Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Bogdan Socha: Cała ta seksafera została wymyślona

Działacz Samoobrony Bogdan Socha, kwiecień 2003 r. Tysišce ludzi chciało się zapisać do Samoobrony. Wiem to, bo zakładałem struktury terenowe i widziałem, jaka była frekwencja na spotkaniach
Newsweek Polska/REPORTER, Jacek Herok
- Jedno z moich zadań na Foksal polegało na tym, że wprowadzałem goœci do Aleksandra Kwaœniewskiego. Szybko poszła plotka, że jestem najważniejszym człowiekiem w otoczeniu prezydenta, i zaczęło się podgryzanie mnie - mówi Bogdan Socha, wiceminister pracy w rzšdach Marcinkiewicza i Kaczyńskiego.

Plus Minus: Pracował pan przy trzech kampaniach prezydenckich – Aleksandra Kwaœniewskiego, Piotra Ikonowicza i Andrzeja Leppera. Jak to się stało?

Bogdan Socha: Aleksandra Kwaœniewskiego poznałem, bo był moim szefem w Komitecie ds. Młodzieży i Kultury Fizycznej. Gdy powstała Socjaldemokracja RP, a Kwaœniewski stanšł na jej czele, zapisałem się do tej partii, ale nie byłem aktywnym działaczem. Na poczštku lat 90. wyjechałem do Hiszpanii na półtora roku. Gdy wróciłem w 1991 r., poszedłem do Marka Ungiera, który wówczas współpracował z Kwaœniewskim w SdRP, z pytaniem, czy się do czegoœ nie przydam. Marek na to, że nie, bo na Rozbrat nic się nie dzieje, nikt nie przychodzi, a jeżeli już, to chyłkiem, bo wszyscy się bojš. Myœlę – skoro tak, to trzeba się zajšć zarabianiem pieniędzy. Założyłem firmę razem z kolegš i przestałem się interesować politykš. Ale w 1993 r. odezwał się do mnie Włodek Nieporęt, warszawski działacz SdRP, z pytaniem, czy nie pomógłbym mu trochę w kampanii parlamentarnej.

To była kampania, w której SLD zdobył pierwszy raz władzę.

No właœnie, Nieporęt, któremu pomagałem w roznoszeniu ulotek na Ursynowie, został posłem i kilka miesięcy póŸniej odezwał się do mnie z pytaniem, czy nie chciałbym kandydować na radnego nowo powstałej gminy Ursynów. Powiedziałem, że nie mam czasu, bo przecież prowadziłem firmę. – To w takim razie – pyta – czy mógłby mnie wpisać na zajšca, żeby tylko wypełnić listę. Na to się zgodziłem, ale zastrzegłem, że nie będš robił kampanii. I proszę sobie wyobrazić, że zostałem wybrany. Przesšdził o tym fakt, że należałem do SdRP, a na liœcie, która była koalicyjna, tylko dwie osoby należały do Socjaldemokracji – ja i koleżanka. Oboje zdobyliœmy mandaty radnych.

Mógł pan się zrzec mandatu.

Mogłem, ale było mi głupio. Zostałem radnym i doœć szybko się okazało, że zaczšłem zarabiać całkiem przyzwoite pienišdze. Zawiesiłem więc działalnoœć gospodarczš, a że miałem dużo wolnego czasu, więc znowu poszedłem do Ungiera – on był już wtedy dyrektorem w URM – i mówię: czasu mam sporo, mógłbym się w coœ zaangażować. Ungier nie miał dla mnie żadnej propozycji, ale odezwał się do mnie po kilku miesišcach i mówi: – Aleksander Kwaœniewski będzie kandydował na prezydenta, a ja będę szefem sztabu, przyda mi się twoja pomoc. Po kilku tygodniach znowu zadzwonił i mówi: – Wiesz, Bogdan, porypało się trochę, szefem sztabu będzie Danka Waniek, ale umówię cię z niš.

Dlaczego doszło do tej zmiany?

Danuta Waniek była wtedy wiceministrem obrony narodowej i miała jakieœ spięcie z premierem Józefem Oleksym. Ale ponieważ była ważnš postaciš w SdRP, nie mogła tak po prostu zostać odwołana z rzšdu, a więc zdecydowano, że zostanie szefowš sztabu wyborczego Kwaœniewskiego. Spotkałem się z niš i zostałem szefem KWAK-a, czyli autobusu, którym Aleksander Kwaœniewski jeŸdził na spotkania wyborcze. ZjeŸdziłem z Kwaœniewskim całš Polskę. Wyruszyliœmy w trasę 13 maja. Byłem na każdym wyjeŸdzie z wyjštkiem tego, gdy Danusię Waniek obsypano miałem węglowym. To była wspaniała kampania.

Byłam na kilku wyjazdach waszego kandydata i pamiętam raczej atmosferę oblężonej twierdzy. Kwaœniewski czasami musiał wchodzić na spotkanie jakimœ bocznym wejœciem, bo przed głównym stali jego przeciwnicy.

Zgadza się, Liga Republikańska organizowała protesty na jego spotkaniach, a telewizja tylko to pokazywała. Ale my widzieliœmy co innego. Atmosfera na wiecach była fantastyczna, sala z reguły pękała w szwach, a i tak nie wszyscy chętni się mieœcili. To dla nas był wyznacznik tego, co robimy. Oczywiœcie na salę wchodzili też przeciwnicy Kwaœniewskiego. Zwykle atakowali go za rzekome żydowskie pochodzenie. Ale Kwaœniewski dobrze sobie z tym radził.

Co pan robił po kampanii?

Zostałem asystentem Kwaœniewskiego. Przed zaprzysiężeniem urzędowaliœmy w pałacyku MSZ przy ul. Foksal. Wtedy jeszcze obowišzywała tzw. mała konstytucja, wedle której prezydent mógł obsadzić trzy resorty – MON, MSZ i MSW. Pamiętam takš scenę: do Kwaœniewskiego przyszli na rozmowę Marek Siwiec i Zbigniew Siemištkowski. Wyszli uradowani i Marek pyta mnie: – Boguœ, u kogo chcesz pracować, u mnie czy u Zbyszka? Bo oni szykowali się na objęcie MON i MSW. Tego samego dnia do Kwaœniewskiego przyjechali urzędujšcy ministrowie: MSW Andrzej Milczanowski i MSZ Władysław Bartoszewski, z rewelacjami o rzekomym szpiegostwie ówczesnego premiera Józefa Oleksego.

To był dzień, w którym wybuchła afera Olina?

Tak. Tego samego dnia, a właœciwie w nocy przyjechał do Kwaœniewskiego premier Józef Oleksy. Obaj zamknęli się w łazience i bardzo długo rozmawiali, a mnie Jurek Dziewulski kazał pilnować, żeby nikt tam nie wszedł. Po godzinie Kwaœniewski z Oleksym wyszli i usłyszałem tylko ostatnie zdanie prezydenta: – Józek, ja ci wierzę, ale jak ty to wytłumaczysz swojemu synowi. Potem szybko Józek złożył dymisję, a o nominacjach dla Siwca i Siemištkowskiego nie było już mowy.

Długo pracował pan dla prezydenta Kwaœniewskiego?

Prawie dwa lata. Z jednej strony to była przyjemna praca – u głowy państwa, mnóstwo znajomych dookoła, ale z drugiej strony już się zaczęła walka personalna, każdy chciał być jak najbliżej prezydenta, a ja tego nie czułem. Jedno z moich zadań na Foksal polegało na tym, że wprowadzałem goœci do Kwaœniewskiego. Szybko poszła plotka, że jestem najważniejszym człowiekiem w otoczeniu prezydenta, i zaczęło się podgryzanie mnie. Kiedyœ mój znajomy powiedział, że moja pozycja przy Kwaœniewskim była dużo wyższa niż moje możliwoœci kompetencyjne, żeby tę pozycję wykorzystać. Może to i prawda. Dla mnie ci wszyscy ważni ludzie byli po prostu kolegami, a nie ważnymi ludŸmi.

A dlaczego pan odszedł z Pałacu Prezydenckiego?

Po tych dwóch latach Marek Ungier, który był szefem gabinetu prezydenta, spytał mnie: „Słuchaj, chcesz przez kolejne lata biegać po schodach z papierami? Zastanów się, może chciałbyœ robić coœ innego". Pomyœlałem, że faktycznie mógłbym pojechać na placówkę do Barcelony, bo tam akurat otwierano konsulat. Hiszpański znałem, ale zanim zrobiłem kurs w MSZ, to wszystkie miejsca w Barcelonie były już zajęte. Zaproponowano mi Chile, Boliwię, Kolumbię i Panamę, ale tam z kolei ja nie chciałem jechać. Po pierwsze finansowo mi się to kompletnie nie opłacało. W Polsce byłem radnym i dostawałem jeszcze pensję w Kancelarii Prezydenta. Zarabiałem po przeliczeniu ok. 7 tys. dol. miesięcznie. Na placówce zarobiłbym 2 tys. dol. Po drugie w żadnej placówce w Ameryce Południowej nie było pracy dla mojej żony. A więc zrezygnowałem. Marek był zdziwiony. Wymyœliłem sobie, że wystartuję w wyborach do Sejmu w 1997 r. z listy SLD z Radomia, ale to też nie wypaliło, bo lokalni działacze nie wpuœcili mnie na listę.

Dlatego zwišzał się pan z PPS w 1998 r.?

Piotrka Ikonowicza znałem wczeœniej i od czasu do czasu się z nim spotykałem. W 1998 r. odbywały się wybory na szefa rady Warszawy. W SdRP o tę funkcję walczyły dwie frakcje. Zaprosił mnie na rozmowę jeden z działaczy SdRP i mówi: – Musisz się zdeklarować, czy jesteœ z nami, czy z nimi. Dodał, że moje spotkania z PPS nie sš dobrze widziane. Okropnie się zirytowałem. Powiedziałem, że jestem wolnym człowiekiem, będę się spotykał, z kim chcę, i do żadnej frakcji się nie zapiszę. I poszedłem do PPS.

W 2000 r. pracował pan przy kampanii prezydenckiej Ikonowicza, który startował przeciwko Kwaœniewskiemu. Nie czuł pan dyskomfortu z tego powodu? W końcu parę lat spędził pan przy Kwaœniewskim.

Przecież wiedziałem, że Piotrek nie ma żadnych szans na dobry wynik. Nie mieliœmy pieniędzy na kampanię, na spotkania wyborcze jeŸdziliœmy zdezelowanymi polonezami, przychodziło na nie w porywach do 20 osób. Nie byliœmy żadnš konkurencjš dla Kwaœniewskiego. Chcieliœmy tylko trochę utrudnić mu życie, żeby nie wygrał w pierwszej turze. Uznaliœmy, że zaczšł się zachowywać nieładnie, że za bardzo zwišzał się z biznesem. Nasz plan niestety się nie powiódł, a Piotrek stał się w kręgach SLD persona non grata, tak samo Agnieszka Wołk-Łaniewska, która mu pomagała, i ja. Ale właœnie dzięki współpracy z Piotrkiem Ikonowiczem poznałem Andrzeja Leppera.

W jakich okolicznoœciach?

Piotrek brał kiedyœ udział w telewizyjnej debacie z Lepperem w radomskim Radoskórze, ja byłem w jego ekipie. Wtedy pierwszy raz spotkałem Leppera. Od tamtej debaty zaczęły się kontakty między PPS a Samoobronš.

Na czym polegały?

W kampanii prezydenckiej w 2000 r. my zbieraliœmy podpisy na Piotrka i na Leppera, a działacze Samoobrony zbierali podpisy dla siebie i dla nas. Piotrek, który był wówczas posłem, zorganizował Lepperowi pierwszš konferencję w Sejmie. W 2001 r. Lepper bardzo nalegał na wspólny start w wyborach. Czuł, że tacy buntownicy jak Ikonowicz i on sš na fali. Uczestniczyłem w rozmowach o wspólnym starcie. Lepper proponował, żebyœmy startowali z list Samoobrony, i chciał nam oddać 30 pierwszych miejsc. Gwarantował, że w Sejmie będziemy mogli powołać dwa odrębne kluby. To była œwietna oferta i przyjęliœmy jš.

To dlaczego nie wystartowaliœcie razem?

Bo gdy przedstawiliœmy tę propozycję kierownictwu PPS, podniósł się straszny krzyk: co z naszymi ideałami, gdzie my z ciemnymi chłopami mamy wspólnie kandydować. Janusz Rolicki, który był wówczas w PPS, podbuntował młodzieżówkę, która chciała rzucać legitymacjami. I Piotrek pod tš presjš zrezygnował ze wspólnego startu z Samoobronš. Lepper namawiał mnie, żebym chociaż ja startował do Sejmu z list Samoobrony. Mówił, że PPS nie da rady zebrać podpisów i nie wystawi list w całym kraju, a więc do Sejmu nie wejdzie. Mimo to się nie zgodziłem. A Samoobrona zdobyła 53 mandaty poselskie i dwa senatorskie, zaœ Rolicki, nasz radny warszawski, zaraz po wyborach porzucił PPS i przystšpił do Leppera.

Ten sukces Samoobrony w 2001 r. był szokiem dla sceny politycznej.

No właœnie. A wie pani, że oni mogli mieć jeszcze lepszy wynik? Kandydaci Samoobrony nie bardzo wierzyli w sukces. Niektórzy wstydzili się prowadzić kampanię pod szyldem tej partii. Sam widziałem, jak jeden z kandydatów po wyborach palił swoje plakaty, których nie rozwiesił w kampanii, bo ktoœ ze znajomych go wyœmiał, że zwišzał się z Lepperem. Jakiœ czas po wyborach zadzwonił do mnie Staszek Łyżwiński z Samoobrony i poprosił, żebym pomógł posłowi Waldkowi Borczykowi pisać wystšpienia sejmowe. Napisałem mu jedno przemówienie, drugie, a że chłop miał dobrš dykcję i trzymał się œciœle napisanego tekstu, to szybko okazało się, że jest pierwszym mówcš Samoobrony. Wtedy Lepper zaproponował mi pracę w klubie poselskim.

Podobała się panu ta praca?

Bardzo. To ja doprowadziłem Renatę Beger do łez. Napisałem jej wystšpienie do debaty o uchyleniu jej immunitetu. Gdy je czytała, tak się wzruszyła, że aż się popłakała.

Lepperowi też pan pomagał.

On nie potrzebował pomocy. PR miał w genach. Do telewizji chodził, kiedy chciał. Przychodził rano do Sejmu i mówił: – Dziœ robimy to, to i to, a wieczorem idę do telewizji. Pytam: – Do której telewizji panie przewodniczšcy. – A jeszcze nie wiem – odpowiadał. Po czym organizował konferencję prasowš, nudnš jak flaki z olejem, ale na koniec zawsze walnšł takie zdanie, że wszystkie telewizje natychmiast go zapraszały.

Lepper miał dosyć dobre stosunki z Leszkiem Millerem, szefem SLD. Dlaczego nie pomógł Sojuszowi, gdy w Sejmie głosowany był słynny raport w sprawie afery Rywina, który pogršżył lewicę?

Ludzie Sojuszu bardzo nieładnie zachowywali się wobec Leppera. Nie doœć, że w terenie wyœmiewali naszych działaczy, to jeszcze kiedyœ mu nie pomogli w jakiejœ sprawie. A wie pani, że rozmontowywanie Samoobrony zaczęło się od afery Rywina? Samoobrona po wyborach samorzšdowych w 2002 r. miała 107 radnych samorzšdowych i współrzšdziła chyba w 10 sejmikach. Większoœć tych koalicji była z SLD. Po wyborach samorzšdowych poparcie dla Samoobrony zaczęło gwałtownie rosnšć i sięgało nawet 30 proc. Mieliœmy takie badania. Janusz Maksymiuk chodził przerażony. Mówił: – Z kim my będziemy rzšdzić, gdy wygramy wybory? Tysišce ludzi chciało się zapisać do Samoobrony. Wiem to, bo zakładałem struktury terenowe i widziałem, jaka była frekwencja na spotkaniach. I wtedy zaczęły się naciski na Leppera, żeby zerwał koalicje w sejmikach.

Kto na niego naciskał?

Jakieœ œrodowiska zewnętrzne. JeŸdził na różne spotkania, a tam ludzie mu mówili: – Zbliżajš się wybory prezydenckie, a ty nie będziesz mógł używać argumentu, że wszyscy już rzšdzili, tylko ty nie, bo przecież rzšdzisz w sejmikach. Gdy wybuchła afera Rywina, Lepper potraktował to jako dobry pretekst do zerwania koalicji samorzšdowych. Ogłosił, że Samoobrona przechodzi do opozycji, tyle że większoœć naszych radnych się zbuntowała i zamiast przejœć do opozycji, poszła do SLD lub do Platformy Obywatelskiej. Nadal byli w układzie rzšdzšcym i psioczyli na Leppera. Samoobrona przestała się rozwijać i poparcie dla nas zaczęło spadać.

Jednak zrobiliœcie dobry wynik w eurowyborach i wyborach parlamentarnych w 2005 r.

No tak. Zdobyliœmy 56 mandatów poselskich i trzy senatorskie, a więc było nawet lepiej niż cztery lata wczeœniej, ale to było z rozpędu. Gdyby nie rozmontowywanie Samoobrony, to mielibyœmy dużo lepszy wynik, a Lepper miał szansę wejœć do drugiej tury w wyborach prezydenckich.

To już pan trochę przesadził.

Wcale nie. Widać to było po tym, jakie kłody pod nogi rzucała nam Telewizja Publiczna w tamtych wyborach. Lepper w kampanii miał 15 proc. poparcia, a mimo to zarzšd TVP uznał, że będzie występował z politycznym planktonem– jakimœ producentem wkładek do butów, Januszem Korwin-Mikkem itd. W pierwszej czwórce kandydatów byli: Włodzimierz Cimoszewicz, Donald Tusk, Lech Kaczyński i Jarosław Kalinowski. Pojechałem do telewizji na spotkanie sztabów i pytam, skšd taka decyzja. Na to ówczesny rzecznik TVP Jarosław Szczepański mówi, że to zostało ustalone na podstawie badań opinii publicznej. Mówię, że jeżeli chodzi o badania, to mój szef powinien być przed Kalinowskim, bo ma znacznie wyższe notowania. Na to Szczepański odparł, że Kalinowski to co innego, był wicepremierem itd. Powiedziałem o tym Lepperowi, ale on tylko machnšł rękš, że nie ma się co denerwować.

Czołówka kandydatów się zmieniła, gdy Cimoszewicz wycofał się z kandydowania.

No tak. Gdy Cimoszewicz wycofał się z wyborów, Lepper ze swoimi sondażami wskoczył na trzecie miejsce. Jadę więc do tej telewizji i mówię Szczepańskiemu, żeby przesunšł Leppera do kandydatów pierwszoligowych. A on na to, że regulamin został zmieniony i już telewizja nie ustawia kandydatów według sondaży. I tak nas załatwili. Gdyby nie to, mówię pani, że Lepper wszedłby do II tury.

To dziœ nie do zweryfikowania. Dlaczego Lepper zdecydował się poprzeć Lecha Kaczyńskiego w II turze?

Lech Kaczyński zgodził się realizować program Samoobrony. Poza tym Ryszard Czarnecki, który był wówczas naszym europosłem, bardzo mocno pracował nad Lepperem, żeby udzielił tego poparcia.

To chyba było dobre posunięcie? Dzięki temu została zawišzana koalicja z PiS, a pan został wiceministrem pracy.

Dziœ, gdy wiemy, jak to wszystko się skończyło, to niekoniecznie. Ale w 2005 r. rzeczywiœcie poparcie Lecha Kaczyńskiego wydawało się mšdrym posunięciem. Stosunek PiS do Leppera zmienił się zdecydowanie na lepsze.

Dla Samoobrony tamta kadencja nie była dobra. Najpierw wybuchła seksafera. Na jej fali pan sam został oskarżany przez Annę Rutkowskš o złożenie niemoralnej propozycji.

Cała ta seksafera została wymyœlona. Samoobrona była normalnš partiš. Pod względem romansów czy relacji męsko-damskich nie odbiegała od innych ugrupowań. A jeżeli chodzi o oskarżenia pani Rutkowskiej, to pozwałem jš o zniesławienie i wygrałem, bo ta pani nie stawiała się w sšdzie.

Afera gruntowa też została wymyœlona?

Tak uważam. Nie wierzę, żeby Lepper, który obracał milionami złotych partyjnych pieniędzy i decydował o nich nieomal jednoosobowo, połaszczył się na milion złotych z łapówki, jak twierdziło CBA.

Milion złotych to nie jest kwota do pogardzenia.

Jednak CBA nie doprowadziło tej sprawy do końca, a żaden milion złotych nie dotarł do Leppera. Sšdzę, że byli ludzie, którzy tak bardzo bali się szefa Samoobrony, iż chcieli go za wszelkš cenę skompromitować, stšd te afery.

Po wyborach w 2007 r. Samoobrona się rozsypała, a pan został przy Lepperze. Dlaczego?

Nie podobało mi się, że dawni koledzy zaczęli Leppera odsšdzać od czci i wiary i rozbijać formację. Bolek Borysiuk założył swojš partię, Krzysztof Filipek swojš, ale Lepper się nie poddawał. Uważał, że ludzie cišgle go potrzebujš. W latach 2007–2010 przejechałem z Lepperem 100 tys. km po Polsce, moim własnym samochodem. Media się œmiały, że Lepper z limuzyny przesiadł się do starej toyoty. Myœmy się tym nie przejmowali. JeŸdziliœmy na spotkania, bo ludzie bardzo dobrze przyjmowali Leppera.

W wyborach prezydenckich 2010 r. Lepper zdobył zaledwie 1,28 proc. głosów.

Bo prawie nie prowadziliœmy kampanii. Lepper wystartował tylko po to, żeby nie wypaœć z politycznego obiegu. Ale stosunek ludzi do Leppera do końca był niesamowicie przyjazny. Zdarzało się, że właœciciele restauracji czy moteli nie chcieli od nas pieniędzy, bo mówili, że jesteœmy ich goœćmi. Goœcili faceta, który stracił wszystko. Dlatego Lepper miał prawo wierzyć, że ludzie go chcš. Że zła passa przeminie, a on znowu stanie się potrzebny.

A pan wierzył, że Lepper wróci do wielkiej polityki?

Jeszcze w latach 2007–2008 byłem przekonany, że tak. Po wyborach prezydenckich w 2010 r. już raczej nie. Pomagałem mu z sympatii. Uważałem, że nie można go zostawić całkiem samego. Ale myœlę, że jego przeciwnicy wierzyli, że może się odbić, i bali się tego.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL