifestujšcych swojš obecnoœć w przestrzeni publicznej. Sami nie potrafiš wyrazić w odpowiednich słowach swojej dzikoœci, ale od czegóż sš nihiliœci, którzy na żšdanie zawsze podsunš im transparent z dobranym do okolicznoœci hasłem? „Bić takich", „bić owakich"... W końcu czy to ważne, kogo bijemy?

Polacy w gettach

Gdy widzę kolumny cyfr, dzielšce œmiertelne ofiary Auschwitz według ich narodowoœci, budzi się we mnie protest. Jego powodem jest apodyktycznoœć takiego podziału w odniesieniu do Polaków i do polskich Żydów. Bo w rzeczy samej Polaków zginęło w tym obozie znacznie więcej, niż się oficjalnie podaje. Chodzi mi o Polaków żydowskiego pochodzenia. Nie znaczy to wcale, by z tego powodu trzeba było weryfikować w dół liczbę żydowskich ofiar obozu zagłady.

Raz ustalonych obozowych statystyk nikt poważny nie kwestionuje, obawiajšc się trafić na listę kłamców oœwięcimskich. Tymczasem warto im się przyjrzeć krytycznie. I nie chodzi wcale o to, by podważać liczbę 1,1 mln œmiertelnych ofiar Auschwitz, ani tym bardziej negować fakt, że 90 proc. spoœród nich zginęło za to, że byli Żydami. O tej prawdzie należy ludziom stale przypominać, także w Polsce. Rzecz w tym, że wyniki oficjalnych obliczeń oraz ich potoczna interpretacja zostały okreœlone na fałszywej, bo anachronicznej podstawie.

Bo co to znaczy, że w Auschwitz zginęło ok. 300 tys. obywateli polskich „narodowoœci żydowskiej"? Zajrzyjmy do przedwojennego rocznika statystycznego, który mimo wszystkich mankamentów pozostaje najbardziej miarodajnym Ÿródłem przy badaniu liczebnoœci grup narodowoœciowych II RP. Nie stosowano tam pojęcia narodowoœci, zastępujšc je kryterium języka ojczystego. W 1931 r. na ponad 3,1 mln wyznawców judaizmu w Polsce nieco powyżej 370 tys. (ok. 12 proc.) deklarowało jako ojczysty język polski. Mówišc inaczej: przyznawało się do polskiej narodowoœci. W sensie religijnym ludzie ci pozostawali Żydami, w sensie narodowym – już nie. Byli Polakami wyznania mojżeszowego.

W chwili wybuchu wojny liczba ta była z pewnoœciš znacznie wyższa. W miarę naturalnego przyrostu ludnoœci żydowskiej zwiększała się liczba Żydów spolonizowanych. Jeœli weŸmiemy pod uwagę fakt zaawansowanych procesów asymilacji w latach 30., powinniœmy podwyższyć też odsetek Polaków wœród wyznawców judaizmu. Dodajmy, że hitlerowcy traktowali jako Żydów również chrzeœcijan o żydowskich korzeniach: grupa ta składała się prawie wyłšcznie z osób o polskiej œwiadomoœci. Sumujšc to wszystko, nie popadniemy chyba w przesadę, jeœli uznamy, że w pierwszych miesišcach okupowanej Polski wœród 3,5 mln ludzi w ten czy inny sposób zwišzanych z żydowskš religiš, kulturš lub choćby tylko pamięciš było mniej więcej pół miliona Polaków. Większoœć z nich trafiła też do gett, w których umieszczono ponad 2,5 mln ludzi.

Dzielili oni los ze swoimi współbraćmi narodowoœci żydowskiej. Na równi z innymi wywożeni byli do Auschwitz. Jeœli przyjmiemy podane tu kryteria, dojdziemy do wniosku, że w Auschwitz, a właœciwie w Birkenau, zamordowano co najmniej 40 tys. Polaków pochodzenia żydowskiego. Zginęli za to, że hitlerowcy uznali ich za Żydów.

Do oficjalnej liczby 70–75 tys. zamordowanych w Auschwitz Polaków należałoby więc dodać wielkoœć podobnego rzędu, co sprawi, że zweryfikowana liczba polskich ofiar znacznie przekroczy 100 tys.

Czy to oznacza, że o te same 40 tys. należy zmniejszyć liczbę zamordowanych polskich Żydów? Otóż nie. Wœród przeznaczonych do zagłady chyba wszyscy, niezależnie od ich narodowych czy religijnych przekonań, w taki czy inny sposób czuli się zwišzani z żydowskš wspólnotš losu. Wspólne tragiczne doœwiadczenie musiało jakoœ wpływać nawet na tych więŸniów w pasiakach z gwiazdš Dawida, którzy na wolnoœci wcale się za Żydów nie uważali. Jednak przypisywanie im wszystkim bez wyjštku narodowoœci żydowskiej jest nadużyciem. Nie usprawiedliwia go tłumaczenie, że taki podział upraszcza rachubę strat w każdej z narodowych wspólnot. Nie powinno się niczego upraszczać za cenę zafałszowania.

W kwestii schematu „Polacy – Żydzi" zdarza się więc, że mimo pokonania hitleryzmu i potępienia jego dziedzictwa uparcie respektujemy podziały ustanowione przez owš ideologię. To przecież hitlerowcy wznieœli szczelny mur pomiędzy Polakami a Żydami. Nie dopuszczali, by można było być jednym i drugim naraz. Od tego czasu minęły już trzy czwarte stulecia. Nie ma żadnego rozumnego powodu, by kontynuować ten styl myœlenia.

Dwie strony polskoœci

Izraelscy dziennikarze, którzy spotkali się z premierem Morawieckim, odwiedzili też Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie między innymi rozmawiali z Janinš Iwańskš. Pani Iwańska, rodowita Polka i katoliczka, była więŸniarkš Auschwitz. Po rozmowie jeden z Żydów powiedział, że teraz rozumie wspólnotę niedoli polskich i żydowskich więŸniów niemieckiego obozu œmierci. Wspólnotę, która nie przekreœla fundamentalnej różnicy ludzkich losów (częœci polskich więŸniów udało się obóz opuœcić, olbrzymiej większoœci Żydów – już nie), ale też nie przeciwstawia sobie ofiar.

Żydzi z Izraela, którym Polka opowiada o tragedii Auschwitz... Wczujmy się w wielkoœć tej chwili.

Różnie oceniana jest liczba Żydów ocalonych przez Polaków, ale wszystkie wyważone szacunki operujš wielkoœciš rzędu kilkudziesięciu tysięcy. Tyle istnień ludzkich uratowano z narażeniem życia kolejnych dziesištków tysięcy Sprawiedliwych. Porównywalna liczba Żydów zginęła z polskich ršk. To dwie strony tego samego zjawiska, któremu na imię polskoœć. Nie można zamykać oczu na którškolwiek z nich.

O czym to œwiadczy? Zapewne nie byliœmy wyjštkiem. Zapewne w każdym narodzie liczba potencjalnych bohaterów odpowiada z grubsza liczbie potencjalnych zbrodniarzy lub gotowych na wszystko ludzi podłych. Polska miała jedynie to wyróżniajšce jš „szczęœcie", że na jej terenie dokonano bezprecedensowego eksperymentu, który udowodnił owš przedziwnš dwoistoœć ludzkiego charakteru. Eksperymentu, który oby już nigdy nie został powtórzony.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL