Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Polska sztuka czasu transformacji

Joanna Mytkowska dyrektor Centrum Sztuki Nowoczesnej: w matni?
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Współczesna polska sztuka zamieniła się w sieć interesów. Uformowały się „rodziny”, grupy wzajemnego wsparcia wykluczajšce kogokolwiek z zewnštrz. Niezależnych krytyków wyeliminowano – byli niebezpieczni, bo mogli chlapnšć coœ nie w smak decydentom. Ich rolę przejęli kuratorzy. Chętnie wypowiadajš się w mediach. Mieszajš z błotem, dezawuujš. Przywalajš każdemu, kto mógłby być konkurencjš.

Chcesz mieć dzieło sztuki, ale nie stać cię na zakup? Zrób sobie sam/a!

Rozejrzyj się dookoła. Wybierz coœ, co jak najmniej kojarzy ci się ze sztukš. Nie zrażaj się, że coœ podobnego widziałe/aœ na œmietniku. WeŸ cokolwiek – plastikowy pojemnik napełniony mocno (i brzydko) woniejšcš maziš; oprawiony w ramki niedojedzony plasterek dowolnego produktu jadalnego; nakręcony komórkš filmik z załatwiania intymnych potrzeb; kapotę (czy inny element) menela, uzyskanš w drodze wymiany na nowš rzecz; kanarka w klatce, psa w budzie, kota w worku.

Żeby coœ, co sztukš nie jest, przeobraziło się w niš, wystarczy poprosić kuratora – niech namaœci to egzegezš. Poddana krytycznej analizie kupa błocka okaże się pełna wysublimowanych znaczeń.

Krok pierwszy: obsikiwanie terenu

Pole leżało odłogiem, niczyje. Dziki teren z żyłami złota, których istnienia nikt nie podejrzewał. A nawet jeœli, to brakowało urzšdzeń, żeby się do nich dobrać. Mówię o zasobach w postaci sztuki. O wydobyciu ich i wprowadzeniu w rynkowy obieg.

Transformacja 1989 wymagała nowych ludzi na dyrektorskich stołkach. Nowych, znaczyło „nieumoczonych" i lepiej zorientowanych w realiach art worldu niż poprzedni szefowie. Również krytyka wymagała odœwieżenia, na podobnych zasadach.

Pierwsze wydarzenia wprawiały wszystkich w euforię. Rok 1990, Ministerstwo Kultury i Sztuki, pani minister Izabella Cywińska namaszcza dwoje takich nowych – Wojciech Krukowski obejmuje ster CSW Zamek Ujazdowski; Barbara Majewska dostaje Zachętę. Wkrótce potem Anda Rottenberg zostaje kuratorkš Galerii Domu Artysty Plastyka, będšc jednoczeœnie dyrektorkš Departamentu Sztuki w MKiS. W 1993 roku Rottenberg zakończyła pracę w DAP, by przez kolejnych osiem lat szefować najważniejszej polskiej instytucji artystycznej – Zachęcie. Dalsze zmiany w co ważniejszych polskich galeriach wynikały z wyżej wymienionych i/lub były efektem postsolidarnoœciowych wyborów.

Do połowy lat 90. w polskiej sztuce hulało. Artyœci chcieli wykrzyczeć wolnoœć. Romantycy! Nie bali się żadnej formy ani tematyki. Ryzykowali i brali społeczne odium na klatę. Nie byli nastawieni merkantylnie, nie planowali karier. Ba, plasowali się w opozycji do aukcyjnych tuzów (bo zaczęły się pierwsze licytacje i wyłonili się zwycięzcy). Twórcy z ochotš przekazywali prace na liczne aukcje charytatywne, gdzie młotek szedł w ruch przy sumie wywoławczej 100 zł. Nawet właœciciele prywatnych galerii wcišż zachowywali się bardziej jak entuzjaœci amatorzy niż twardzi marszandzi nastawieni na zysk.

W drugiej połowie lat 90. klimat się zmienił. Zaczęły się zarysowywać frakcje, trakcje, akcje. I pojawili się pierwsi poszukiwacze złota. Aroganccy, bezwzględni, młodzi. Chcieli zgarnšć co najlepsze, nade wszystko zaœ objšć rzšd dusz.

To oni utworzyli zaczyn instytucjonalno-komercyjnej sieci, przez którš nikt niepożšdany (czytaj: niezależny i samodzielny) się nie przeciœnie.

Etap drugi: skręcanie sieci

Liderzy tego układu weszli w polskie ciało kulturalne jak w masło. Nie groziła im ani konkurencja, ani mechanizmy kontrolne. Ruszyli pokoleniowš ławš – „młodzi wilcy". Zastosowali nieznanš w PRL technikę: przykopywanie, skopywanie, dokopywanie. Oprócz agresji ich głównym atutem był wiek.

Najszybciej sytuację rozpoznały dwie formacje: Fundacja Galerii Foksal i Raster. Ci pierwsi (Joanna Mytkowska, Andrzej Przywara, Adam Szymczyk) wykorzystali znanš w œwiecie nazwę Galeria Foksal (pierwsza awangardowa galeria warszawska, istniejšca od 1966 roku, niezależna od polityki kulturalnej PRL, gdzie wystawiały międzynarodowe sławy) oraz jej kontakty. Manewr, który zapewnił im łatwy start oraz ksywkę Foxy (lub po prostu Lisy).

W przeciwieństwie do milkliwych Foxów Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński, czyli Raster, robili dużo hałasu. Zaczęli od wydawania magazynu literacko-artystycznego, który w 2000 roku przeobraził się w „Internetowy Tygodnik Szybkiego Reagowania", byli obecni w kilku innych periodykach, przez pewien czas prowadzili telewizyjnego „Pegaza" (był taki program w Jedynce), tworzyli galerię, wydawali płyty. No i lansowali młodych zdolnych.

Trzeba przyznać – mieli nosa. I byli zabawni. Szybko stali się pupilami warszawki, skupiajšc œrodowisko dwudziestokilkulatków (temu służyła kultowa Œwietlica). Skonsolidowali grupę fanów gotowych dać się za nich posiekać. W przyszłoœci miało się to okazać bezcenne.

Dowcipnie parafrazowali oficjalne nazewnictwo, wyrażajšc jednoczeœnie swój stosunek do znanych instytucji, typów, zjawisk. I tak Zachętę przechrzcili na Zniechętę, Zamek Ujazdowski na ZUJ, Dom Artysty Plastyka na DUPĘ; beztalent – to polski artysta.

Jako outsiderzy wtedy jeszcze wyrażali słusznš społecznš troskę: „Wystawy arte polo organizujš niektóre państwowe muzea i galerie za pienišdze podatników". Hi, hi, hi... Skšd znamy ten argument?

W czasie gdy kształtowała się sieć, byłam krytykiem w „Rzeczpospolitej". Na kulturę przeznaczano sporo miejsca. Dużo jeŸdziłam po kraju; zaglšdałam w miejsca, w których, jak niosła fama, działo się coœ interesujšcego. Donosiłam o tym czytelnikom, mówiłam w radiu, w telewizji. Z perspektywy czasu widać, że miałam podobne wybory jak Raster czy FGF. Pierwsza pisałam (z aplauzem) na łamach ogólnopolskiego dziennika m.in. o Dominiku Lejmanie, Robercie Kuœmirowskim, Mariuszu Tarkawianie, Janku Simonie, Oskarze Dawickim, Azorro, duecie Twożywo, Monice Sosnowskiej, Zbyszku Rogalskim, Magdzie Moskwie, Bognie Burskiej, Annie Baumgart, Basi Bańdzie i wielu innych.

Broniłam do upadłego Kozyry, Górnej, Julity Wójcik, Althamera, Żmijewskiego. Atakowałam uznane wielkoœci, jeœli dostrzegałam miałkoœć ich prac (Siudmak, Olbiński, Mitoraj, Kawiak).

Ale... działałam w pojedynkę. Do tego bezinteresownie.

Runda trzecia: kompromitacja jako argument

Tymczasem młodzi ruszyli kupš, a kupa daje oparcie. Paradoksalnie, z pomocš przyszło im kilka spektakularnych afer z poczštku pierwszej dekady XXI wieku.

Pamiętacie? Pewnie, przecież te skandale weszły do „kanonu buraka". Szarża szablš na „Nazistów" Uklańskiego; uwalnianie figury Jana Pawła II (praca Cattelana) spod ciężaru meteorytu; proces w sprawie „Pasji" Doroty Nieznalskiej, awantura o pieska (Piotra Kurki) i kilka pomniejszych spraw. Wszystko groteskowe, jakby wyjęte z „Ubu Króla".

Wkrótce okazało się, że szum medialny wokół artystycznych wydarzeń miał nieocenionš wartoœć marketingowš i nie tylko nie zaszkodził, lecz nawet promował ich bohaterów.

Efekty? Skończyły się publiczne dyskusje o sztukach wizualnych. Wymiotło malkontentów, niedowiarków, pyskaczy z prasy, z mediów w ogóle. Coraz mniej osób oœmiela się zabierać głos w sprawie twórczoœci plastycznej, obawiajšc się obciachu.

Jednoczeœnie sztukę odpuœciła sobie niedoszła klasa œrednia, wraz z postępujšcš pauperyzacjš coraz bardziej indyferentna wobec wszystkiego, co nie dawało chleba i nie udawało igrzysk. Właœnie owa obojętnoœć ze strony większoœci społeczeństwa pozwoliła nowej grupie artystycznych decydentów na coraz większš brawurę.

Etap czwarty: scalanie układu

W 1998 roku niejaki Piotr Œmigłowicz (pisarz, osoba spoza plastycznego œrodowiska) na zamówienie Rastra rozpracował „Układ scalony sztuki".

Czytamy we wstępie: „W Polsce wszystko funkcjonuje na zasadzie układów. Jednym z nich jest układ scalony sztuki. Scalony, bowiem z uwagi na niski poziom kulturowy naszego kraju i znikomš liczbę osób zajmujšcych się dobrš sztukš, wszyscy ci ludzie – artyœci, kuratorzy, dyrektorzy, krytycy – znajš się nawzajem. Układ scalony służy ekonomizowaniu życia artystycznego w Polsce [...]. Każda sieć składa się przynajmniej z kilku oœrodków, tak aby żaden z nich nie musiał ponosić pełnej odpowiedzialnoœci za to, co pokazuje, i jednoczeœnie aby to, co pokazuje, łatwo było – za pomocš zgodnych opinii wszystkich oœrodków w sieci – uznać za wybitnš sztukę".

Wszystko aktualne. Układ scalony nadal hula. Ale zmiana jest zasadnicza: ten dawny, z lat 90., miał charakter towarzyski. Łšczami były upodobania, wybory artystyczne, wspólne imprezowanie, czasem dyskusje. Wiek nie stanowił najistotniejszego wyróżnika.

Teraz układ zamienił się w sieć interesów. Dawni outsiderzy odgrywajš rolę głównych strategów oraz beneficjentów. Ważna stała się przynależnoœć pokoleniowa: między trzydziestkš a czterdziestkš.

Do starych wyjadaczy dołšczyła młoda kadra kuratorsko-krytyczna. Rekrutujš się spoœród absolwentów historii sztuki, kulturoznawstwa, wydziału kuratorskiego. Jest ich o wiele za dużo, żeby znaleŸli zatrudnienie, bez względu na umiejętnoœci czy wiedzę.

Sš œwiadomi, że tylko łokcie, zęby i brak skrupułów zagwarantujš im sukces, ba! przeżycie. Przy ich agresji dawny Raster to poczciwcy. Aspiranci do mainstreamu przywalajš każdemu, kto mógłby być konkurencjš. Mieszajš z błotem, dezawuujš. Jeœli nie kopiš, to milczš. A cisza... ucisza głos majšcych odrębne zdanie.

Etap pišty: crossing interesów

Z czasem do układu scalonego doszlusowały małe prywatne galerie i fundacje. Obecnie – wyłšcznie warszawskie. Niektóre nieznane ogółowi, poukrywane gdzieœ w oficynach i na piętrach zwykłych kamienic, anonsowane niedostrzegalnš tabliczkš. Serwujš dania przyrzšdzone według jedynie słusznej receptury (o tym będzie poniżej). Czasem to dziury, gdzie poza wernisażami nie zaglšda pies z kulawš... Ale współczesny artystyczny biznes nie potrzebuje widzów.

W Warszawie tych miejsc jest niewiele ponad 20. Żałoœnie mało w porównaniu z Berlinem, gdzie funkcjonuje około 600 prywatnych galerii z bardzo zróżnicowanš ofertš.

Skromnoœć liczebna stołecznych galerii tylko wzmacnia pozycję szefów układu. Tylko oni oraz ich podopieczni majš zapewniony byt, lans i zbyt. Tylko oni sš obecni w mediach. Z ich polecenia/nadania dokonywane sš zakupy do kolekcji prywatnych i publicznych.

Jest jeszcze instytucja naganiaczy – speców od art consultingu. Tandem Piotr Bazylko/Krzysztof Masiewicz zaprzyjaŸnił się ze sztukš podczas krótkiego rynkowego boomu (œrodek ubiegłej dekady). Wiedzę zdobywali przede wszystkim w Rastrze, FGF i Czarnej (nieistniejšca galeria powišzana z Rastrem). Ci œwieżo upieczeni fachowcy zainstalowali internetowy periodyk ArtBazaar, a także opublikowali dzieło „Przewodnik kolekcjonera sztuki najnowszej". Zaczęli doradzać klientom zakupy takie, jakie trzeba, i tam, gdzie trzeba – no, chyba nie muszę mówić gdzie?

Pozostałe nieliczne, nienależšce (nieprzyjęte?) do układu galerie komercyjne z ambitnym programem robiš bokami. Broniš się tylko salony z ofertš typu „cóœ pięknego i niedrogo". Bo ogółowi społeczeństwa podoba się sztuka łatwa, miła i przyjemna. Ostatnie ćwierćwiecze, kiedy zabrakło edukacji plastycznej, tylko wzmocniło ogólnoludzkš skłonnoœć do dekoracyjnego kiczu.

I tak oto mamy dwie strony współczesnej sztuki polskiej: przymilna tandeta lub brzydactwa z intelektualnym backgroundem.

Wyœcig na margines

Co widać w naszych co ważniejszych publicznych galeriach i kilku „prestiżowych" prywatnych? Zostały szturmem wzięte przez postkonceptualizm i działania społeczne. Instytucjom i grantodawcom można wcisnšć wszystko, byle zaszyfrowane „słusznym" hasłem. Feminizm, gender, ekologia, prospołecznoœć. Majstrujšc chwytliwym hasłem wytrychem, łatwo dobrać się do stypendiów, dotacji unijnych, współfinansowania. Ryzyko żadne: nie chodzi o wiecznotrwałe dzieła, ale o zjawiska ze swej natury ulotne, przemijajšce, efemeryczne.

Ten typ niesprzedażnych, rebelianckich działań i postaw znamy od mniej więcej stulecia. Ale dawni outsiderzy i buntownicy z założenia stawali w opozycji wobec establishmentu. Nie zamierzali wprowadzać w rynkowy obieg swych gestów, akcji, prowokacji. Chcieli coœ uœwiadomić społeczeństwu (np. absurd wojny), poruszyć (sumienie), obnażyć (hipokryzję).

Naiwni! Nie przewidzieli, że spieniężyć można wszystko – pustš, wymalowanš na biało galerię, smugę dymu na niebie, tekst pisany podczas ulewy i natychmiast rozmywany, fingowanš sprzeczkę, latanie na nagusa w tłumie, sen (w obecnoœci widowni), sam pomysł na sen... Dziœ już wiadomo, że nie ma takiej rury, z której nie można wycisnšć dzieła.

Teraz obserwujemy karuzelę frików i trików. Pilnie poszukiwani sš wykluczeni i marginalizowani – od pensjonariuszy domu starców poczynajšc, przez więŸniów, chorych na MS, niepełnosprawnych intelektualnie, po niewidomych. Przede wszystkim – nieœwiadomych, że resocjalizacyjne zajęcia z „panem/paniš od plastyki" sš salonowym artystycznym eksperymentem. Nie muszę chyba dodawać, że zainteresowanie osobnikami z marginesu nie ma nic wspólnego z empatiš. To chwyt, na który nabierajš się instytucje budżetowe i media.

Z działaniami terapeutycznymi, resocjalizujšcymi i edukacyjnymi zawłaszczonymi przez art world idš w parze ready-mades. W tym zakresie mamy prawdziwš galopadę pomysłów. To ktoœ sięga po produkty jadalne (kruche ciasteczka z dziurkš, zgodnie ze swš naturš – pokruszone; galaretkę konsumowanš przez zgraję mrówek; opłatki nadżarte przez mysz; aspirynę rozpuszczanš w wodzie). Na fali sš żywe zwierzęta – były już grane muszki meszki, kot, koza i papużki faliste. Wcišż w cenie sš manifestacje z gatunku minimal: folia remontowa położona na podłodze, wygaszony neon, monochromatycznie zabarwiony ekran iPhone'a. Wszystko da się uwznioœlić, byle kuratorowi dopisała wena.

Z bytami artystycznymi tak subtelnymi, że wymagajšcymi wielostronicowych epistoł, kontrastujš obiekty mocne jak cios w nos. Czasem dosłownie – jak plastikowy sagan wypełniony sosem czosnkowym czy zdezelowane, poobijane wózki bezdomnych, zdobyte w drodze wymiany na wózki nowe. Do tego należy dodać celowo nieudolne, badziewne komórkowe focie oraz filmiki o niczym. Najnowsze technologie także mogš służyć jako manifestacja powrotu do jaskini. Gdzieœ w tle modnych galerii snujš się prace z „warsztatem" (malarstwo, fotografia, obiekty rzeŸbopodobne), bo takowe jednak łatwiej sprzedać.

Polka monopolka

Nasza ćwierćwiekowa wolnoœć nie przyniosła twórcom wiele dobrego. Urynkowienie okazało się dla nich zgubne – bo biedniejšce społeczeństwo przede wszystkim zrezygnowało z potrzeb wyższego rzędu. Żeby zupełnie nie zdechła sztuka wymagajšca od odbiorcy rozeznania i intelektualnej aktywnoœci, trzeba było wygenerować pozarynkowe mechanizmy.

Na sukces załapali się nieliczni. Najwyższe pozycje zajęli dawni outsiderzy z nurtu krytycznego oraz postkonceptualni minimaliœci. Poprzebierano w malarzach jak w ulęgałkach i ostatecznie wpuszczono na Parnas trzech z byłej Gruppy, kilku z Luxusa (szablony) plus nowych postsurrealistów, którzy rzekomo już się zmęczyli – rzeczywistoœciš. Wybrano sobie nestorów: Edward Krasiński, Alina Szapocznikow, Oskar Hansen. Rocznicowo przypomniany został Henryk Tomaszewski. Niedawno dorzucono Mirona Białoszewskiego (tak, tak, jako reprezentanta sztuk wizualnych) i Ernę Rosenstein. Z żyjšcych za starego, dobrego guru uchodzi Edward Dwurnik. Orszak nobilitowanych fotografów otwierajš Zofia Kulik i Józef Robakowski, zamyka Zbigniew Libera. I wystarczy.

Dlaczego tak małe grono dostšpiło wyróżnienia? Nie podważajšc rangi ich dokonań (każdego wysoko cenię!), powiedzmy otwarcie: ich dorobek lub schedę po nich wprowadzono do układu. A to oznacza promocję u nas i za granicš.

Pozostali artyœci tonš. Wielu zawiesiło się na jakimœ raz sprzedanym, powielanym w setkach wariantów pomyœle. Tysišce popadły w biedę, choroby, depresję. Jest jeszcze spora grupa niepokornych, utalentowanych i wystawiajšcych gdzie tylko się da – co i tak nic nie da, bo działajš w próżni. Poza krewnymi i znajomymi, którzy przyjdš na wernisaż, nikt się o nich i ich pracach nie zajšknie.

W rezultacie mnóstwo zdolnych twórców przepadło. Nikt się nimi nie interesuje. Jakby umarli. A oni żyjš, pracujš, eksperymentujš – tylko nie majš gdzie się zaprezentować. Choćby byli najgenialniejsi, jeœli nie należš do mainstreamu, nie majš szans na karierę. Bo nie ma niezależnej krytyki.

Coming out kuratorów

Ostatnia dekada to dyktatura tych, których długo nie było widać na wizualnej scenie. Działali w drugim szeregu, niemal niewidoczni zza pleców artystów; jeœli znani, to głównie œrodowiskowo.

Pierwszš u nas wielkš manifestacjš kuratorskiej kreacyjnoœci była prezentacja „Polaków portret własny" (1979). Nazwisko jej autora Marka Rostworowskiego stało się powszechnie znane. W latach 80. i na poczštku 90. mistrzem od pokazów scenariuszowych okazał się Janusz Bogucki.

Co to takiego – wystawy zwane tematycznymi, scenariuszowymi bšdŸ po prostu kuratorskimi?

W 1998 roku w „Słowniczku artystycznym Rastra" wœród wielu złoœliwych quasi-definicji znalazła się taka: „AMBIT – najbardziej ambitny typ wystawy zbiorowej, tzw. ťwystawa problemowaŤ, czyli starannie wymyœlona przez kuratora. Zaproszeni artyœci lub konkretne, wyselekcjonowane przez kuratora dzieła majš ilustrować postawione przez niego tezy, odnieœć się do nich albo też charakteryzować wskazane zjawisko [...]. Z kreatywnoœciš nie jest najlepiej, ale dotyczy to w równej mierze kuratorów, którzy jako tematy wystawy często wymyœlajš tak ogólne hasła (czy wręcz slogany), że nie mogš one stanowić jakiegokolwiek wyzwania intelektualnego dla artystów".

Minęło kilkanaœcie lat. Teraz to oni, kuratorzy, decydujš o kształcie sztuki (nie tylko ekspozycji!); ich arbitralne decyzje wynoszš lub usuwajš w cień czyjœ dorobek; oni zastšpili krytykę artystycznš. Ba! Stali się ważniejsi niż artyœci.

W wywiadzie dołšczonym do „Kompasu Młodej Sztuki 2014" (dodatek do „Rzeczpospolitej") Katarzyna Stanny, artystka, wyznaje: „O tym, czy dany eksponat jest dziełem sztuki czy nie, decyduje przede wszystkim miejsce jego prezentacji, a także kurator wystawy. Galeria albo muzeum nadaje kontekst obiektowi, a interpretacje takich zjawisk sš wielowymiarowe".

Przedstawicielka sztuk wizualnych, do tego pedagog stołecznej ASP, mówi otwartym tekstem o niebezpiecznym relatywizmie. O naginaniu. Bo skoro dzieło samo w siebie nic nie znaczy, a dopiero kontekst nadaje mu sens – to znaczy, że artyœci nie tworzš z potrzeby własnej czy w wyniku przemyœleń, lecz „pod kuratora" lub „na zadany temat". I obojętne, czy powstaje rzecz wybitna, oryginalna, wartoœciowa czy też coœ banalnego, wtórnego, bezmyœlnego – bo i tak nie ma żadnych uniwersalnych kryteriów ani obiektywnej oceny.

Rezultaty tej manipulacji sš widoczne gołym okiem. W galeriach zrobiło się monotonnie. Niemal wszędzie królujš wystawy kuratorskie – czy za galerię robiš dwa pokoiki w bloku na piętrze czy publiczne centra.

Bywajš œwietne – ale te wyjštkowe sš kosztowne i wymagajš długich przygotowań. Gdzie kasy i czasu brak, pojawia się quasi-sztuka, ready-mades i obiekty zastępcze. Do kuratora należy sprytnie nagišć to coœ do stosownej tezy.

Odbiorcy coraz częœciej czujš się mamieni, kołowani, poniżeni – ale milczš, bo niby gdzie majš się wypowiedzieć? A że tracš ochotę na odwiedzanie galerii? Bez znaczenia, przecież te przybytki nie utrzymujš się z biletów ani ze sprzedaży sztuki.

Im więcej inteligencji, tym więcej głupoty

Po moim niedawnym wykładzie w toruńskim CSW napisała do mnie jego słuchaczka: „[...] gdy szukałam informacji o artystach albo czytałam teksty, kuratorskie – ogarniało mnie przerażenie. To, co pisali kuratorzy w tekstach dotyczšcych różnych wystaw poniewierało mnš, wzmacniało kompleksy i utwierdzało w przekonaniu, że ťprogi sš za wysokie na moje nogiŤ".

Nieznoœnie pretensjonalne i nudne teksty, zamieszczone w katalogach czy na planszach wystawowych, istniejš same dla siebie. Właœciwie – stały się ważniejsze niż to, co widać. Im bardziej znikoma zawartoœć sztuki w sztuce, tym bardziej rozbuchane dywagacje. Ich autorom często zbywa na umiejętnoœci formułowania myœli, językiem ojczystym posługujš się jak łopatš, za to chętnie dokonujš karkołomnych porównań, powołujšc się na znane w humanistyce nazwiska. Bełkot, który nietrudno obœmiać, obnażajšc tautologie, antynomie, logiczne sprzecznoœci i inne błędy poprzetykane zapożyczeniami z angielskiego. Jak wiadomo, soc-nowomowa była pożywkš dla kabaretu. Gdyby Kolega Kierownik (Jacek Fedorowicz) z „60 minut na godzinę" miał następcę, mógłby czerpać inspirację z tekstów kuratorskich. Ale takiego kabaretu nie ma. A ci, którzy nie majš żadnych skrupułów w oœmieszaniu innych (obciachem już jest dojrzały wiek), tracš poczucie humoru, gdy tylko ktoœ chce się odwinšć i odpłacić pięknym za nadobne.

Konsekwencje nadpłodnoœci teoretycznej były nieoczekiwane: kuratorzy zaczęli występować w roli krytyków. Pierwsze sygnały nie wydawały się groŸne, choć tršciły brakiem etyki zawodowej.

Przez 15 lat mojej pracy w „Rzeczpospolitej" obowišzywała żelazna zasada – krytyk nie może być podejrzany o osobiste korzyœci czerpane przy okazji popularyzowania jakiejœ osoby (wystawy, zjawiska itp.). Naganne nawet było napisanie wstępu do katalogu wystawy, którš potem omawiało się (choćby w innej formie) na łamach gazety. Połšczenie funkcji kuratora i krytyka wydawało się nie do przyjęcia (o ile wiem, „Rzeczpospolita" nadal obstaje przy tej regule).

Novum pojawiło się w pierwszych latach XXI wieku. Dwaj kuratorzy CSW Zamek Ujazdowski zaczęli regularnie publikować w dzienniku i innych czasopismach. Nie w tym rzecz, czy byli/sš literacko zdolni oraz oblatani w temacie. Zrobili wyłom w „kodeksie krytycznej moralnoœci".

Po nich ruszyła sfora młodszych, dla których jakiekolwiek uczciwe zasady gry nie miały znaczenia. I poszło!!! Dziœ kurator już nie jest tylko pomysłodawcš pokazów, interpretatorem dzieł, egzegetš twórczych poszukiwań. Mianowano go artystš! A ekspozycje ze scenariuszami uznano za osobny gatunek sztuki. To jakby cofnšć się do œredniowiecza – wówczas status malarza czy rzeŸbiarza zrównany był z pozycjš rzemieœlnika. Jedni i drudzy pozostali na wieki bezimienni.

Grupy wzajemnego wsparcia

Konsekwencjš obecnych manewrów na scenie sztuki może być powrót do... anonimowych autorów, podczas gdy jedynym kreatorem będzie kurator. O krytykach nie ma co mówić – w tym rozdaniu nie grajš.

„Pożegnanie z krytykš". Tak Mieczysław Porębski, mój intelektualno-moralny idol (jestem z pokolenia, które takowych miewało), zatytułował ksišżkę-esej sprzed prawie pół wieku (1966, wznowienie – 1982). Było to w czasach, gdy krytyka trzymała się mocno, a status społeczny przedstawicieli tej profesji plasował się znacznie wyżej niż zwykłego dziennikarza.

Tymczasem w ostatnich kilku latach niezawisła krytyka zniknęła z mediów. Tak, to efekt uboczny urynkowienia: ten towar nie ma brania. Nikt nie chce czytać/słuchać o czymœ, czego nie rozumie, a wstydzi się do tego przyznać. To się wišże z manipulacjami, o których już była mowa.

Sš też inne powody: krytyków zastšpili szeregowi dziennikarze, którzy po prostu kopiujš/wklejajš notki z PR-owskich zapowiedzi. W efekcie odbiorca dostaje niestrawnš promocyjnš papkę. Z blurbami nie da się pokłócić czy nie zgodzić – przecież to nie sš niczyje opinie, tylko chwyt marketingowy. Daje to rezultat kuli œniegowej: niezrozumiałe „opisy" zrażajš potencjalnych widzów. Niechęć do sztuki roœnie, zainteresowanie niš maleje.

Następna przyczyna eliminacji krytyki ma charakter jeszcze bardziej przyziemny: media zbiedniały. Jak wiadomo, w sytuacjach kryzysowych, gdy przestajš działać mechanizmy ochronne dla pewnych grup zawodowych czy społecznoœci, najlepiej sprawdzajš się metody mafijne. Osoby wzięte pod skrzydła „rodziny" mogš spać spokojnie, o ile dostosujš się do pewnych zasad.

Tak właœnie się stało w mediach. No, nie wszędzie – ale w wielu redakcjach (zwłaszcza kulturalnych, bo to dziedzina, w której najtrudniej o obiektywnš ocenę wiedzy i umiejętnoœci) uformowały się grupy wzajemnego wsparcia wykluczajšce kogokolwiek z zewnštrz. Nawet jeœli dochody sš niewielkie, to nieustanne autopromowanie siebie i zespołu kolegów procentuje innymi zyskami.

„Rodziny" wyeliminowały poœredników-ekspertów. Szybko zorientowali się, gdzie jest głowa układu scalonego. Krytycy sztuki sš im niepotrzebni, ba! Niebezpieczni – mogš chlapnšć coœ nie w smak decydentom. Kulturalni redaktorzy zwracajš się bezpoœrednio do kuratora czy artysty. Taki chętnie się wypowie przez telefon czy na żywo; o każdej porze dnia czy nocy; całkiem gratis. Przecież to jego interes.

W takim układzie wszyscy sš zadowoleni – redaktorzy nawišzujš kontakty, przeprowadzajš wywiady, wyjeżdżajš na zagraniczne imprezy plastyczne. Z czasem – zwykle bardzo krótkim – zaczynajš się uważać za fachowców. I tak utrwala się monopol medialno-kulturalny.

A krytycy? Im już dziękujemy, sami się obsłużymy. I wszystko zostanie w rodzinie.

Autorka jest krytykiem sztuki, od wielu lat obserwuje i opisuje najważniejsze wydarzenia w polskim życiu kulturalnym

Najbardziej niedocenieni

Wybitni artyœci aktualnie pomijani w obiegu wystawowym

Zbigniew Gostomski

Dominik Lejman

Izabella Gustowska

Jarosław Kozakiewicz

Katarzyna Józefowicz

Marek Chlanda

Marcin Berdyszak

Piotr Kurka

Zygmunt Rytka

Łukasz Skšpski

Niesłusznie zapomniani

Wybitni zmarli artyœci pomijani w obiegu wystawowym

Jan Berdyszak

Tomasz Tatarczyk

Andrzej Szewczyk

Marek Kijewski

Andrzej Dłużniewski

Mikołaj Smoczyński

Eugeniusz Markowski

Jacek Sienicki

Włodzimierz Borowski

Zbigniew Dłubak

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL