Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Tomasz Sikora: Justyna Kowalczyk może się obudzić

Fotorzepa
Walczyłem o siebie na każdym froncie, a medal zdobyłem wtedy, gdy chciałem się już poddać – mówi Michałowi Kołodziejczykowi wicemistrz olimpijski w biatlonie, dziœ komentator Eurosportu.

Rz: Aż pięć razy startował pan na igrzyskach. Aż pięć razy myœlał pan, że udało się spełnić marzenia i jest się częœciš czegoœ magicznego?

Nie. Pomyœlałem tak tylko za pierwszym razem, w 1994 roku w Lillehammer. Dotarło do mnie, że osišgnšłem swój cel. Jak każdy sportowiec marzyłem o igrzyskach i właœnie wtedy, w wiosce olimpijskiej, uœwiadomiłem sobie, że spełniłem marzenie z dzieciństwa, że udało mi się zrealizować to, co kołatało się po głowie, od kiedy rozpoczšłem treningi.

A póŸniej?

Włšczało się inne myœlenie. Chciałem coœ osišgnšć. Nie cieszyłem się tym, że jestem na igrzyskach, to już przestało mi wystarczać. Radoœć z bycia olimpijczykiem smakuje tylko debiutantom, potem chce się nie tylko przyjechać z uœmiechem, ale też wyjechać z medalem na szyi. Długo mi to zajęło. Zajšłem drugie miejsce dopiero w Turynie, 12 lat póŸniej.

Może to i lepiej. Mateusz Kusznierewicz wywalczył złoto już podczas pierwszych igrzysk...

A póŸniej cieszył się z bršzowego medalu może nawet bardziej. Doskonale go rozumiem. Kiedy słyszę pytania o to, które medale sš dla mnie najcenniejsze, to na pierwszym miejscu wymieniam oczywiœcie ten olimpijski, ale póŸniej już srebrny z mistrzostw œwiata w 2004 r.

Dlaczego nie ten złoty z mistrzostw w 1995 r.?

Bo przyszedł mi za łatwo. Miałem 21 lat, byłem młodym chłopakiem i nikt ode mnie nie oczekiwał cudów. Wywalczyłem mistrzostwo œwiata, nawet za dobrze nie rozumiałem, jak wielki jest to sukces. Złoty medal, super, jedziemy dalej. A póŸniej okazało się, że aby wrócić na szczyt, będę potrzebował aż dziewięciu lat harówki. Wicemistrzostwo było okupione gigantycznš pracš, wyrzeczeniami, bólem. I było nagrodš za zwycięstwo nad samym sobš.

Medal na igrzyskach w Turynie w roku 2006 też był nagrodš. Tuż przed startem chciał pan zrezygnować.

Byłem wycieńczony i zrezygnowany. To był bardzo zły moment nie tylko na walkę o medal, ale w ogóle na jakikolwiek wysiłek, byłem zmęczony samymi startami. Miałem problemy zdrowotne, nie mogłem przyjmować leków na zatoki. Spałem po cztery godziny dziennie. Chciałem się wycofać i zrobiłbym to, gdyby to nie były igrzyska, czyli szansa, jaka pojawia się raz na cztery lata.

Jak udało się wygrać z przeciwnoœciami?

Bieg zaczšł mi się dobrze układać od poczštku i w jego trakcie sam zaczšłem się nakręcać. W życiu bym nie powiedział, że mogę coœ w takim stanie osišgnšć. Sukces przyszedł dla mnie zupełnie niespodziewanie.

Stšd te łzy na mecie?

Zszedł ze mnie cały stres, odpowiedzialnoœć. To były bardzo ciężkie igrzyska. Lecieliœmy na nie z Adamem Małyszem i Justynš Kowalczyk jako kandydaci do zdobycia medali, a mnie i Justynie udało się po nie sięgnšć dopiero pod sam koniec imprezy. Presja była bardzo duża, wszyscy czekali. Udało się spełnić marzenia, ale nie udało się zapanować nad emocjami.

Wstydzi się pan tamtych łez?

Nigdy nie okazywałem emocji. Wygrywałem tylko w œrodku siebie, przegrywałem też. Nie eksplodowałem, nie potrafiłem się specjalnie cieszyć, ale też nie marudziłem, nie narzekałem po porażkach. Wtedy w Turynie się przelało, czułem, że pierwszy raz w życiu nie jestem w stanie nad sobš zapanować. Wstydzę się, bo to niemęskie. Nie pamiętam mojego taty, żeby płakał. Zresztš ja też byłem zawsze twardym goœciem, który niejeden raz po drodze do tego medalu mógł się załamać i zapłakać, a jednak nigdy wczeœniej mi się to nie przytrafiło.

W czasie kariery sportowej pracował pan kiedyœ z psychologiem?

Nie. Radziłem sobie sam.

Zupełnie sam? Nie było głupich pomysłów na łatwš ucieczkę?

Bywało różnie. Uciekałem w różne rzeczy. Nie powiem, że nigdy nie piłem alkoholu, bo zdarzały się i takie momenty w życiu. Ale miałem to szczęœcie, że zawsze wokół siebie znajdowałem fajnych ludzi. Także w grupie, w której trenowałem. Bardzo przyjaŸniłem się z Wieœkiem Ziemianinem, osobš bardzo bezpoœredniš, ale też takim facetem, który zawsze miał chłodnš głowę i nie pozwalał się ponosić emocjom. Kiedy tylko zaczynałem mówić głupoty, bardzo szybko, w prostych słowach, sprowadzał mnie na ziemię. Próbował gasić to, co się we mnie paliło. Mówił: „Chłopie, daj spokój, poczekaj chwilę i zobaczysz, że wszystko się jakoœ ułoży". To było moje wielkie szczęœcie, że zawsze był blisko mnie. Brata miałem na telefon. Jak było Ÿle, dzwoniłem do niego i straszyłem, że kończę karierę, że zatrudnię się u niego w firmie i będę normalnie pracował.

Też pana uspokajał?

Wygadywałem się i wracałem na właœciwe tory. Brat był po prostu od słuchania, a Wiesiek... Wie pan, bardzo rzadko można takš osobę spotkać w codziennym życiu, a co dopiero w sporcie. Z jednej strony był to przecież mój rywal, z drugiej – przyjaciel, który potrafił pomóc odbudować się psychicznie.

Po igrzyskach w Salt Lake City w roku 2002 zdecydował się pan jednak zakończyć karierę...

Przerwałem jš, bo nie widziałem sensu dalszego trenowania. Nie powiem, że się wypaliłem, ale w takich warunkach dalszy wysiłek i poœwięcanie się nie miały już sensu. Przy ówczesnej działalnoœci naszego zwišzku (Polskiego Zwišzku Biatlonu – red.) nie było szans, by osišgnšć coœ więcej. Poœwięcać się dla z góry przegranej sprawy byłoby bez sensu.

Jakie to były warunki?

Wyglšdało to tak, jakby nasze sukcesy stanowiły dla zwišzku raczej problem niż powód do radoœci. Nie mieliœmy z nich żadnych korzyœci, a prezes funkcjonował, jakby w ogóle nie zależało mu na wynikach. Jechaliœmy do Salt Lake City i nawet nie mieliœmy odpowiednich kijków. Jakieœ tam były, poskładane z różnych par. Nie zamawiano nam także nart, nie dostawaliœmy ich od producentów sprzętu dla profesjonalistów, ale kupowano nam po dwie pary tak normalnie, w sklepie. Trener nie decydował nawet o tym, gdzie jechać na zgrupowania. Jeœli poœwięca się czemuœ całe życie, podporzšdkowuje codziennoœć, a póŸniej spotyka się z takim traktowaniem, łatwo utracić poczucie sensu trenowania.

I wtedy rzeczywiœcie zatrudnił się pan w firmie brata. Co pan robił?

Pracowałem na dachach jako pracownik fizyczny. Ale to nie była dla mnie żadna nowoœć. W biatlonie nie zarabiałem kokosów i przechodziłem wczeœniej różne trudne finansowo okresy, kiedy musiałem się ratować normalnš pracš.

W trakcie kariery sportowej?

Tak. Kończył się sezon, przychodził miesišc albo dwa przerwy w treningach i musiałem sobie dorobić, żeby w miarę normalnie funkcjonować.

Co sprawiło, że po igrzyskach w Salt Lake City kariera nie została jednak zakończona, lecz tylko przerwana?

Pojawił się trener Roman Bondaruk, dzwonił do mnie, póŸniej spotkaliœmy się kilka razy i namówił mnie, żebym nie rezygnował. Przekonał, żebym dał mu rok, a udowodni, że wspólnie możemy zrobić coœ więcej.

Jest pan kolejnym polskim sportowcem z sukcesami, który drogę na szczyt miał bardzo krętš.

Porównujšc mój start na igrzyskach w 1994 czy 1998 roku do tego, co jest dzisiaj, to w biatlonie sš jednak dwa inne œwiaty. Obecnie sportowcy majš do dyspozycji profesjonalny zespół, wszystko, co jest potrzebne do zwyciężania. A ja miałem zagwarantowanš tylko walkę o samego siebie, cišgłe użeranie się, żeby w ogóle pojechać na igrzyska. Kiedyœ były trudniejsze limity do spełnienia – to oczywiœcie istotne. Ale jeszcze istotniejsze było to, że cišgle nam czegoœ brakowało – sprzętu, odpowiednich warunków do przygotowań. Może to brzmieć jak narzekanie, bo rzeczywiœcie miałbym na co, jednak tak naprawdę byłem już zahartowany. Od samego poczštku zanim walczyło się z przeciwnikami, trzeba było toczyć inne boje. W szkole podstawowej nie było nawet sali gimnastycznej, więc na zajęcia wychowania fizycznego wychodziliœmy pobiegać na nartach dookoła koœcioła. Właœciwie to nawet wtedy nie był koœciół, tylko kaplica.

Chciałbym powiedzieć, że to wyjštkowe, ale u naszych medalistów olimpijskich sukces często rodził się tam, gdzie teoretycznie nie było ku temu żadnych warunków.

Tak. Nawet wœród obecnych reprezentantów Polski na igrzyska w Pjongczangu wiele życiorysów napisał przypadek, jakiœ dziwny zbieg okolicznoœci, a nie zaplanowana, systematyczna praca z profesjonalnie przygotowanymi ludŸmi. Sylwia Jaœkowiec też nie miała w szkole sali gimnastycznej i też stšd wzięły się narty. Na Zachodzie mistrzowie ukierunkowani sš na sukces od małego, wszystko majš usystematyzowane, włożone w jakieœ wypracowane ramy. U nas większoœć zależy od charakteru samego zawodnika, jego wytrwałoœci.

Infrastruktury nie ma nadal. Justyna Kowalczyk wcišż narzeka, że nie ma się gdzie przygotowywać.

To naprawdę jest duży problem, i to nie tylko dla zawodowców. W Polsce nie ma gdzie pobiegać na nartach. Pojawiajš się jakieœ krótkie trasy, ale to za mało, by zainteresować sportem nowe osoby, dzieciaki. Brakuje nie tylko obiektów startowych, ale zwyczajnie nie ma gdzie trenować. Żeby osišgać sukcesy w biatlonie, trzeba przygotować się na to, że przez 200 dni w roku jest się za granicš. Ledwie 50, 60 dni zgrupowań można przeprowadzić w Polsce. Tak nie wychowamy mistrzów, nie pomożemy młodzieży rozwijać naszych zimowych dyscyplin. To na pewno nie było normalne.

Da się przez tak długi czas skupiać tylko na sporcie, na pracy?

Teraz, gdy skończyłem karierę i nie muszę już wyjeżdżać, ciężko przychodzi mi opuszczanie domu. Myœlałem, że będzie mi tego brakowało, że będę tęsknił za życiem na walizkach, ale skończyło się tak, że cieszę się, gdy końcu mogę usišœć na kanapie i spokojnie posiedzieć. W czasie kariery sportowej nie uczestniczyłem w codziennych domowych obowišzkach, normalnym życiu, trzeba było się z tym pogodzić i do tego przyzwyczaić. Kiedy trenujesz, robisz wszystko, by zrealizować plan i osišgnšć cel. A płaci za to cała rodzina. Ciężkie momenty pojawiały się wtedy, gdy coœ złego działo się z najbliższymi – to cišżyło w głowie, nie pozwalało się skupić. Ale mam wrażenie, że rodziny sportowców nie mówiš o wszystkim, oszczędzajš nas, udajš, że wszystko jest w porzšdku.

Szybko miał pan dzieci. Córka ma już 20 lat.

A syn 14. Rzeczywiœcie, wychowali się, kiedy ojciec miał narty na nogach i ciężko ćwiczył. Pamiętam, jak któregoœ razu wczeœnie rano musiałem wyjechać na zgrupowanie. Byłem już spakowany i kiedy wychodzšc, chciałem wzišć torbę, zobaczyłem, że leży na niej Natalka. Wszyscy cierpieliœmy, dzieci tęskniły za mnš, ja za nimi. PóŸniej było już łatwiej, dzieciaki zaakceptowały to, czym się zajmuję.

Małżeństwo wytrzymało próbę?

Jestem już po rozwodzie. Problemy zaczęły się w roku, kiedy skończyłem wyjeżdżać. Nie chciałem pracy w sporcie, chciałem odpoczšć, ale po trzech miesišcach sprawy już wyglšdały tak Ÿle, że sam zgłosiłem się do pracy jako trener, żeby wrócić do tych wyjazdów. Wszyscy chyba się przyzwyczailiœmy do tego, że nie ma mnie w domu. Czegoœ brakowało w codziennych rytuałach, niektóre nie miały nawet szans powstać. Tak naprawdę przez 30 lat byłem w sporcie i nie nauczyłem się normalnego życia. Przez 25 lat 280 dni w roku byłem nieobecny. I kiedy zaczęło się normalne życie, poczštki były trudne. To było dla mnie coœ nowego.

Ale co? Nie umiał pan gotować, sprzštać, zrobić zakupów?

Aż tak Ÿle nie było, nie bałem się pracy. Zanim profesjonalnie zajšłem się sportem, miałem obowišzki domowe, wspólnie z bratem musieliœmy pomagać w pracy rodzicom. Nie miałem z tym żadnego problemu. Na zgrupowaniach i w trakcie startów zdejmowano mi jednak z głowy wiele spraw, załatwiano je za mnie. Nagle okazało się, że jak chce się gdzieœ wyjechać, to trzeba to samemu załatwić, zaczšć normalnie żyć. Przerażało mnie nawet to, że nigdy nie pracowałem osiem godzin dziennie. Nie byłem do tego przyzwyczajony, nie wiedziałem, czy się w tym odnajdę, czy w ogóle będę potrafił żyć bez tego rytmu, jaki sport wyznaczył mi przez większoœć życia.

Poleciłby pan karierę sportowca swoim dzieciom?

Sport bym polecał, bo buduje charakter. Wiem, że brzmi to banalnie, ale naprawdę uczy walki o siebie, o swoje życie. Do profesjonalnej kariery nigdy jednak dzieci nie zmuszałem, nie namawiałem nawet. To musi być indywidualna decyzja, bo w tej zabawie jest jednak tak, że aby się udało, to trzeba przede wszystkich mocno chcieć.

Mistrza się trenuje czy mistrz się rodzi?

Trzeba mieć charakter, by nim się stać. W swojej grupie wcale nie byłem najbardziej utalentowany, nie uważam, że byłem lepszy od Wojtka Kozuba, Wieœka Ziemianina czy Janka Ziemianina. Jednak w odpowiednim momencie potrafiłem chwytać szanse, jakie dał mi los. Wszyscy prezentowaliœmy zbliżone umiejętnoœci, ale to ja wiedziałem, kiedy trzeba zaczšć z nich korzystać.

Radził pan sobie z presjš?

Mnie presja zawsze pomagała. Teraz jest trochę inaczej, doszły media społecznoœciowe. Od sportowców wymaga się kontaktu, jakichœ deklaracji. Moim zdaniem w większoœci przypadków medale zdobywajš jednak ci, którzy potrafiš do tego szumu odnosić się w spokojny sposób, nie obnoszš się ze sławš, nie krzyczš głoœno, że przywiozš złoto. Kiedyœ robił tak Adam Małysz, teraz podobnš drogš podšża Kamil Stoch. Kibice majš prawo mieć marzenia i nadzieje, sportowcy nie powinni tego gasić, ale na pewno tonować. Niepotrzebna jest im dodatkowa presja, sami zdajš sobie sprawę, że igrzyska sš raz na cztery lata i że na następnš szansę przyjdzie im długo poczekać albo już nigdy się nie pojawi.

Sportowcy wiedzš, co dzieje się w mediach? Wierzy pan tym, którzy mówiš, że niczego nie czytajš?

Różnie z tym jest. Jedni naprawdę niczego nie czytajš, sš też tacy, którzy czytajš za dużo, nie potrafiš zachować odpowiedniego dystansu i póŸniej niepotrzebnie wchodzš jeszcze w jakieœ polemiki, spierajš się z dziennikarzami. To bez sensu, nakręca się tylko spiralę.

A pan czytał o sobie?

Czytałem tylko po słabych startach.

Naprawdę?

Rozmawiałem o tym kiedyœ z Petrš Majdić (słoweńska biegaczka narciarska – red.) i powiedziała, że jestem szalony. Ale naprawdę interesowało mnie, co się mówi i pisze, tylko kiedy przegrałem. Mnie te negatywne komentarze nakręcały, mobilizowały do tego, by pokazać następnym razem, że jednak jestem coœ wart. Nie namawiałbym jednak do tego wszystkich, każdy ma innš konstrukcję. Wielu sportowców negatywne komentarze wyprowadzajš z równowagi i budzš złe emocje.

Presja, którš odczuwał pan przed startem na igrzyskach, była presjš œrodowiska, mediów, kibiców czy może rodziny?

Takš prawdziwš presję zawodnicy narzucajš na siebie sami. Pewnie jest spora grupa sportowców na igrzyskach, która cieszy się zawodami, bo sam występ jest dla nich wyróżnieniem. Ambitni majš gorzej. W Turynie umierałem pod ciężarem własnych oczekiwań, to były czwarte igrzyska, w których brałem udział, i to przede wszystkim ja chciałem tego medalu. A to, że kibice także, było w tym momencie drugorzędne.

Niektórzy wyjštkowo mobilizowali się na konkretnych rywali. Miał pan kogoœ takiego?

Nie. Kiedy nie było internetu i negatywnych komentarzy, szukałem innych bodŸców w samym sobie. Pamiętam, kiedy pojechałem na mistrzostwa œwiata juniorów i wszyscy w Polsce liczyli na to, że zdobędę medal. W pierwszym biegu zajšłem 60. albo 70. miejsce i dotarłem na metę wœciekły. Postanowiłem, że następnego dnia w biegu sprinterskim ruszę tak szybko, że najwyżej nie dobiegnę, najwyżej padnę z wyczerpania, ale nie zawiodę. Nakręcałem się z każdš sekundš.

Padł pan?

Nie. Wygrałem. Parę razy tak było, że musiałem w sobie znaleŸć dodatkowš energię. Właœnie w sobie, bez żadnych bodŸców z zewnštrz.

Ole Einar Bjoerndalen, oœmiokrotny mistrz olimpijski w biatlonie, ma 44 lata i chociaż w kadrze na igrzyska już się nie zmieœcił, to cišgle startuje. Nie za szybko pan skończył?

Wiele osób mnie o to pyta, a nawet sugeruje mi odpowiedŸ, że jednak za szybko. W 2012 roku poczułem się kompletnie wypalony, wiedziałem, że jeœli będę dalej trenował, będę robił to z przymusu, a z przymusu w sporcie niczego się nie osišgnie. Pracowanie bez radoœci tylko po to, żeby docišgnšć do kolejnych igrzysk, zupełnie mnie nie interesowało.

A taki Bjoerndalen skšd bierze radoœć?

Wspominałem wczeœniej o dwóch różnych œwiatach. Dwa różne œwiaty to także nasze kariery. Bjoerndalen od poczštku był prowadzony idealnie, miał wokół siebie zespół profesjonalistów, w Norwegii zupełnie inaczej podchodziło się do talentów. My przez lata mieliœmy czterech zawodników, którzy musieli cały czas startować, bo liczyły się punkty do Pucharu Narodów. Cały czas coœ było do stracenia, więc rywalizowaliœmy nawet chorzy. W Norwegii katar zawodnika powoduje wycofanie go z zawodów, bo przecież od drobnej infekcji może się zaczšć coœ poważnego. W Polsce katar to nic. Gdyby ktoœ powiedział, że przez katar nie chce startować, zostałby wyœmiany.

Bjoerndalen całš karierę prowadził się nie tyle dobrze, ile wręcz sterylnie.

To był jego styl życia i być może właœnie dzięki niemu został królem biatlonu. Myœlę, że gdyby był taki jak wszyscy inni, nie osišgnšłby aż tyle. Kiedyœ przyjechaliœmy na zgrupowanie do hotelu, w którym Bjoerndalen był dwa tygodnie wczeœniej. Obsługa obiektu opowiadała nam o życzeniach Norwega. W pokoju miało nie być wykładzin, dywanów, mebli. Wszystkie miejsca, na których mógłby osadzać się kurz, obklejono foliš... Ale poza tym to normalny facet. Pogadaliœmy kilka razy. Nie pokazuje na co dzień, jak wybitnym jest sportowcem.

Wierzy pan w medal dla Polski w Pjongczangu poza skokami narciarskimi?

Liczę, że zdobędziemy jeden taki medal. Ale nie wiem, w jakiej dyscyplinie – albo ktoœ z biatlonu, albo z łyżwiarzy szybkich. Może też obudzić się Justyna Kowalczyk, bo przecież jej trener jest mistrzem w przygotowywaniu pod konkretnš imprezę. A co do skoczków, to wszyscy spodziewamy się worka medali, bo rzeczywiœcie Polacy w tym sezonie skaczš najrówniej. Rozbudzili nasze apetyty, poza tym w ostatnim czasie pokazali, że w skokach jest nie tylko Kamil Stoch.

Stochowi to, że jest już mistrzem olimpijskim, może pomóc czy przeszkodzić?

Kiedy broni się tytułu, czasami presja jest większa. Największa szansa na złoto to konkurs drużynowy, bo mamy wyrównanš kadrę i stabilnš formę. Oczywiœcie na igrzyska wszyscy się specjalnie mobilizujš. Polacy majš z kim się bić – Norwegowie sš w doskonałej formie, Austriacy byli słabsi, ale odpuœcili ostatnie starty i nie wiadomo, w jakiej formie wróci choćby Stefan Kraft. Nie zapominajmy też o Niemcach.

Igrzyska w Pjongczangu odbywajš się bez rosyjskich sportowców ukaranych za doping. Afera nie ominęła biatlonu.

Kiedy do mojej dyscypliny wkroczyły wielkie pienišdze, sport zaczšł z nimi przegrywać. Każdy chce zarobić jak najwięcej, nie zawsze w legalny sposób. Sportu w tym wszystkim coraz mniej.

A pan na biatlonie chociaż dobrze zarobił?

Zależy, do kogo mnie porównywać. Jeœli do piłkarzy, to na pewno nie, ale mam tyle, żeby mi wystarczyło.

Mógłby pan być wzorem dla innych, bo udowodnił, że jak się chce, to można, nawet gdy trzeba walczyć z niespodziewanymi trudnoœciami?

Mam takie odczucie, że gdybym urodził się dziesięć lat póŸniej, mógłbym osišgnšć zdecydowanie więcej. Ale z drugiej strony – gdyby Tomasz Sikora urodził się dziesięć lat póŸniej, w Polsce mogłoby już nie być biatlonu, bo nie byłoby żadnych wyników i nikt by o tej dyscyplinie nie usłyszał. Wzorem jednak chyba nie mógłbym być.

Dlaczego?

Dzisiejsza młodzież żyje w zupełnie innych warunkach i wielu rzeczy po prostu by nie zrozumiała. Nie uwierzyłaby, że mogło tak być. Myœlę, że nawet dla współczesnych polskich biatlonistów moje opowieœci o warunkach, w jakich wykuwał się mój sukces, brzmiałyby jak pełna abstrakcja. A jednak miałem swoje osišgnięcia. Mojš œcieżkš na szczęœcie nie da się już pójœć. Nie ma jej. Š?

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk

redaktor naczelny WP SportoweFakty

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL