Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Co zostało po Longobardach, pogromcach Imperium Rzymskiego

„Zbudowana z miodowego piaskowca bazylika z daleka wyglšda jak złoty relikwiarz o niemal gładkich œcianach”.
123RF
Ogromny chłód wieje od Longobardów – to najsławniejsza fraza opisujšca wędrówkę ludów, które zniszczyły Imperium Romanum. Ale kronikarz z VIII wieku, benedyktyński mnich Paweł Diakon, podaje jaœniejszš wersję. I ciepło mówi o niezwykłych kobietach przerażajšcych barbarzyńców.

Po drodze do Mediolanu wstšpiliœmy do niewielkiego miasta Pawia, zaledwie kilkanaœcie kilometrów przed wielkš metropoliš. Powód? Niegdyœ była tu stolica Longobardów. Herbert napisał przejmujšcy wiersz „Longobardowie", który zapewne nie ma nic wspólnego z jego ewentualnym pobytem w tym miejscu, zwłaszcza że jego Longobardowie mówiš o nadchodzšcych czasach nicoœci... po angielsku!

Ogromny chłód wieje od Longobardów

Mocno siedzš w siodle przełęczy jak na krzesłach spadzistych

W lewej trzymajš jutrznie

W prawej bicz lodowce smagajš juczne zwierzęta

Ogniska trzaskanie gwiazd popiół wahadło strzemienia

Pod paznokciami pod powiekš

Grudki krwi obcej czarne i twarde jak krzemień

Palenie œwierków szczekanie konia popiół

Wieszajš na urwiskach węża obok tarczy

Wyprostowani idš z północy bezsenni

Prawie œlepi kobiety nad ogniskami kołyszš czerwone dzieci

Ogromny chłód wieje od Longobardów

Cień ich trawę przepala kiedy zlatujš w dolinę

Krzyczšc swoje przecišgłe nothing nothing nothing

Jak mi się zdaje, utwór powstał albo w Anglii, albo w czasie czytania angielskich historyków na temat historii rzymskiej Brytanii (poeta pracował wtedy nad esejem „Lekcja łaciny") i chaosie, jaki nastšpił po wycofaniu się legionów z wyspy. W swojej wymowie wiersz przypomina opisy najazdów pogańskich Sasów lub wikingów i stšd końcowy, przecišgły okrzyk – symbol nadchodzšcych czasów barbarii i nihilizmu. Dowodów nie ma, ale poszlaka jest doœć oczywista: brak elementów odróżniajšcych, tak częstych u Herberta. Wszystkie obrazy majš charakter ogólnych metafor i służš wzbudzeniu grozy. Poza rzucajšcš się w ucho frazš – nic nie wskazuje, żeby opis dotyczył akurat tych, a nie innych barbarzyńców.

Tak czy inaczej, postanowiłem sprawdzić, co zostało po władcach Żelaznej Korony, która widać była w cenie, skoro już nawet po upadku królestwa Longobardów chętnie wkładali jš na głowę póŸniejsi zdobywcy tych terenów. W pobliskiej Monzie, w muzeum katedralnym, przechowuje się ten klejnot koronacyjny. Kiedy Karol Wielki (jeszcze tylko król Franków) położył kres ich panowaniu, w drodze do Rzymu po cesarskš koronę, najpierw w Pawii założył żelazny diadem i został królem pobitych Longobardów, a następnie ofiarował papieżowi ich ziemie, co stało się zaczštkiem papieskiego państwa. PóŸniej, od czasów Ottonów, wszyscy niemieccy cesarze dokonywali identycznej koronacji, aby podkreœlić cišgłoœć władzy od legendarnego Karola. Kilkaset lat po nich Napoleon po podbiciu północnych Włoch koronował się na włoskiego króla tš samš koronš, a kiedy przegrał – uczynili to zwycięscy Austriacy. Na koniec – po zjednoczeniu Włoch – dynastia sabaudzka używała jej jako symbolu jednoœci państwa, ale już tylko w czasie uroczystoœci pogrzebowych.

Kolejni władcy zapewne mniej interesowali się longobardzkš estetykš z VII wieku, a bardziej politycznš wartoœciš symbolu. Dziœ diadem z oœmiu złotych płytek, połšczonych żelaznš obręczš robi wrażenie ze względu na misternš robotę.

W miejskim biurze turystycznym zapytałem, czy sš tu jeszcze jacyœ żywi Longobardowie, a choćby jeden, niechby w formalinie. Jasnowłosa dziewczyna podniosła lekko zdziwione oczy – jasne i chabrowe – i wtedy zrozumiałem, że tak musiały wyglšdać kobiety bitnych koczowników. Dla takich oczu gotowi zburzyć niejedno imperium, a może nawet cały œwiat.

Duże, błękitne oczy

Ale Longobardka była niedostępna, na pytania odpowiadała tylko jej brzydsza koleżanka, katedra jest tak okropna, że z trudem daje się patrzeć na to wielkie materii pomieszanie, więc obejrzeliœmy tylko zamczysko Viscontich, w którym pomieszczono kilka instytucji kulturalnych, w tym lapidarium. W każdym ułomku kamiennej głowy widziałem lombardzkie niebo, zaklęte w otchłannych studniach oczu Longobardek. Żadnego trzaskania ogniska, popiołu gwiazd czy wahadła strzemienia. Tylko błękit.

Na pocieszenie poszliœmy na obiad: verdura (smażony bakłażan i kabaczek z suszonymi pomidorami), lazania rozpływajšce się w ustach jak opłatek, cieniutkie plasterki wołu w bazyliowym sosie oraz œwieżuteńkie tiramisu. Do tego pół butelki wina. Życie nabrało rumieńców, choć wokół było pochmurno. Nawet na katedrę spojrzałem łaskawszym okiem, choć wcale mi nie zaimponowało, że do jej budowy przyłożył rękę sam Leonardo i Bramante. Cóż, i Homer czasem zaœpi, jak mawiali starożytni. Zresztš, przyjechałem tu dla Longobardów.

Nasze wyobrażenia na temat barbarzyńców w ogromnym stopniu zostały ukształtowane przez ich wrogów, choć trzeba przyznać, że oœwieceni, wykształceni Rzymianie czy stratedzy Bizancjum potrafili się wznieœć na zdumiewajšcy poziom obiektywizmu. Przynajmniej wtedy, kiedy meldunek domagał się rzeczowoœci, bo służył celom militarnym, mamy pewnoœć, że naoczny œwiadek starannie oddziela swš wiedzę od pogłosek oraz emocji. Tu instynkt samozachowawczy, a nie tylko miłoœć do prawdy był gwarantem przewagi obserwacji nad retorykš.

Ale i tak retoryka walki ukształtowała pewien typ opisu i mimo podziwu oraz respektu, nawet „Germania" Tacyta nie jest wolna od stronniczoœci, nie mówišc już o pozorach obiektywizmu dzieł Juliusza Cezara, w których wychwalał pogromcę Gallów, czyli Boskiego Juliusza. Tak więc do czasów, kiedy na skutek chrystianizacji także barbarzyńcy pozostawili własne dokumenty pisane, najeŸdŸcy przeglšdali się w lustrach cudzych oczu. Nawet nieliczne autentycznie przychylne oceny nie były dowodem samoœwiadomoœci i nie tworzyły zbiorowej tożsamoœci barbarzyńców. Cały œwiat barbaricum obywał się bez pisma, a tożsamoœć wyrażała się w ustnej tradycji.

Własnym głosem barbarzyńcy zaczynajš przemawiać dopiero po wykształceniu własnej piœmiennej elity, czyli niemal wyłšcznie kleru. To wówczas piœmienni barbarzyńcy spisujš swojš ustnš tradycję. A że była to przeszłoœć i identycznoœć pogańska, czasami bywa eksponowana trochę półgębkiem. Wyczuwa się zrozumiałe skrępowanie chrzeœcijańskiego kronikarza, który opowiada o poczštkach swego ludu:

„Jest w północnych krainach wyspa, która nazywa się Skandanan (...) gdzie mieszka wiele ludów. Wœród nich był niewielki lud zwany Winnilami. I była z nimi niewiasta imieniem Gambara, i miała dwóch synów, imię jednego Ibor, a imię drugiego Agio; ci z matkš swojš Gambarš dzierżyli przywództwo nad Winnilami". Jak widać domniemana Skandynawia była mitycznym miejscem wylęgania się wojowniczych plemion, bo i Goci zaczynajš swojš opowieœć od Skandii, choć nie jest jasne, czy mowa o tym samym miejscu. Ale Winnilowie zaczynajš nie jako wędrowcy zdobywcy, lecz jako lud zagrożony. Oto bowiem pojawiajš się Wandalowie, którzy mówiš do Winnilów: „Albo płaćcie nam dań, albo przygotowujcie się do bitwy i bijcie się z nami".

Obie strony proszš Wotana [Odyna] o zwycięstwo, choć Winnilowie jako słabsi majš mniej nadziei. I tu mšdroœć starej kobiety przychodzi ludowi z pomocš, bo nie samym męstwem człowiek zwycięża, o czym wiemy od czasów „Iliady". Kiedy wodzowie Wandalów proszš boga wojowników o zwycięstwo, ten przyrzeka, że da je tym, którzy pierwsi o œwicie pojawiš się na polu bitwy. Tymczasem Gambara wraz z synami udaje się z błaganiem o wsparcie do Frei, żony Wotana. Ta wymyœliła cudowny podstęp, godny Odysa.

Kronika opowiada: „Wtedy Freja dała im radę, aby o wschodzie słońca przybyli Winnilowie oraz ich żony z włosami rozpuszczonymi wokół twarzy na podobieństwo brody, i aby tak przybyły ze swoimi mężami. Wtedy, gdy zabłysło wschodzšce słońce, obróciła Freja, małżonka Wotana, łóżko, w którym spoczywał jej mšż, i skierowała jego twarz ku wschodowi, i zbudziła go. A on, spoglšdajšc, ujrzał Winnilów i ich żony z włosami rozpuszczonymi wokół twarzy, i rzekł: ťKim sš ci długobrodzi?Ť. I rzekła Freja do Wotana: ťTak jak dałeœ im imię, daj im też i zwycięstwoŤ. Dał im zwycięstwo, aby gdziekolwiek postanowiš walczyć, zwyciężali. Od tej pory Winnilowie sš Longobardami".

Nadanie imienia to przecież usynowienie, dowód specjalnego wybrania. Nie jest przypadkiem, że Abram staje się Abrahamem i protoplastš Izraela. Również w starodawnej pieœni plemiennej „Długobrodych", podstępne wyrwanie Wotanowi nowej nazwy plemienia skutkuje specjalnš opiekš wobec adoptowanego ludu. Wotan, bóg wojowników i dawca zwycięstwa, od tego czasu zapewniał im nieustajšce triumfy, które przywiodły ich aż do słonecznej Italii. Paweł Diakon jako dobry katolik czuje potrzebę pomniejszenia znaczenia pogańskiego rodowodu swego ludu, więc nazywa opowieœć „zabawnš".

Zatarte œlady

Kronika Pawła Diakona wspomina o zajęciu Mediolanu i oblężeniu Ticinum, czyli dzisiejszej Pawii, oraz o podbiciu terytorium aż do Morza Tyrreńskiego, co znaczy, że we władaniu Longobardów znalazła się szybko cała północna Italia bez miast nadmorskich, które posiadały wsparcie bizantyjskich okrętów (a barbarzyńcy nie umieli żeglować). Kronikarz pisze, że „Rzymianie nie mieli sił, aby stawić opór (...). Pewne jest i to, że Alboin przyprowadził wtedy ze sobš do Italii tłumy ludzi spoœród różnych plemion podbitych bšdŸ przez niego, bšdŸ przez poprzednich królów". Ta ostatnia wiadomoœć potwierdza pewnš regułę: barbarzyńskie plemiona, które najeżdżały cesarstwo, na ogół nie czyniły tego w pojedynkę. Również Hunowie posiłkowali się wojskami podległych sobie plemion albo zapraszali sšsiadów do współudziału w łupiestwie.

Jedynie póŸniejsza stolica wsławiła się niezwykłym bohaterstwem, ale jest jednoczeœnie potwierdzeniem wyjštkowoœci oporu, którego nie stawiano gdzie indziej. Ticinum po trzech latach i kilku miesišcach oblężenia w końcu się poddało. „Kiedy Alboin wkraczał do niego przez wschodniš bramę, nazwanš imieniem œw. Jana, w samym œrodku bramy upadł jego koń i chociaż kłuto go ostrogami, chociaż okładano ze wszystkich stron dzidami, nie mógł stanšć na nogi. Wówczas jeden z Longobardów odezwa się do króla w następujšcych słowach: ťPrzypomnij sobie, panie i królu, œluby, jakie złożyłeœ! Złam te straszne œluby, a wkroczysz do miasta! Mieszka w nim bowiem lud prawdziwie chrzeœcijański!Ť. Alboin œlubował mianowicie, że zgładzi mieczem całš ludnoœć, ponieważ nie chciała mu się poddać. Kiedy to œlubowanie złamał i obiecał przebaczyć ludnoœci, zaraz podniósł się jego koń i król mógł wkroczyć do miasta. Nikomu też nie wyrzšdził krzywdy i wytrwał w swoim przyrzeczeniu. Gdy zaœ zajšł pałac zbudowany niegdyœ przez króla Teodoryka, przybyli do niego wszyscy mieszkańcy. Po tak wielkich nieszczęœciach nabrali nadziei na lepszš przyszłoœć".

Cudowny ratunek miał też ziemskie podstawy, mniej wyeksponowane przez pobożnego mnicha z Monte Cassino. Wbrew rozpowszechnionej opinii Longobardom wcale nie zależało na rzezi, tylko na rabunku, a poza tym istniejš poszlaki, że barbarzyńcy zostali do Italii zaproszeni przez Narsesa – bizantyjskiego dowódcę Italii, który popadł w niełaskę. Cesarz chciał go skrócić o głowę (co było łatwym sposobem wsparcia cesarskiego skarbca), więc zagrożony wódz nie wrócił do Konstantynopola, tylko wycofał się do Neapolu, a północ kraju pozostawił barbarzyńcom. Dlatego zadanie było ułatwione.

Mnie zdumiewa coœ innego: brak większych œladów po 200-letnich rzšdach. Próżno szukać Bramy œw. Jana. Dziœ w Pawii po Longobardach zostało trochę archeologicznych drobiazgów, a na zamku Viscontich w XIV wieku można oglšdać piękne płaskorzeŸby, ukazujšce odmiennš od klasycznej tradycję plastycznš. W dawnej stolicy nie zachowały się natomiast budowle, które by dokumentowały ich architekturę. Koœciół Santa Maria delle Caccie (743–749) popadł w ruinę i nic nie opowiada o jego dawnej œwietnoœci. Podziwiana dla swych proporcji i prostoty fasady bazylika œw. Michała Archanioła jest z kolei póŸniejsza i tylko sugeruje wpływy longobardzkie. Stoi na miejscu dawnej kaplicy pałacowej, która spłonęła w 1004 roku, pod tym samym wojowniczym wezwaniem. Z dawnej œwištyni longobardzkich królów zostały tylko fragmenty. Gros budowli należy więc już do sztuki lombardzkiej, a więc wyrosłej na tutejszej tradycji, czyli odmianie stylu romańskiego.

A przecież to w Pawii właœnie rodziła się nowa koncepcja bazyliki z trzema absydami (a więc konstrukcja, w której każda nawa kończyła się półkolem). Także inny typ krypty œwiętego zezwalał na bliższe dopuszczenie pielgrzymów do konfesji i pozwalał wznieœć wokół niej więcej ołtarzy. Skutkowało to zwyczajem odprawiania kilku prywatnych mszy w jednym czasie, niezależnie od tego, co się działo w nawie głównej. Był to wyraz nowej pobożnoœci, prywatnej. Choć budynek nie ocalał, pozostało miejsce, w którym koronowali się najpierw barbarzyńscy najeŸdŸcy, potem – już w nowej budowli – cesarze, jak sławny Fryderyk Barbarossa.

Bazylika o zachodzie słońca jest piękna jak krzak ognisty. Zbudowana z miodowego piaskowca z daleka wyglšda jak złoty relikwiarz, o niemal gładkich œcianach, tylko z ozdobnymi pasami skarp i ciemnym cieniem we wgłębieniach okien i drzwi. Dopiero z bliska można rozróżnić płaskorzeŸby fasady i zdobienia portali. Dekoracje nie wyróżniajš się ze œcian, bo wszystko błyszczy jak skórka pomarańczy. Dlatego typowo longobardzkie ornamenty – niezliczone plecionki zapętlone w nieskończonoœć – nie różniš się od typowych dla romańszczyzny potworów, jak dwuogonne syreny, skrzydlate drapieżniki, wilcze „rodzeństwo syjamskie" zroœnięte grzbietami i inne bestie wyposażone w krwiożercze kły i pazury. Fasada cała jest przewišzana szarfami płaskorzeŸb, dziœ niemożliwych już do rozpoznania, bo do pracy rzeŸbiarzy doszlusował czas, wiatr i deszcz. Ostatnie zarysy ludzi i zwierzšt trwajš wbrew wysiłkowi przyrody.

Podbój. Wersja barbarzyńcy

Paweł Diakon, autor „Historii Longobardów", był benedyktyńskim mnichem, a wczeœniej jednym z politycznych przywódców Longobardów w czasie, kiedy Karol Wielki podporzšdkował ich swojej władzy. W kronice swego ludu nie omieszkał opowiedzieć też o sobie i swojej rodzinie. Szczególnie dramatyczne były losy jego pradziada, którego porwali Awarowie w 610 roku do Panonii, czyli do miejsca, skšd Longobardowie wyruszyli na podbój Italii.

Ale dzielny Leupchis pieszo uciekł do swej nowej ojczyzny w rejonie Forum Julii – najdalej na wschód położonego księstwa Longobardów (dziœ na granicy włosko-austriackiej). Na dworze króla Franków benedyktyn odegrał ważnš rolę – między innymi doprowadził do zwolnienia jeńców longobardzkich, w tym swojego brata i innych członków rodziny, którzy brali udział w antycesarskim powstaniu. Nic więc dziwnego, że jego opowieœć o podboju Italii nie zawiera zbyt drastycznych scen. Dopiero okres bezkrólewia zawiera ponure akcenty, przypominajšce grozę z wiersza Herberta:

„Po œmierci Alboina Longobardowie przez dziesięć lat nie mieli króla i żyli pod panowaniem ksišżšt. Każdy ksišżę rzšdził w swoim mieœcie: Zaban w Ticinum, Wallari w Bergamum, Alichis w Breksji, Eoin w Trydencie, Gisulf w Forum Iulii. Lecz poza nimi jeszcze trzydziestu innych ksišżšt rzšdziło swoimi miastami. W tym czasie zginęło wielu znakomitych Rzymian, by zaspokoić ich żšdzę posiadania. Ci zaœ, którzy pozostali przy życiu, odpowiednio przez wrogów podzieleni, stali się podatnikami i musieli Longobardom oddawać częœć owoców swojej pracy. W siódmym roku od przybycia Alboina z całym narodem do Italii owi ksišżęta longobardzcy spustoszyli koœcioły, wymordowali kapłanów, zburzyli miasta, a ich ludnoœć, która wyrastała niby zasiew na polu, wycięli w pień". I jeszcze dodaje, że mimo osłabienia władzy centralnej „z wyjštkiem rejonów zajętych już przez Alboina, Longobardowie zdobyli i ujarzmili większoœć Italii".

Następnie Paweł Diakon opowiada jak to po dziesięcioletnim bezhołowiu ksišżęta longobardzcy wybrali na króla Autariego i nastał pokój w Italii. Retoryka kontrastów wymagała, aby po opisie strasznych łupiestw i mordów przedstawić odpowiednio podkoloryzowany raj pod błogosławionymi rzšdami nowego króla: „Obcišżonš ludnoœć podzielono jednak między longobardzkich gospodarzy. Było to wszakże godne podziwu w państwie Longobardów, że nie czyniono w nim gwałtów, nie urzšdzano zasadzek, nikt nie zmuszał nikogo do nadmiernych robót ani nikogo nie łupił. Nie istniały kradzieże ani rozboje; każdy mógł udawać się bezpiecznie i bez żadnego strachu, dokšd tylko chciał".

Wiarygodnoœć przesłodzonego opisu jest nikła, ale godny uwagi jest fakt, że Longobardowie powoli się cywilizujš i już pierwszy po bezkrólewiu Autari przybiera dodatkowe, rzymskie imię rodowe Flawiusz, aby podkreœlić ustabilizowanie się sytuacji i utwierdzić swe panowanie jako „spadkobierca" rzymskich cesarzy. Państwowotwórcze powody wymagały legitymizacji symbolicznej, a nie tylko opartej na sile oręża. Rzezie i rabunek to rzecz miła i przyjemna, ale w końcu trzeba budować własne państwo, skoro już nie ma powrotu do dawnych siedzib. Powstajš wielkie dzieła prawnicze – edykty króla Rotariego i Liutpranda. Rozkwitała też sztuka, której najpiękniejszych zabytków szukać trzeba na wschodzie podbitej Italii, bo w Cividale del Friuli, gdzie urodził się nasz kronikarz.


PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95


ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL