Joseph Malegue: Jak wymazuje się talent

aktualizacja: 19.01.2017, 13:42
Foto: Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek

Historia zna wiele przypadków nagłych zniknięć wybitnych pisarzy z przestrzeni życia publicznego. W XX wieku w krajach rządzonych przez reżimy totalitarne zdarzały się one regularnie. Jak jednak wytłumaczyć podobne zjawisko we Francji? Jak to możliwe, że zapomniano o Josephie Malegue?

REDAKCJA POLECA
10.02.2017
Watykan: Śledztwo ws. fałszywego numeru dziennika "L’Osservatore Romano"
26.01.2017
Nagrody literackie są bez znaczenia
Kariera.pl
Menedżer nie musi być wiecznie lojalny wobec dawnej firmy
kancelarierp.pl
Stwórz swoją umowę - szybko i profesjonalnie!

Kiedy Leon XIII wygłaszał pochwały pod adresem „Quo vadis", Henryk Sienkiewicz był u szczytu popularności. Kiedy Jan Paweł II przywoływał w swych homiliach fragmenty „Promethidiona", Cyprian Kamil Norwid należał do najczęściej cytowanych polskich pisarzy. Kiedy 14 kwietnia 2013 roku papież Franciszek w homilii wygłoszonej w bazylice św. Pawła za Murami aluzyjnie przypomniał swego ulubionego autora, tylko nieliczni spośród zebranych wiedzieli, kim był Joseph Malegue.

Jak to możliwe, że w połowie ubiegłego stulecia z literackiej mapy Francji zniknął pisarz o randze Marcela Prousta?

Ocalony przez papieża

Ciche słowa Ojca Świętego miały jednak siłę piorunu. Zelektryzowały nie tylko francuskie elity katolickie, ale także mocno zlaicyzowany świat literacki: krytyków, wydawców i czytelników. Co właściwie zostało powiedziane? Jedno zdanie. Jak pisze ojciec Guillaume de Menthiere, brzmiało ono: „Istnieją święci codzienności, święci »ukryci«", rodzaj „»świętych klasy średniej« – jak ich określił pewien francuski autor – jest to »klasa średnia świętości«, do której my wszyscy możemy należeć" (jeśli nie zaznaczono inaczej, tłumaczenia pochodzą od autora artykułu).

Tylko ktoś, kto znał twórczość Malegue'a, mógł usłyszeć w tej wypowiedzi aluzję do powieści „Pierres Noires: Les Classes moyennes du Salut" („Czarne kamienie: klasa średnia zbawienia"). Być może właśnie dlatego Ojciec Święty w ciągu pierwszych miesięcy pontyfikatu kilka razy powtarzał w swych homiliach nazwisko pisarza. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać.

Ziarnko piasku poruszyło falę. 31 października 2013 r. francuski katolicki dziennik „La Croix" zamieścił obszerny artykuł poświęcony życiu i twórczości artysty słowa, określanego jako „inspirator papieża". Na początku stycznia 2014 r. prestiżowe wydawnictwo „Cerf" wznawia i oddaje do księgarń najważniejsze dzieło Malegue'a – rozległą powieść rzekę: „Augustin ou le Mâitre est la" („Augustyn, czyli Pan jest tu"), wydaną po raz pierwszy w 1933 r.

Odtąd zdarzenia rozwijają się lawinowo. Już w połowie miesiąca José Fontaine omawia ją w „La Revue Toudi", by niebawem poświęcić jej cykl felietonów w „La Vie" i podjąć zakrojone na dużą skalę badania nad twórczością katolickiego epika (ich zwieńczenie stanowi wydane w tym roku, w 140. rocznicę urodzin pisarza, opracowanie „La glorie secrete de Joseph Malegue" [Ukryta sława Josepha Malegue'a]). 23 stycznia 2014 r. Sebastien Lepaque na łamach „Le Figaro" publikuje artykuł „Joseph Malegue sauvé par le pape François" (Joseph Malegue ocalony przez papieża Franciszka). We wrześniu tegoż roku Patrick Rodel pisze o powieści w „Mediapart". Stopniowo informacje o katolickim epiku pojawiają się w internecie: warto zauważyć, że obecnie w Wikipedii znajduje się imponujące rozmiarem i rzetelnością kilkudziesięciostronicowe (sic!) opracowanie jego życia i twórczości, zawierające 366 przypisów. Swą cegiełkę dorzuca także RCF – Radio Chrétienne Francophone – emitując cykl audycji o mistrzu z Tour d'Auvergne.

Uderza wyjątkowa zgodność współczesnych krytyków i szerokiego grona czytelników co do rangi utworów Malegue'a i ich artystycznej wartości. Wiele mówi się o epickim rozmachu jego prozy, intelektualnym wyrafinowaniu i malarskich zdolnościach narracji – tak niezwykłych, że nakazujących usytuować jego dzieło tuż obok słynnego „W poszukiwaniu straconego czasu". W niektórych tekstach powraca ukuta jeszcze w latach 30. ubiegłego stulecia etykieta „katolickiego Prousta", pojawiają się też próby wyśledzenia estetycznych powinowactw pomiędzy obydwoma pisarzami oraz istotnych różnic w sposobie widzenia świata.

Rekonstruując historycznoliteracki kontekst dokonań artysty, recenzenci zwracają uwagę, że proza autora z Owernii w niczym nie ustępuje dokonaniom innych autorów z kręgu francuskiej powieści katolickiej – takich jak m.in. Joris-Karl Huysmans, Julien Green, George Bernanos czy noblista François Mauriac – a nawet w niejednym je przewyższa. Przypomina się też entuzjastyczną recepcję twórczości Malegue'a w połowie ubiegłego stulecia: otrzymane przez niego nagrody literackie, ogromne zainteresowanie prasy francuskiej, a stopniowo także i europejskiej, przekłady na języki obce, wreszcie i przywiązanie czytelników (powieść „Augustyn, czyli Pan jest tu" – wielokrotnie wznawiana – do 1966 roku osiągnęła łączny nakład 84 tys. egzemplarzy).

Wszystko to, oglądane z pewnego dystansu, skłania jednak do konkluzji raczej niepokojącej. Im bardziej ostentacyjnie krytycy kreślą dziś obraz minionych sukcesów artysty, im dobitniej formułują zdania o arcydzielności jego prozy, tym silniej w ich tle widzimy długą noc jego niebytu. Naprawdę ciemną.

Niewidzialni cenzorzy

Tajemnica zapomnienia" – tak zatytułował swój artykuł Patrick Rodel. Historia recepcji dzieł literackich zna wiele przypadków nagłych zniknięć wybitnych pisarzy i ich twórczości z przestrzeni życia publicznego. W XX wieku w krajach rządzonych przez reżimy totalitarne zdarzały się one regularnie. Jak jednak wytłumaczyć podobne zjawisko w kraju o utrwalonej demokracji? Zapytajmy jeszcze raz: jak to możliwe, że w połowie lat 60. z literackiej mapy Francji znika prozaik o randze Marcela Prousta?

Fakty są następujące: pisarz umiera na chorobę nowotworową w 1940 r. (w 1947 r. umiera także jego żona). Do lat 60. jego powieści są systematycznie wznawiane i komentowane. Jak zauważa José Fontaine, w 1959 r. ma miejsce znamienne zdarzenie: do redakcji „Le Monde" napływa fala listów od czytelników protestujących przeciwko omijaniu twórczości Malegue'a na łamach pisma, nie przynosi to jednak żadnego rezultatu. Kilka lat później tendencja do pomijania nazwiska katolickiego prozaika funkcjonuje już jako niepisana reguła życia literackiego. W 1966 r. książki pisarza trafiają do księgarń i bibliotek po raz ostatni. Wtedy też pojawiają się w prasie – ale już tylko katolickiej – ostatnie artykuły o jego twórczości. Francesco Casnati omawia na łamach „L'Osservatore Romano" „Czarne kamienie", a ks. Jean Lebrac ogłasza w „La Croix" z 8 kwietnia 1966 r. szkic, którego tytuł dziś brzmi jak niezamierzony oksymoron: „Présence de Joseph Malegue" („Obecność Josepha Malegue'a"). Tekst zapowiada większą całość: w 1969 r. autor publikuje opracowanie „Joseph Malegue, romancieur et penseur" („Joseph Malegue, pisarz i myśliciel").

Odtąd nazwisko prozaika znika z księgarskich zapowiedzi, nie pojawia się w mediach, omijają je nawet historycy literatury. „Szukajcie w słownikach i encyklopediach. Nie znajdziecie nic lub prawie nic" – zauważa w Sebastien Lepaque. Wzmianek o twórczości Malegue'a nie ma ani w podręcznikach, ani w syntezach historycznoliterackich, nie ma go nawet w dziennikach tych kolegów po piórze, którzy cenili jego prozę – jak np. François Mauriac. Procesy tabuizacji niewygodnych faktów i nazwisk nie omijają obszarów życia literackiego także w krajach demokratycznych. To oczywiste. Jan Błoński wiele lat temu przypomniał, że „w kulturze powstają nieraz rozmaite tabu, związane z tematycznymi czy gatunkowymi zakresami".

Wielu spośród cytowanych wyżej recenzentów zauważa, że właśnie w latach 60. miał we Francji swe apogeum gwałtowny proces etykietyzacji wizerunku twórczości pisarzy katolickich. Wybierając elementy twórczości najsłabszych pisarzy, zaspokajających gusta najmniej wyrobionych czytelników, cechy ich mizernego warsztatu starano się przypisać wszystkim przedstawicielom szerokiego nurtu francuskiej powieści katolickiej. Dokładano starań, by w powszechnym mniemaniu nazwa całego zjawiska kojarzyła się z tendencyjnością i nabożną komercją, która z oczywistych względów nie jest w stanie sprostać wymogom kanonu literatury.

Etykietyzacja i stereotypizacja zwykle służą wykluczeniu. Tak było i w tym przypadku. José Cabanis w swej monografii z 1991 r. „Mauriac, le roman et Dieu" („Mauriac, powieść i Bóg") pisze o dokonanym wówczas arbitralnym i brutalnym wyrzuceniu literatury katolickiej poza zasięg czytelniczych radarów. W przypadku Malegue'a posługiwano się także rodzajem moralnego szantażu, przypominając, że w promowanie książek pisarza już po jego śmierci włączył się jeden z ministrów rządu Vichy. Być może właśnie dlatego gumka niewidzialnego cenzora działała wobec nazwiska epika z Owernii ze szczególną zaciętością. Pośrednio sięgała ona daleko poza obszar Francji. Do tej pory nie przetłumaczono na język polski nawet drobnych fragmentów jego prozy. Trudno się temu dziwić. Ostatni raz napisano o nim w polskiej prasie w 1938 r.

Pod prąd

Powodów nieobecności Malegue'a jest rzecz jasna dużo więcej. Skuteczność mechanizmów wykluczenia na pewno ułatwiała przedwczesna śmierć pisarza (zmarł w wieku 64 lat). Nie bez znaczenia był też fakt, że pomimo wydania trzech ciekawych zbiorów esejów i dwóch powieści w świadomości odbiorców zawsze był i chyba do dziś pozostał autorem jednej książki, wydanej zresztą z niemałym trudem.

Historia publikacji „Augustyna" zasługuje na osobną opowieść, na rodzinną sagę, wszak niemały udział w samym procesie twórczym, a wreszcie i w doprowadzeniu do druku miała niezwykła żona pisarza (pierwsza francuska kobieta zatrudniona w szpitalu na etacie lekarskim!). Jest także prawdą, że w przypadku drugiej powieści „Pierres Noires: Les Classes moyennes du Salut" („Czarne kamienie: klasa średnia zbawienia") – odczytanej z manuskryptu przez Yvonne Malegue i opublikowanej już po śmierci autora – nie jesteśmy pewni, czy mamy do czynienia z ostateczną wersją dzieła, czy raczej z jego pierwszą redakcją.

Prócz okoliczności zewnętrznych wobec samych tekstów artysty, ważną rolę grały jednak także ich właściwości wewnętrzne, ideowe. Przesłanie prozy Malegue'a w połowie ubiegłego stulecia było niewygodne nie tylko dla wojujących ateistów czy też kręgów indyferentnych religijnie, ale także dla coraz bardziej antytradycjonalistycznie usposobionych katolików. Istotą jego twórczości jest bowiem pochwała katolickich obyczajów i rytuałów oraz religijności opartej na głębokiej więzi zaufania. Przez całe życie pisarz konsekwentnie wchodził w spór z wpływowymi nurtami myślenia, które w jego czasach były synonimem postępowości, a dziś uważane są za intelektualną grzybnię wszystkich późniejszych wykwitów progresywnego chrześcijaństwa.

Polemika z katolickim modernizmem tworzy zasadniczą oś kompozycyjną „Augustyna". Bohater, choć wychowany w wierze i obyczajowości katolickiej, opuszczając rodzinną Owernię, pragnie skonfrontować swe religijne przekonania z poglądami modernistycznych egzegetów Ewangelii, podważających nadprzyrodzoność postaci Chrystusa. Oddajmy na chwilę głos samej powieści:

„Było piękne późne popołudnie listopadowe, jasne i zimne. Rzeka błyszczała, niosąc na swej gładkiej powierzchni bogactwo zimowych kolorów, w formie jakby łez i przecinków. Mali chłopcy bawili się, nie zwracając na nie uwagi. Smutny przechodzień przyglądał się ich beztroskim igraszkom. Szedł zmęczony i pełen zadumy, jak człowiek zagubiony w bardzo wielkim mieście. Wieczór pełen światła, nieludzkiego i zimnego, dzieci bawiące się w piasku, ogromny niepokój w duszy, taki obraz ta pora zostawiła mu w pamięci.

W zgiełku samochodów i tramwajów, w samym środku hałaśliwej dzielnicy handlowej, otwarty był mały kościół. Zgarbiony zakrystianin powłóczył nogami, w pantoflach, między wielkim stosem krzeseł i chrzcielnicą. Augustyn zobaczył, jak zapala świece z obojętnością wynikającą z długiej praktyki i starości.

Wszystko zdawało się powoli uspokajać. Opanował swój atak. Czyż nie znał tych wszystkich negacji i nie wiedział, że, po wielu próbach, zredukują się one do zaprzeczenia tego, co nadprzyrodzone? Tak jakby trudniej było chłonąć Ewangelię niż sprawy tego świata? Miał w zapasie, w skrócie, potężny zasób argumentów do wykorzystania w razie potrzeby. Podejmował te badania pełen całkowicie dobrej woli, właśnie po to, żeby osiągnąć większą precyzję w apologetyce, żeby wyrwać pazury tym bestiom. To nic złego.

Grupka ludzi złożona z księdza i kilku osób z niemowlęciem pojawiła się od strony zakrystii i chóru. Mężczyźni, zwykli mieszkańcy, może sklepikarze, mieli zrezygnowane miny, tak jak w trakcie jakichś formalności w merostwie. [...]

Gdzie indziej, wszędzie oczywistości się zgadzały, nie-oczywistości odpadały w sposób całkiem jasny i niemal automatyczny. Ale kto rządził na tym obszarze? Jaka nad-oczywistość wybierała oczywistości? Siły polemiczne, nieznane gdzie indziej, miały się zetrzeć walcząc, tak jakby miały czoło, w pocie czoła. A on pozostanie rozdarty – jak długo jeszcze, przez ile jeszcze dni? miesięcy? Kartezjańska teoria o znaczeniu woli odnośnie do tego, w co wierzymy oraz jej wszystkie dzisiejsze formy, nabierając mocy, do której nie przyzwyczaiły go teorie filozoficzne, rzucała mu się do gardła. Drżał w trakcie swoich »Zdrowaś Maryjo« i swoich Aktów wiary, pozornie spokojny" („Augustin", s. 245–248, tłum. Urszula Dąbska-Prokop).

Odnajdujemy w cytowanym fragmencie zarys dramatu, który – choć pozostaje na pozór na zewnątrz bohatera – niebawem stanie się jego dramatem wewnętrznym. Augustyn z goryczą obserwuje kostnienie i stopniowe obumieranie tradycyjnej pobożności, poszukując zaś dla swej słabnącej wiary nowych podniet, pozwoli się uwieść modernistycznej teologii, która zamiast ożywienia duchowego ofiaruje mu sceptycyzm, uniemożliwiający udział w praktykach religijnych. Całe jego dorosłe życie wypełni wysiłek pokonania skutków owego modernistycznego ukąszenia.

Dopiero po pewnym czasie bohater zaczyna np. rozumieć, że dekonstrukcja tradycji – jako ramy wyznaczającej drogi biblijnej egzegezy i rozumienia doktryny – nie ma uzasadnienia w jakiejś transcendentnej „nad-oczywistości", lecz jest próbą uzależnienia nauczania Kościoła od postoświeceniowego „ducha czasów". To przechyla szalę zmagań. Młody człowiek odkrywa, że głoszona przez modernistów „świeckość" ewangelicznego przesłania i „historyczność" katolickich dogmatów nie są wynikiem rozumowania, lecz jego ukrytym, apriorycznym założeniem. Intelektualne zwycięstwo nie oznacza jednak, że Augustyn odzyskuje utraconą wiarę. Ta rządzi się w świecie utworu swymi własnymi prawami.

Rozum i świętość

Wczytując się w opowieść Malegue'a, dowiadujemy się bowiem, że w mozolnej drodze jej bohatera do wiary największą rolę odegrają nie wzory myślenia, lecz wzory bycia. „Augustin" jest w jednej ze swych warstw powieścią idei, trzeba jednak pamiętać, że idee są w niej częścią egzystencji bohaterów, ich krwią, czymś, co porusza i prowadzi ich życie. Egzystencjalny ciężar książki ma zresztą swe dodatkowe źródło w jej podglebiu autobiograficznym. Przestrzenie, które się w niej pojawiają, pisarz znał z autopsji. Barwne i niezwykle sugestywne pejzaże Owernii, jakie odnajdujemy na kartach utworu, to pejzaże dzieciństwa jej autora. Dzielnicę Łacińską pisarz poznał podczas studiów w Paryżu. W sanatorium, w którym osadził scenę śmierci swego bohatera, sam leczył się z przewlekłego zapalenia płuc.

Paraleli jest więcej. Jean Lebrec zauważa w swej książce, że środowisko rodzinne Augustyna w dużej mierze przypomina to, w jakim wyrastał Malegue – chorowity syn zamożnego, oziębłego religijnie notariusza, dużo starszego od swej nie tylko pięknej, ale i głęboko wierzącej żony. Zaznaczając, że – w przeciwieństwie do swego bohatera – pisarz nigdy nie utracił wiary, Lebrec podkreśla zarazem, iż ciekawie i głęboko zarysowana w powieści koncepcja kobiety jako akuszerki wiary ma swe źródło w doświadczeniach pisarza, którego życie w istotny sposób naznacza egzystencjalne spotkanie z głęboko wierzącymi katoliczkami.

Wróćmy zatem do ideowego profilu utworu: balsamem dla duszy bohatera, wyjałowionej przez roszczenia krytycznego rozumu i udręczonej wewnętrznym rozdarciem, okazuje się coś, co można nazwać świadectwem życia. Właśnie ono pozwoli mu z jednej strony nieco inaczej niż wcześniej spojrzeć na obszar tradycyjnej pobożności, z drugiej zaś – umożliwi przezwyciężenie bałwochwalczego stosunku do modnych sposobów myślenia. Bohater stopniowo odzyskuje wewnętrzny spokój i godzi się ze sobą, światem oraz Bogiem nie z powodu zdolności do sceptycyzmu wobec własnego sceptycyzmu, ale dlatego, że staje się otwarty na przesłanie płynące z życia, którego istotą jest zaufanie Bogu i troska o najsłabszych.

Wydaje się znamienne, że taki rodzaj egzystencjalnego świadectwa świętości składają w świecie utworu niemal wyłącznie kobiety. Jak mało kto w europejskiej prozie, pisarz chwyta istotę owego tajemniczego „geniuszu kobiety", o którym w liście „Mulieris dignitatem" pisał Jan Paweł II: „[...] nasze czasy oczekują na objawienie się owego »geniuszu« kobiety, który zabezpieczy wrażliwość na człowieka w każdej sytuacji: dlatego, że jest człowiekiem! I dlatego, że »największa jest miłość« (1 Kor 13,13)".

Augustyn naprawdę zwycięża dopiero w chwili, gdy całym sobą odkrywa nowy wymiar bycia – ponad sprzecznościami. Gdy nie tylko swym rozumem, ale także każdym drżeniem swego schorowanego ciała odkrywa, że najistotniejszym horyzontem działania zarówno umysłu, jak i ciała jest świętość – rozumiana jako ofiarowanie się Drugiemu. Kto wie, czy powieść Malegue'a nie przeżywa dziś we Francji swej drugiej młodości właśnie dlatego, że czytelnicy odnajdują w niej jakiś daleki refleks swoich własnych bólów, zmagań i nigdy niewypowiedzianych tęsknot? A może na jej kartach jesteśmy w stanie raz po raz odnaleźć fragmenty także naszych, polskich, duchowych biografii? Może ten francuski epos jest adresowany także do nas i potrafi wiele nam powiedzieć o nas samych – o polskich katolikach początku XXI wieku?

A gdyby tak pomarzyć przez chwilę i wyobrazić sobie, że mógłby się stać stymulatorem rodzimej prozy, która od wielu lat, jakby kierowana jakimś rodzajem zabobonnego lęku, szerokim łukiem omija obszar katolickiej duchowości? Zejdźmy jednak na ziemię: najpierw musi znaleźć wydawcę. Znajdzie? Pytanie jest ważne, bo tłumaczenie całości pióra prof. dr hab. Urszuli Dąbskiej-Prokop jest już gotowe.

Autor jest poetą, krytykiem, historykiem literatury. W 2008 r. objął stanowisko profesora nadzwyczajnego w Katedrze Literatury Współczesnej UKSW. W latach 2009–2012 był dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej Wydziału Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE