Plus Minus

Co zostało po Longobardach, pogromcach Imperium Rzymskiego

„Zbudowana z miodowego piaskowca bazylika z daleka wygląda jak złoty relikwiarz o niemal gładkich ścianach”.
123RF
Ogromny chłód wieje od Longobardów – to najsławniejsza fraza opisująca wędrówkę ludów, które zniszczyły Imperium Romanum. Ale kronikarz z VIII wieku, benedyktyński mnich Paweł Diakon, podaje jaśniejszą wersję. I ciepło mówi o niezwykłych kobietach przerażających barbarzyńców.

Po drodze do Mediolanu wstąpiliśmy do niewielkiego miasta Pawia, zaledwie kilkanaście kilometrów przed wielką metropolią. Powód? Niegdyś była tu stolica Longobardów. Herbert napisał przejmujący wiersz „Longobardowie", który zapewne nie ma nic wspólnego z jego ewentualnym pobytem w tym miejscu, zwłaszcza że jego Longobardowie mówią o nadchodzących czasach nicości... po angielsku!

Ogromny chłód wieje od Longobardów

Mocno siedzą w siodle przełęczy jak na krzesłach spadzistych

W lewej trzymają jutrznie

W prawej bicz lodowce smagają juczne zwierzęta

Ogniska trzaskanie gwiazd popiół wahadło strzemienia

Pod paznokciami pod powieką

Grudki krwi obcej czarne i twarde jak krzemień

Palenie świerków szczekanie konia popiół

Wieszają na urwiskach węża obok tarczy

Wyprostowani idą z północy bezsenni

Prawie ślepi kobiety nad ogniskami kołyszą czerwone dzieci

Ogromny chłód wieje od Longobardów

Cień ich trawę przepala kiedy zlatują w dolinę

Krzycząc swoje przeciągłe nothing nothing nothing

Jak mi się zdaje, utwór powstał albo w Anglii, albo w czasie czytania angielskich historyków na temat historii rzymskiej Brytanii (poeta pracował wtedy nad esejem „Lekcja łaciny") i chaosie, jaki nastąpił po wycofaniu się legionów z wyspy. W swojej wymowie wiersz przypomina opisy najazdów pogańskich Sasów lub wikingów i stąd końcowy, przeciągły okrzyk – symbol nadchodzących czasów barbarii i nihilizmu. Dowodów nie ma, ale poszlaka jest dość oczywista: brak elementów odróżniających, tak częstych u Herberta. Wszystkie obrazy mają charakter ogólnych metafor i służą wzbudzeniu grozy. Poza rzucającą się w ucho frazą – nic nie wskazuje, żeby opis dotyczył akurat tych, a nie innych barbarzyńców.

Tak czy inaczej, postanowiłem sprawdzić, co zostało po władcach Żelaznej Korony, która widać była w cenie, skoro już nawet po upadku królestwa Longobardów chętnie wkładali ją na głowę późniejsi zdobywcy tych terenów. W pobliskiej Monzie, w muzeum katedralnym, przechowuje się ten klejnot koronacyjny. Kiedy Karol Wielki (jeszcze tylko król Franków) położył kres ich panowaniu, w drodze do Rzymu po cesarską koronę, najpierw w Pawii założył żelazny diadem i został królem pobitych Longobardów, a następnie ofiarował papieżowi ich ziemie, co stało się zaczątkiem papieskiego państwa. Później, od czasów Ottonów, wszyscy niemieccy cesarze dokonywali identycznej koronacji, aby podkreślić ciągłość władzy od legendarnego Karola. Kilkaset lat po nich Napoleon po podbiciu północnych Włoch koronował się na włoskiego króla tą samą koroną, a kiedy przegrał – uczynili to zwycięscy Austriacy. Na koniec – po zjednoczeniu Włoch – dynastia sabaudzka używała jej jako symbolu jedności państwa, ale już tylko w czasie uroczystości pogrzebowych.

Kolejni władcy zapewne mniej interesowali się longobardzką estetyką z VII wieku, a bardziej polityczną wartością symbolu. Dziś diadem z ośmiu złotych płytek, połączonych żelazną obręczą robi wrażenie ze względu na misterną robotę.

W miejskim biurze turystycznym zapytałem, czy są tu jeszcze jacyś żywi Longobardowie, a choćby jeden, niechby w formalinie. Jasnowłosa dziewczyna podniosła lekko zdziwione oczy – jasne i chabrowe – i wtedy zrozumiałem, że tak musiały wyglądać kobiety bitnych koczowników. Dla takich oczu gotowi zburzyć niejedno imperium, a może nawet cały świat.

Duże, błękitne oczy

Ale Longobardka była niedostępna, na pytania odpowiadała tylko jej brzydsza koleżanka, katedra jest tak okropna, że z trudem daje się patrzeć na to wielkie materii pomieszanie, więc obejrzeliśmy tylko zamczysko Viscontich, w którym pomieszczono kilka instytucji kulturalnych, w tym lapidarium. W każdym ułomku kamiennej głowy widziałem lombardzkie niebo, zaklęte w otchłannych studniach oczu Longobardek. Żadnego trzaskania ogniska, popiołu gwiazd czy wahadła strzemienia. Tylko błękit.

Na pocieszenie poszliśmy na obiad: verdura (smażony bakłażan i kabaczek z suszonymi pomidorami), lazania rozpływające się w ustach jak opłatek, cieniutkie plasterki wołu w bazyliowym sosie oraz świeżuteńkie tiramisu. Do tego pół butelki wina. Życie nabrało rumieńców, choć wokół było pochmurno. Nawet na katedrę spojrzałem łaskawszym okiem, choć wcale mi nie zaimponowało, że do jej budowy przyłożył rękę sam Leonardo i Bramante. Cóż, i Homer czasem zaśpi, jak mawiali starożytni. Zresztą, przyjechałem tu dla Longobardów.

Nasze wyobrażenia na temat barbarzyńców w ogromnym stopniu zostały ukształtowane przez ich wrogów, choć trzeba przyznać, że oświeceni, wykształceni Rzymianie czy stratedzy Bizancjum potrafili się wznieść na zdumiewający poziom obiektywizmu. Przynajmniej wtedy, kiedy meldunek domagał się rzeczowości, bo służył celom militarnym, mamy pewność, że naoczny świadek starannie oddziela swą wiedzę od pogłosek oraz emocji. Tu instynkt samozachowawczy, a nie tylko miłość do prawdy był gwarantem przewagi obserwacji nad retoryką.

Ale i tak retoryka walki ukształtowała pewien typ opisu i mimo podziwu oraz respektu, nawet „Germania" Tacyta nie jest wolna od stronniczości, nie mówiąc już o pozorach obiektywizmu dzieł Juliusza Cezara, w których wychwalał pogromcę Gallów, czyli Boskiego Juliusza. Tak więc do czasów, kiedy na skutek chrystianizacji także barbarzyńcy pozostawili własne dokumenty pisane, najeźdźcy przeglądali się w lustrach cudzych oczu. Nawet nieliczne autentycznie przychylne oceny nie były dowodem samoświadomości i nie tworzyły zbiorowej tożsamości barbarzyńców. Cały świat barbaricum obywał się bez pisma, a tożsamość wyrażała się w ustnej tradycji.

Własnym głosem barbarzyńcy zaczynają przemawiać dopiero po wykształceniu własnej piśmiennej elity, czyli niemal wyłącznie kleru. To wówczas piśmienni barbarzyńcy spisują swoją ustną tradycję. A że była to przeszłość i identyczność pogańska, czasami bywa eksponowana trochę półgębkiem. Wyczuwa się zrozumiałe skrępowanie chrześcijańskiego kronikarza, który opowiada o początkach swego ludu:

„Jest w północnych krainach wyspa, która nazywa się Skandanan (...) gdzie mieszka wiele ludów. Wśród nich był niewielki lud zwany Winnilami. I była z nimi niewiasta imieniem Gambara, i miała dwóch synów, imię jednego Ibor, a imię drugiego Agio; ci z matką swoją Gambarą dzierżyli przywództwo nad Winnilami". Jak widać domniemana Skandynawia była mitycznym miejscem wylęgania się wojowniczych plemion, bo i Goci zaczynają swoją opowieść od Skandii, choć nie jest jasne, czy mowa o tym samym miejscu. Ale Winnilowie zaczynają nie jako wędrowcy zdobywcy, lecz jako lud zagrożony. Oto bowiem pojawiają się Wandalowie, którzy mówią do Winnilów: „Albo płaćcie nam dań, albo przygotowujcie się do bitwy i bijcie się z nami".

Obie strony proszą Wotana [Odyna] o zwycięstwo, choć Winnilowie jako słabsi mają mniej nadziei. I tu mądrość starej kobiety przychodzi ludowi z pomocą, bo nie samym męstwem człowiek zwycięża, o czym wiemy od czasów „Iliady". Kiedy wodzowie Wandalów proszą boga wojowników o zwycięstwo, ten przyrzeka, że da je tym, którzy pierwsi o świcie pojawią się na polu bitwy. Tymczasem Gambara wraz z synami udaje się z błaganiem o wsparcie do Frei, żony Wotana. Ta wymyśliła cudowny podstęp, godny Odysa.

Kronika opowiada: „Wtedy Freja dała im radę, aby o wschodzie słońca przybyli Winnilowie oraz ich żony z włosami rozpuszczonymi wokół twarzy na podobieństwo brody, i aby tak przybyły ze swoimi mężami. Wtedy, gdy zabłysło wschodzące słońce, obróciła Freja, małżonka Wotana, łóżko, w którym spoczywał jej mąż, i skierowała jego twarz ku wschodowi, i zbudziła go. A on, spoglądając, ujrzał Winnilów i ich żony z włosami rozpuszczonymi wokół twarzy, i rzekł: »Kim są ci długobrodzi?«. I rzekła Freja do Wotana: »Tak jak dałeś im imię, daj im też i zwycięstwo«. Dał im zwycięstwo, aby gdziekolwiek postanowią walczyć, zwyciężali. Od tej pory Winnilowie są Longobardami".

Nadanie imienia to przecież usynowienie, dowód specjalnego wybrania. Nie jest przypadkiem, że Abram staje się Abrahamem i protoplastą Izraela. Również w starodawnej pieśni plemiennej „Długobrodych", podstępne wyrwanie Wotanowi nowej nazwy plemienia skutkuje specjalną opieką wobec adoptowanego ludu. Wotan, bóg wojowników i dawca zwycięstwa, od tego czasu zapewniał im nieustające triumfy, które przywiodły ich aż do słonecznej Italii. Paweł Diakon jako dobry katolik czuje potrzebę pomniejszenia znaczenia pogańskiego rodowodu swego ludu, więc nazywa opowieść „zabawną".

Zatarte ślady

Kronika Pawła Diakona wspomina o zajęciu Mediolanu i oblężeniu Ticinum, czyli dzisiejszej Pawii, oraz o podbiciu terytorium aż do Morza Tyrreńskiego, co znaczy, że we władaniu Longobardów znalazła się szybko cała północna Italia bez miast nadmorskich, które posiadały wsparcie bizantyjskich okrętów (a barbarzyńcy nie umieli żeglować). Kronikarz pisze, że „Rzymianie nie mieli sił, aby stawić opór (...). Pewne jest i to, że Alboin przyprowadził wtedy ze sobą do Italii tłumy ludzi spośród różnych plemion podbitych bądź przez niego, bądź przez poprzednich królów". Ta ostatnia wiadomość potwierdza pewną regułę: barbarzyńskie plemiona, które najeżdżały cesarstwo, na ogół nie czyniły tego w pojedynkę. Również Hunowie posiłkowali się wojskami podległych sobie plemion albo zapraszali sąsiadów do współudziału w łupiestwie.

Jedynie późniejsza stolica wsławiła się niezwykłym bohaterstwem, ale jest jednocześnie potwierdzeniem wyjątkowości oporu, którego nie stawiano gdzie indziej. Ticinum po trzech latach i kilku miesiącach oblężenia w końcu się poddało. „Kiedy Alboin wkraczał do niego przez wschodnią bramę, nazwaną imieniem św. Jana, w samym środku bramy upadł jego koń i chociaż kłuto go ostrogami, chociaż okładano ze wszystkich stron dzidami, nie mógł stanąć na nogi. Wówczas jeden z Longobardów odezwa się do króla w następujących słowach: »Przypomnij sobie, panie i królu, śluby, jakie złożyłeś! Złam te straszne śluby, a wkroczysz do miasta! Mieszka w nim bowiem lud prawdziwie chrześcijański!«. Alboin ślubował mianowicie, że zgładzi mieczem całą ludność, ponieważ nie chciała mu się poddać. Kiedy to ślubowanie złamał i obiecał przebaczyć ludności, zaraz podniósł się jego koń i król mógł wkroczyć do miasta. Nikomu też nie wyrządził krzywdy i wytrwał w swoim przyrzeczeniu. Gdy zaś zajął pałac zbudowany niegdyś przez króla Teodoryka, przybyli do niego wszyscy mieszkańcy. Po tak wielkich nieszczęściach nabrali nadziei na lepszą przyszłość".

Cudowny ratunek miał też ziemskie podstawy, mniej wyeksponowane przez pobożnego mnicha z Monte Cassino. Wbrew rozpowszechnionej opinii Longobardom wcale nie zależało na rzezi, tylko na rabunku, a poza tym istnieją poszlaki, że barbarzyńcy zostali do Italii zaproszeni przez Narsesa – bizantyjskiego dowódcę Italii, który popadł w niełaskę. Cesarz chciał go skrócić o głowę (co było łatwym sposobem wsparcia cesarskiego skarbca), więc zagrożony wódz nie wrócił do Konstantynopola, tylko wycofał się do Neapolu, a północ kraju pozostawił barbarzyńcom. Dlatego zadanie było ułatwione.

Mnie zdumiewa coś innego: brak większych śladów po 200-letnich rządach. Próżno szukać Bramy św. Jana. Dziś w Pawii po Longobardach zostało trochę archeologicznych drobiazgów, a na zamku Viscontich w XIV wieku można oglądać piękne płaskorzeźby, ukazujące odmienną od klasycznej tradycję plastyczną. W dawnej stolicy nie zachowały się natomiast budowle, które by dokumentowały ich architekturę. Kościół Santa Maria delle Caccie (743–749) popadł w ruinę i nic nie opowiada o jego dawnej świetności. Podziwiana dla swych proporcji i prostoty fasady bazylika św. Michała Archanioła jest z kolei późniejsza i tylko sugeruje wpływy longobardzkie. Stoi na miejscu dawnej kaplicy pałacowej, która spłonęła w 1004 roku, pod tym samym wojowniczym wezwaniem. Z dawnej świątyni longobardzkich królów zostały tylko fragmenty. Gros budowli należy więc już do sztuki lombardzkiej, a więc wyrosłej na tutejszej tradycji, czyli odmianie stylu romańskiego.

A przecież to w Pawii właśnie rodziła się nowa koncepcja bazyliki z trzema absydami (a więc konstrukcja, w której każda nawa kończyła się półkolem). Także inny typ krypty świętego zezwalał na bliższe dopuszczenie pielgrzymów do konfesji i pozwalał wznieść wokół niej więcej ołtarzy. Skutkowało to zwyczajem odprawiania kilku prywatnych mszy w jednym czasie, niezależnie od tego, co się działo w nawie głównej. Był to wyraz nowej pobożności, prywatnej. Choć budynek nie ocalał, pozostało miejsce, w którym koronowali się najpierw barbarzyńscy najeźdźcy, potem – już w nowej budowli – cesarze, jak sławny Fryderyk Barbarossa.

Bazylika o zachodzie słońca jest piękna jak krzak ognisty. Zbudowana z miodowego piaskowca z daleka wygląda jak złoty relikwiarz, o niemal gładkich ścianach, tylko z ozdobnymi pasami skarp i ciemnym cieniem we wgłębieniach okien i drzwi. Dopiero z bliska można rozróżnić płaskorzeźby fasady i zdobienia portali. Dekoracje nie wyróżniają się ze ścian, bo wszystko błyszczy jak skórka pomarańczy. Dlatego typowo longobardzkie ornamenty – niezliczone plecionki zapętlone w nieskończoność – nie różnią się od typowych dla romańszczyzny potworów, jak dwuogonne syreny, skrzydlate drapieżniki, wilcze „rodzeństwo syjamskie" zrośnięte grzbietami i inne bestie wyposażone w krwiożercze kły i pazury. Fasada cała jest przewiązana szarfami płaskorzeźb, dziś niemożliwych już do rozpoznania, bo do pracy rzeźbiarzy doszlusował czas, wiatr i deszcz. Ostatnie zarysy ludzi i zwierząt trwają wbrew wysiłkowi przyrody.

Podbój. Wersja barbarzyńcy

Paweł Diakon, autor „Historii Longobardów", był benedyktyńskim mnichem, a wcześniej jednym z politycznych przywódców Longobardów w czasie, kiedy Karol Wielki podporządkował ich swojej władzy. W kronice swego ludu nie omieszkał opowiedzieć też o sobie i swojej rodzinie. Szczególnie dramatyczne były losy jego pradziada, którego porwali Awarowie w 610 roku do Panonii, czyli do miejsca, skąd Longobardowie wyruszyli na podbój Italii.

Ale dzielny Leupchis pieszo uciekł do swej nowej ojczyzny w rejonie Forum Julii – najdalej na wschód położonego księstwa Longobardów (dziś na granicy włosko-austriackiej). Na dworze króla Franków benedyktyn odegrał ważną rolę – między innymi doprowadził do zwolnienia jeńców longobardzkich, w tym swojego brata i innych członków rodziny, którzy brali udział w antycesarskim powstaniu. Nic więc dziwnego, że jego opowieść o podboju Italii nie zawiera zbyt drastycznych scen. Dopiero okres bezkrólewia zawiera ponure akcenty, przypominające grozę z wiersza Herberta:

„Po śmierci Alboina Longobardowie przez dziesięć lat nie mieli króla i żyli pod panowaniem książąt. Każdy książę rządził w swoim mieście: Zaban w Ticinum, Wallari w Bergamum, Alichis w Breksji, Eoin w Trydencie, Gisulf w Forum Iulii. Lecz poza nimi jeszcze trzydziestu innych książąt rządziło swoimi miastami. W tym czasie zginęło wielu znakomitych Rzymian, by zaspokoić ich żądzę posiadania. Ci zaś, którzy pozostali przy życiu, odpowiednio przez wrogów podzieleni, stali się podatnikami i musieli Longobardom oddawać część owoców swojej pracy. W siódmym roku od przybycia Alboina z całym narodem do Italii owi książęta longobardzcy spustoszyli kościoły, wymordowali kapłanów, zburzyli miasta, a ich ludność, która wyrastała niby zasiew na polu, wycięli w pień". I jeszcze dodaje, że mimo osłabienia władzy centralnej „z wyjątkiem rejonów zajętych już przez Alboina, Longobardowie zdobyli i ujarzmili większość Italii".

Następnie Paweł Diakon opowiada jak to po dziesięcioletnim bezhołowiu książęta longobardzcy wybrali na króla Autariego i nastał pokój w Italii. Retoryka kontrastów wymagała, aby po opisie strasznych łupiestw i mordów przedstawić odpowiednio podkoloryzowany raj pod błogosławionymi rządami nowego króla: „Obciążoną ludność podzielono jednak między longobardzkich gospodarzy. Było to wszakże godne podziwu w państwie Longobardów, że nie czyniono w nim gwałtów, nie urządzano zasadzek, nikt nie zmuszał nikogo do nadmiernych robót ani nikogo nie łupił. Nie istniały kradzieże ani rozboje; każdy mógł udawać się bezpiecznie i bez żadnego strachu, dokąd tylko chciał".

Wiarygodność przesłodzonego opisu jest nikła, ale godny uwagi jest fakt, że Longobardowie powoli się cywilizują i już pierwszy po bezkrólewiu Autari przybiera dodatkowe, rzymskie imię rodowe Flawiusz, aby podkreślić ustabilizowanie się sytuacji i utwierdzić swe panowanie jako „spadkobierca" rzymskich cesarzy. Państwowotwórcze powody wymagały legitymizacji symbolicznej, a nie tylko opartej na sile oręża. Rzezie i rabunek to rzecz miła i przyjemna, ale w końcu trzeba budować własne państwo, skoro już nie ma powrotu do dawnych siedzib. Powstają wielkie dzieła prawnicze – edykty króla Rotariego i Liutpranda. Rozkwitała też sztuka, której najpiękniejszych zabytków szukać trzeba na wschodzie podbitej Italii, bo w Cividale del Friuli, gdzie urodził się nasz kronikarz.

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL