Plus Minus

Niewygodne pytania o puste kościoły

Fotorzepa, Waldemar Kompala
Po tym, gdy kilka dni temu Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego opublikował dane dotyczące spadku liczby wiernych biorących udział w niedzielnych mszach świętych, mogliśmy usłyszeć dość banalne diagnozy.

Strona – nazwijmy ją – liberalno-lewicowa natychmiast ogłosiła, że to wina konserwatystów – zarówno duchownych, jak i świeckich. W myśl tej interpretacji winny jest o. Tadeusz Rydzyk oraz PiS, który wykorzystuje instrumentalnie Kościół do swych niecnych celów, ze stratą dla Kościoła. Wątpię jednak, czy gdyby Kościół w Polsce związał się mocniej z opozycją, wpłynęłoby to na zwiększenie udziału Polaków w praktykach religijnych.

Z kolei wielu przedstawicieli strony prawej winnymi spadkowi liczby wiernych, którzy chodzą w niedzielę na msze święte, ogłosiło ideologię lewicową i ataki na Kościół, a także... nauczanie papieża Franciszka, który ma doprowadzać wiernych do konfuzji. I to do tego stopnia, że porzucają Kościół. Tyle tylko, że jak na razie papież nie zmienił fundamentów nauczania Kościoła, a jeśli już porusza sprawy dotyczące życia zwykłych ludzi – np. kwestię dopuszczania do sakramentów rozwodników – to raczej przysparza mu to popularności wśród tych, którzy mogą do kościołów przestać chodzić, czując się wykluczeni ze wspólnoty, a nie sprawia, że przykładny katolik w proteście przestaje uczęszczać na msze.

To oczywiście dość typowe, że każda ze stron sporu usiłuje wykorzystać statystyki do załatwiania własnych interesów i toczenia wojenek. Znowu zabrakło prawdziwej refleksji. Jeśli ktoś stwierdzi, że za zmniejszającą się frekwencję w niedzielnych mszach odpowiadają „oni", od razu czuje się zwolniony z odpowiedzialności. Tymczasem wydaje mi się, że każdy, komu na sercu leży dobro Kościoła, powinien refleksję zacząć od siebie. Czy ja nie zrobiłem czasem czegoś, co innych odstręczyło od Kościoła? Czy właśnie nie używałem go jako narzędzia w swoich sprawach?

Warto refleksję zacząć od tego, że dane są rzeczywiście niepokojące. W 1982 r. na msze chodziło 56 proc. katolików (pytanie, dla ilu była to głównie manifestacja polityczna w czasie nocy stanu wojennego). Dziś to 36,7 proc. Ale największe wrażenie robią mapy diecezjalne. W Łódzkiem, Szczecińskiem czy Koszalińskiem do kościołów chodzi mniej niż co czwarty katolik. Z kolei trzy diecezje południowo-wschodnie – tarnowska, rzeszowska oraz przemyska – zdecydowanie zawyżają średnią (w tej pierwszej na msze chodzi ponad dwie trzecie katolików). Gdyby nie one, średnia ogólnopolska byłaby znacznie niższa.

Eksperci już od dłuższego czasu zauważają, że kryzys religijności skorelowany jest z kryzysem rodziny. Ponieważ wiarę przekazuje się w rodzinach, ich rozbicie uderza również w religijność. Wiemy zaś dobrze, że problemy rodzin są coraz większe. Z pewnością też duża część kultury masowej promuje wzorce dalekie od ideałów chrześcijańskiego życia. Pytanie jednak, czy Kościół – zarówno hierarchiczny, jak i świeccy – szuka na to recepty. Czy ewangelizacja nadąża za zmieniającym się światem? Nie, nie chodzi mi o naginanie nauczania Kościoła do współczesności, ale o mówienie językiem zrozumiałym dla współczesnych, odpowiadanie na ich problemy.

Przecież te dane to jeden wielki akt oskarżenia wobec katechizacji w szkołach, która najwyraźniej okazuje się zupełnie nieskuteczna i nie jest w stanie zatrzymać młodych w kościołach. Jakie pomysły mają biskupi na to, by ludzie chcieli chodzić na msze? Jakie pomysły mają proboszczowie, by zatrzymać wiernych w parafiach? A czy ci wierni, którzy nie opuszczają w niedzielę mszy świętej, mają pewność, że zrobili wszystko, by ich kościół parafialny nie pustoszał? Jeśli ktoś ma całkiem czyste sumienie, niech pierwszy rzuci kamieniem.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL