Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Kocham Teatr Telewizji

Jan Bończa-Szabłowski
Fotorzepa / Waldemar Kompała
Doskonale wiem, po co piszę ten tekst.

Z Telewizjš Polskš nigdy nie łšczyły mnie żadne interesiki. Nie mam i nie miałem tam żadnych znajomych, którym mógłbym cokolwiek zawdzięczać. I dlatego z całš mocš i bezinteresownoœciš mogę wyznać: kocham Teatr Telewizji. Inaczej jest z Andrzejem Horubałš, wicenaczelnym „Do Rzeczy", który, jak wyznał niedawno, po prostu go nienawidzi.

Ja Teatrowi Telewizji przyglšdam się z uwagš i troskš, œledzšc trudny okres zmartwychwstania po  czasie postępujšcej zagłady. Coœ, co przez ostatnie lata było raczej jego parodiš, co TVP traktowała jak kulę u nogi w poniedziałkowe wieczory, zaczyna się odradzać, przycišgać uwagę, widzów, reżyserów, autorów, budzić spory, dyskusje. Pospiesznie mówišc, tworzy się coœ, o czym „warto rozmawiać".

Telewizyjna Jedynka – może dlatego, że kierowana przez dawnego szefa TVP Kultura Mateusza Matyszkowicza – postanowiła wreszcie dać szansę Teatrowi Telewizji w czystej postaci. Nie prezentować go wymiennie z „Sensacjami XX wieku" czy „Wielkimi testami o czymœtam", ale zachować te wieczory dla tej formy rozrywki i kultury, która przez lata była naszš narodowš specjalnoœciš.

Nienawiœć, jakš wypluwa z siebie Andrzej Horubała, jest po prostu niebywała. Wielomiesięczny dorobek odradzajšcej się instytucji miażdży w swoim tekœcie z trudnš do wyobrażenia agresjš, niemal z każdego akapitu sšczy się jad. Trudno dociec przyczyny tej skali furii. Zaczęło się od „Biesiady u hrabiny Kotłubaj", której losy szczególnie były mi bliskie, bo adaptacja opowiadania Gombrowicza była moim dramaturgicznym debiutem. Fakt, że mój scenariusz nie przypadł panu Horubale do gustu doprawdy zwisa mi kalafiorem. Gorzej, że coœ, co zgodnym chórem recenzentów tak różnych mediów jak „Wyborcza", „Rzepa" czy „Trybuna" uznane zostało za wydarzenie, dla wicenaczelnego „Do Rzeczy" staje się obiektem kpin poniżej pasa. Obœmiewa przede wszystkim wiek odtwórców głównych postaci: Barbary Krafftówny, Anny Polony i Bohdana Łazuki. Nie doceniajšc, tak jak zrobili to widzowie i krytycy, że ta rzadko oglšdana w Teatrze Telewizji aktorska arystokracja nadała całej opowieœci dodatkowy walor, pokazujšc swój wielki talent i klasę. Reżyserowi Robertowi Glińskiemu zarzucił, że jego wiedza o Gombrowiczu jest na poziomie licealisty.

Czy można mówić tu o chamstwie? Myœlę, że tak, bo jak mawiał pewien duchowny z Torunia, „nie nazywajmy szamba perfumeriš". Redaktor Horubała i ja kończyliœmy warszawskš polonistykę, na której jednš z charyzmatycznych postaci była prof. Jadwiga Puzynina. My, studenci, łšczyliœmy jej nazwisko nie tylko z seminariami norwidowskimi, ale też poczuciem odpowiedzialnoœci za wypowiadane czy pisane słowa, etykę w języku. Ale cóż. Pani profesor skończyła właœnie 90 lat, więc co to za autorytet...

Powracajšcy Teatr Telewizji, pod dyrekcjš pamiętajšcej najlepsze czasy tej instytucji Ewy Millies-Lacroix, z determinacjš odbudowuje telewizyjnš widownię. Próbuje więc dotrzeć do odbiorców o różnych upodobaniach. Stšd oprócz spektakli historycznych sš opowieœci współczesne, muzyczne, komedie i farsy. Oczywiœcie różnej jakoœci. Autor jednak miażdży równo: aktorstwo (m.in. Adamczyka, Łabonarskiej, Kożuchowskiej, Ferencego, Woronowicza), dobór tytułów, teatralnš konwencję. Jako dodatkowego straszaka używa nazwiska Jana Marii Tomaszewskiego, dla którego akurat zdobycie œrodków na tę instytucję powinno być powodem do chwały.

Horubała najwyraŸniej pochlebia sobie, że jest takim Gałkiewiczem z „Ferdydurke", którego coœ ma zachwycać, a wcale nie zachwyca. Jego „zabawny" artykuł staje się rodzajem literackiej masturbacji (lubi używać tego okreœlenia). I bardziej od zachowania wspomnianego Gałkiewicza przypomina mi proces twórczy Królowej Małgorzaty z „Iwony księżniczki Burgunda". Piszmy dalej, piszmy, podniećmy się tš lekturš do straszliwego czynu. A potem: „I ja to napisałem. To moje! Moje! Zabić, zabić, zabić. (...) Spalić, zniszczyć".

A co w zamian? Autor proponuje oddać œrodki na produkcję takim ludziom jak Strzępka i Demirski. Czyli twórcom, o których po premierze „Bitwy Warszawskiej" pisał, że tworzš „teatr narodowej zdrady". Ciekawa logika!

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL