Plus Minus

Jagna Marczułajtis: Życiową glebę zaliczyłam nieraz

Fotorzepa, Piotr Nowak
Albo jesteś wojownikiem, albo jak pies na łańcuchu czekasz na to, co rzucą ci do miski. Ciągle o coś walczyłam: kiedyś o medale, dziś o zdrowie mojego dziecka – mówi Michałowi Kołodziejczykowi Jagna Marczułajtis, uczestniczka trzech zimowych igrzysk olimpijskich, była snowboardzistka.

Plus Minus: Mama mówi o pani: „Jagna jest trudna".

Jagna Marczułajtis: I dobrze mówi.

I że zawzięta.

Coś jeszcze?

Uparta.

A że wredna?

Tego nie znalazłem.

To pewnie wycięła w autoryzacji albo się powstrzymała.

Co to znaczy, że jest pani trudna?

Często stawiam na swoim. Nawet jak nie mam racji. Od małego miałam swoje zdanie. Kiedy chodziłam do szkoły sportowej w Zakopanem i jeździłam na nartach, czasami mieliśmy treningi na Kasprowym. A na Kasprowym, jak to na Kasprowym – czasami tak wiało, że wyłączali kolejkę i nie było treningu. Wszyscy się cieszyli. Nauczyłam się obserwować pogodę przez okno domu. Mieliśmy żywopłot i wiedziałam, że jak się krzaki ruszają, to znaczy, że kolejka będzie nieczynna. I że nie wychodzę z łóżka. Mama kilka razy zawiozła mnie siłą na trening i okazywało się, że miałam rację. Był odwołany. Kiedyś powiedziałam jej, że jeśli jeszcze raz mnie nie posłucha, to będzie koniec świata. Nauczyłam ją dzwonić na stację z pytaniem, czy warunki pozwalają na trening. Jak żywopłot się ruszał, to nigdy nie pozwalały. Zresztą tak samo jest dzisiaj. Taki barometr.

Na pierwsze igrzyska jechała pani jako osiemnastolatka. Docierało do pani, co się dzieje?

Teraz mam piętnastoletnią córkę i jak pomyślę, że za trzy lata miałaby reprezentować Polskę na tak ważnych zawodach, to mi się w głowie nie mieści. Tyle że ja bardzo wcześnie zaczęłam. Rodzice założyli mi narty, jak miałam dwa lata, w pierwszej klasie podstawówki startowałam w zawodach. Twarda skóra mi się wyrobiła. Lubiłam się ścigać między tyczkami, rywalizować, ale treningów nie znosiłam. Nie chciało mi się rano wstawać. Poza tym weekendy też spędzałam na stoku. Rodzice pracowali w Bukowinie, uczyli jazdy na nartach. Nie mieli z kim zostawić mnie w domu, więc razem z siostrą całą sobotę i niedzielę jeździłyśmy góra–dół. Zahartowałam się, musiałam być twarda.

To nie są miłe wspomnienia?

Kiedyś, jak się na Goryczkowej zepsuł wyciąg, zresztą ten sam, który funkcjonuje tam do dzisiaj, to mnie z mamą z samej góry na korbkę ściągali do stacji. Było minus 20, wiatr męczył, padał śnieg. Trwało to ponad dwie godziny, cała byłam skostniała. Ciągle było mi zimno, zresztą – wciąż jest mi zimno. Uwielbiam śnieg, sporty zimowe, ale zimna nie znoszę. Całe życie z nim walczyłam, podczas treningów, zawodów. Przenikało mnie natychmiast. To była moja olbrzymia słabość. Dziesięć par rękawiczek zużywałam na sezon, bo wiadomo, że tylko nowe rękawiczki grzeją.

Po co pani leciała na te pierwsze igrzyska do Nagano? Wygrać?

Doskonale pamiętam każdy ze swoich olimpijskich startów, chociaż od Nagano mija właśnie 20 lat. Nawet brzmi to strasznie staro. Czas szybko leci, ale tego się nie zapomina, to były najważniejsze momenty w moim życiu. Do Japonii leciałam oczywiście bez żadnego doświadczenia, więc wydawało mi się, że jak zjadę na tysiąc procent swoich możliwości, będzie super i na pewno wszystko mi się uda. To nie były czasy, kiedy można było korzystać z pomocy psychologa, nie było żadnej pracy zespołowej. Przygotowania były bardzo długie, start w Nagano wymagał aklimatyzacji, w głównej wiosce byliśmy może ze dwa dni, potem przewieziono nas do wioski, w której byli tylko snowboardziści. Czuliśmy się tam jak na zwykłych zawodach Pucharu Świata. Zwiedzać nikt się nie odważył – ruch lewostronny, krzaczki zamiast znanych nam liter na znakach. Poza hotelem jedyną rozrywką były treningi. Cały czas wolny spędzaliśmy na graniu w „Sega Rally". Smartfonów nie było, internetu także.

Media się panią zainteresowały?

Już wcześniej, po mistrzostwach świata juniorów w Zakopanem. Wygrałam je po trzech miesiącach treningów na desce. To prawda, wcześniej 13 lat jeździłam na nartach, jednak snowboard to przecież coś innego. Ten sukces spadł na mnie nagle, jak grom z jasnego nieba. Nie było mediów społecznościowych, były rozmowy jeden na jednego, dużo pytań. W porównaniu z tym, co dzieje się teraz ze sportowcami, wszystko odbywało się dość spokojnie, dziennikarze wykonywali swoją pracę. Teraz pracą dziennikarza jest przepisanie mojej wypowiedzi udzielonej komu innemu. Wywiady mnie zawsze krępowały, wkurzało mnie, że chcecie tak wszystko wiedzieć. Najbardziej irytowało mnie pytanie: „Pani Magdo, jak to się zaczęło"?

Magdo?

No tak, bo łączyli Jagnę z Marczułajtis i wychodziło im Magda. A pytanie o początki traktowałam jak lekceważenie mnie, brak odrobionej pracy domowej. Opowiadałam o tym już przecież setki razy.

O tym, czy czwarte miejsce na kolejnych igrzyskach w Salt Lake City wciąż boli, też pewnie pytają.

Boli.

Serio?

Tak. Żal i smutek ciągną się do dziś. Dopiero po dwóch latach od startu dowiedziałam się, dlaczego się przewróciłam. Nogi były mocne, ale tak się wychyliłam na krawędzi deski, że pięta mojego buta dotknęła śniegu i się poślizgnęłam. Ostatnio na igrzyskach w Soczi były już dwie konkurencje snowboardowe, w Salt Lake tylko jedna, nie moja. W slalomie równoległym mogłam pozamiatać, pokazać się z jak najlepszej strony, do slalomu giganta musiałam przystosować ciało i umysł. Technicznie i pod względem wysiłku to dwa inne światy. Pokonałam siebie, zajęłam czwarte miejsce, chociaż nikt na mnie nie liczył. Mówiono, że jak dojdę do finału, to już będzie sukces. Wygrałam ze swoimi słabościami, ogromnie się cieszyłam, ale to była radość przez łzy i ból, które ciągle we mnie bulgoczą.

Nie da się zapomnieć?

„Skądś panią znam, kogoś mi pani przypomina" – słyszę często na ulicach. Jak się przedstawię albo człowiek sobie przypomni, kim jestem, to zaczyna się to samo: „Pamiętam pani zjazdy na igrzyskach, normalnie płakałem!". No, ja też płakałam. Z całej mojej kariery ludzie zapamiętali to, że byłam czwarta, że nie zdobyłam medalu. Nie mam pretensji, to normalne, zresztą to nadal największy sukces polskiego snowboardu na igrzyskach. Może jak ktoś będzie w końcu lepszy ode mnie, to się uspokoję i przestanę żałować straconej szansy.

Jak pani góralska rodzina zareagowała na sesję w magazynie „CKM"?

Od razu jak do mnie zadzwonili z tego pisma, powiedziałam, że to ja wyznaczam granice i piersi nie pokażę. Miałam już córkę, nie chciałam. Nie krytykuję jednak tych dziewczyn, które zdecydowały się na rozbieraną sesję, mnie zwyczajnie zabrakło odwagi. Zdjęcia, które mi wtedy zrobiono, mam gdzieś na płycie w wersji bez retuszu i są fajniejsze od tych po obróbce. Pamiętam, że numer „CKM" ze mną na okładce wpadł mi ręce na lotnisku, gdy leciałam na igrzyska do Turynu. Sama siebie nie poznałam. Twarz mi zmienili, całą mnie jakoś tak wygładzili, że nawet mi mięśni nie było widać, a ja wtedy na brzuchu to miałam kaloryfer. Zrobiłam redakcji straszną awanturę, ale oczywiście niczego nie dało się już zmienić. Takie pismo, takie potrzeby. Dobrze, że siostra była moją menedżerką przez wiele lat.

Dlaczego dobrze?

Zawsze byłam butna, zadziorna. A Anita była jak filtr, katalizator moich emocji wobec mediów. Umawiała mnie na wywiady, na sesje. Tłumaczyła, że mam być spokojna, że mam się uśmiechać. To była część mojej pracy, a gdyby nie siostra i jej dobre rady byłabym naturalna, nikt by ze mną nie chciał więcej rozmawiać, bo rozniosłaby się zła opinia. Dla mnie to była strata czasu, nie byłam w stanie zrozumieć systemu pracy mediów. Przychodziłam na sesję, dwie godziny malowania, dwie godziny czesania, godzina ubierania, a później cztery zdjęcia. Jakaś abstrakcja. Jak sportowiec umawia się na dziewiątą rano, to przychodzi na dziewiątą rano. A tam towarzystwo kawkę pije, śniadanko roznosi i mówi, że spokojnie, bo fotograf jeszcze nie przyjechał. Irytowało mnie to okrutnie, ale podobno obiektyw mnie lubił. Tata mi zresztą kiedyś powiedział, że lepiej wyglądam na zdjęciach albo w telewizji niż na żywo.

Z Sebastianem Kolasińskim rozwodziła się pani także w mediach.

To są emocje, których nie da się opisać. Może dzięki temu, że byłam młoda i miałam energię do walki, wszystko dobrze się skończyło. W całej sprawie było kilka wątków, minęło jednak dużo czasu i nie wracam do tego dzisiaj. Tym bardziej że moje stosunki z byłym mężem są poprawne. Rozmawiamy.

Czyli się wyprostowało?

Nie. I nigdy nie wyprostuje. Córka już dorosła i jest na tyle duża, że – po pierwsze – nie da sobie zrobić krzywdy, a po drugie – sama decyduje, czy i kiedy do ojca pojechać. Wcześniej walka toczyła się o to, czy będzie się wychowywała ze mną czy z nim. Nie wyobrażałam sobie, by nie miała być przy mnie.

Nie zniechęciła się pani do małżeństwa po takich przygodach w młodych latach?

Mimo wszystko trudno żyć samemu. Czasami myślałam, że może było prościej, taniej. Ale mam przecież wspaniałe dzieci, a mój obecny mąż jest naprawdę bardzo w porządku. Wspierał mnie w sporcie, w polityce, w biznesie, w codziennym życiu. Nie chodzi tylko o chemię między dwojgiem ludzi, ale także o zwyczajne partnerskie wsparcie. Przynajmniej na razie jest dobrze.

Jest pani dobrą matką?

Jagoda większość czasu spędzała ze mną na treningach, wyjazdach. I wtedy byłam przekonana, że jestem złą matką, bo ciągam dziecko po całej Europie. Najgorsze, że mała miała chorobę lokomocyjną i po 40 kilometrach wymiotowała. Zwiedziła trochę świata, ale oczywiście tego nie pamięta. Wyrosła na naprawdę porządnego człowieka.

Jeździ na snowboardzie?

Obie jeżdżą, bo dziewięcioletnia Iga także. Ale tylko rekreacyjnie. Tak samo na nartach, łyżwach, jeżdżą także konno. Jagoda ma artystyczną duszę, Iga może bardziej sportową, ale nie byłam w stanie zająć się jej karierą. Bo to, co ja osiągnęłam, zawdzięczam rodzicom, ich poświęceniu. Tata był chory na astmę, nie pracował zawodowo, mógł nas wozić na treningi. Ja po urodzeniu Jagody wróciłam do sportu, próbowałam także po urodzeniu Igi, ale już bez większego powodzenia. Zaczęliśmy rozwijać biznes, później przyszła polityka.

Też zajmowała dużo czasu?

Kiedy trenowałam, kalendarz był znany na rok do przodu. Faktycznie często mnie nie było, ale kiedy przyjeżdżałam, siedziałam w domu tydzień albo dwa. Dużo czasu spędzaliśmy razem. Myślałam, że z kalendarzem sejmowym będzie podobnie, że jak zapowiem w domu swoją nieobecność od wtorku do piątku, to tak będzie. Bardzo szybko okazało się jednak, że w polityce wszystko się zmienia, że jak planuję wrócić w piątek o 18, to może wrócę o 18, ale trzy dni później. Jagoda mi kiedyś zarzuciła, że obiecałam jej, że po zakończeniu treningów nie będę już wyjeżdżać, a kiedy poszłam do Sejmu, było gorzej niż podczas kariery sportowej. Gorzej, bo nie było wiadomo, kiedy wrócę. Jagoda miała najtrudniej, Iga już trochę lepiej. Najlepiej ma Andrzejek, który ma mamę cały czas.

Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, napisała mi pani, że nie wyspała się przez ostatnie dwa lata. O co chodzi?

Pod koniec ciąży nie mogłam już spać, Andrzej urodził się 23 miesiące temu i ani razu nie udało mi się zasnąć spokojnie wieczorem i spać do rana. Kokos, jak mówimy na Andrzeja, ma wadę migracji kory mózgowej – pachygyrię. Zatrzymał się w rozwoju fizycznym na poziomie piątego miesiąca. Nie ma leku na tę chorobę, możemy tylko liczyć na efekty codziennej rehabilitacji. Na początku nie wiedzieliśmy, że coś mu dolega. Urodził się upragniony syn, wszystko było świetnie, przychodziła położna, nic nie widziała. Ale mnie się nie podobało, że dziecko jest płaczliwe, że ma kłopoty ze snem, a jak śpi, to niespokojnie. Moje córki już w drugiej dobie życia spały nocą po kilka godzin, pielęgniarki kazały mi je budzić do karmienia. A ja mówiłam: „Jak dziecko śpi, to nie ruszać".

Kokos nie spał.

Nie. I nie mógł się najeść. Karmiłam piersią, jak wcześniej córki. Ale jemu coś nie pasowało. Jak nie trzymał główki po trzech miesiącach, to zaczęłam się martwić. Z trzymiesięcznym bobasem to się biega po domu na ręku, w drugim trzymając chochlę i mieszając zupę. A Kokos leciał przez ręce. Zaczęłam szukać informacji, chodzić po neurologach. W końcu w rezonansie magnetycznym stwierdzono pachygyrię. Zaczęłam się uczyć, co to w ogóle jest. A teraz staram się z tym żyć, wytłumaczyć sobie wszystko.

Da się wytłumaczyć?

Dla mnie to wszystko jest świeże, mam rozdrapaną ranę. Przeżyłam depresję, przez pół roku było mi bardzo ciężko psychicznie to wszystko wytrzymać. Niewyspanie, moje problemy z chorobą Hashimoto i stres spowodowały, że się rozsypałam.

Sama się pani zbierała?

Długo próbowałam ratować się sama. Wydawało mi się, że jako sportowiec muszę po prostu stoczyć kolejną walkę i wygrać. Ale to nie był sport.

Kto pani pomógł?

Korzystam z porad psychologa. Andrzej ma wczesne wspomaganie rozwoju, trafiliśmy do Centrum Maltańskiego w Krakowie i otrzymujemy tam kompleksowe wsparcie. Dziecko i ja. Życie z niepełnosprawnym dzieckiem to nie jest normalne życie. To jest wyzwanie i trzeba się wszystkiego nauczyć, zaakceptować chorobę, oswoić z nią siebie i innych członków rodziny. Zmieniłam tryb życia z latającego na siedzący. Kiedyś ciągle nie było mnie w domu, w zeszłym roku miałam dwa wyjazdy.

To niewyspanie od dwóch lat to dlatego, że syn nie może spać, czy raczej nie może zasnąć pani głowa?

Zmęczona jestem tak bardzo, że oczy zamykają mi się od razu po położeniu do łóżka. Andrzejka bardzo długo się usypia, wypracowałam specjalną procedurę, żeby w ogóle się udawało. Ciągle szukam pomocy, także w internecie. Zapisaliśmy się na badania naukowe w Bostonie, które dotyczą przyczyn wad migracji kory mózgowej. Nawiązałam kontakt z ośrodkiem, korespondowałam, przesłałam całą dokumentację, łącznie z próbkami krwi całej rodziny. Może dowiemy się chociaż, czy to genetyczne, czy wada izolowana.

Terapia pomogła pani wytłumaczyć sobie nową rolę w życiu?

Bóg rozdaje karty, wie, co robi. Tak musiało być, biorę to wszystko na siebie. Przez pierwszy rok byłam zdruzgotana, nie mogłam się pogodzić z losem, dzisiaj jestem w innym miejscu. Zaczynam cieszyć się życiem, synem, każdym jego małym postępem. Wiem, że jesteśmy pod wspaniałą opieką terapeutów, trafiliśmy w najlepsze ręce i obraliśmy dobry kierunek w rehabilitacji. Andrzejek uwielbia basen, wodę, kocha się kąpać. Ma niecałe dwa lata, a sam leży na wodzie, utrzymuje się. To są takie małe sukcesy, nasze radości. Każdego dnia pokonujemy masę problemów, mnie też życie nagle się pokomplikowało.

Nie tylko chorobą dziecka?

Kiedy byłam sportowcem, miałam pasmo sukcesów. Teraz los to wyrównuje. Jestem w życiowym dołku. Najpierw odszedł mój tata, później zmarła teściowa, z którą byłam bardzo zżyta. Po 11 latach nie przedłużono nam umowy w Witowie i nie mamy już szkoły narciarstwa i snowboardu. Nastąpiła jakaś kumulacja nieszczęść, stałam się osobą niepracującą, żyjącą z 500+, zasiłku opiekuńczego i świadczenia pielęgnacyjnego na niepełnosprawne dziecko. Pracuje i zarabia na nas tylko mąż. Mam inne życie i inne priorytety. Śmieję się, wychodząc z małym na rehabilitację, że po prostu zabieram go na trening... Wieczorami zajmuję się namawianiem wszystkich znajomych do oddania jednego procentu podatku na Andrzejka. Pionizator, wózki, ortezki – te wszystkie rzeczy są kosmicznie drogie.

Nie ma dla pani pracy?

Kiedy nie dostałam się na drugą kadencję do Sejmu, to nie szukałam niczego nowego. Miałam szkołę narciarstwa, wynajmujemy domki, pracowałam na AWF. Miałam wrócić po narodzinach syna, ale kiedy okazało się, że jest chory, wszystkie plany poszły precz. Dla niepełnosprawnego dziecka trudno znaleźć opiekę, przez pierwszy rok nie miałam nikogo, kto zdecydowałby się mi pomóc. Tylko najbliżsi. Teraz mam opiekunkę, dzięki której czasem mogę wyjść i zrobić zakupy, z kimś się spotkać. Nie pójdę do pracy, wiedząc, że nie zapewnię swojemu dziecku odpowiedniej opieki przez tak długi czas. Poza tym musiałabym iść do takiej pracy, która pozwalałaby mi zarobić chociaż na nianię i na dojazdy.

Przez jedną kadencję była pani posłanką Platformy Obywatelskiej. Nie chciałaby pani wrócić do polityki?

Wejścia do polityki nie żałuję, jest mi przykro tylko z jednego powodu. Nikt mnie nie przestrzegł, że działalność w Sejmie bardzo zaszkodzi mojemu wizerunkowi jako sportowca. Wcześniej żyłam ze swojego wizerunku, przedsiębiorstwo „Jagna Marczułajtis" prosperowało. Brałam udział w sponsorowanych imprezach, dawałam twarz i nazwisko różnym przedsięwzięciom. Wszystko pięknie się kręciło i nagle się skończyło. Wyjście z Sejmu równało się obdarciu ze wszystkiego, co było, zanim się do niego weszło. Trzeba było sobie radzić i zaczynać wszystko od nowa. Polityka nie była warta poświęcenia dorobku sportowego.

Szefowania komitetowi odpowiedzialnemu za przygotowania do organizacji igrzysk olimpijskich w Krakowie także pani nie żałuje?

Igrzysk to powinni żałować Polacy. O Światowe Dni Młodzieży nikt nie pytał w referendum, o Euro 2012 także nie. A daliśmy radę, przeżywaliśmy i będziemy wspominać przez lata. Polacy są świetnymi kibicami, ale projektu igrzysk nie chcieli lokalni politycy, bo kłuło ich w oczy, że ktoś taki jak ja osiąga w życiu kolejny sukces. Uważam, że sukcesem było zorganizowanie gwarancji rządowych, przygotowanie wszystkich wniosków, przekonanie MKOl, że jesteśmy poważną kandydaturą. Niechęć lokalnych polityków z zawiści i zazdrości przerodziła się w referendum, w którym pomysł z igrzyskami upadł. Nie miałam na to wpływu, uważam, że Polska dużo straciła, nie uczestnicząc w dalszych staraniach o organizację takiej imprezy. Byliśmy gospodarzami turniejów w siatkówce, piłce ręcznej, tak samo żylibyśmy igrzyskami. Polacy to naród, który potrafi się zmobilizować, dać radę, kiedy trzeba. Pokazalibyśmy klasę i świetną organizację.

Twierdzono, że chciała pani igrzysk w Krakowie, żeby zarobić na swoich działkach i obiektach na Podhalu.

To kompletna bzdura, przez internet przelała się fala nienawiści wynikająca z braku wiedzy. Trudno mi to nawet komentować. Trzeba było do mnie zadzwonić i zapytać, ile mam tych działek i jak mogę na nich zarobić.

Pani mąż Andrzej Walczak został przyłapany w prowokacji dziennikarskiej, gdy miał proponować łapówkę za przychylne pisanie o igrzyskach w Krakowie.

Kolejna sprawa, która została pokazana w krzywym zwierciadle. Mój mąż nie był upoważniony do żadnych rozmów z mediami ani przeze mnie, ani przez komitet. Zrobił, co zrobił, ale nikomu nie proponował pieniędzy. Wystarczy dokładnie przesłuchać stenogramy, by zrozumieć, że to dziennikarz sugerował chęć wynagrodzenia za przychylne pisanie o idei igrzysk w Krakowie. Prokuratura nie dopatrzyła się żadnego przestępstwa, mąż nie był nawet wzywany i przesłuchiwany. Namawianie do dobrego pisania o jakimś projekcie to marketing, wszystkie miasta kandydujące stosują taką taktykę. Nadmuchano balonik, który miał pęknąć tak, żeby wywołać skandal w odpowiednim momencie. Redakcje dwóch bulwarowych małopolskich gazet po referendum zamieściły zdjęcia z szampanem i podpisem, że zadanie zostało wykonane.

Przy pani nazwisku dość często w mediach pojawiały się różne afery i skandale.

Jakie jeszcze?

Pod koniec kariery zarzuciła pani trenerowi Pawłowi Dawidkowi, że zwyzywał panią podczas mistrzostw Polski.

A miałam pozwolić, żeby to przeszło bez echa? Młodzież patrzy, dojrzała zawodniczka jedzie, matka dwóch córek, a tu trener pozwala sobie na takie słowa. Poczekałam tydzień, aż przeprosi, a że nie przeprosił, to się z nim pohandryczyłam. Zaczęłam walczyć, także dając przykład młodzieży – że warto dbać o swoje dobre imię. To nie był żaden skandal, chciałam tylko, żeby sprawiedliwości stało się zadość. Media przynajmniej miały pożywkę, bo to już była era szalejącego internetu, a wiadomo, że jak ktoś kogoś nie zabije albo nie bzyknie, to się artykuł nie kliknie. Z jednej strony nie jest miłe mieć przypiętą łatkę awanturniczki, z drugiej – gdybym o siebie nie walczyła, niczego bym nie osiągnęła.

To znaczy?

Walczyłam z Polskim Związkiem Snowboardu o to, żebym mogła trenować z Francuzami, żebym mogła pojechać na igrzyska, żeby realizować swoją wizję przygotowań. Gdyby nie mój upór, nie byłabym na czwartym miejscu w Salt Lake City, pewnie nawet bym w tych zawodach nie wystartowała. Tamten sukces był dla mnie szczególnie ważny także dlatego, że udowodniłam wszystkim, którzy we mnie nie wierzyli, z prezesem związku na czele, że miałam rację. I że warto walczyć o swoje. Moje życie to zawsze była walka o coś. Najpierw o to, żeby nie wychodzić z ciepłego łóżka, potem o rękawiczki, treningi z Francuzami, a dzisiaj – o zdrowie mojego dziecka. Albo jesteś wojownikiem, albo jak pies na łańcuchu czekasz na to, co rzucą ci do miski. Potrzeba było dużo wytrwałości, cierpliwości.

Odporności na upadki?

W każdym sporcie jest tak, że jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. Te upadki są po to, żeby wyciągać z nich wnioski. Także życiowe. Cały czas jestem niepoprawną optymistką, myślę, że wszystko dobrze się skończy, i z nadzieją patrzę w przyszłość. Nie da się ukryć, że życiową glebę zaliczyłam nieraz, zwłaszcza w ostatnim czasie. Spadłam z wysokiego konia, z pasma sukcesów, dlatego tak trudno było się przestawić i na życie po sporcie, i na życie w innych okolicznościach zgotowanych przez los.

Za dwa tygodnie rozpoczną się igrzyska w Pjongczangu. Medale Kamila Stocha to oczywistość?

Mamy mocno rozbudzone nadzieje, ale sukcesy Adama Małysza i teraz Kamila Stocha są wystarczającym uzasadnieniem naszej wiary w medale w skokach narciarskich. Jednak igrzyska to wyjątkowe zawody i trzeba pamiętać, że może dojść do niespodzianek. Kiedyś Simon Ammann wygrywał na igrzyskach, a teraz jest w trzeciej dziesiątce skoczków. Igrzyska mają swoją niepowtarzalną atmosferę, która wpływa na psychikę sportowców, sprawia, że czasami faworyci lądują daleko z tyłu. Wierzę jednak w Kamila, cała rodzina Stochów to ludzie mocno stąpający po ziemi, wykształceni, na poziomie. Skupieni na tym, co robią. Kamil doskonale odnalazł się w trudnym świecie, bo miał mocne podstawy. Radzi sobie z presją, która na nim ciąży. Dziennikarze i kibice mają olbrzymie wymagania i są bezlitośni, z tym trzeba się nauczyć żyć. Pamiętam, jak Adam był piąty w Pucharze Świata i wszyscy pisali, że się skończył. Kiedy po serii zwycięstw zajęłam na jakichś zawodach w Polsce drugie miejsce, to nie pisano, że ktoś tam wygrał, ale że Marczułajtis przegrała. Kamil ma jednak wokół siebie ludzi, którzy nie dadzą mu zrobić krzywdy. Nie tylko Adama.

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL