Piłka nożna

Polonia-Cracovia: Koniec najdłuższej kibicowskiej zgody. Czy piłkarska przyjaźń przetrwa?

Mecz Polonii z Cracovią w 2005 roku
Fotorzepa, Piotr Nowak
Cracovię i Polonię zawsze cechowała spora neutralność światopoglądowa, tolerowały zawodników obcego pochodzenia i różnej wiary. W obu grali Żydzi i obcoplemieńcy. Kibice mają świadomość, że to drużyny o podobnych sympatiach i dziejach – mówi Michałowi Płocińskiemu Robert Gawkowski, historyk sportu.

Rzeczpospolita: Kibice Cracovii i Polonii Warszawa pokłócili się przed przyjazdem na Konwiktorską Widzewa Łódź i poinformowali o zerwaniu tzw. zgody. Było to najdłużej trwające porozumienie między fanami polskich klubów, obowiązywało nieprzerwanie od 1968 r. Jak daleko w czasie sięgają początki tej przyjaźni?

Dr Robert Gawkowski: W latach 60. legalizowane były środowiska kibicowskie i dlatego oficjalny początek tej przyjaźni datowany jest dopiero na 1968 r. Zanim jednak kibice zawarli formalną zgodę, kluby te od lat żyły w serdecznej przyjaźni. O życzliwych stosunkach między Cracovią i Polonią z pewnością można było mówić już w latach 30. A na dobrą sprawę możemy cofnąć się nawet do lata 1918 r. Na kilka miesięcy przed odzyskaniem niepodległości Polonia pojechała do Lwowa zagrać mecze z miejscową Pogonią i kilkoma innymi lwowskimi drużynami. Ta wizyta miała wymiar patriotyczny: klub z Królestwa Polskiego odwiedził największe miasto Galicji rozegrać dwa turnieje piłkarskie. Nawiasem mówiąc, dwa bardzo ciężkie turnieje w dwa dni. Pod koniec tej wizyty do Lwowa dojechała delegacja Cracovii i zaprosiła Czarne Koszule do siebie. Działacze przekonywali, że patriotyczny obowiązek wymaga odwiedzenia także Krakowa. Poloniści zweryfikowali więc swoje plany, wsiedli w pociąg i po wielu godzinach męczącej podróży trafili na stadion przy ul. Józefa Kałuży, by 7 lipca rozegrać jeden jedyny mecz towarzyski. To był pogrom, Polonia przegrała 1:10, ale tu chodziło o coś więcej niż sport. Polska była na prostej drodze do niepodległości, a tu z Syreniego Grodu sportowcy przyjechali do wizytówki Krakowa...

A co takiego wydarzyło się w latach 30., że ta przyjaźń rozkwitła?

W 1935 r. Polonia grała bardzo słabo i szybko zleciała z ligi (była jedna liga ogólnopolska, niżej były klasy regionalne – red.). Wtedy działacze Cracovii na forum Polskiego Związku Piłki Nożnej podnieśli głos, że klub z warszawskiego Nowego Miasta nie powinien spaść, ponieważ ma duże tradycje sportowe. Dziś to brzmi absurdalnie, ale takie argumenty wówczas na poważnie padały, nie tylko ten jeden raz. Działacze Polonii odwdzięczyli się tym samym, gdy pod koniec sezonu także Cracovia znalazła się na miejscu spadkowym. Oczywiście, oświadczenia te były sprzeczne z duchem sportu, ale wynikały właśnie ze wspólnoty dziejów tych klubów.

Co je łączyło?

Największe znaczenie dla nawiązania serdecznych relacji miał zbliżony światopogląd, jaki wyznawały kluby. Przed wojną sport był w dużo większym stopniu upolityczniony niż dzisiaj. Polityka naprawdę mocno przeplatała się ze sportem. Polonię i Cracovię cechowała zaś spora neutralność światopoglądowa. Oba kluby były polskie, ale tolerowały zawodników obcego pochodzenia i różnej wiary. W obu grali Żydzi i obcoplemieńcy. Zobaczmy że w takiej Wiśle Kraków pierwszy żydowski piłkarz, Maor Melikson, pojawił się dopiero w 2011 r. A w Cracovii Żydów zawsze było wielu, podobnie jak w Polonii. To samo się tyczy piłkarzy innego pochodzenia. Dość powiedzieć, że przed wojną wieloletnim kapitanem Czarnych Koszul był przecież Jerzy Bułanow, w którego żyłach płynęła rosyjska krew.

To ciekawe, bo Polonia powstała w kontrze do rosyjskiego zaborcy, a czarne barwy symbolizowały żałobę po nieistniejącej Polsce.

Polonia powstała przeciwko Imperium Rosyjskiemu, ale nie przeciwko Rosjanom. Jerzy Bułanow to syn rosyjskiego imigranta, który nie był ani za carem, ani za Czerwonymi. Należał do tzw. grupy Borisa Sawinkowa, która wraz z Józefem Piłsudskim szła na Kijów, bijąc armię bolszewicką. Część Rosjan była przecież przyjazna Polsce i tacy piłkarze mogli znaleźć swoje miejsce właśnie w Polonii. Idźmy dalej: po jesieni 1937 r., gdy wprowadzono na uczelniach getta ławkowe, w całym sporcie II RP dał się odczuć duch antysemityzmu. W styczniu 1938 r. piłkarscy działacze chcieli usunąć żydowskich sędziów. To miał być pierwszy krok, by zacząć pozbywać się później żydowskich piłkarzy - takie postulaty też już padały – a nawet całych klubów. Sprzeciw wyrazili jedynie delegaci Cracovii i Polonii Warszawa, a delegat ŁKS wstrzymał się od głosu. Legii nie było, bo już spadła z ligi, Warszawianka głosowała za, a motorem tej inicjatywy była m.in. Wisła Kraków, która wraz z Wartą Poznań czy AKS Chorzów głośno manifestowała, że jest klubem bez Żydów. Tu łatwo było dostrzec fundamentalną różnicę między Cracovią a Wisłą.

Jak te przyjacielskie relacje układały się po wojnie?

Przyjaźń nie dość, że przetrwała, to jeszcze została umocniona. Oba kluby uczestniczyły w czasie wojny w nielegalnych rozgrywkach, z reguły ich sportowcy znakomicie sprawowali się jako obywatele. Jednak w latach 40. nie kluby już miały łatwo. Polonia dokonała prawdziwego cudu i na gruzach Warszawy wywalczyła pierwsze powojenne mistrzostwo Polski w 1946 r., ale później pojawił się wśród komunistycznych działaczy pomysł, by rozwiązać wszystkie tzw. burżuazyjne kluby i powołać nowe. Cracovii i Polonii groziło to, że podzieli los Sokoła, Strzelca i Imki. Skończyło się na marginalizacji obu klubów. Co prawda, najpierw władze próbowały narzucić Czarnym Koszulom milicyjnego patrona, bo kluby trafiały wówczas pod skrzydła różnych służb czy branż przemysłu, ale Polonia szybko z przyczyn patriotycznych odrzuciła takiego „dobrodzieja", co było ewenementem w skali całego Bloku Wschodniego. W końcu skończyła jako drugoplanowy klub kolejowy, a Cracovia jako podrzędny klub spółdzielczy.

Co to w praktyce oznaczało?

Drużyny zostały skazane na niedofinansowanie i uprawianie sportu prawie że na amatorskim poziomie. Nie były praktycznie brane pod uwagę w programie szkolenia. Oba kluby naprawdę klepały biedę, co nie było winą słabych działaczy, po prostu dla władz zbytnio kojarzyły się z „burżuazyjną demokracją", z którą zwalczano.

Pojawiło się też hasło „jedno miasto jeden klub". Ani Polonia, ani Cracovia w swoich miastach nie były tym głównym, promowanym przez komunistyczne władze klubem...

Podobnie nie mógł nim być ŁKS ani Warta Poznań, czyli kluby zasłużone w II RP. Co ciekawe, Wisła Kraków była równie zasłużona co Cracovia, ba, jej endeckie korzenie powinny komunistów kłuć w oczy. Ale działacze Wisły bardzo szybko weszli w kontakty z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego i ukryli się pod parasolem milicji. Zupełnie na odwrót niż Polonia. W ten sposób władza zapomniała Wiśle grzechy związane z nacjonalistyczną historią. Okazało się, że nacjonalizm łatwiej było przeboleć niż reprezentowaną przez Cracovię i Polonię wizję świata demokratyczną, tolerancyjną.

Jak wyglądały kontakty między Pasami i Czarnymi Koszulami po wojnie?

Grając w niższych ligach regionalnych o te kontakty było trudniej, ale pod koniec lat 40., gdy obie drużyny grały jeszcze na poziomie ogólnopolskim, to gdy poloniści jechali do Krakowa, witani byli niezmiernie serdecznie. Na stadionie przy ul. Józefa Kałuży powiewały transparenty „Witamy reprezentację bohaterskiej stolicy". Ten entuzjazm nie był narzucony przez władze. Kibice mieli świadomość, że to kluby o podobnych sympatiach i dziejach. Im dalej w lata stalinowskie, tym kibice coraz lepiej to rozumieli. Trudności, jakie je spotykały ze strony władz, zbliżały kluby do siebie. Dlatego w latach 60. zaczęto rozgrywać mecze oldbojów Cracovii i Polonii, by utrzymywać kontakt. Pamiętam, że dopiero w 1978 r. obie drużyny znalazły się ogólnopolskiej II ligi i znowu się spotkały.

Był pan na tym meczu?

Tak, jako gimnazjalista urwałem się z koloni i pojechałem do Krakowa na ten historyczny mecz. To było późne lato, spotkanie zgromadziło pełną trybunę ludzi, kibice nadrukowali pełno chorągiewek w biało-czerwonych barwach. Pamiętam, jak dużo wtedy mówiono w Krakowie o Polonii, jak bardzo podkreślano, że jest to pierwszy mecz od wielu lat pomiędzy dwoma wielkimi drużynami... Ta wielkość była jedynie historyczna, bo dla Polonii marzeniem było utrzymanie się w II lidze, choć akurat Cracovia niespodziewanie dobrze sobie w tamtym sezonie radziła. Warszawscy kibice przyjechali w sposób niezorganizowany, na własną rękę. Na stadionie sami krakowiacy zaczęli nas wyszukiwać. I fetować, jakbyśmy byli ludźmi wręcz z najbliższej rodziny. Spiker krzyczał: „Serdecznie witamy kibiców z Warszawy". Polonistów na trybunach było ledwo ok. 30, ale wszyscy byliśmy naprawdę rozchwytywani. To było fascynujące, niesamowite. Pamiętam, jak wielu ludzi w starszym wieku z pasją opowiadało mi o przedwojennych czasach. Mnie, 15-latkowi, te opowieści niewiele wówczas mówiły, nie miałem jeszcze historycznej pasji, ale można powiedzieć, że właśnie wtedy historia mnie zauroczyła... Pierwszy raz w życiu odczułem, że w tej przyjaźni jest niesamowita magia.

Skoro zgoda kibicowska została zerwana, może już te stare, patriotyczne i historyczne związki mają coraz mniejsze znaczenie w sporcie?

Oby nie, bo jako historyk sportu nie będę miał co robić (śmiech). Wierzę, że ta przyjaźń między Cracovią i Polonią przetrwa, bo ona niejednokrotnie wykraczała w ogóle poza sport.

Rozmawiał Michał Płociński

Robert Gawkowski jest doktorem historii, historykiem kultury fizycznej i sportu, kustoszem w Muzeum Uniwersytetu Warszawskiego

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL